Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Dziedzictwa Planety Lorien, czyli niecodzienna saga o kosmitach


Dziedzictwa Planety Lorien jest to saga opowiadająca o przybyłych na Ziemię uciekinierach z nieistniejącej w naszym układzie słonecznym planety - Lorien. Na początku poznajemy Johna i jego opiekuna, Henriego, którzy uciekają od jednego miejsca do drugiego po całych Stanach Zjednoczonych przed inną rasą kosmitów, którzy opanowali ich planetę. Opowieść o wojnie, o pokonywaniu własnych słabości, o miłości, która poddana jest wielu próbom. Książki zawierają wiele ciekawych wątków, kilku naprawdę fajnych bohaterów oraz historię Lorien i jej mieszkańców.


Dziedzictwa Planety Lorien zaczęłam czytać po obejrzeniu filmu "Jestem Numerem Cztery". Tak mnie zaciekawił, a końcówka już w ogóle kompletnie zwaliła z nóg, że po prostu musiałam dowiedzieć się, co się dalej wydarzy. I tak od jednej części do drugiej, aż jestem właśnie w trakcie czytania piątej części.

Denerwuje mnie to, że niektóre wprowadzenia do historii znajdują się w dodatkowo wydanych książkach tzw. "Zaginionych Kartotekach", które nie są wydane wszystkie w Polsce. Jedynie kilka z nich jest profesjonalnie przetłumaczonych i wydanych w formie książek. Trochę to denerwuje, kiedy zaczyna się czytać kolejną część i czasem jest coś, jakiś drobny szczególik, jakaś drobna wzmianka, co ni jak pasuje. A okaże się, że jeżeli przeczyta się kartoteki odpowiednio w czasie, wszystko ułoży się w logiczną całość i ma się obraz całej sytuacji. Te historie w kartotekach są chyba tak stworzone, by nie zaburzały wątków w głównych książkach, ale, kiedy przeczyta się wszystko po kolei, to nie czuje się takiej pustki. Wtedy wszystko jest dopowiedziane. A ja jako wymagający i bardzo wczytujący się w historię czytelnik, lubię mieć wszystko po kolei wytłumaczone.

Nie potrafię wybrać części, która najbardziej wyróżniałaby się spośród reszty. Każda czymś mnie zachwyciła, czymś zasmuciła, rozweseliła. Chyba każda miała taki moment, gdzie mówię "Boże, już więcej tego nie czytam!". Ale wracam, bo to jest silniejsze ode mnie. I tak oto właśnie kończę ostatnią wydaną część "Zemstę Siódmej". I w niej również nie mogę się przemóc i skończyć tylko że z innego powodu. Bo wiem, że jeżeli przeczytam to będę musiała długo czekać na koleją część. A jeżeli jeszcze poprzedniej nie skończyłam, to zawsze mogę do niej spokojnie wrócić i kawałek przeczytać i delektować się słowami. Głupie, prawda?


Bardzo przypadła mi ta seria do gustu. Pojawiło się kilkoro ciekawych postaci, m.in. Sam, który może a początku wydawał się nieco szurnięty i nieogarnięty, ale z czasem okazał się lojalnym przyjacielem i synem. To on miał zabawne momenty i był naprawdę uroczy (zwłaszcza, jeżeli chodziło o Szóstą). Również Ella i Dziewiąty (a już zwłaszcza razem) zostali wykreowani ciekawie. Co prawda, Dziewiąty miał tak wkurzający charakter, że po pięciu minutach chciało mu się przywalić patelnią w łeb, ale miał to coś i po prostu trzeba było mu później wszystko wybaczyć.

Z reszty postaci, irytowała mnie miejscami Sara oraz sama ich miłość. Mieli po te piętnaście lat, a czasami zachowywali się jakby mieli po trzydzieści. Trochę to nierealne, choć może Loryjczycy, którzy podobno zakochiwali się raz na całe życie, tak właśnie mieli.

Okazuje się, że brakuje mi postaci, których bym nie lubiła od początku do końca. Oczywiście jest Setracus Ra, ale on, jako zły charakter, z definicji jest ten, którego się nie lubi (choć ja przez pewne wydarzenia nie znoszę go jeszcze bardziej; nie chcę spojlerować, ale jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć, pytajcie). Nawet Piątego lubię, ponieważ wiem, dlaczego zrobił to, co zrobił. Chciał się ratować i to trochę nieszlachetne, ale kto powiedział, że każdy musi zachowywać się jak John i wszystkich ratować? Spodobała mi się jego postać, ponieważ trochę nieszczęśliwa, samotna, wprowadziła chaosu w szeregach Gard. Oprócz nich są jeszcze pewne osoby, które krótko są złe, ale później przechodzą na dobrą stronę (zdecydowanie za dużo ich, choć bez nich Loryjczycy nic by nie zdziałali).

Najsmutniejsze momenty? To jasne, że zaliczam do nich wszystkie śmierci, a było ich niemało. Najbardziej wstrząsnęła mną jedna śmierć, która była całkiem niepotrzebna i która w sumie stała się przez przypadek. Najbardziej zapamiętałam historię śmierci Cepana Ósmego, kiedy kobieta, w której był zakochany, wydała ich Mogadorczykom. Bliscy podobno krzywdzą najbardziej, prawda?

Książki trzymają w napięciu, jest mnóstwo ciekawych wydarzeń, ale i zwykłego życia, dzięki czemu nie jest to tylko opowieść o kosmitach, ale również o nastolatkach. Oprócz galaktycznej wojny, mają problemy z prawem, z zaaklimatyzowaniem się w nowej szkole czy miejscu, do którego akurat przybyli. Nieporozumienia z opiekunami są na porządku dziennym. Wydają się tacy, jak my. Jedyne, co ich odróżnia to pochodzenie i Dziedzictwa podarowane im od samej planety. Każdy z nich ma coś innego, choć, jak się później okazuje, niezupełnie jest to prawda. Mówiono, że będą gotowi do walki, kiedy każdy z nich zdobędzie Dziedzictwo, które wspomoże go w walce. I takim sposobem, każdy z Gardów posiadał kilka darów.

Dużo by jeszcze opowiadać, więc może zostawię Was z tymi informacjami. Jeżeli macie jakieś pytania, walcie śmiało. A może chcielibyście szczegółową recenzję każdej po kolei książki z serii? Albo jakiejś innej? Chętnie podejmę się wyzwania. Właśnie rozpoczęłam ferie, więc mam chwilkę ;)

A Wy? Przeczytaliście Dziedzictwa? A może oglądaliście film? Albo zamierzacie? Naprawdę polecam tym, którzy lubią klimaty fantasy i kosmiczne. Pojawia się w książce mnóstwo ciekawych wątków i przygód. Walka dobra ze złem - niby powszechny temat, ale uważam, że warto sięgnąć po książki nawet dla zwykłej przyjemności.

