Pokazywanie postów oznaczonych etykietą running. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą running. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 kwietnia 2016

Weekend z Zuzką M. #4


Witam Was serdecznie w ten piękny dzień! Dawno mnie nie było z moim cyklem, więc postanowiłam dzisiaj Wam troszkę rzeczy przygotować ;) I zrekompensować poprzednie braki.
Zacznijmy może od tego, że jest tak piękna pogoda, że aż szkoda siedzieć w domu. Sama zamierzam wyjść później na spacer (oczywiście jak wrócę do domu i tam również będzie taka zachęcająca pogoda). Proponuję Wam aktywny weekend! Spacer z rodziną, psem, może samotnie. Przejażdżka rowerowa do lasu czy parku świetnie nam zrobi. Trzema korzystać z okazji i łapać pierwsze promienie słońca całymi garściami!
Dzisiaj wieczorem proponuję zasiąść przed telewizorem i obejrzeć "Shrek Trzeci". Uwielbiam wracać do bajek z dzieciństwa, w ogóle do bajek i zawsze, kiedy mam okazję, siadam i oglądam razem z moją młodszą kuzynką. Nie da się zliczyć, ile razy obejrzałyśmy "Krainę Lodu" czy "Epokę lodowcową". Na poprawę humoru albo na miły koniec dnia akurat pasują takie filmy animowane.
Później będę miała dylemat, ponieważ, już nie wiem, po raz który, w telewizji leci "Armageddon" i za każdym razem staram się go obejrzeć. Ryczę zawsze jak bóbr, ale nie żałuję, ponieważ kocham ten film jak żaden inny. Ale prawie w tym samym czasie jest również trzecia część "Zmierzchu" i jak dotąd obejrzałam już dwie poprzednie, wypadałoby zobaczyć i tę. Zwłaszcza, że mama bardzo lubi się przy tym odprężyć, a przecież nie będę jej wieczorem po pracy kazała oglądać kolejny raz takiego dramatu jakim jest "Armageddon".
W sobotę będzie okazja zobaczyć w telewizji "Chłopca w pasiastej piżamie". Jeżeli ktoś tego nie oglądał, powinien się z tym filmem zapoznać. Pamiętam, jak pani na polskim w gimnazjum włączyła go nam na lekcji. Do tamtej pory mam ciarki, kiedy pomyślę, co tam się działo. Nie za bardzo przepadam za wojennymi filmami, ale ten jest wart polecenia i obejrzenia. Naprawdę.
Coś dla fanów sportu! W sobotę tj. 16 kwietnia odbędzie się pierwszy półfinałowy mecz Final Four Ligi Mistrzów. Panowie z Zenitu Kazań zmierzą się z Asseco Rasovią Rzeszów ok 16:30. Spotkanie odbędzie się w Tauron Arenie w Krakowie. Niesamowicie zazdroszczę tym, którzy mają bilet i mogą obejrzeć mecz na żywo!!
Przez ostatnie dwa tygodnie chodzą za mną cały czas dwie piosenki:

I chociaż na aktywny weekend poleciłabym Wam coś ruchliwszego, to mogłabym tych piosenek słuchać non stop, więc to je właśnie Wam polecam ;)
Nadal kończę "Miasto szkła" oraz "Łaskę utraconą", więc nie wiem, co Wam polecić z książek. Zakupiłam ostatnio trzy nowe, ale jeszcze się za nie nie wzięłam. Jak tylko przeczytam choć jedną, na pewno się o tym dowiecie, ponieważ zamierzam wrzucać więcej recenzji i innych uwag co do książek.
Jeżeli natomiast chodzi o bloga, to wybrałam jednego, który uważam, że zasługuje na moje wyróżnienie tutaj ;)

Opowiadanie zakończone, więc nie będziecie mieli problemu z tym, że notki długo się nie pojawiają ani nic.

"Faith nie ma łatwego życia. Lecz kto by miał, gdyby musiał uciekać z rodzinnej krainy? Ether jest miejscem pełnym intryg, tajemnic ale przede wszystkim przeszłości, od której główna bohaterka chciała się odciąć. Niestety, przeszłość zawsze nas dogoni, a już na pewno nie da o sobie zapomnieć.
Okazuje się, że Faith ma do odegrania ważną rolę w krainie, którą kiedyś nazywała domem. Czy zdoła sprostać wyzwaniu, jakie ją czeka?
Dlaczego jest Ostatnia?"

Od siebie mogę dodać, że historia niesamowicie wciąga i jeżeli są jakieś błędy czy niedociągnięcia to nie zwraca się na nie wielkiej uwagi, ponieważ samo opowiadanie jest naprawdę dobre ;)

To tyle na dzisiaj. Do przeczytania niedługo!
Ps. Piszcie, jak wy spędzacie weekend! 

czwartek, 2 kwietnia 2015

~39~


    We wtorek rano Tom i Nate wstali bardzo wcześnie. Wynajmowali mały pokoik w mieście niedaleko szkoły, do której chodziła Maya. Nie musieliby się spieszyć, gdyby nie poranny trening, który wszedł im w nawyk. Ćwiczyli codziennie, nieważne, czy było ciepło czy zimno, czy padało. Przywykli do fizycznego wysiłku i gdyby teraz z wygody go zaprzestali, ich ciała nie poradziłyby sobie przy wznowieniu treningu pod czujnym okiem Gundara.
    Chłopcy zdawali sobie z tego sprawy, więc jeszcze przed siódmą wyszli pobiegać. Bardzo dobrze im się ćwiczyło, ponieważ, dopiero co obudzone słońce, nie prażyło jeszcze tak mocno. Delikatny wiatr szumiał między zielonymi gałęziami drzew. Życie na ulicach powoli zaczęło ożywać. Ludzie, nie spiesząc się, szykowali się do pracy, dzieci wstawały do szkoły.
    Wróciwszy do mieszkania, wzięli prysznic i zjedli przyszykowane na szybko śniadanie i posprzątali sypialnie. Pozostawianie czystości po sobie również weszło im w krew, będąc uczniami Gwardii. Później obaj usiedli przy stole i jeszcze raz dokładnie przeanalizowali wszystkie fakty.
Diana
    Po pierwsze: nie byli mile widziani pod szkołą blondynki, choć nadal musieli jakoś mieć z nią kontakt. Po drugie: zdawali sobie sprawę, że Malcolm im nie ufał, więc wysłał za nimi ogon. Po trzecie: nie byli zachwyceni tym, że ktoś patrzył im na ręce, gdy wykonywali tak ważne zadanie. Mogło to się źle skończyć. Mieli jednak nadzieję, że jak zwykle dopisze im łut szczęścia. Choć maleńki.
    Na koniec powtórzyli wszystkie działania, które już wcześniej ustalili. Nate chciał mieć pewność, że jego brat już niczego nie zepsuje. Przebrali się w normalne ciuchy, by móc wtopić się w tłum i wyszli. Dochodziło południe, gdy zjawili się pod szkołą. Właśnie zaczynała się przerwa obiadowa, więc wokół szkoły zaległo się od uczniów, chcących te pół godziny spędzić na słońcu. Wśród nich chłopcy dostrzegli także Mayę wraz z Alex i Dianą. Uśmiechnięte od ucha do ucha, szły w stronę wolnej ławki niedaleko parkingu, na którym stali Nate i Tom. Niosły ze sobą drugie śniadanie, które zamierzały spokojnie zjeść w cieniu drzewa.
Maya
    Tom przyglądał się z uwagą dziewczynie, podczas gdy jego brat stał tyłem do niej. Udawali, że zawzięcie o czymś rozmawiali, lecz to była tylko przykrywka. Tak naprawdę przysłuchiwali się każdemu słowu, które padłyby z jej ust, analizowali i zapamiętywali każdy gest, by móc później wyciągnąć odpowiednie wnioski.

    Dziewczyny, całkowicie pochłonięte rozmową, nie zauważyły, że ktoś je podglądał. Siedziały do nich bokiem i ani myślały spojrzeć w stronę parkingu. Miały ważniejsze rzeczy do obgadania.
    - I jak, Adam odzywał się do ciebie ostatnio? - zapytała niepewnie Alex. Maya pokręciła głową smutno. Odkąd się rozstali, chłopak odpowiadał jedynie na jej "cześć" powiedziane w autobusie lub na korytarzu. Nawet nie spoglądał w jej stronę, gdy siedzieli obok siebie na lekcjach. Wiedziała, że było mu ciężko, sam to przecież przyznał, że potrzebuje czasu. Ale nie miała pojęcia, że to aż tyle zajmie! Bardzo chciała, by było, jak kiedyś. Żeby Ad nie chodził już taki smutny, by ją na każdym kroku rozśmieszał a nie doprowadzał do łez. Nie chciała go stracić, w końcu był jej przyjacielem, wiele mu zawdzięczała. A teraz, w trudnym dla niego okresie, nie potrafiła mu pomóc. Czuła się z tym nieswojo, bo przywykła do pomocy swoim przyjaciołom. A w tej sprawie nie mogła zrobić nic, kompletnie nic.
    - Rozmawiałam z nim ostatnio, tak jak mnie prosiłaś - zagadnęła po chwili Alex.
    - I co? - ożywiła się od razu Maya.
    - Twierdził, że jest w porządku. I wydawało mi się, że już naprawdę jest na dobrej drodze do tego, by w końcu się do ciebie odezwać, by odrzucić dumę na bok i znów zwrócić się do swoich znajomych. A zwłaszcza do ciebie i Shane'a. Gdy mu to wypomniałam, prychnął i stwierdził, że nie chce Shane'a widzieć na oczy, bo nadal jest zazdrosny. Zdziwiło mnie to, że się do tego przyznał. Dostrzegłam, że nie jest już tym, kim kiedyś był. Stał się dojrzalszy. Coś go zmieniło. I tu chyba nie tylko chodzi o tą relację miedzy wami. To chyba coś poważniejszego. Pewnie ty wiesz, bo to zaczęło się jeszcze zanim zerwaliście... - Alex spojrzała na Mayę, uważnie przypatrując się, jak zareaguje. Dziewczyna w jednej chwili spięła się, rozumiejąc, co mogło mieć wpływ na zmianę w zachowaniu Adama. Już po chwili jednak spróbowała udawać, że nie ma pojęcia, o co mogłoby chodzić. Alex jednak nie była głupia, nie dała się zwieść. - Rozumiem, że nie możesz mi powiedzieć, więc chociaż nie kłam. - Uśmiechnęła się serdecznie. Pokiwała tylko delikatnie głową, zgadzając się z koleżanką.

