Pokazywanie postów oznaczonych etykietą match. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą match. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lutego 2015

~36~


    Czerwiec zawsze miał to do siebie, że nikomu tak naprawdę nie chciało się chodzić do szkoły. Wszyscy zdecydowanie woleli zostać w domu i poleniuchować w ogrodzie, zwłaszcza, gdy pogoda była tak piękna jak ostatnimi dniami.
    Niestety, mimo szczerych chęci, nie każdemu udawało się przekonać rodziców o tym, że już naprawdę nie opłacało się uczęszczać na lekcje. Prawie cała klasa Mayi codziennie spotykała się w placówce, by razem nudzić się na zajęciach i praktycznie nic nie robić. Dlatego, gdy przychodził weekend, wszyscy z niego korzystali. Niektórzy wyjeżdżali do rodzin czy przyjaciół, inny wychodzili na imprezy. Znalazło się też kilka osób, które wolało zostać w domu. I wśród nich była Maya.
    Już dużo wcześniej obiecała sobie, że gdy tylko znajdzie czas, poświęci go na dalsze szperanie w bibliotece. Za dobrze pamiętała swój straszny sen, w którym pojawiła się postać Zła. Miała nadzieję znaleźć coś na jego temat właśnie wśród starych książek.
Maya
    Wstała o normalnej porze, by nie wzbudzić w nikim podejrzeń. Nadal nie była pewna, czy mogła bez problemu korzystać z ukrytej biblioteki, dlatego wolała zachować ostrożność. Upewniła się, że znów zostanie sama w domu. Już wczoraj podsłuchała, jak Shane umawiał się z kolegami. Zamierzali iść, pograć w piłkę nożną. Rodzice chłopaka jak co sobotę mieli tajne spotkania Zakonu, które czasami przeciągały się do późna, więc o nich się nie martwiła.
    Gdy tylko drzwi za blondynem się zamknęły, Maya przeszła na schody i dotknęła odpowiedniego sęka na poręczy. Po chwili drzwi otworzyły się. Jak poprzednim razem w środku panowały egipskie ciemności, ale dziewczyna odetchnęła głęboko, przemogła się i przeszła przez próg. Oczywiście nie obyło się bez lekkiej paniki, ale cały czas powtarzała sobie cicho, że za sekundę pojawi się światło i wszystko będzie już dobrze. I tak też się stało. Weszła do biblioteki, rozkoszując się zapachem starych i poniszczonych papierów.
    Pośród wielu ksiąg, starała się znaleźć te, których jeszcze nie przeglądała. Nie było to trudne, ponieważ pomieszczenie od góry do dołu wypełnione książkami, dawało wielkie pole do popisu. Kiedy już wybrała nowe tomy, usiadła i otworzyła pierwszy z nich. I potem następny, i jeszcze jeden. Kochała czytać, czy po prostu przeglądać różne książki, ale te, które miała, niczego jej nie dawały, nie nauczyła się nic przez przewracanie ich kartek, nie dowiedziała się ciekawych rzeczy. Tylko palce zaczęły ją boleć.
    Niektóre z nich miały tak wytarte litery, że czasami na całych stronach nie dało się nic przeczytać. Zdarzało się też, że posklejanych czymś kartek nie można było od siebie oderwać. W takich sytuacjach nie miała pojęcia, co się tam znajdowało. Z jednej strony mogło okazać się, że to nic nieznaczące słowa jak w większości wypadków, ale bała się, że to właśnie tam, gdzie nie sposób odczytać zapisów, znajduje się coś bardzo ważnego. Coś, co pomogłoby jej w rozwiązaniu zagadki.
    Po pewnym czasie odłożyła na chwilę pracę, by trochę odpocząć. Przymknęła oczy, które powoli zaczynały ją piec. Jej myśli mimowolnie popłynęły ku Elesaarowi. Dotknęła go delikatnie. Przypomniały jej się słowa. Już nie pamiętała, kto je wypowiedział. Wydawało jej się, że to jej mama, gdy pierwszy raz zapytała ją o naszyjnik. Wspomniała wtedy, że prawdziwy dziedzic Elessaru pojawi się, kiedy Zakon pozna tożsamość Strażniczki... Maya zmarszczyła brwi, zastanawiając się, dlaczego wcześniej się nad tym nie głowiła. Przecież skoro pani Shay i Shane, i Adam wiedzieli o tym, że to ona strzegła tak cennego klejnotu, to już wkrótce pozna właściciela zielonego wisiorka, któremu go odda.
    "I wtedy skończą się moje problemy z Gwardią!" - ucieszyła się. Uśmiechnęła się szeroko, lecz po chwili dotarła do niej straszna prawda. Skąd miała wiedzieć, kim był ten, któremu powinna oddać własność? Jak go pozna? I kiedy się pojawi?
    Nic nie wskazywało na to, by spieszył się z odzyskaniem swojego skarbu.