Ps. W mojej skromnej kolekcji brakuje kilku kartotek i trzeciej części "Droga Dziewiątego". Dlatego nie ma ich na zdjęciach ;) 

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥

środa, 27 sierpnia 2014

Bonus Urodzinowy!



    28.08.12 na tym oto blogu pojawił się prolog pierwszego w moim życiu publikowanego opowiadania. Za mną już dwa lata blogowania. Tyle się od tamtej pory zmieniło! Nie tylko jeśli chodzi o pisanie - teraz piszę o wiele lepiej - ale mam też na myśli moje życie prywatne. Wydoroślałam - w końcu minęły dwa lata - choć nadal jestem młodą smarkulą :) Ale pewne sprawy postrzegam inaczej. I to dzięki blogowi. Wiele się nauczyłam, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, którym pragnę w tym miejscu podziękować! Nie wszyscy byli tu od początku, nie wszyscy też od początku dotrwali do tego momentu. Nie będę wymieniać z imienia czy nicku osoby, którym chcę podziękować. Byłoby Was za dużo. Ale Wy wiecie, do kogo moje podziękowania płyną. Do tych, którzy tutaj zaglądają i czytają. Do tych, którzy komentują, wspierają mnie, pomagają wymyślić dalszy ciąg historii, pozwalają mi się zwierzać i wypłakać na swoim ramieniu. Dziękuję za tyle wejść, komentarzy, pochlebnych opinii, których nie spodziewałam się aż tak wiele! Naprawdę za bardzo mnie rozpieszczacie, cały czas pisząc, że wszystko Wam się podobało ;p Bo jeszcze popadnę w samozachwyt i stanę się kimś, kim nie jestem ;)
    To już dwa lata... Jakoś tak szybko to minęło, nie uważacie? Jakoś sobie tych miesięcy nie potrafię wyobrazić. Gdzie się one podziały? :) Nie mam pojęcia ;)
    A Wy potraficie obliczyć, ile już jesteście ze mną? Może być ten blog, może być ten drugi, dla mnie to bez różnicy. Ciekawa jestem po prostu, kto ile ze mną wytrzymał ;p
    No nic, przygotowałam dla Was niespodziankę, więc warto by byłą ją przedstawić, nie? :) No więc przez cały ostatni tydzień pracowałam nad tymi krótkimi scenkami z życia różnych bohaterów tego opowiadania. Pod nimi albo nad znajdą się moje krótkie komentarze wyjaśniające :) Mam nadzieję, że się Wam spodobają :)





Pierwsza uchyla rąbka tajemnicy, jaką okrył się pewien członek Gwardii. Niewiele wyjaśnia, ale chciałąm tego bohatera jakoś przedstawić... Bardziej wyraziście. Do tej pory to były tylko ogólnikowe opisy, raz albo dwa pojawił się w dialogu i koniec. A jest to postać, myślę, ważna dla opowiadania. Może jeszcze tego teraz nie widać, ale będzie. No więc czytajcie: 