    Maya tego dnia skończyła lekcje wyjątkowo wcześniej. Postanowiła poczekać na Shane'a, który po zajęciach poszedł na trening. Obiecali sobie rano, że razem zrobią zakupy, o które poprosiłą ich pani Shay.
   Wyszła samotnie ze szkoły, kierując się na ławkę, na której jadła wraz z koleżankami drugie śniadanie. Usiadł na ławce, która pogrążona była jeszcze w cieniu wysokiego drzewa. Wyciągnęła z torby książkę. Zaczęła ją ostatnio czytać i tak ją zainteresowała, że nie mogła się od niej oderwać.
    Nie dokończyła nawet rozdziału, gdy poczuła, że ktoś się do niej zbliżał. Podniosła wzrok i zobaczyła dwóch chłopców zmierzających w jej stronę. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Obaj byli wysocy i niezwykle chudzi, ale jednocześnie silni. Jeden z nich palił papierosa, choć na terenie przy szkole nie wolno tego robić. Serce zabiło jej szybciej, gdy rozpoznała w nich swoich oprawców ze snów.
    - No, no, no, kogo my tu mamy! - zawołał Nate, siadając obok niej. - Dawno się nie widzieliśmy! Stęskniliśmy się za tobą, prawda? - zwrócił się do brata, nie odrywając od niej wzroku.
    - Jasne, strasznie brakowało mi widoku tej przerażonej twarzyczki. - Zaśmiał się.
    - Czego ode mnie chcecie? - szepnęła, przełykając narastającą w gardle gule.
    - Tego co zawsze. Oddaj nam Elessar a już nigdy w życiu nas nie zobaczysz.
    - Dla dobra twojego i wszystkich bliskich radziłbym ci to załatwić z nami od razu - zasugerował cicho Tom. - Malcolm powoli nudzi się tą grą w kotka i myszkę. I jeżeli nam nie dasz Elessaru, sam złoży ci wizytę. Albo raczej ty jemu, lecz od razu mogę ci zaświadczyć, że nie będzie to nic miłego. Chyba pamiętasz wasze ostatnie spotkanie? - Przyjrzał jej się uważnie, pochylając się delikatnie w jej kierunku.
    Maya mimowolnie zadrżała. Nie musieli jej przypominać tych strasznych dla niej chwil w domu Gwardii. Najgorsze sceny nadal pojawiały się w jej koszmarach, przywołując paraliżujący strach, z którym nic nie potrafiła zrobić.
    Chłopcy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że gdy ktoś raz spotkał Malcolma, nigdy już o nim nie zapomni. Wiedzieli, że miał ogromny wpływ na ludzi, bardzo zły wpływ, lecz dzięki temu załatwiał wiele spraw, które mogłyby się wydawać beznadziejne. Tym razem było jednak trochę inaczej. Przywódcy nigdy na niczym nie zależało tak bardzo jak na Elessarze. Nigdy również nie spotkał się z takimi silnymi osobami jak Maya czy matka Shane'a. To zadanie z niewykonalnego od początku, stawało się z każdą chwilą coraz bardziej tragiczne. Lecz nikt nie mógł się poddać.
    Dokładnie przyglądali się jej reakcji, więc upewnili się, że dokładnie pamiętała, co wydarzyło się w siedzibie Gwardii. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
    - Dajcie  mi święty spokój! - spróbowała krzyknąć, ale z jej ściśniętego gardła wydobył się tylko delikatny szept.
    - Damy, damy, gdy tylko załatwimy tę sprawę - zapewnił Nate. - To jak będzie, będziesz mądra i oddasz nam Elessar teraz, czy jednak chcesz się ponownie spotkać z Malcolmem? A może pragniesz, by poznał twoich przyjaciół? - zapytał. Przerażona dziewczyna spojrzała na niego. Do oczu cisnęły się jej łzy, lecz postanowiła sobie, że nie da im tej satysfakcji i nie podda się. Nie mogła. Musiała za wszelką cenę chronić naszyjnik. Przymknęła na chwilę powieki, by pozbyć się niechcianych łez a później spojrzała najpierw na jednego a następnie na drugiego z nich.
    - Niczego wam nie dam, a waszemu panu możecie powiedzieć, że się go nie boję! - zawołała opanowanym już głosem. - Mam gdzieś jego i jego zachcianki. Zostałam stworzona po to, by chronić Elessar i nie myślcie sobie, że go tak łatwo dam jakimś dwóm zwyrodniałym, przerośniętym chłystkom! Niedoczekanie! - prychnęła, wstała, szarpiąc za torbę i chciała odejść, lecz Tom zatrzymał ją. Chwycił mocno za jej nadgarstek a następnie odwrócił w swoją stronę. Próbowała wyswobodzić rękę z jego dłoni, lecz był dla niej zbyt silny. Warknęła tylko z bezsilności i spojrzała wrogo w oczy napastnika.
    - Nie masz prawa nas obrażać! - syknął Nate, podchodząc wolno do niej. Zatrzymał się milimetry od niej. Był zdecydowanie wyższy, więc Maya, chcąc spojrzeć mu w twarz, musiała zadrzeć głowę do góry. - Muszę ci jednak podziękować - powiedział cicho, pochylając się tak, że niemal musnął ustami jej ucho. - W końcu przyznałaś się, że jesteś Strażniczką. - Zaśmiał się. Dopiero wtedy dotarło do niej, co takiego się stało. Szantażując nią, nie mieli pewności, kim właściwie była w tym całym zamieszaniu. Dopiero jej słowa utwierdziły ich w przekonaniu, że dobrze robili, że natrafili na właściwą osobę. Przerażona zdawała sobie sprawę, że to już koniec tajemnic. Już wszyscy będą wiedzieli, skończy się beztroskie życie, które do tej pory wiodła.
    Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, tylko nad tym, by jak najszybciej stamtąd uciec, kopnęła, nadal pochylającego się nad nią Nate'a między nogi. Chłopak zachwiał się i odszedł kilka kroków do tyłu. Chwyt Toma na jej nadgarstku zelżał na chwilę, więc wyrwała rękę i puściła się biegiem w stronę szkoły, mając nadzieję, że tam znajdzie kogoś, kto jej pomoże.
    Niestety, nie doceniła chłopców. Wyszkoleni pod okiem Gundara, umieli szybko zareagować. W sekundę później już ruszyli za nią w pościg. Maya co prawa biegała codziennie, ale od niedawna, natomiast bracia ćwiczyli od najmłodszych lat. Byli wysportowani i niezwykle szybcy. Złapali dziewczynę jeszcze zanim dobiegła do końca chodnika. Tom zamknął ją w swoich ramionach, stojąc za nią. Nate z furią w oczach przechodził się tuż przed nią. Bała się go. W końcu uderzyła go dosyć boleśnie, miał prawo się wściekać. Nie miała pojęcia, co zamierzali jej zrobić, ale wiedziała, że nie czekało ją nic dobrego.
    W końcu, gdy starszy z nich stanął i blondynka z bijącym sercem oczekiwała najgorszego, stało się coś, czego w życiu by się nie spodziewała. Usłyszała głośny krzyk za jej plecami. Chłopcy jak jeden mąż odwrócili się. Ona również chciała zobaczyć, kto się zjawił, lecz mocny uścisk Toma jej to uniemożliwił. Tylko po głosie poznała, że wołał mężczyzna.
    - A co tu się dzieje? - zapytał, gdy był już bliżej. - Wy nie chodzicie do naszej szkoły, prawda? Już, puśćcie ją! - rozkazał. Maya poczuła, jak Tom zabiera od niej łapy. Zachwiała się delikatnie, lecz nauczyciel pomógł zachować jej równowagę. - Już ja się z wami rozprawię! - pogroził uciekającym. - Nic ci się nie stało? - zapytał, gdy blondynka z jego pomocą usiadła na ławce. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, w głowie jej szumiało. Mimo szoku, jakiego doznała, poczuła ciężar Elessaru. Resztką sił skupiła się na tym, by go nie dotknąć i nie zdemaskować się przed nowym belfrem uczącym wychowania fizycznego.
    - Nic mi nie jest. Dziękuję. - Spojrzała na niego nieufnie. Na jego ustach gościł uśmiech, lecz ciemne oczy wydawały się jej puste. Nie miała pojęcia, co o nim myśleć. Intuicja podpowiadała jej, żeby mu nie ufać. Z drugiej strony jednak ją uratował, więc może nie do końca był zły?
    - Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział. Maya chciała coś dodać, ale podbiegł do nich Shane, który właśnie skończył trening.
    - Co się stało? - zapytał nie mało przestraszony widząc przyjaciółkę w takim stanie.
    - Długo by opowiadać. - Machnęła ręką dziewczyna. - Chodźmy lepiej do domu. Później ci wszystko wyjaśnię - obiecała, pociągając chłopaka za sobą.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, jeszcze raz was strasznie przepraszam za takie opóźnienie, ale w weekend tak mnie palec bolał, że ledwo co pisałam :/ Wczoraj prawie dokończyłam rozdział, ale mi się coś zacięło i pół tego, co miałam napisane mi się usunęło i musiałam dzisiaj od połowy pisać jeszcze raz. Ale na szczęście już jest okej, palec jeszcze boli, ale już nie tak dokuczliwie no i laptop się odbraził :D
    Dzisiaj się dzieje, mam nadzieję, że choć trochę zrekompensuje wam to, że rozdział nie pojawił się na czas ;) Piszcie, co o nim myślicie, jestem straaasznie ciekawa waszego zdania! <3