    Shane uwielbiał spotykać się ze swoimi kumplami. Z resztą, kto nie lubił? Ale tego dnia po prostu nie miał nastroju do żartów, z których śmiali się jego przyjaciele, do grania z nimi w piłkę. Cały czas myślami uciekał do domu lub do wygranego meczu siatkówki. Ale nie myślał o nim dlatego, że pokonali niezwyciężoną dotąd drużynę. Miał inne powody. A raczej jeden o blond włosach i niebieskim, przenikliwym spojrzeniu.
    Kevin przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się, co go tak bardzo zmieniło. A zmienił się i to było naprawdę widoczne. Obserwował ten proces od samego początku i nie mógł się nadziwić. Wydawał się bardziej odpowiedzialny, spokojniejszy. Coraz częściej to on wykazywał zdrowy rozsądek w różnych sytuacjach, choć i wcześniej czasami również się to mu zdarzało. Stał się poważniejszy. Kevin obserwował przemianę przyjaciela i nie mógł się nadziwić. Długo jednak nie musiał główkować, co spowodowało tak radykalne zmiany.
    "Czego dziewczyna nie potrafi zrobić z chłopakiem?" - zadał sobie w myślach pytanie, na które chyba nikt nie znał odpowiedzi.
    Chłopak prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że coś w jego zachowaniu uległo gruntownej zmianie. Nie robił tego świadomie. Choć może, gdyby mu ktoś wytknął takie czy inne zachowanie, zacząłby się zastanawiać, dlaczego postąpił tak a nie inaczej. Wtedy może doszedłby do właściwych wniosków. Ale nikt tak naprawdę nie chciał tego zrobić. Albo po prostu tylko Kevin to dostrzegł?
    - Wiecie co, chłopaki, będę już leciał - powiedział, gdy usiedli na trawie, by chwilę odpocząć. Otarł pot z czoła, który skleił jego blond włosy i napił się wody z butelki.
     - Co tak wcześnie? - zdziwił się Colin. - Coś się stało?
    - Nie, nic się nie stało, po prostu... Powinienem się już zbierać - odparł tylko. Wstał z ziemi, założył na siebie koszulkę, którą ściągnął, gdy zaczynali grać. Pożegnał się ze znajomymi i ruszył do domu.
Adison
    Nie uszedł jednak daleko, gdy na drodze spotkał uśmiechniętą od ucha do ucha Adison. Nieco zdziwiona dziewczyna już z oddali zaczęła do niego machać. Gdy się do siebie zbliżyli, przywitała się wesoło.
    - Cześć! Co ty tu robisz? Myślałam, że jeszcze gracie. Właśnie szłam popatrzeć, jak się pocicie. - Zaśmiała się. - Już skończyliście? Tak wcześnie?
    - Chłopaki jeszcze są na boisku, możesz do nich iść - odrzekł uprzejmie.
    - A ty? - Chciała wiedzieć. - Wiesz, myślałam, że moglibyśmy później razem gdzieś wyskoczyć... - zaproponowała nieśmiało. Shane spojrzał na nią nieco zdezorientowany. W pierwszej chwili nie pojął, o co dziewczynie chodziło. Dopiero po chwili dotarło do niego, że Adison zaproponowała mu randkę.
    - Adison, słuchaj - westchnął ciężko. - To, że cię uratowałem, wtedy na treningu nic między nami nie zmienia. Chyba to rozumiesz, prawda? Przykro mi, ale nigdzie razem nie pójdziemy. Dzisiaj ani jutro, ani nigdy. Ja chyba... Nie lubię cię tak jak ty mnie. Przepraszam, jeśli pomyślałaś sobie coś innego...
    Bardzo dokładnie jej się przyglądał, więc zauważył, jak cała radość uleciała jej z oczu, jak przez niego się zasmuciła. Starała się jednak nie pokazać po sobie, że jego odtrącenie jakoś bardzo ją zraniło. Po sekundzie załamania podniosła wysoko głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Uśmiechnęła się krzywo.
    - Ja tak tylko zaproponowałam. Nie chciałam, żebyś czuł się do czegoś zobowiązany, bez przesady. Po prostu sądziłam, że dasz się wyciągnąć do kina czy coś, ale skoro nie chcesz, nie będę się narzucać. - Wzruszyła ramionami. - To do zobaczenia w szkole! - zawołała na pożegnanie. Shane patrzył na nią z niemałym zdziwieniem na twarzy. Tak nim zakołowała, że już kompletnie nie wiedział, co o tym myśleć.
    Miał nadzieję, że dał Adison jasno do zrozumienia, że nic do niej nie czuł. Nie wiedział, czy aby nie zranił dziewczyny, ale co się stało to już się nie odstanie. Nie miał zamiaru żałować czegoś, czego za żadne skarby nie chciał powtarzać.
    "Adison zawsze była twarda. Nawet jeśli ją to w jakiś sposób uraziło czy może nawet zabolało, poradzi sobie." - pomyślał. Przynajmniej żywił taką nadzieję.