   Nikt tak naprawdę nie pamiętał, kiedy pierwszy raz pojawił się w siedzibie Gwardii. Nawet sam Malcolm. Tak po prostu pewnego dnia przyszedł i już został. Przynajmniej tak myśleli młodsi z nich, którzy pamiętali czasy jeszcze bez niego, bo Xavier, czy Nate uważali, że Will był od zawsze wśród nich. Tylko wcześniej nieco mniej tajemniczy.
    Tylko on sam wiedział, jak to było naprawdę.
    Mając osiemnaście lat opuścił rodziców, którzy byli rodziną należącą do Gwardii, ale nie udzielali się w niej jakoś widoczne. Zwykle powierzano im mnie ryzykowne zadania. Poza tym zawsze leczyli poszkodowanych z Gwardii podczas walki. Oboje byli szanowanymi chirurgami. I chcieli, by ich jedyny syn również nim został. Lecz on miał inne ambicje. Od wczesnych lat interesował się wszelkimi rodzajami broni, potrafił strzelać z łuku, opanował również nazwy wszystkich istniejących pistoletów, z których uwielbiał korzystać. Fascynowały go sztuki walki, bójki, rzucanie nożami, pojedynki i różne tego typu sprawy. Rodzice wiedzieli, dlaczego w ich synu tyle zafascynowania bronią. Nie kryli przed nim prawdy. Wiedział, że należeli do Gwardii, zdawał sobie sprawę, do czego dążyli. I chciał za wszelką cenę pomóc w uzyskaniu celu. Marzył, że będzie władał światem wraz ze wszystkimi członkami Gwardii.
    Rodzice jednak nie chcieli narażać jedynaka na niebezpieczeństwo. Za wszelką cenę próbowali mu wyperswadować pomysł dołączenia do głównych sił Gwardii. Jednak się nie udało.
    Gdy Strażnicy przywieźli do ich domu postrzelonego mężczyznę, wkradł się do bagażnika i wyjechał z nimi do siedziby głównej Gwardii, do domu Gundara. Nikt spośród jadących z nim samochodem, nie zorientował się, że mieli pasażera na gapę. Przez lata doskonalił się w sztuce włamywania i cichego podchodzenia wroga. Umiał bezszelestnie podkraść się do każdego zwierzęcia, nawet najbardziej płochliwego i dotknąć jego futra, zanim zorientowałby się, że zagraża mu niebezpieczeństwo z jego strony.
    Gdy zajechali na miejsce, jak gdyby nigdy nic wyszedł z bagażnika i podszedł do Malcolma, który czekał na zdanie raportu przed domem. Przedstawił się, lecz uważał, by nikt oprócz mężczyzny go nie usłyszał. Chciał swoją tożsamość zachować w sekrecie.
    Malcolm nie był zachwycony osiemnastoletnim chuderlawym chłopakiem, choć on był niewiele starszy od niego. Dopiero wdrażał się w rolę przywódcy, którą nie tak dawno porzucił jego ojciec, umierając przedwcześnie na skutek zadanych nożem ciosów. Nie miał pojęcia, jak zareagować na przyjazd młodzieńca. Oczywiście przypatrywał się ojcu, gdy ten pełnił to najważniejsze stanowisko, ale nigdy taka sytuacja się nie zdarzyła. Gundar zaproponował, by młodzi mężczyźni zmierzyli się ze sobą. Gdy Will wygra, zostanie przyjęty bez szkoleń w szeregi Gwardii. Jeśli przegra, będzie musiał uczestniczyć na zajęcia Gundara wraz z pozostałą młodzieżą, przebywającą w domu.
    Will zgodził się bez namysłu. Nie miał nic do stracenia.Wiedział, że jest dobry we wszystkim. W końcu od lat uczył się walk wręcz, strzelania i strategii bitewnych.
    Ale Malcolm odbył szkolenie doskonałe pod czujnym okiem swojego ojca i najlepszych instruktorów. Był oczkiem w głowie  przywódcy, który pragnął mieć godnego zastępcę.
    Szczegóły turnieju dogadali przy kolacji. Wybrali broń - a były to najostrzejsze miecze, jakie wyprodukowano we współczesnych czasach - ustalili termin spotkania - walka miała się odbyć za dwa dni.
    Wszyscy mieszkańcy niecierpliwie oczekiwali tego dnia. A zwłaszcza ci najmłodsi - trzynastoletni Nate, dwunastoletni Xavier i jedenastoletni Tom, którzy nigdy nie widzieli prawdziwej walki. Tylko tyle, co na zajęciach. Byli podekscytowani. W końcu mogli oderwać się na chwilę od nauki i mieć czas na rozrywkę, jaką była potyczka Malcolma i Willa. Nawet Evanlyn, choć się do tego nikomu nie przyznała, czekała na nadejście tego dnia, w którym jej pan - jak nazywała Malcolma w swoich myślach - w końcu pokaże, na co go stać.
    Przygotowano ubitą ziemię za domem, wyznaczono pole, po którym walczący mogli się poruszać, wybrali sędziego, którym okazał się, oczywiście bez zaskoczenia, Gundar.
    Gdy nadszedł wyczekiwany dzień, wszystko było gotowe.
    Mieszkańcy domu zebrali się wokół pola, w cieniu rosnących naokoło drzew. Niżsi pchali się do przodu, by mieć dobry widok na walkę, lecz ci wyżsi wcale nie chcieli ustąpić im miejsca w pierwszym rzędzie. Aż można było zobaczyć tę napiętą atmosferę, podekscytowanie i radość. Wszyscy, bez wyjątku, cieszyli się, bo rzadko kiedy mieli czas na choć odrobinę rozrywki.
    W końcu przyszli i oni. Gdzie tylko się dało, założyli ochraniacze, resztę ich ubioru stanowiły skóry, w których głównie występowała Gwardia - ubierali się jak gang złodziei.
    Ustawili się  po obu stronach pola, skinęli sobie głowami, a gdy Gundar dał znak, rozpoczęli walkę. Na początku krążyli po polu, zataczając coraz mniejsze koła. W końcu Will postanowił zaatakować pierwszy. To on miał pokazać, na co go stać, więc podniósł ciężki miecz i uderzył nim w przeciwnika. Malcolm bez trudu sparował cios i sam również uderzył. I tak toczyła się walka. Jeden uderzał, drugi blokował cios. Czasami zdarzało się, że któryś trafił drugiego w nogę, czy brzuch i ten tracił na chwilę równowagę, ale nie przewracał się. Obaj byli ulepieni z tej samej gliny.
    Walka była wyrównana, ataki następowały z taką szybkością, że niektórzy nawet nie zauważali, kto kogo akurat zaatakował. Mieli niesamowite widowisko. Wszyscy głośno kibicowali Malcolmowi, choć niejeden po cichu liczył, że wygra Will. Tak dobry wojownik przydałby się w ich szeregach.
    Pierwszy na ziemię przewrócił się Malcolm. Will powalił go dwoma mocnymi ciosami, nieco zaskakując tym przywódcę. Wywrócił się, lecz miecz trzymał uniesiony wysoko i kolejne ataki zdołał odparować. Zatrzymał chłopaka na tyle daleko, by móc się podnieść. Był już nieco zmęczony, ciężko mu się oddychało i z trudem utrzymał się na nogach, zwłaszcza że Will zaatakował od razu, gdy tylko ten podniósł się z ziemi.
    Natomiast po osiemnastolatku nie było widać oznak zmęczenia. Uśmiechał się delikatnie, gdy z łatwością zablokował kolejny, nieprzemyślany atak Malcolma. Czuł już wygraną w garści, lecz zmusił się do tego, by o tym nie myśleć. Los zawsze mógł się odwrócić na jego niekorzyść. Dlatego zaatakował z jeszcze większą mocą, by przyczynić się do szybkiego zwycięstwa.
    Walka trwała długo. Cień drzewa, pod którym rozłożyli się niektórzy widzowie, zdążył się już znacznie przesunąć, nim Will powalił Malcolma na odpowiednio długi czas. Młodzieniec przytrzymał swój miecz tuż przy gardle przywódcy, tak że ten nie mógł się ruszyć. Z prawej ręki wypadła jego własna broń. Wszyscy widzowie zaczęli bić brawa, gdy Will odsunął miecz od głowy Malcolma i podał mu rękę, by pomóc mu wstać. Gdy już obaj stali ramię w ramię, podszedł do nich Gundar i podniósł rękę Willa do góry.
    - A oto i zwycięzca pojedynku! - zawołał.
    - Witamy w Gwardii, Will- przywitał go zmęczony Malcolm, ściskając jego dłoń. - Jesteś naprawdę dobrym wojownikiem.
    - Dziękuję - odparł tylko. Lekko skinął głową, przyjmując jego komplement.
    Po walce odbyła się wspaniała uczta w wielkiej sali. Nikt od czasu narodzin Malcolma, nie pamiętał większej uczty w tym domu. Nawet Gundar, najstarszy z nich, nie potrafił sobie przypomnieć. Wszyscy jedli i pili, śmiali się i opowiadali różne historie. Nikt nie zauważył, że w  pewnym momencie Malcolm i Will odeszli od stołu, by porozmawiać w gabinecie blondyna o planach na przyszłość.



Nad tym męczyłam się chyba najdłużej. Mia zażyczyła sobie scenkę z Joshem. A że chciałam, by była, bo wydawało mi się, że to dobry pomysł, nie mogłam nic wymyślić z nim w roli głównej. Nie miałam pojęcia, jak go przedstawić, na jakie pytania w tej króciutkiej scence odpowiedzieć. Mam nadzieję, że się Mia nie zawiedziesz na tym  i że to choć trochę Ci odpowiada. Postawiłaś przede mną nie lada wyzwanie. I dziękuję Ci za to, bo mogłam w końcu - po dwóch miesiącach przerwy - zacząć pisać na zawołanie, jak to zwykle piszę do szkoły. 