sobota, 14 marca 2015

~38~


    Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, czy nie zadzwonić do Josha, nie porozmawiać z nim. Kika razy już nawet wybierała jego numer, ale za każdym razem w ostatniej chwili coś ją powstrzymywało. Zastanawiała się, jak miałaby zacząć rozmowę, czy od razu powiedzieć, że wie o wszystkim? Czy może w ogóle nie wspominać? Bijąc się z myślami, non stop chodziła po pokoju, co chwila przyłapując się na obgryzaniu paznokci.
    "Cholera! Josh, to nadal mój przyjaciel. Powinnam do niego zadzwonić, mimo wszystko." - postanowiła.
    Wybrała więc numer chłopaka i czekała aż odbierze. Po piątym sygnale stwierdziła, że to jednak może nie był za dobry pomysł, by dzwonić do niego o tak późnej porze. Już miała się rozłączyć, gdy usłyszała w słuchawce zaspany głos przyjaciela.
    - Halo?
    - Josh! - odetchnęła z ulgą. - Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie zorientowałam się, która jest godzina, zanim wybrałam numer.
    - Nic się nie stało. - Ziewnął. - Co tam u ciebie? Coś się stało? - Wyczuła zaniepokojenie w jego głosie. Już całkowicie się rozbudził.
    - Nie, skąd - uspokoiła go. - Po prostu chciałam usłyszeć twój głos, pogadać. Stęskniłam się strasznie! - Westchnęła. Usiadła w końcu na łóżku, położyła sobie na kolanach poduszkę i zacisnęła pięść na jej rogu. - Co tam u was? - zapytała nieśmiało.
    - Maya, wiem, że rozmawiałaś z mamą i powiedziała ci wszystko o mnie - powiedział, nie owijając w bawełnę. - Jak się z tym czujesz?
    - Cóż... - zawahała się. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nigdy nie była dobra w opisywaniu swoich emocji, czasami nawet nie orientowała się, co odczuwa. - Mam mętlik w głowie. Tyle się ostatnio wokół mnie dzieje, że nie wiem, czy czegoś ważnego nie ominę, nawet jakby to przeszło mi obok nosa. I niby teraz jest względnie spokojnie, to nadal wisi nade mną jakaś groza, napięcie. Wiem, że nie o to pytałeś, - dodała po chwili milczenia - ale potrzebuję się komuś zwierzyć. A komu, jak nie tobie? - Zaśmiała się smutno. - Gdzieś w głębi duszy wiem, że to tylko cisza przed prawdziwą burzą. I obawiam się, że nie przetrwam tego żywiołu, że może być zbyt mocny, bym utrzymała się na powierzchni ziemi...
    - Co ty wygadujesz? - zawołał Josh kompletnie oszołomiony.
    - Nie mówię, że umrę. Wydaje mi się jednak, że już długo nie uda mi się chronić Elessaru. Niedługo Gwardia przyjdzie po niego. A ja jestem zbyt słaba, by go obronić przed ich lepiącymi łapami. Dostaną to, czego pragną. Nie widzę innej przyszłości.
    - Nie pozwalam ci nawet tak mówić! - zagroził jej. - Co ty pleciesz? Jesteś bezpieczna, nic ci się nie stanie, obiecuję ci to ja, twój prywatny ochroniarz - powiedział z przekonaniem. Serce Mayi zabiło szybciej, gdy usłyszała jego zdeterminowanie. Prawie uwierzyła w jego słowa. Prawie. Intuicji nawet najlepsze kłamstwo nie dało zwieść.
    - On coraz częściej staje się gorący, czasami niemal nie do wytrzymania - szepnęła z przejęciem. - Wiem, że oznacza to tylko jedno. Że oni są już blisko. Elessar chce mi dać sygnał do działania, ale ja nie mam pojęcia, co robić.
    - Po pierwsze nie panikować!
    - Nie panikuję! - zaprzeczyła stanowczo, podnosząc nieco głos. Josh tylko prychnął cicho. - No może odrobinę. To mnie przerasta. Za dużo tego.
    - Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. - Zamilkł na chwilę. - Co ty na to, bym przyjechał jutro po ciebie po szkole? Spotkalibyśmy się, porozmawiali. Dobrze nam to zrobi.
    - Tak, to świetny pomysł. - Dziewczyna uspokoiła się nieco, choć nadal miała złe przeczucia, wiedziała, że Josh jej pomoże.
    - Co do Elessaru... Nie znam się na tym zbyt dobrze, to nie moja działka. Masz z kim o tym porozmawiać? Bo słyszałem, że z mamą się pokłóciłaś... - powiedział niepewnie.
    - Nie tyle pokłóciłam, co obraziłam. Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim skrywała przede mną jeszcze prawdę o tobie. Swoją drogą to na ciebie też byłam zła, ale już mi przeszło. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłeś mi o niczym powiedzieć. Tak samo jak ja muszę zachować swoje prawdziwe ja w sekrecie przed resztą normalnego świata. Co do reszty to myślę, że mogłabym zagadać panią Shay. Kto wie, może będzie coś wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. Nagle poczuła się naprawdę zmęczona. Ziewnęła i zamrugała kilka razy ciężkimi powiekami, pod którymi czuła piasek. Usłyszała śmiech chłopaka.
    - Idź spać. Niewiele godzin zostało ci do rana, ale powinnaś się położyć. Zobaczymy się jutro. Dobranoc! - pożegnał się z nią i rozłączył.
Maya

    Rano Maya rzeczywiście wstała niewyspana. Ale całkowicie tego nie żałowała. Cieszyła się, że w końcu przemogła się i zadzwoniła do Josha. Po rozmowie z nim ulżyło jej trochę. Nie wyzbyła się ani jednego niepokoju, ale starała się o niczym złym nie myśleć choć przez chwilę. Pomogło. Oczyściła umysł i gdy pozbyła się czarnych scenariuszy z głowy, świat stał się piękniejszy.
    Jedząc śniadanie, wyglądała przez okno. Pogoda była przepiękna. Słońce grzało mocno już od kilku godzin, delikatny, ciepły wiatr rozwiewał duchotę i szumiał między drzewami, poruszając zielonymi liśćmi. Aż chciało się wyjść na dwór, pooddychać świeżym powietrzem, skorzystać z przecudownego słońca i opalić się choć odrobinę. Niestety tak ładny dzień musiała spędzić w zimnych murach szkoły.
Alex
    Wychodząc z autobusu, rozejrzała się uważnie. Przed szkołą tłoczył się spory tłum. Jedni wchodzili do budynku, inni z niego wychodzili, chcąc zażyć darmowych, naturalnych witamin w porannych promieniach słońca. Gdzieś w oddali dostrzegła, dopiero zmierzające ku placówce po chodniku, Alex i Sam. Pomachała im z daleka. Dziewczyny uśmiechnęły się do niej szeroko, rozmawiając o czymś zawzięcie między sobą.
    Aby wejść głównymi drzwiami, Maya musiała przejść obok małego parkingu. Mijając ogrodzenie, zauważyła nowego nauczyciela. Stał w najodleglejszym kącie parkingu z dwoma chłopakami. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykłą rozmowę pomiędzy uczniami a ich wychowawcą. Dziewczyna jednak wiedziona instynktem zatrzymała się w pobliżu i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torebce. Tak naprawdę jednak uważnie przyglądała się mężczyznom. Wydawało jej się, że o coś się kłócą. Starała się przypomnieć sobie imiona chłopców, lecz nie potrafiła. Ich szkoła nie była duża, każdy znał każdego chociażby z widzenia. I choć wyglądali znajomo, za nic nie mogła dopasować tych osób do nazwisk. Już miała odejść, gdy jeden z chłopaków odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy. Serce na moment jej stanęło. Dłonie spociły się tak, że niemal nie upuściła torebki na chodnik. Zobaczyła kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Prześladowca ze snów pojawił się w jej rzeczywistości!