    Maya właśnie szykowała dla siebie późny obiad, może nawet coś w rodzaju kolacji, gdy jej telefon zadzwonił. Wytarła szybko ręce w ściereczkę i odebrała.
    - Hej! - usłyszała po drugiej stronie radosny głos Diany. Od razu się uśmiechnęła, bo przyjaciółka samym przywitaniem sprawiła, że humor jej się poprawił.
    - Dzień doberek! - zawołała. - Co tam słychać?
    - Wszystko dobrze. Co dzisiaj robisz? - zapytała niepewnie.
    - A co? - Maya zachowywała ostrożność. Nie wiedziała, czego Diana od niej chciała, ale gdyby to coś było niemożliwe do spełnienia, zamierzała mieć jakąś furtkę, przez którą mogłaby spokojnie wyjść, nikomu nie robiąc krzywdy.
    - No wiesz, zastanawiałam się, czy nie mogłybyśmy się spotkać, pogadać, może obejrzałybyśmy film? - zaproponowała.
    - Tylko we dwie? - dopytywała. Maya usłyszała szczęk kluczy w zamku. Wyjrzała z kuchni, by zobaczyć wchodzącego do domu Shane'a. Widząc, że dziewczyna rozmawiała przez telefon, uśmiechnął się do niej tylko. Razem weszli do kuchni.
    - No... Niezupełnie... Chloe już u mnie jest a Wen powinna za chwilę się pojawić. To co, wpadniesz? - zapytała z nadzieją. Serce Mayi zabiło szybciej. Uwielbiała swoją przyjaciółkę za to, że chciała pogodzić ją z dziewczynami, ale niestety, musiała odmówić. Z żalem w sercu odpowiedziała smutno.
    - Przykro mi, ale nie mogę. Poza tym Chloe i Wendy nie byłyby zachwycone moją obecnością.
    - Na pewno nie dasz się namówić? - próbowała nadal ją przekonać. Maya westchnęła cichutko.
    - Naprawdę chciałabym się spotkać, ale dzisiaj nie dam rady - odpowiedziała tylko. Woda w czajniku zagotowała się, więc wyłączyła go i zalała herbatę wrzątkiem.
    - Ale wszystko w porządku? Nic się nie stało? - zmartwiła się przyjaciółka. Blondynka zaśmiała się serdecznie.
    - Oczywiście, że wszystko okej. Po prostu jestem daleko od domu i nie dałabym rady przyjechać do ciebie - wyjaśniła szybko.
    - Aha, no chyba że tak. Innym razem?
    - Koniecznie! Pa, do zobaczenia w szkole! - pożegnała się.
    - Cześć!
    - Gadałaś z Dianą? - zainteresował się Shane, gryząc jabłko. Zdziwiona Maya potwierdziła. - Przykro mi - powiedział tylko.
    - Dlaczego? - zapytała, jeszcze bardziej zdezorientowana.
    - Będąc tutaj, nie możesz spotkać się ze swoimi przyjaciółkami - wyjaśnił.
    - Bez przesady. W sumie, dobrze mi tutaj. Co prawda bardzo tęsknię za mamą, Joshem i wszystkimi, ale tu czuję się... Tak swojsko. Jakbym była u babci czy coś. Poza tym nawet jakbym mieszkała u siebie, nie spotkałabym się dzisiaj z Dianą. Znów byśmy się tylko niepotrzebnie pokłóciły z dziewczynami. A tego naprawdę bym nie chciała.
    - Więc jeśli ani ja, ani ty nie mamy planów na wieczór, to może porobilibyśmy coś razem? Może popcorn i kolejny film? Co ty na to? - zaproponował, pomagając jej pokłaść całe jedzenie na tacy.
    - Czemu nie. - Wzruszyła ramionami. - To co oglądamy? - zapytała, gdy szli po schodach na górę.
    - Nie wiem, ale na pewno znajdziemy coś ciekawego - zapewnił. Weszli do pokoju dziewczyny, rozsiedli się na łóżku i, jedząc, szukali repertuaru, który zainteresowałby ich oboje.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej. Chyba nigdy w całej mojej karierze nic innego nie pisało mi się tak opornie jak ten rozdział. Po prostu kompletna katastrofa! Mam jednak nadzieję, że chociaż Wam będzie się to czytało lepiej niż mnie pisało ;) Mój pomysł na ten rozdział poszedł sobie do lasu i nici z niego wyszły. A miało być tak fajnie i tajemniczo :D
    Piszcie, co o nim sądzicie. Jestem mega ciekawa Waszych wrażeń po tych moich wypocinach. Od następnych rozdziałów znów zacznie się dziać, to mogę jedynie obiecać ;)
    Na razie to tyle. Pozdrawiam Was serdecznie! <3

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥
Mrs Black bajkowe-szablony