    Dzień, w którym dowiedział się, kim był dla swojej najlepszej przyjaciółki, zmienił jego życie na zawsze.
    Była mroźna i sroga zima. Ranek dwudziestego stycznia. Dla niego najważniejszy dzień w roku. Dzień jego urodzin. W tym roku jego piętnastych. Od kilku dni chodził podekscytowany. Jak chyba każdy, z utęsknieniem wyczekiwał swoich urodzin, składania życzeń, prezentów. W ten szczególny dzień wszyscy byli dla ciebie mili i skupiali się na tobie. A Josh uwielbiam być w centrum uwagi. Zwłaszcza wśród swojej rodziny i przyjaciół, bo gdy chodziłoby o większe kręgi nieznajomych to wtedy na pewno czułby się niepewnie i nieswojo.
    Ale tego dnia nie czuł się źle. Wręcz przeciwnie. Było wspaniale. Jak zwykle mama urządziła skromny rodzinny obiad, na który została zaproszona oczywiście Maya ze swoją mamą i bratem. Po posiłku przyszedł czas na wniesienie tortu, zdmuchnięcie świeczek, myśląc o życzeniu. I najważniejsza część dnia - składanie życzeń i podarowanie prezentów. Na twarzy chłopca przez cały czas gościł szeroki uśmiech. W ciemnych oczach skrzyły radosne błyski. Od czasu do czasu odgarniał ręką czarne włosy z czoła. Był w szampańskim humorze, którego nikt nie miał prawa mu zepsuć.
    Niestety, jego mama miała inne plany na ten szczególny wieczór. Gdy już pożegnali gości, a Alyss poszła do swojego pokoju z ostatnim kawałkiem tortu, Amanda Krosney poprosiła syna, by usiadł z nią przy stole. Chłopak spełnił prośbę matki nie bez zdziwienia. Spojrzał na nią z zaciekawieniem. Czekał aż kobieta odezwie się pierwsza. To jednak nie nastąpiło.
    - Chciałaś o czymś porozmawiać? - zapytał. Zawsze starał się być uprzejmy wobec swojej matki, ale nigdy nie łączyły ich szczególne więzi. Nie okazywali sobie uczuć, chyba że lata temu, kiedy Josh był jeszcze małym dzieckiem. Im chłopak stawał się starszy i bardziej samodzielny, coraz mniej ze sobą rozmawiali, choć od czasu do czasu zdarzyło im się szczerze pogawędzić.
    - Tak - powiedziała. Westchnęła głośno i po chwili znów się odezwała. - Chciałabym ci powiedzieć coś ważnego. Tylko nie jestem pewna, jak na to zareagujesz - przyznała. Nerwowo pocierała palcami lewej ręki palce drugiej.
    - Zaczynam się bać - rzekł szczerze.
    - Wiesz, nie mówiłam ci tego wcześniej, bo byłeś za młody, mogłeś wszystko wygadać Mayi, a ona jeszcze nie jest przygotowana do tego, by dowiedzieć się o swoim przeznaczeniu. Ale uważam, że jesteś na tyle dojrzały, by dotrzymać sekretu i nie wygadać się przed byle kim.
    - Aha.
    - Chodzi mi o to, że moja matka, a twoja babcia jest młodszą siostrą babki Mayi. Jesteśmy spokrewnieni. Nasza rodzina... Cóż nasza rodzina skrywa wiele sekretów, ale linii, do której my należymy, nie przypadł duży udział w tajemnicach rodzinnych. To najstarsza córka zawsze dziedziczyła wszystko. Nam pozostało tylko strzec jej, by dopełniła swoich przyrzeczeń. - Mówiła tak bardzo długo. Joshowi zdawało się, że opowiedziała mu całą historię ich rodziny od kilku pokoleń wstecz. Starał się wszystko zapamiętać, a co najważniejsze zrozumieć, ale był do końca pewien, czy dobrze zinterpretował pewne sprawy. Nie zadawał dużo pytań, głównie tylko słuchał, ale gdy dotarli do jakiejś trudnej kwestii, pytał o nią mamę, która starała mu się to jak najjaśniej wytłumaczyć.
    Wcale nie był zły na matkę, że ukrywała pochodzenie jego i Mayi. Zrozumiał od razu, że do tej pory nie był godny zaufania, nie poradziłby sobie z odpowiedzialnością, z jaką wiązało się poznanie prawdy.
    - Skoro już wiesz, to ty od dzisiaj będziesz chronił Mayę. Ja już nie jestem tak zwinna jak kilkanaście lat temu. Gdy odbędziesz szkolenie, będziesz mógł rozpocząć misję. Na szczęście zaprzyjaźniliście się i zawsze jesteście blisko siebie, więc nie będzie problemu z kontaktami. Poza tym Maya zawsze chyba mówi ci o wszystkim... Czyli ma do ciebie zaufanie i gdyby coś złego się działo, wtedy ci o tym powie a ty będziesz mógł odpowiednio zareagować.
    Od tamtej chwili jego priorytetem stało się chronienie Mayi za wszelką cenę. Wiedział wszystko o Elessarze, Zakonie i Gwardii, o walce o władzę o wszelkich legendach związanych z Elessarem. O wszystkim, o czym nie wiedziała Maya nawet w wieku szesnastu lat.
    Przez kolejne dwa lata szkolił się w walce wręcz, uczył się władać wszelakimi rodzajami broni, ćwiczył biegi, wytrzymałość, wyrabiał mięśnie i kondycję. Na koniec swojej nauki przeszedł pewnego rodzaju test, który pokazywał, czy jest gotowy do objęcia stanowiska. Był, zdał test śpiewająco. Mógł zaopiekować się Mayą, a jego matka przejść na emeryturę.



Kolejna scenka przyszła mi do głowy, gdy czytałam któryś z poprzednich rozdziałów, gdzie Adison mówiła - czy tam myślała - że skoro Maya ma Adama, to jej będzie łatwiej zbliżyć się do Shane'a. Chcę tutaj przedstawić wyraźniej jej postać, która przez czas opowiadania jakoś kryła się w cieniu, choć to nie jest typ dziewczyny który kryje się w cieniu. Mam nadzieję, że niedługo to zmienię w opowiadaniu. Wtedy zobaczycie, kim tak naprawdę jest Adison Parker. 