    Do końca zajęć próbowała sobie wmówić, że tam, na parkingu stał ktoś bardzo podobny do Toma. Że to nie był chłopak z jej koszmarów. Więc gdy wychodziła ze szkoły, niemal uwierzyła w swoje zapewnienia i nieco się uspokoiła. Już prawie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Zdziwiła się, widząc przyjaciela czekającego na nią przed szkołą opartego o swój samochód. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podbiegła szybko i uściskała go mocno. Na koniec delikatnie musnęła jego policzek ustami.
    - Hmm jakie miłe powitanie. - Zaśmiał się cicho.
    - Zasłużyłeś - odparła wesoło, wsiadając do auta po stronie pasażera. - To dokąd mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona.
    - Cóż... Sam nie wiem, może masz jakiś pomysł?
    - Mam ochotę na dużego truskawkowego loda, co ty na to?
    - Z przyjemnością.
    - No to ruszamy!
    Maya bardzo dobrze bawiła się z przyjacielem. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był jej obrońcą. Przed wszystkim - nawet przed złymi myślami, które, gdy tylko go zauważyła, zniknęły. Nie pamiętała już, kiedy spędzili ze sobą tyle czasu sami. Zawsze towarzyszył im albo brat blondynki, albo Alyss. Tym razem mogli pobyć po prostu we dwoje, porobić to, na co mieli tylko oni ochotę.
    Po lodach poszli na spacer, a gdy po południu ciemne chmury zakryły słońce i zaczęło z nich padać, schowali się w kinie. Josh kupił bilety na nową komedię.
    Wieczorem, gdy Josh stanął pod domem Shane'a, Mayi żal było z niego wychodzić.
    - Dziękuję ci - powiedziała. - Strasznie się za tobą stęskniłam. I dawno się tak dobrze nie bawiłam - przyznała.
    - Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej czule. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?
    - Jasne, że tak. Ty na mnie też - odezwała się, łapiąc ręką za klamkę. - Muszę już iść. Do zobaczenia! - Cmoknęła go w policzek i wyszła z auta. Przebiegła te kilka metrów dzielących ją od drzwi. Stanąwszy na schodach, pomachała do odjeżdżającego chłopaka. Z uśmiechem na ustach weszła do środka.
    Mijając kuchnię, poczuła, ze naszyjnik robi się ciepły. Nie było to jakieś nieznośne gorąco, wręcz przeciwnie. Nagle zrobiło jej się przyjemnie i spokój ogarnął jej ciało. Zdziwiona zajrzała do kuchni. Zastała tam panią Shay, czytającą książkę i pijącą herbatę. Przywitała się z nią i usiadła na przeciwko.
    - Mam do pani pytanie - odezwała się po chwili, gdy kobieta odłożyła na bok książkę i ściągnęła z oczu okulary,by móc lepiej widzieć dziewczynę.
    - Słucham. - Uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
    - Chodzi o Elessar. Coraz częściej czuję, jak staje się ciężki, czasami jest nie do zniesienia. Nieraz jest tak gorący, że pragnę go od razu zdjąć i rzucić gdzieś daleko. Myślę, że chce mnie przestrzec przed złem, które czai się niedaleko. Że niedługo zaatakują... - wyrzuciła z siebie szybko. - Ale przed chwilą naszyjnik stał się dziwnie przyjemnie ciepły. Jakby... jakby się ucieszył? - odpowiedziała pytająco. Nie była pewna, czy dobrze określiła to, co czuła. Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale gdy tylko to powiedziała, stwierdziła, że to niedorzeczne.
    - Mądra z ciebie dziewczyna - pochwaliła ją kobieta. - Elessar wyczuwa niebezpieczeństwo i daje ci znać, ze nadchodzi. Jestem niema pewna, że to, czego dzisiaj doświadczyłaś, ma coś wspólnego z jego prawdziwym panem. Może jest już blisko i dlatego klejnot się cieszy? Wiesz, może to zabrzmi głupio, ale ja traktuję go niemal tak, jakby był żywą istotą. Kiedyś uzdrawiał ludzi, może dać władzę. Ma wiele przymiotów ludzkich. Czuje, chce chronić rodzinę, do której na pewno się zaliczasz. Zupełnie jak człowiek, nie sądzisz? - zapytała, przyglądając się jej uważnie.
    Maya dotknęła ostrożnie wisiorka. Pod palcami poczuła ciepło, które przekonało ją, że pani Shay ma rację. Dziedzić Elessary był już bardzo blisko!

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć! Nie marudząc dzisiaj, piszcie tylko, co myślicie o rozdziale ;) Dla mnie jest okej, tak mi się przynajmniej wydaje :D

piątek, 27 lutego 2015

~37~


Maya
    Maya obudziła się wcześnie rano. Słońce już próbowało przedostać się przez roletę do pokoju. Dziewczyna wstała więc i odsłoniła, a następnie otworzyła okno, by wpuścić do środka mnóstwo świeżego powietrza, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej gorące. Znów zapowiadał się upalny dzień.
    Myjąc, a następnie ubierając się, wspominała mile spędzony wieczór. Razem z Shanem najpierw zjedli przyszykowany przez dziewczynę posiłek. W międzyczasie wybrali film, który odpowiadał im obojgu. Następnie zrobili popcorn i zasiedli przed laptopem na łóżku Mayi. Czuła się delikatnie skrępowana tak bliską obecnością chłopaka. Bardzo dobrze pamiętała o ich pocałunku, o znamieniu, które ich połączyło. Starała się o tym choć przez chwilę zapomnieć i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.
    A wieczór trzeba było jak najbardziej zaliczyć do udanych! Blondynka dawno tyle się nie śmiała jak przez te kilka godzin. I to nie tylko za sprawą komedii, którą oglądali, ale również dobrego towarzystwa. Jeszcze będąc w kuchni i czekając aż popcorn będzie gotowy, Shane starał się, by Maya przy nim poczuła się naprawdę dobrze. Swojsko. I chyba mu się to udało, bo gdy tylko na ekranie pojawiły się pierwsze napisy, Maya odprężyła się a kolejne jej zachowania były całkowicie naturalne i spokojne.
    Pamiętała, że po obejrzeniu komedii, Shane włączył jeszcze jeden film, ale nie mogła sobie przypomnieć choćby o czym opowiadał.
    "Widocznie zasnęłam" - pomyślała, schodząc na dół. W kuchni napiła się tylko trochę wody i wyszła, by pobiegać. Po drodze nie spotkała żadnego z domowników. Zapewne wszyscy jeszcze spali. - "Trudno im się dziwić. W końcu jest niedziela. Mają prawo odpocząć po całym tygodniu pracy."
    Codziennie biegła tę samą trasę, ale z każdym dniem czuła się zupełnie inaczej. Na początku była wyczerpana po tych kilku kilometrach, lecz z czasem jej ciało w końcu nabrało kondycji i już nie męczyła się tak okropnie. Co prawda nadal brakowało jej wiele do dobrej formy, ale znalazła się na idealnej drodze. Była z siebie naprawdę dumna. Kiedyś nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie biegać. Po treningach z panią Shay zaczynała lubić bieganie. Mogła wtedy się odprężyć, wyciszyć lub na spokojnie wszystko przemyśleć. Tego ostatniego nie lubiła robić. Wolała, męcząc się, zapomnieć choć na chwilę o wszystkim, by później, móc z podwójną siłą zmierzyć się ze swoimi problemami.
Maya
    Kiedy wróciła, dochodziła ósma. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w czyste ciuchy i zeszła do kuchni, by zjeść śniadanie. Tam przywitała ją uśmiechnięta od ucha do ucha mama Shane'a. Piła kawę, czytając leżącą przed nią na blacie książkę. Dziewczyna przywitała się grzecznie i zaczęła wyjmować z lodówki rzeczy, które zamierzała zjeść.
    - Widziałam, że biegałaś. To bardzo dobrze, że tak wcześnie, bo później zapowiada się niezwykle gorąco. Aż strach wychodzić z domu w taki upał żeby jeszcze jakiegoś udaru nie dostać - zagadnęła kobieta. Maya zgodziła się z nią cicho, nalewając sobie soku pomarańczowego do szklanki.
    - Wolę biegać, gdy jest o wiele chłodniej niż teraz, dlatego wstałam dzisiaj trochę wcześniej - przyznała.
    - Idzie ci już dużo lepiej - pochwaliła ją szczerze. - Pewnie to zauważyłaś?
    - Tak, jasne, że tak. Nie męczę się tak szybko jak wcześniej, mięśnie też tak bardzo nie bolą - powiedziała po czym zaczęła jeść przyszykowaną kanapkę z serem żółtym, pomidorem i rzodkiewką. Później nie rozmawiały już wiele.
    Po jakimś czasie, gdy Maya  kończyła śniadanie, do kuchni wszedł zaspany Shane. Drapiąc się po głowie jedną ręką, drugą przecierał nie do końca jeszcze otwarte oczy. Na sobie miał krótkie, zielone spodenki i cienką koszulkę na ramiączkach. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, zwłaszcza po tym, jak przejechał po nich dłonią.
    - Cześć - rzucił w stronę siedzących kobiet, po czym ziewnął. Zajrzał do lodówki, a gdy niczego interesującego go, nie znalazł, nalał sobie do kubka kawy i upił łyk, opierając się o blat szafki. Spojrzał na rozbawioną Mayę i kręcącą głową mamę. - No co? - zdziwił się.
    - Nic - odpowiedziały równocześnie po czym obie wybuchnęły śmiechem. Chłopak machnął na nie ręką po czym wrócił do swojego pokoju, by później wziąć prysznic i ubrać się.
    - Powinnam iść. Obiecałam mamie, że do niej zadzwonię, gdy tylko będę miała chwilkę, a tak się składało, że tej chwilki w tym tygodniu nie znalazłam - odezwała się Maya, gdy posprzątała po sobie. Pani Shay pokiwała tylko głową.
    Dziewczyna wyszła na zewnątrz, by w spokoju móc porozmawiać z mamą, zapytać o nurtujące ją sprawy. Usiadła na trawie w cieniu ogrodu i wybrała numer rodzicielki.
    - Halo? - usłyszała po chwili w słuchawce jeszcze delikatnie zachrypnięty głos mamy.
    - Cześć, mamuś! - zawołała.
    - Dzień dobry, słońce! Co tam u ciebie słychać? Dawno się nie odzywałaś! - powiedziała z lekką przyganą w głosie.
    - Wiem, wiem, ale dużo się działo. Był mecz, szkoła no i ogólnie różne takie - odparła wymijająco. - Dzwonię do ciebie, ponieważ tak się wczoraj zastanawiałam. Legenda głosi, że kiedy Zakon dowie się, kto jest Strażniczką, to wtedy poznamy dziedzica Elessaru, prawda?
    - Tak - potwierdziła kobieta, nie rozumiejąc jeszcze, do czego jej córka pije.
    - Więc skoro oni wszyscy tutaj wiedzą o mnie a ja o nich, to dlaczego władca tego cholernego naszyjnika się jeszcze nie pojawił? Albo się pojawił, ale ja go nie zauważyłam? Jak go rozpoznać?
    - Po pierwsze nie panikuj! - ostrzegła, słysząc narastające napięcie.
    - Nie panikuję! - zdenerwowała się Maya. - Po prostu chcę wiedzieć. Całą prawdę i tylko prawdę.
    - No więc dobrze, opowiem ci tyle, ile sama wiem. - Westchnęła cicho. - Legenda oczywiście wspomina, w jakich okolicznościach poznamy tego, któremu oddamy Elessar. Niestety, nie mówi nam, że przyjdzie od razu. Nie mamy pojęcia, czy zjawi się pierwszego dnia, miesiąc po tym, jak się wszystkiego dowiedzieliśmy, a może będziemy musieli czekać rok? Może być też tak, że ten dziedzic nie będzie wiedział, że to on jest tak ważną osobą. Może to ty będziesz musiała go odnaleźć i go uświadomić o ciążącym na nim brzemieniu. Taka wiedza niestety nie przetrwała do naszych czasów. Jeśli oczywiście w ogóle Strażniczki kiedyś wiedziały o czymś takim, bo nie można brać za pewnik, że nasi przodkowie rozumieli wszystko. Gdy Król przyszedł do Galadrieli, ona po prostu wiedziała. I to samo chyba będzie z tobą. Gdy już będziesz miała tego właściwego człowieka przed sobą, zrozumiesz, że to on.
    - To wcale nie jest pomocne - przyznała blondynka, bawiąc się pojedynczym źdźbłem trawy.
    - Wiem, kochanie i przepraszam, ale nie jestem wstanie ci inaczej odpowiedzieć. Oczywiście mogę poszukać w jakiś książkach, popytać, ale wątpię, bym znalazła coś ponad to, co już wiem. - Zasmuciła się na moment. - Lepiej opowiadaj, co tam słychać u ciebie? - zmieniła szybko temat.
    - Co by tu dużo mówić... Odkryliśmy z Shanem, że przeznaczenie nas połączyło, znacząc nas takimi samymi znamionami - zaczęła lekceważąco. - Nikt z tego powodu nie jest szczęśliwy, choć czekaj, może on w sumie... Sama już nie wiem... Może i Shane się cieszy z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo wie, że i tak będziemy razem? Ale przecież to głupie, nie? To, że nie my wybieramy, z kim chcemy być. Nie znoszę, gdy nie mam prawa głosu! - Westchnęła ciężko.
    - Naprawdę pojawiła się u ciebie ósemka? - zdziwiła się. Maya potwierdziła cicho. - Ale przecież... Wcześniej jej nie miałaś? Kiedy... Kiedy to się stało?
    - Na wycieczce. Upadłam. Myślałam, że to blizna po tym, jak się uderzyłam i rozcięłam skórę, ale teraz już wiem, że nie - dokończyła z żalem.
    - Posłuchaj mnie, kochanie. Czy rodzice Shane'a wyglądają na nieszczęśliwych? Kłócą się? Albo Adama? - zapytała rzeczowo. Maya musiała się zastanowić przez chwilę.
    - Wydaje mi się... Znaczy chyba są szczęśliwi razem. I nigdy nie widziałam, żeby się kiedyś kłócili. Przynajmniej nie przy mnie.
    - Więc nie stawiaj od razu, że nie będziesz szczęśliwa. Przeznaczenie nie oznacza... - Maya nie pozwoliła jej dokończyć.
    - Przepraszam cię, mamo, ale słyszałam to już od Shane'a. To nie oznacza braku wyboru. Mogę wybrać, przecież wiem, ale... Ja po prostu czuję jeszcze większą presję niż wcześniej, gdy dowiedziałam się, że jestem Strażniczką i że muszę strzec tego małego wisiorka.
    - Wiem, kochanie. Dlatego moja rada jest taka. Nie kieruj się rozumem. Głowa ci tu w niczym nie pomoże, może jedynie przeszkodzić. Słuchaj serca. Ono będzie wiedziało, co dla ciebie najważniejsze - powiedziała serdecznie.
    - Dziękuję. - Blondynka szepnęła, wpatrując się w pięknie kwitnące róże w ogrodzie pani Shay. - A co u was? - zapytała po chwili milczenia.
    - Tak szczerze to bardzo dobrze się składa, że pytasz, bo powinnam z tobą porozmawiać - zaczęła poważnie.
    - O nie, jeszcze jedna rodzinna tajemnica? - jęknęła głośno. Gdy nie usłyszała śmiechu mamy, spoważniała. - Okej, słucham.
    - Chodzi o Josha...
    - Co z nim? Coś nie tak? Miał wypadek? - przestraszyła się Maya, nie dając dokończyć myśli swojej mamie.
    - Nie skądże znowu! - zawołała. - Po prostu myślę, że już czas, byś dowiedziała się wszystkiego. - Zrobiła delikatną pauzę na złapanie oddechu. - Josh i Alyss są twoimi kuzynami. Ich mama jest moją kuzynką. Twoja babcia jest starszą siostrą babci Josha. Wszyscy wiedzą o Elessarze i pomagali mi cię bronić. To dlatego Josh pojechał wtedy do ciebie, gdy przyjechałaś z wycieczki. Znał zagrożenie, spotkał się z nimi, na szczęście były to tylko dwa chłystki i sobie z nimi bez problemu poradził. Był szkolony na twojego obrońcę.
    Maya zaniemówiła. Sądziła, że po wszystkich nowinkach, jakie usłyszała przez ostatni miesiąc, jest przygotowana na wszystko. Ale myliła się. To, co powiedziała jej mama, zmroziło jej krew w żyłach.
    "Wszyscy wiedzieli, wszyscy, tylko nie ja..."
    - Słońce, wiem, że to dla ciebie ogromny szok - zaczęła, gdy Maya się nie odezwała - ale poradzisz sobie z tym. Wiem, że tak. Josh... On nie wiedział od początku. Jego mama powiedziała mu, gdy skończył piętnaście lat. Więc wasza przyjaźń jest prawdziwa. Ona tylko ułatwiała mu chronienie ciebie przed różnymi niebezpieczeństwami. A uwierz, czyhało ich niemało na ciebie. Początkowo chciałam ci o tym powiedzieć od razu, gdy tylko dowiedziałabyś się o Strażniczkach. Ale wiesz, jak się to wszystko potoczyło. Nie chciałam dokładać ci zmartwień, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli dowiesz się o tym kiedy indziej. Dzisiaj wydało mi się, że muszę ci powiedzieć, bo będziesz go wkrótce potrzebować. Mam nadzieję, że moje przeczucia okażą się mylne, ale uważaj na siebie. I pamiętaj, że Josh zawsze ci pomoże, o każdej porze dnia i nocy. Tak, jak to było do tej pory. Słyszysz? Maya, jesteś tam?
    Matka dziewczyny usłyszała tylko ciche piknięcia, gdy blondynka się z nią rozłączyła.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć i czołem! ;) Choroba przeszła, więc przyszedł czas na napisanie i dodanie czegoś. I oto macie świeżutki rozdział! Mam nadzieję, że jest okej ;) Wiem, że ostatnio mało się działo, ale zawsze w opowiadaniach musi być chwila przerwy, czasami na wyjaśnienia, czasami tylko po to, by zrobić dramatyczny powrót zła, a czasami dlatego, by zaskoczyć czymś czytelników. Mam nadzieję, że niedługo tak będzie, bo u mnie były chyba wszystkie te powody ;) Był czas na wyjaśnienia, bo bez nich nikt nic by nie ogarniał, bo to w sumie w rozdziałach ciszy wszystko wychodzi na wierzch, musiała być chwila przerwy dla wszystkich, by potem się zaskoczyć. A może nie :D Nie wiem, jeszcze ;)
    Rozdział pisany w przerwie między oglądaniem Zmierzchu <3 Tak mnie jakoś naszło :D
    Pozdrawiam serdecznie! ♥