    Adison szła chodnikiem w stronę szkoły. Próbowała się skupić i powtórzyć materiał przed sprawdzianem, który czekał ją na pierwszej lekcji, ale po prostu nie potrafiła tego zrobić. Jej myśli ciągle błądziły wokół pewnego wysokiego, wysportowanego blondyna, który mieszkał niedaleko niej i należał do drużyny siatkarskiej. Właśnie wychodził z autobusu przed szkołą ze swoimi najlepszymi kumplami - Kevinem i Adamem. Śmiali się serdecznie, idąc w stronę wejścia do budynku szkolnego.
    Adison powędrowała za nimi wzrokiem, przystając na chwilę na chodniku. Zapatrzyła się na lśniące w słońcu jasne włosy Shane'a, które sterczały na czubku głowy. Spoglądała na umięśnione ramiona, skryte pod białą koszulką. Westchnęła w myślach i powędrowała dalej.
    Co z tego, że była cheerleaderką, skoro chłopak nawet na nią nie spojrzał, A jeśli spojrzał to nie tak jak chciała. Dla niego była tylko i wyłącznie koleżanką, mieszkającą niedaleko niego, która chodziła z jego najlepszym kumplem do jednej klasy. I zawsze będzie tylko sąsiadką. Bo jemu przeznaczona była inna. Choć Adison nie mogła sobie odpuścić i ciągle próbowała zwrócić na siebie jego uwagę.
    Wchodząc do szkoły, zastanawiała się, dlaczego wszystko to co złe, musi zdarzać się właśnie jej. Uwielbiała użalać się nad sobą. Nawet jeśli nie miała konkretnego powodu do narzekania, zawsze coś znalazła. Tym razem nie było inaczej. Zaczęło się od Shane'a. Potem myślała o swojej rodzinie. Jej ojciec był wymagający. Zwłaszcza dla niej, bo wiedział, że Adison to zdolna dziewczyna, którą stać na wiele. Dlatego stawiał jej wysoko poprzeczki. Nie tak jak swojemu synowi - o rok starszemu od Ad. Oboje byli środkowymi dziećmi i dziewczynie wydawało się, że ojciec zawsze ma dla nich za mało czasu. Cały czas działo się coś wśród starszego lub młodszego rodzeństwa, a oni poszli w odstawkę. Jej bratu to nie przeszkadzało. Nawet cieszył się, że ojciec nie stoi mu nad karkiem i nie mówi, co ma robić. Ale Adison chciała, by jej zapracowany ojciec poświęcił jej choć chwilę swojego cennego czasu. Niestety, rzadko to się zdarzało. Zwykle był surowy i mówił jej że musi się uczyć, mieć dobre stopnie, dobrze się zachowywać. Dziewczyna nie mogła sobie przypomnieć, kiedy jej rodzic ją pochwalił, pamiętała tylko nagany.
    W rzeczywistości Adison wmówiła sobie, że jej ojciec jest zbyt zapracowany, ze nie ma dla niej czasu, że tylko wymaga od niej, nigdy nie chwali. Prawda była taka, że jej rodziciel może i był zabiegany, ale kto by nie był, gdyby miał na utrzymaniu szóstkę dzieci? Może to prawda, że więcej uwagi poświęcał najstarszemu synowi, który szukał mieszkania i pracy, albo swojej córce, która zamierzała iść na studia lub najmłodszemu synkowi, który miał zaledwie osiem lat. Wiedział, że jego średnia córka jest bardzo zdolna i że ze swoimi problemami poradzi sobie sama. Ufał jej i pokładał w niej duże nadzieje. Był z niej dumny, choć może nie umiał tego okazać. Poza tym Adison nie chciała go dopuścić do swojego światka. Zamknięta w sobie, wmawiała swojemu umysłowi, że wszystko, co spotkało ją w jej krótkim życiu, jest złe i warte narzekania.
    Odkąd poznała Mayę, zazdrościła jej chyba wszystkiego. Mamy, która ją kochała i poświęcała jej mnóstwo czasu. Jednego brata i tego, że nie musiała dzielić ubrań ze swoją o rok młodszą siostrą. Prawdziwych przyjaciół, którzy wysłuchaliby jej wszędzie i o każdej porze. I choć Maya nie utrzymywała kontaktów z ojcem, wiedziała, że bez niego jest szczęśliwsza. Tak jak Adison bez matki. Coś je jednak łączyło.
    Co do przyjaciół Adison... Dziewczyna miała sprzeczne uczucia. Bardzo lubiła swoje koleżanki, ale czasami miała wrażenie, że nie powinna im ufać. Że ją okłamują, tak jak wszyscy wokół niej. Nieczęsto się jej to zdarzało, ale zdarzało. I wtedy była bezradna. Bo przecież nie powie swoim przyjaciółkom, że im nie ufa. Nie  mogła im tego zrobić. Bądź co bądź były wiernymi koleżankami.
    Adison starała się być jedną z popularnych dziewczyn w szkole. Chciała świecić przykładem, być ikoną mody. Pragnęła, by ludzie wracali na nią uwagę. I udało jej się osiągnąć cel. Nikt nie widział w niej wrażliwej nastolatki z problemami tylko pewną siebie dziewczynę, która zawsze wie, czego chce.
    Weszła do klasy ostatnia. Tuż po niej prawie wbiegł nauczyciel, więc szybko zajęła swoje miejsce przed Adamem i Markiem. Pospiesznie wyciągnęła długopis i z przerażeniem stwierdziła, że ma pustkę w głowie. W drodze do szkoły miała powtórzyć materiał. Zamiast tego zajęła się znów swoimi sprawami, które miały poczekać. Bo wtedy najważniejszy był dla niej sprawdzian z chemii.