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥

piątek, 2 stycznia 2015

~33~


    Pojawienie się Mayi w szkole jakimś sposobem popsuło humor Adison. Gdy pakowała się rano do szkoły, miała przeczucie, że ten dzień będzie wyjątkowy. Uśmiechała się na samą myśl o tym, co mogłoby się dobrego jej przytrafić, wrzucając torbę do auta. Przez całą drogę uśmiechała się wesoło, wyglądając przez szybę. Była naprawdę piękna pogoda, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że dzień również będzie szczęśliwy. Dla niej.
    Jak zwykle przyjechała dosyć wcześnie pod szkołę. W szafce zostawiła książki, które miała na przerwie oddać do biblioteki szkolnej oraz swoje drugie śniadanie. Potem poszła pod klasę, gdzie jeszcze nikogo nie było. Usiadła na ławce i wyciągnęła podręcznik z matematyki, by powtórzyć materiał przed lekcją. Była dobrą uczennicą, poza tym w domu nauczyła się już wszystkiego, więc szybko przeczytała fragment z książki. Już miała zamknąć podręcznik i włożyć go z powrotem do torby, gdy usłyszała czyjś radosny krzyk. Podniosła szybko głowę i zauważyła Alex i kogoś, kogo się kompletnie nie spodziewała, mimo, że razem chodziły do jednej klasy. Mayę. Od razu dzień stał się jakiś inny. Jakby słońce nagle przesłoniły chmury a porywisty wiatr nagle wygonił wszystko, co sprawiało, że Ad czuła się szczęśliwa.
    Spojrzała na chłopców. Byli wyraźnie uradowani widokiem dziewczyny, co jeszcze bardziej wkurzyło blondynkę.  Wściekle spojrzała na podręcznik, leżący na jej kolanach. Utkwiła w nim wzrok, nie chcąc patrzeć na ich wesołe miny. Nie lubiła być smutna, gdy wszyscy wokół byli uśmiechnięci. Ale w tym wypadku nie potrafiła się inaczej poczuć.
    Gdyby się tak głębiej zastanowić, Adison nie miała powodów do tego, by nie lubić Mayi. Może tylko ze względu na Shane'a, Ad mogłaby być zazdrosna i czuć się nieco niekomfortowo. Ale i taki moment minął, ponieważ Maya miała chłopaka i Shane nie mógł jej już obchodzić. A przynajmniej tak powinna myśleć Adison, która nie wiedziała, co tak naprawdę siedziało w głowie koleżanki z klasy. Mimo to w pewnien sposób czuła się zagrożona. Widziała, jak chłopak na nią spoglądał. Adison wręcz marzyła, by blondyn uraczył ją takim spojrzeniem. Nie mogła więc znieść tego, że swój wzrok kieruje ku Mayi, która nawet tego nie zauważała. W jej przekonaniu to było niesprawiedliwe. Naprawdę niepojęte są nastolatki, jeżeli chodzi o chłopców!
    Lecz oprócz chłopców, Adison zazdrościła Mayi wielu innych rzeczy; przede wszystkim tego, że przez większość czasu była naprawdę miłą i uśmiechniętą dziewczyną, co Ad nie udawało się wyćwiczyć, choć praktykowała już kilka dobrych lat - zawsze była tą nieco wyniosłą, ale fajną laską, która się modnie ubiera i jest twarda, bo nikt nigdy nie widział, żeby miała jakiś kryzys. A rzeczywistość przedstawiała się kompletnie inaczej. Tak naprawdę zawsze starała się zachować swoje sprawy prywatne i sercowe zakopane gdzieś na samym końcu podświadomości, gdzie ewentualny dostęp miała tylko ona. Z prawdziwych uczuć nigdy nikomu się nie zwierzała. Koleżankom opowiadała zawsze to, co wydawało jej się, że jej nie zagrozi, gdy dowie się o tym ktoś inny. Wiele lat pracowała nad tym, by wszyscy widzieli w niej tego, kim chciała, by widzieli, więc teraz musiała uważać, by tego nie zepsuć jednym głupio wypowiedzianym słowem.
    Tylko ci, którzy zadawali się z nią dostatecznie długo, gdyby chcieli, zauważyliby moment, w którym stała się kimś kompletnie innym. Wyłącznie Cam znała ją taką, jaką była naprawdę - wrażliwą, nieco zakompleksioną, z mocnym charakterem dziewczyną. Bo miała specyficzny charakter. Nigdy nie była stuprocentowo wrażliwa. Nie dawała się nigdy nikomu podejść, zawsze stawiała na swoim. Charakteru nie da się zmienić. Ukryła tylko te cechy, których u siebie nie lubiła, a chciała wypracować takie, które chętnie by u siebie zobaczyła. Lecz nie do końca się jej to udało. Bo wyniosłości i lekkiej pogardy do niektórych osób czy tematów potrafiła się nauczyć. Ale bycie cały czas uśmiechniętą gryzło się z jej osobą. Nie chciała być przesadnie wesoła, bo takich ludzi również nie znosiła. Chciała umieć się cieszyć, gdy los ci sprzyja. Tylko tyle.

    Adison od razu po lekcjach miała trening. Od rana była zabiegana, bo jako zastępczyni przewodniczącej szkoły miała mnóstwo spraw do załatwienia z związku ze zbliżającym się wielkimi krokami końcem roku szkolnego. Musiała załatwić wiele spraw w ciągu tygodnia. Chciała mieć wszystko z głowy jak najszybciej, więc za pracę zabrała się od razu w poniedziałek. Nic więc dziwnego, że do szatni weszła jako ostatnia, pięć minut przed rozpoczęciem zajęć. W mgnieniu oka przebrała się w swój strój i wybiegła na boisko do piłki nożnej jako ostatnia. Dziewczęta z jej drużyny już się rozciągały, robiąc przeróżne ćwiczenia. Niedaleko, bo po drugiej stronie trawiastego boiska, rozgrzewali się chłopcy z siatkówkowej reprezentacji szkoły. Wśród nich Adison od razu dostrzegła Shane'a. Właśnie zaczął biec truchtem wokół boiska.
    Gdy był najbliżej ćwiczących dziewczyn, blondynka zapatrzyła się na niego o chwilę za długo. Przez to nie usłyszała, co mówiła do niej trenerka i ta nakrzyczała na nią. Ale na blondynce nie zrobiło to większego znaczenia; kompletnie się tym nie przejęła. Ukradkiem zerkając na biegnącego chłopaka, wykonywała swoje zadania.
    Po intensywnej rozgrzewce przyszedł i czas na trening. Zbliżyły się nieco do boiska do siatkówki, więc Adison mogła z bliska podziwiać grę chłopców. A była naprawdę dobra. Od kilku lat nie grali tak fantastycznie jak w ostatnim sezonie. Mieli nadzieję wygrać najważniejsze dla nich międzyszkolne rozgrywki. Niedługo czekał ich mecz w półfinale z zeszłorocznym zwycięzcą zawodów. Wszyscy czuli ogromną presję, ale nie poddawali się jej. Ćwiczyli tak, jakby to miał być zwykły mecz, który powinni zakończyć jak najlepiej.


    Cheerleaderki również musiały się przygotowywać do półfinałowego meczu. Zostało niewiele czasu, więc ich trenerka zarządziła dłuższe spotkania, na których szlifowały swoje umiejętności. Były elementem bardzo ważnym w meczu, zwłaszcza, że ten drużyna miała zagrać na boisku przeciwnika. A co za tym szło, szacowano, że większa część kibiców będzie po stronie gospodarzy. Z resztą jak zwykle. Więc dziewczyny musiały kibicować nie tylko za siebie, ale i za tych wszystkich, którzy bardzo chcieliby zobaczyć mecz, ale z różnych powodów po prostu by im się to nie udało.
    Właśnie ćwiczyły piramidę. Adison, jako jedna z najniższych i najlżejszych dziewczyn, stawała zawsze na jej szczycie, więc czekała, aż cała drużyna się ustawi. Gdy już każda była na swoim miejscu, blondynka wskoczyła na samą górę i, nieco się chwiejąc, podniosła ręce do góry i zamachała pomponami. Uśmiechnęła się przy tym szeroko.
    - Dobra, dziewczęta! - zawołała trenerka. - A teraz wszystko razem z muzyką! - rozporządziła. Wszystkie zajęły więc swoje miejsca i zaczęły tańczyć, wymachując pomponami, wykrzykując dopingujące słowa. W układzie znalazło się dużo szpagatów, gwiazd, przewrotów, stania na ręce czy innych wymyślnych figur. A piramida była uwieńczeniem całego układu i wykonywały ją na końcu. Zbliżał się właśnie moment, w którym Adison miała podskoczyć i stanąć na ramionach swoich koleżanek. Odbiła się więc i chwiejnie wylądowała na szczycie piramidy. Starała się zachować równowagę, lecz nie udało jej się to. Noga ugięła się jej w kolanie. Krzyknęła głośno przerażona. Ostatkiem świadomości wybiła się delikatnie i ugięła kolana jeszcze bardziej, by w locie nie zahaczyć ani nie strącić którejś z dziewczyn, które ją podtrzymywały. Serce w piersi zatrzymało się na ten moment ze strachu. Poleciała na dół, a głos uwiązł jej w gardle.

    - Dobra robota, chłopcy! - pochwalił swoich podopiecznych trener, patrząc każdemu w oczy. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni i uśmiechnięci. Wiedzieli, że odwalili kawał dobrej roboty, że są gotowi na półfinałowy mecz. - Jeśli będziecie grać tak, jak na dzisiejszym treningu, nie muszę się o was martwić - zapewnił. Chłopcy pokiwali głowami, któryś z tył coś krzyknął radośnie, rozśmieszając tym zgromadzonych. - Dzisiaj puszczę was wcześniej, ale kolejnych treningów wam nie odpuszczę - powiedział. - Do zobaczenia! - pożegnał się, poklepując stojącego najbliżej niego Shane'a po plecach. Blondyn uśmiechnął się do niego zmęczony. Już mieli się rozchodzić, nawet niektórzy już się odwrócili i zaczęli iść w stronę szatni, gdy usłyszeli przeraźliwy krzyk. Jak na komendę odwrócili się w stronę dziewczyn, które parę metrów dalej ćwiczyły swój układ. Teraz wszystkie stały jak zaczarowane, z przerażeniem spoglądając na upadającą Adison.
    Czas jakby spowolnił swój bieg. Shane'owi wydawało się, że dziewczyna już dawno powinna spaść na ziemię, lecz ona nadal znajdowała się w powietrzu. Udało jej się nawet zrobić przewrót. Gdyby nie jej krzyk przed ułamkiem sekundy, nikt może nie zorientowałby się, że tego elementu nie było w planie. Spadała naprawdę z gracją. Nawet wtedy pamiętała o wszystkich szczegółach. A może to nie pamięć tylko przyzwyczajenie?
    Nie zastanawiając się już dłużej nad niczym, w mgnieniu oka podbiegł do dziewczyn i stanął tuż pod spadającą Adison z wyciągniętymi ramionami. Nie musiał na nią długo czekać. Już po chwili wylądowała bezpiecznie w jego rękach. Nadal zaciskała oczy z przerażenia, nie wiedząc, co się stało. Shane usłyszał gdzieś obok siebie westchnienia ulgi.
    - Jak się czujesz? - Ktoś zapytał blondynki, lecz ta nie odpowiedziała. Jej klatka piersiowa szybko falowała, gdy nabierała głośno powietrza. Dopiero po jakimś czasie poczuła, że nie leży cała połamana na trawie tylko, że ktoś ją trzyma. Otworzyła więc szybko oczy, by zobaczyć, co się stało.
    - Wszystko okej? - szepnął Shane, przyglądając jej się uważnie. Bał się położyć ją na ziemi, więc trzymał ją w ramionach. Pokiwała niepewnie głową, próbując coś z siebie wydusić. Czuła tylko mocne i szybkie bicie jej serca, nie tylko spowodowane upadkiem, ale i bliskością blondyna. Poczuła, że policzki zaczynają ją piec.
    - Dz...Dziękuję - mruknęła cicho. - Możesz mnie już postawić? - zapytała nico onieśmielona. Choć chciała to jakoś ukryć, ale zdawała sobie sprawy, że jej się to nie udawało i że Shane doskonale wiedział, jak na nią zadział. Zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio.
    - Jeśli nie kręci ci się w głowie - powiedział, chcąc się upewnić, że z koleżanką wszystko okej.
    - Nie, naprawdę wszystko w porządku - zapewniła. Postawił więc ją delikatnie na ziemi. Nie zachwiała się, więc odetchnął z ulgą. Zrobił kilka kroków w tył a potem już się prawie odwrócił z zamiarem pójścia do szatni, usłyszał, że Adison go zawołała.
    - Shane! - Zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie. - Dziękuję jeszcze raz - powiedziała szczerze otoczona zewsząd zmartwionymi koleżankami z drużyny. Siatkarz zasalutował tylko z uśmiechem i odszedł.
    Serce Adison jeszcze długo po tym wydarzeniu nie mogło dojść do siebie. Ciągle wspominała, jak chłopak rzucił się jej na pomoc. Był jej bohaterem. Zauważył ją i już nie była zwykłą dziewczyną, którą mija się obojętnie na ulicy. Była tą, którą uratował. A takiego wydarzenia nie zapomina się tak szybko. Więc Ad miała nadzieję, że jej osoba będzie siedzieć w głowie blondyna jeszcze długo po tym, jak umilkną plotki o tym zdarzeniu. A to na pewno pomoże jej w poderwaniu go. Tego była pewna.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, hej :) Rozdział odbiegający od głównego wątku. Mam nadzieję, że się spodobał. Część tego, co była powiedziana, zawarłam w miniaturce, którą napisałam na urodziny bloga, ale to było co innego, więc tutaj też trochę o tym musiałam wspomnieć. Temat z łapaniem, gdy dziewczyna upada oklepany, wiem o tym, ale to mi tak tutaj pasowało, że nie mogłam się oprzeć :p Mam nadzieję, że to was nie zniechęci :D
    Jak tam po Sylwestrze? Dobrze się bawiliście? Bo ja muszę przyznać, że świetnie! <3

poniedziałek, 22 grudnia 2014

~32~


    Wstała bardzo wcześnie. Ubrała się, z kuchni wzięła jabłko i wyszła na zewnątrz. Mimo wczesnej pory, słońce już grzało dosyć mocno. Po drodze zdążyła zjeść owoc, więc gdy tylko stanęła przed bramą, zaczęła truchtać. Już znała trasę, nie bała się, że się zgubi. Dlatego śmiało ruszyła przed siebie, włączywszy wcześniej jej ulubioną playlistę w telefonie i założywszy słuchawki.

    Właśnie miała wbiec na podwórko, gdy zobaczyła biegnącego w jej stronę Shane'a. Uśmiechnął się do niej, lecz dziewczyna udawała, że go nie widzi. Minęła go szerokim łukiem. Nie była jeszcze gotowa na to, by spojrzeć mu w oczy. Nie miała pojęcia, co czuła do niego, do Adama. Nie wiedziała, co zrobić w związku z chłopcami, nie widziała dobrego wyjścia. Nie teraz. Miała za dużo spraw na głowie, by móc pomyśleć o swoich uczuciach - o tak błahym, w stosunku do innych spraw, problemie. Może to nie było najlepsze rozwiązanie - wiedziała, że nie - ale po prostu potrzebowała czasu na ułożenie sobie życia tak, jak chciała.
    Zmęczona pobiegła wziąć szybko prysznic. Następnie zjadła śniadanie. Spieszyła się, by nie zastać Shane'a w kuchni. Wiedziała bowiem, że chłopak biegał o wiele szybciej od niej i mógł w każdej chwili wrócić. Poza tym musiała szybko i niepostrzeżenie wejść do biblioteki. Nie miała ochoty tłumaczyć się ze swojego postępowania przed kimkolwiek. Chwytając więc ostatnią kanapkę w rękę, obiegła po schodach na górę. W odpowiednim miejscu dotknęła sęku, a niewidzialne dotąd drzwi, otworzyły się przed nią, ukazując ciemność, w którą dziewczyna weszła, nie zawahawszy się ani sekundy. Serce biło jej jak szalone. Mimo wszystko nie lubiła ciemności.
    Drzwi za nią zatrzasnęły się. Wiedziała, że za chwilę zapali się światło, ale i tak zaczęła szybciej oddychać. Starała się opanować, ale nie dała rady. Zaczęła panikować. Powoli brakowało jej powietrza.
    "Chyba już zawsze tak będę miała" - pomyślała, przymykając oczy. Otworzyła je dopiero wtedy, gdy była pewna, że światło w bibliotece się zapaliło. Weszła ostrożnie po schodach. Rozglądała się uważnie dookoła. Miała nadzieję szybko znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, ale spoglądając na uginające się od ksiąg półki, zwątpiła.
    - To mi zajmie chyba z rok - westchnęła, zabierając się do pracy. Najpierw wyciągnęła wszystkie tomiszcza, których tytuły wydawały się obiecujące i kładła je na stoliku. Gdy już miała sporą ich ilość, zasiadła na krześle i zaczęła je przeglądać.
    Była to żmudna praca. I choć uwielbiała książki, to po siódmej zajęcie stało się monotonne i nieco nudne. Przetarła zmęczone oczy, odrywając wzrok od drobnego druku. Nie miała pojęcia, ile siedziała w bibliotece, ale zdawało jej się, że minęły godziny, odkąd usiadła przy stoliku. Wszystko ją bolało, ponieważ trudno znaleźć wygodną pozycję na drewnianym krzesełku, oczy łzawiły i piekły od ciągłego czytania. Ziewnęła, przerzucając kartkę kolejnej książki. Głowa jej ciążyła, mimo, że podpierała ją ręką. Oczy same się zamykały. Niemal zasnęła. Ostatkiem sił podniosła głowę ze stolika.
    - Chyba niczego dzisiaj nie znajdę - mruknęła, wstając od stołu. - Nic tu po mnie.
    Odłożyła książki na swoje miejsca, starając się zapamiętać te, które już przejrzała. Potem, uważając, by na nikogo nie wpaść, wyszła z biblioteki.
    Jak się okazało siedziała w niej kilka dobrych godzin. Shane, denerwując się nieobecnością przyjaciółki, próbował się do niej dodzwonić, lecz tam, gdzie przebywała, nie było zasięgu. Więc gdy tylko wyszła i, zmęczona, skierowała swoje kroki do pokoju na poddasze, chłopak złapał ją, naskakując na nią.
    - Gdzie byłaś? - zawołał nieco głośniej niżby wypadało. Dziewczyna odwróciła się do niego przodem i spojrzała półprzytomnym wzrokiem. Już miała mu odpowiedzieć, żeby na nią nie krzyczał, bo mu nic do tego, gdzie była i co robiła, gdy odezwał się znowu. - Przepraszam, po prostu, martwiłem się. Tak nagle zniknęłaś. Jeszcze rano udawałaś, że mnie nie widzisz... Wiem, pewnie jeszcze... No wiesz. Po prostu się martwiłem. Cieszę się, że jednak nie uciekłaś...
    - Miałabym uciec? - Zaśmiała się zmęczona. - Niby dokąd?
    - A bo ja wiem? Chociażby do Adama. Na pewno przyjąłby cię z otwartymi ramionami - mruknął, patrząc w czubki swoich butów.
    - A więc wszem i wobec ogłaszam, że nigdzie się nie wybieram. Chyba że jutro do szkoły. A teraz wybacz, ale jestem padnięta. Muszę iść do pokoju i się przespać - odparła. Już miała się odwrócić i wejść do sypialni, gdy Shane złapał ją za nadgarstek i przytrzymał jeszcze na chwilę.
    - Nie jesteś głodna? - zapytał. Maya zastanowiła się chwilę. Była głodna i to jak, ale nie miała siły iść na dół, by coś zjeść. Pokręciła więc przecząco głową. Jakby na znak protestu, zaburczało jej w brzuchu. Chłopak uniósł do góry jedną brew, spoglądając na nią z uśmiechem. - Przyniosę ci obiad do pokoju, co ty na to?
    - Byłoby super - westchnęła. - Dziękuję. Wiesz, że nie musisz robić tego wszystkiego...
    Chłopak tylko wzruszył ramionami. Przez sekundę przyglądał się uważnie blondynce po czym zszedł na dół, by przygotować dla niej jedzenie.
    - I jak tu go nie uwielbiać? - mruknęła zrezygnowana, otwierając drzwi prowadzące do sypialni.
Maya