Na więcej nie miałam pomysłów, ale jeśli będziecie chcieli więcej takich krótkich scenek, które miałyby coś Wam wyjaśnić, wystarczy napisać w komentarzu - postać, o której chcielibyście przeczytać i, jeśli takie macie, pytanie, na jakie miałaby ta scenka odpowiadać :) 
Wiecie, to dobry moment, by pogmerać sobie trochę o sobie, nie? Ale jeśli Was to nie ciekawi, możecie ominąć :) Bo na wielu blogach jest taka zakładka "O Autorze". Kiedyś miałam ją nawet założyć, ale pomyślałam "po co, skoro czytelnicy samo mogą mnie spytać, o co tylko chcą". Ale tak sobie teraz myślę, że w sumie czemu nie? Mogłabym coś niecoś o sobie opowiedzieć :) 

No więc na imię mam Natalia, mam szesnaście lat i właśnie skończyłam gimnazjum i idę do technikum ekonomicznego. Zwykle staram się być szczera, bo chciałabym, by ludzie wobec mnie również byli szczerzy, a skoro ja kogoś okłamałam, to dlaczego ten ktoś nie mógłby i mnie okłamać, prawda? Zawsze jednak staram się znaleźć w czymś, lub kimś dobrą cechę. Na przykład, gdy komentuje czyjegoś bloga, który mi się nie podoba, albo autor robi dużo błędów, zawsze staram się znaleźć coś dobrego. Bo nie chcę tej osoby pognębić, raczej zachęcić, by w pisanie wkładała więcej serca i wysiłku. Żeby popracowała nad sobą i stylem. Bo ja nie chcę nikogo zniechęcić. Pragnę tylko pomóc. 
Co lubię? Wiele rzeczy. Uwielbiam czytać dobre książki. Czasami czytam tak, dla zabicia czasu, ale przychodzi taki moment, gdy muszę sięgnąć po coś cięższego, by się nad czymś zastanowić. Kocham książki fantastyczne, ostatnio zaczęłam czytać romanse, ale przygodowe książki są ze mną od zawsze. Oprócz tych oczywistych, czyli "Harry'ego Pottera", "Opowieści z Narnii" i "Władcy Pierścieni" lubię Książki Krzysztofa Petka i Małgorzaty Musierowicz - zwykle nie czytam polskich autorów, ale oni mnie zachwycili. 
Najlepszy film? Kocham "Armagedon" w reżyserii Michaela Baya i "Incepcję" z Leodnardo DiCaprio w roli głównej, "Wyścig z czasem" z J. Timberlakiem i"Sala Samobójców". Oczywiście oprócz ekranizacji książek, bo one są według mnie równie dobre - nie wszystkie są jakoś fantastyczne, zawsze jestem za tym, że to książka jest lepsza od filmu, ale są wyjątki. Na przykład ekranizacja "Hobbita" miło mnie zaskoczyła. Uważam, że jest lepsza od książki. 
Kocham oglądać seriale - kto mnie zna ten może poświadczyć. Oczywiście nie wszystkie, to jasne. Z przyjaciółką na przykład uwielbiamy "M jak Miłość" i "Na dobre i na złe" i zawsze na przerwach, między lekcjami omawiałyśmy każdy kadr z odcinka, albo jakieś zapowiedzi z internetu czy ze "Świata Seriali". Oprócz tego jestem fanką "Przygód Merlina" i "Czarodziejek" - oczywiście fantastyka. No i moje ukochane - "Chirurdzy" i "Ostry Dyżur". Sezonowo podoba mi się jakiś serial, do którego lubię wracać - na przykład oglądałam jakiś czas "Chucka" albo "Chicago Fire" ale nie zostałam z nimi na dłużej. No i po mamie mam skłonności do oglądania seriali detektywistycznych - typu CSI (najbardziej Miami) czy "Zabójcze umysły". I oczywiście Sherlocka Holmesa.
Ulubionej piosenki nie mam - to cały czas się zmienia. Ale mogę Wam wymienić całą listę wykonawców i zespołów, których lubię słuchać. Od bardzo dawna uwielbiam "OneRepublic" - nie tak dawno znów do nich wróciłam, bo długi czas w ogóle ich nie słuchałam. Poza tym jest Justin Timberlake i Michael Jackson - ten drugi jakoś nie specjalnie publicznie, ale cenię go. Eminem również znajduje się na mojej liście tak samo jak Coldplay. Zawsze powtarzam, że nie mam jakiegoś wyszukanego gustu muzycznego, podoba mi się coś, bo podoba i nawet jeśli nie lubię artysty to jeśli piosenkę ma fajną, to to doceniam. Moja przyjaciółka ma o wiele lepszy gust ode mnie i to dzięki niej i jej postom na fejsie powracam do kawałków, które kiedyś lubiłam, a potem o nich zapomniałam lub do całkiem nowych, równie fajnych. 
Ogólnie kocham zwierzęta. Kiedyś chciałam zostać weterynarzem, ale tata mi powiedział, że będę musiała robić różne operacje i w ogóle i jakoś ten pomysł uleciał mi z głowy. Ale myślę, że gdy będę dorosła to będę pomagała jak tylko będę mogła. Bo czasami naprawdę nie mogę patrzeć na biedne, bezdomne zwierzaczki, które niczemu nie zawiniły, a ich właściciele je pozostawili gdzieś w lesie czy przy drodze. Więc nawet jeśli moja przyszłość nie będzie wiązała się bezpośrednio ze zwierzętami, to i tak chciałabym im pomagać. 
Na początku nie napisałam o pewnej ważnej kwestii. A mianowicie o moim nicku. Zuzka M. Zuzka od Zuzanny z "Opowieści z Narnii". Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że jestem bardzo podobna do Anny Popplewell, która wciela się w postać Zuzki. Nie wiem, czy teraz też jestem, ale na pewno kiedyś byłam podobna. M. pochodzi od Malfoy - tak, bardzo lubię jego postać i Toma Feltona jako aktora. 
Sama nie wiem, o czym jeszcze miałabym napisać. Ale jeśli będziecie mieć pytania to śmiało piszcie, na pewno postaram się odpowiedzieć pod komentarzem. Na razie to tyle ode mnie :) Do dwudziestego piątego rozdziału! Lub szybciej na moim drugim blogu ;*