    Następnego dnia Maya i Shane omal nie spóźnili się na autobus. Dziewczyna nadal próbowała go unikać, więc wstała stosunkowo wcześnie i poszła pobiegać. Potem jakoś się tak złożyło, że się zasiedziała i musiała biec na przystanek, a blondyn za nią.
    Dziwnie się czuła, nie mając pojęcia, co zrobić w sprawie chłopców. Wydawało jej się, że na prawdę lubiła Adama, ale po pocałunku z blondynem miała co do tego wątpliwości. Do tego Adam zachowywał się, jakby już podjęła decyzję i już z nim zerwała. Nie mogła na niego patrzeć, bo widziała jego zranioną minę. Z drugiej jednak strony wcale jej nie pomagał w podjęciu tak ważnej decyzji, która zaważyłaby nie tylko na jej życiu. Postanowiła, że wypisze sobie wszystkie za i przeciw i dokładnie wszystko przeanalizuje. Bo bała się zaufać sercu czy rozumowi. Każda część jej ciała mówiła co innego.

    Już na pierwszej lekcji wyciągnęła kartkę, którą podzieliła na dwie części, a następnie te dwie jeszcze na pół. Na samej górze napisała "Shane" i "Adam" a pod spodem "za" i "przeciw". I zaczęła wypisywać. Najpierw u Shane'a argumenty za tym, by była jego dziewczyną.
  • Jest naprawdę kochany i opiekuńczy. 
  • Rozumie mnie jak mało kto.
  • Nie naciska, wie, że nie mogę ot tak podjąć jakąś decyzję. Jest cierpliwy. 
  • Czuję się przy nim bezpieczna.
  • Jest przystojny i świetnie całuje.
  • Jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, ale się nie narzuca swoją obecnością. 
  • Potrafi słuchać. 
A następnie argumenty przeciw:
  • To przeznaczenie go wybrało, a nie chciałam by tak było. 
  • Nie znam mnie za długo, a więc co za tym idzie za dobrze. 
  • Ja jego również za dobrze nie znam.
Potem zaczęła wypisywać zalety Adama:
  • Bardzo dobrze mnie zna i wie, jak mogłabym się zachować w danych sytuacjach. 
  • Znam go bardzo długo. 
  • Jest przystojny.
  • Zawsze wie, jak mnie rozweselić. 
  • Uwielbiam jego śmiech.
A na końcu jego wady:
  • Jest niecierpliwy.
  • Często nie myśli, co robi.
  • Obraża się za byle co. 
    Nie potrafiła nic więcej wymyślić, ale wydawało jej się, ze tyle, ile napisała, starczy. Jeśli wziąć pod uwagę tabelkę, która powstała z udziałem logiki, powinna zerwać z Adamem i być z Shanem. Więc dlaczego wzdragała się przed takim krokiem? Co stało na przeszkodzie? 
    Spojrzała jeszcze raz na papier. Przeczytała wszystko dokładnie jeszcze raz i stwierdziła, że zachowywała się jak bezmyślna małolata, która nie wie, co chce dostać pod choinkę. Zmięła szybko kartkę w kulkę i wrzuciła na dno torby. Tak nie powinno się podejmować ważnej, życiowej decyzji.
    Gdy tylko zadzwonił dzwonek, oznajmiający koniec lekcji, wybiegła z klasy, nie oglądając się za nikim. Nie lubiła być bezradna. Nie cierpiała nie mieć kontroli nad tym, co działo się w jej życiu. A w tamtej chwili właśnie tak się czuła. Nie potrafiła podjąć właściwej decyzji, która by ją usatysfakcjonowała. Ciągle się wahała. I choć wiedziała, że to nie miało sensu, że zachowywała się naprawdę głupio, nie mogła nic innego zrobić.
    Wylądowała w łazience. Zamknęła się w kabinie, by móc względnie spokojnie pomyśleć. Po chwili doszła do wniosku, że źle zabierała się za wszystko. Za dużo myślała i to dlatego nic jej się nie udawało. A przecież nad miłością nie trzeba było się zastanawiać. Jeśli kochałeś to wiedziałeś kogo i za co. A jeśli nie to nawet najdłuższe zastanawianie się nad tym nic by nie dało, bo nic by nie wymyśliła.
Diana
    Uśmiechnęła się sama do siebie, bo w końcu coś jej się wyjaśniło. Od razu zrobiło jej się lżej na sercu, choć nie rozwiązała swojego problemu, to wiedziała, którą drogę wybrać, by się nie zgubić.

    Nie spodziewała się tak ciepłego powitania w szkole. Sądziła, że będzie tak jak kiedyś. I może i było, tylko Maya tak stęskniła się za swoją klasą, że odbierała to dwa razy mocniej?
    Gdy tylko pojawiła się pod klasą razem z Adamem, który miał naburmuszoną minę i kompletnie się do niej nie odzywał, podbiegła do nich Diana i uściskała przyjaciółkę serdecznie.
    - Jak się cieszę, że już wyzdrowiałaś! - zawołała Abby zza pleców szatynki.
Alex
    - Nawet nie wiecie, jak ja się za wami stęskniłam! - westchnęła blondynka, uśmiechając się do chłopców, do których dołączył Adam. Pomachali do niej wesoło, wszyscy w tym samym momencie. Wyglądało to naprawdę komicznie. Na ławce obok nich siedziała Adison, która wydawała się mniej zadowolona z powrotu koleżanki. Trzymała książkę na kolanach i uparcie wpatrywała się we wzory, które znajdowały się na tej stronie, którą miała otwartą.
    - Mayaaa! - usłyszała za sobą radosny krzyk. Zdążyła się tylko odwrócić, bo Alex już się na nią rzuciła, by ją mocno wyściskać.
    - Heej! Puść, bo mnie udusisz! - wykrztusiła, próbując się wyswobodzić z ramion koleżanki.
    - Sorki, to dlatego, że tak dawno się nie widziałyśmy! Stęskniłam się. - Uśmiechnęła się skruszona. - Już wszystko okej ze zdrowiem i w ogóle? - zapytała, przyglądając się Mayi uważnie.
    - Tak, tak. Już się wykurowałam i nie mam w planach kolejnej choroby - odparła, uśmiechając się serdecznie. Rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Wen i Chloe. Dostrzegła je dopiero po chwili. Siedziały w rogu korytarza pod oknem, opierając się o grzejnik. Przyglądały się radosnej scence rozgrywającej się pod klasą. Maya nie potrafiła stwierdzić, czy się cieszyły z powodu jej powrotu, czy może wręcz przeciwnie. Miny miały niewyraźne, ale zauważyła jakąś ulgę w oczach Wen.
Chloe
    - Pan Harris na każdej lekcji pytał się nas, kiedy wrócisz - odwróciła jej uwagę od dziewczyn Abby.
    - Adam i Shane zdawali się wiedzieć co się u ciebie dzieje, ale niewiele mówili - powiedziała Alex. - Codziennie próbowałam coś od nich wyciągnąć, ale byli nieugięci. Jakby to była jakaś wielka tajemnica. To w końcu co ci było? - zapytała.
    - To taka dziwna nazwa... Nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że bardzo rzadkie i niezaraźliwe coś. Lekarz naprawdę się zdziwił, gdy to u mnie zdiagnozował. Ale nie mówmy już o mnie. Co tam się wydarzyło w szkole pod moją nieobecność?
    Niewiele dziewczyny zdołały jej powiedzieć, bo po chwili zadzwonił dzwonek i przyszła ich nauczycielka. Uśmiechnięta Maya weszła do klasy. To było naprawdę miłe uczucie, wiedzieć, że ktoś za tobą tęsknił i martwił się o ciebie.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heej :) Nie przedłużając :) Chciałabym Wam życzyć wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Dużo śniegu, wymarzonych prezentów, mnóstwa uśmiechu, radości i miło spędzonym czasie w gronie rodziny i przyjaciół <3
Mrs Black bajkowe-szablony