sobota, 7 czerwca 2014

~19~


    Po południu całą grupą wyszli na spacer. Było bardzo gorąco. Słońce przygrzewało mocno, jak w samo południe. Wiatru między zabudowaniami nie czuli. Dopiero, gdy wyszli na teren za budynkami, poczuli zbawienną bryzę, która rozwiała ich włosy ze spoconego czoła.
    Część dziewcząt porozsiadało się na przyniesionych kocach. Zamierzały się jeszcze trochę opalić, wykorzystując te ostatnie dni nad morzem. Wśród nich znalazły się Natalie, Caroline i Laura. Ściągnęły bluzki i krótkie spodenki, w których przyszły i, w samym bikini, położyły się na brzuchu, zakładając na nosy okulary.
    Adison razem z Alex robiły zdjęcia swoim przyjaciółkom, morzu, mewom, które przysiadywały na drewnianych belkach.Wszystkiemu dookoła.
    Chloe, Diana, Wen, Abby i Eve stały na mokrym piasku, który od czasu do czasu zalewały fale. Chłodziły sobie stopy w zimnej wodzie i podziwiały wspaniały widok, jaki rozciągał się wokół. Piękne, niebieskie, spokojne morze. Błękitne niebo z kilkoma bielutkimi chmurami, spokojnie płynącymi nad nimi. Jakieś żaglówki daleko na horyzoncie, surferzy, inni turyści, latające wszędzie ptaki. Było wspaniale.
    Chłopcy najpierw pochodzili trochę wzdłuż brzegu, co jakiś czas próbując wrzucić się nawzajem do wody. Gdy już oswoili się z temperaturą, weszli nieco dalej. Chlapali się, popychali, śmiali. Potem przez kilkanaście minut odbijali piłkę do siatki.
    Maya usiadła na piasku i patrzyła na całą ich wycieczkę. Uśmiechała się pod nosem co chwila, widząc, jak chłopcy zachowywali się jak dzieci. Po chwili podeszła do niej Alex.
    - Chodź, zrobimy sobie parę fotek, bo z tobą jeszcze żadnej nie mam! - zawołała, ciągnąc blondynkę za rękę. Wstała więc i pobiegła za koleżanką. Alex podała aparat Sam po czym przytuliła Mayę. Sam zdążyła zrobić jedno zdjęcie nim do dziewczyn przybiegł Adam. Wszedł w kadr, pomiędzy Alex a Mayę.
    - Też chcę z wami zdjęcie, ślicznotki! - Uśmiechnął się, obejmując obie koleżanki w talii. Dziewczyny próbowały go odepchnąć, lecz był dla nich zbyt silny.
    - Nikt cię tu nie zapraszał! - krzyknęła Alex. - Idź stąd, bo jesteś cały mokry!
    - Niemożliwe! Wyganiacie mnie? - Pokiwały głowami. - Zapamiętam to sobie - mruknął do siebie, spuszczając głowę.
    - Och, no dobra, jedno zdjęcie, niech ci będzie! - powiedziała Maya. Chłopak wyszczerzył się do niej jak głupi do sera.
    - Wiedziałem, ze mnie nie odmówisz - rzekł.
    - Ja i to moje dobre serce! - westchnęła blondynka teatralnie. Zaśmiali się we czwórkę.

    Do hotelu wrócili o zachodzie słońca. Zamiast zwykłej kolacji, mieli mieć duże ognisko, więc gdy tylko weszli do pokoi, szybko przebrali zmoczone ciuchy, oczyścili się z piasku, który poprzyklejał im się do ciał i poszli do ogrodu. Tam czekało już na nich sporych rozmiarów ognisko, poustawiane wokół niego ławki, kije oparte o wysokie drzewo, kiełbaski, pieczywo i talerzyki leżące na stole nieco dalej od ogniska.
    Pierwsi na jedzenie rzucili się chłopcy. Porozsiadali się na ławkach, zaczynając piec kiełbaski nadziane na kije. Dziewczyny, nie chcąc im przeszkadzać, podzieliły się na kilka grup i każda przycupnęła gdzie indziej. Jedna tuż przy ognisku, grzejąc się przy jego płomieniach, dwie kolejne na długich huśtawkach stojących nieco na uboczu.
Maya
    Maya należała do tej pierwszej grupy. Wpatrywała się w pomarańczowe iskierki ulatujące do nieba znad ogniska jak i na samo niebo - granatowe, bezchmurne, ale i bezgwiezdne. Zastanawiała się, jak to będzie, jak już wrócą do domu. Czy nadal będzie się kolegować z chłopakami? Miała taką nadzieję. Czy pogodzi się z dziewczynami? Wątpiła w to, ale bardzo tego pragnęła. Czy wszystko będzie w porządku? Teraz już na pewno nie, bo jej życie zmieni fakt, że dowiedziała się o swoim przeznaczeniu.
    "Ciekawe, co oznacza bycie Strażniczką. - zastanawiała się. - Co będę musiała robić? Co poznać? Coś zmienić? Na pewno! Ale się boję!"
    Bała się, choć sama jeszcze nie wiedziała, czego.

    Siedzieli przy ognisku, rozkoszując się ciepłem bijącym od płomieni. Wen, Chloe i Diana poszły już do pokoju. Maya kuliła się między Abby, a Eve. Naprzeciwko siedzieli Shane, Adam, Kevin i Mark, a obok nich uśmiechnięte od ucha do ucha trzy przyjaciółeczki: Natalie, Caroline i Laura. Śmiali się na całe gardło, a Natalie i Caroline nawet z nimi flirtowały. Bawili się wyśmienicie co chwila popijając z kartonowego pudełka od soku. Tylko Shane nie brał tego do ust.
    Maya patrzyła na nich spode łba. Była zazdrosna, choć nie dopuszczała do siebie tej wiadomości. Nie chciała być zazdrosna o chłopaków. Przecież nie byli jej własnością. Mogli robić co chcieli, z kim i gdzie chcieli. A jednak. Zazdrościła im tego, że potrafili się dobrze bawić. Ona nie potrafiła. Miała ochotę rozszarpać na strzępy te pożal się Boże psiapsiółki, ale jak na razie trzymała emocje na wodzy. Humor zepsuł się jej właśnie przez ten widok i zazdrość.
    Zaciskała mocno pięści. Czuła się chora. Nie miała ochoty na kiełbaskę czy chleb, które piekły się przed nią.
    Chciała iść do pokoju razem z Abby i Eve, lecz coś mówiło jej, że powinna jeszcze chwilę posiedzieć. Posłuchała tego wewnętrznego głosu lecz później bardzo tego żałowała i nie mogła przez to zasnąć.
    Gdy jednak wstała, by pójść do hotelu, na jej drodze stanął roześmiany Adam. Próbowała go wyminąć, ale jej nie pozwolił.
    - Hej! - zawołała. - Chcę przejść! - Gdy zrobiła krok w prawo, on szedł za nią. Śmiał się przy tym jak opętany. Parę razy powtórzyli te ruchy, lecz po chwili chłopaka znudziła ta gierka. Złapał Mayę za ramiona, pochylił się i złożył na jej ustach mokry pocałunek, przesiąknięty tanim alkoholem.
    Dziewczyna próbowała się wyrwać z jego uścisku, lecz nie dała rady. W końcu chłopak był od niej wyższy i silniejszy. Postanowiła przeczekać ten nagły przypływ namiętności, kładąc mu dłonie na klatce piersiowej.
    Po paru chwilach chłopak oderwał się od niej, uśmiechnął się, widząc jej zszokowaną minę i odwrócił się na pięcie, podśpiewując piosenkę ze Smerfów.
    Maya odprowadziła go wzrokiem. Podszedł do Shane'a i Marka, usiadł obok nich. Wyglądali na równie zaskoczonych co niebieskooka. Gdy jej wzrok napotkał spojrzenie blondyna, otrząsnęła się, widząc w jego oczach żal i smutek. Mechanicznym krokiem ruszyła w stronę wejścia do hotelu, mając pustkę w głowie i przygryzając dolną wargę.
    Gdy weszła do pokoju, nie było w nim Chloe. Diana i Wen siedziały z tabletem blondynki w rękach i rozmawiały o czymś zawzięcie. Maya usiadła na swoim łóżku. Dziewczyny zamilkły i podniosły na nią swoje spojrzenia.
    - Coś się stało? - zapytała Diana, która za wszelką cenę starała się pomóc przyjaciółce. Już przy śniadaniu wymieniły kilka uwag, więc pomyślała, że może i teraz się do niej odezwie.
    Maya pokręciła tylko głową, a gdy Chloe wyszła z łazienki, dziewczyna się w niej schowała. Ukucnęła, oparta plecami o białe drzwi. Dotknęła dłonią ust. Nadal czuła smak jego pełnych ust. Nie mogła o tym zapomnieć.
    Kiedyś jej się podobał. Ale to było dawno. Ponad dwa lata temu. Teraz nie wiedziała, co o tym myśleć. Był pijany, a ludzie pod wpływem alkoholu robią różne rzeczy, ale i mówią dużo prawdy. Przypomniała sobie, jak jej ojciec przychodził upity do domu i jak ją wyzywał i mówił, że jest do niczego.
    Zamknęła oczy, a pod powiekami zapiekły ją słone łzy. Pozwoliła im polecieć po policzkach. Wiedziała, że lepiej wyrzucić smutek niż tłumić go w sobie. Podkuliła nogi i zakryła dłońmi twarz. Siedziała tak dobrych parę minut. Z otępienia wyrwał ją dźwięk telefonu. Drżąca ręką wyciągnęła go z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz. Miała nową wiadomość. Otworzyła ją i zaczęła czytać:
    "Tu wróżka Zefira! Znam Twoją przyszłość..!"
    Kliknęła szybko "usuń". Westchnęła, wstając. Podeszła do umywalki, spojrzała w lustro i się przeraziła. Wyglądała masakrycznie. Czerwone, opuchnięte oczy, rozmazany tusz, tworzący czarne podkówki pod oczami. Odkręciła kran i ochlapała zimną wodą twarz. Potem zmyła resztki makijażu. Wyglądała nieco lepiej. Potem rozebrała się i weszła pod prysznic, gdzie gorące krople wody spływały wzdłuż jej ciała, powodując, że dziewczyna drżała. Nieco się odprężyła.
    Gdy zakręciła wodę, na jej skórę wstąpiła gęsia skórka. Owinęła się puchatym ręcznikiem. Wysuszyła włosy i rozczesała je, układając odpowiednio grzywkę. Nałożyła na całe ciało krem i dopiero wtedy rozejrzała się w poszukiwaniu piżamy, lecz jej nie znalazła. Westchnęła i niechętnie otworzyła drzwi. Wyszła owinięta ręcznikiem, który minimalnie zakrywał jej uda. Podeszła do szafy, a rozmowy w pokoju ucichły.
    - Serio, nie krępujcie się, rozmawiajcie sobie o mnie, obgadujcie mnie, ja już sobie idę. - Wyrzuciła z siebie żal w tych kilku beznamiętnych słowach. Znalazła świeżą bieliznę i piżamę i już miała wracać, gdy zamarła, stojąc twarzą do pokoju. Na łóżku Diany siedziały jej koleżanki, a na jej materacu rozłożył się Shane, a obok niego Abby i Eve. Wszyscy patrzyli na nią. Ze zdziwieniem i rozbawieniem, zależnie od płci. Maya zarumieniła się i chciała uciec do łazienki, lecz Shane zwinnym ruchem zerwał się z łóżka i złapał ją za nadgarstek.
    - Przyszedłem zobaczyć, jak się czujesz - odezwał się, patrząc jej prosto w oczy. Zobaczyła w nich troskę i łobuzerskie iskierki.
    - Serio? - Chrząknęła, bo miała zachrypnięty głos. - Serio teraz chcesz o tym gadać? - Zerknęła przelotnie w dół.
    - Mnie to nie przeszkadza - mruknął.
    - Ale mnie tak, więc jeśli pozwolisz to przełożymy tę rozmowę na jutro, a najlepiej przełóżmy ją na takie tam nigdy - odparła, próbując wyrwać rękę z jego uścisku. Bezskutecznie.
    - Jak chcesz. - Wzruszył ramionami. - Ale serio - pochylił się do przodu - wszystko dobrze? Bo uciekłaś tak nagle z ogrodu...
    Maya wiedziała, że Shane widział to jak Adam ją pocałował i w duchu dziękowała mu za to, że nie wspomniał o tym przy dziewczynach. Pewnie i tak się o tym dowiedzą, ale teraz nie miała ochoty na dociekliwe pytania. Mimo wszystko nie zamierzała się mu zwierzać. Co miałaby mu powiedzieć? Że jego najlepszy przyjaciel pocałował ją bez jej zgody i że było jej źle? Miała kłamać?
    - Jest dobrze - powiedziała. - A teraz mnie puść, bo chcę się ubrać.
    - Nie wierzę ci. Widzę, że coś jest nie tak - szepnął jej do ucha. - Ale jest ci zimno, więc dokończymy tę rozmowę kiedy indziej.
    Musnął ustami jej policzek i ruszył do drzwi, uśmiechając się pod nosem.
    Maya dopiero po chwili otrząsnęła się z zadumy. Szybko wbiegła do łazienki i się ubrała. Gdy wróciła do pokoju, położyła się na łóżku i udawała, że śpi. Tak naprawdę myślała o wszystkim, co się wydarzyło. O pocałunku, o wspomnieniach, które tak nagle do niej wróciły, choć nigdy nie rozmyślała o ojcu, a tym bardziej nie płakała z jego powodu, już nie. O wizycie Shane'a. Nic z tego nie rozumiała. Ale czy była gotowa, by zrozumieć?

~~~*~~~*~~~*~~~


Mrs Black bajkowe-szablony