Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bedroom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bedroom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2016

Dziedzictwo mroku,czyli wilkołactwo w nowym wydaniu.

Polski tytuł: Dziedzictwo mroku
Oryginalny tytuł: The Dark Divine
Autorka: Bree Despain
Wydawnictwo: Galeria Książki
Kategoria: fantastyka



Książkę znalazłam w internecie, kiedy poszukiwałam czegoś, co mogłabym przeczytać. Była w przecenie, sam opis, jak i okładka mnie zaintrygowały. Postanowiłam dać szansę tej serii. 

W przeszłości rodziny Divine wydarzyło się coś, o czym się nie wspomina. Coś, o czym Grace nie ma zielonego pojęcia, choć bardzo by chciała. Przecież to tej jednej nocy straciła ukochaną osobę, najlepszego przyjaciela. Nagle tak po prostu odszedł. Tej samej nocy znalazła swojego brata całego zalanego krwią i od tamtej pory nie wspomina już przyjaciela z dzieciństwa. 
Wszystko wywraca się do góry nogami, kiedy Daniel wraca, by skończyć szkołę i móc iść na wymarzone studia. Grace znów zbliża się do chłopaka, co bardzo denerwuje jej brata, który wolałby, by jego rodzina nie miała już z nim nic wspólnego. 
Pojawienie się Daniela spowodowało, że Grace chce jeszcze bardziej poznać sekret z przeszłości i jest zdeterminowana, by dotrzeć do sedna sprawy z tej nocy, kiedy po raz ostatni widziała Daniela. Dziewczyna musi poznać mroczną tajemnicę Daniela oraz znaleźć sposób na to, by uratować nie tylko jego, ale i swoich bliskich, co okazuje się nie być takie proste, jakby się na początku wydawało. 
Na początku opowieść nudzi. Pojawia się cała rodzina pastora, która zachowuje się, jak na taką rodzinę przystało. Rodzeństwo pomaga w przykościelnych organizacjach, dobrze się uczy, nie można im nic zarzucić. Wręcz przeciwnie, staje się to odrobinę sztuczne i irytujące. Jude, brat głównej bohaterki od początku kreowany na superbohatera, po kilku stronach po prostu mnie zdenerwował i miałam ochotę kopnąć go w cztery litery. Już go później nie polubiłam, ale w każdej książce znajdzie się bohater, którego nigdy nie polubimy. 
Po przeczytaniu całej książki wydawało mi się, że bohaterowie byli mało opisani. Może nie chodzi tutaj o ogólne przedstawienie, bo dobrze wiedziałam, kto kim jest (choć muszę przyznać, że dopiero po kilku stronach). Chodziło mi bardziej o to, że mało ukazało się informacji o ich wyglądzie. Dopiero po kilkunastu rozdziałach, dotarła do mnie informacja, jakie główna bohaterka ma włosy. Więc w tym miejscu ubolewałam nad tymi drobnymi ubytkami. 

Uwielbiam historię przedstawioną w tej książce. Coś innego, troszkę świeżości powiało w temat wilkołaków i innych istot nadprzyrodzonych. Pojawia się wątek z Bogiem, z jego wysłannikami, którzy mieli rozprawić się ze złem. Spodobało mi się to wyjaśnienie wilkołaków, jak i tego, jak bestia czasem może przejąć kontrolę nad ciałem. To już nie takie spokojne wilczki jakie ukazano w postaci Jacoba w "Zmierzchu" tylko prawdziwe zwierzęce instynkty. 
Intrygujące w opowieści są listy, które mają pomóc Grace w rozwiązaniu zagadki i uratowaniu Daniela. Mężczyzna opisywał, jak szukał wilkołaków i wierzył, że da się je wyleczyć z ich przekleństwa.
Książkę mogę gorąco polecić na chłodny wieczór osobom, które lubują się w klimatach fantastycznych, ponieważ oprócz tych wątków z wilkołactwem, pojawiają się te z przyjaźnią Grace i April oraz miłości Daniela i Grace. Reszta jest gdzieś w tle i w sumie mnie to nie przeszkadza, ale może komuś innemu się to nie spodoba.
Opowieść wciąga i naprawdę lekko się ją czyta, pióro autorki nie męczy. Bohaterowie również nie są źli pod tym względem, że niczego im nie brakuje. Skromny i zagubiony Daniel, wściekły na każdego Jude i próbująca uratować cały świat Grace. Jest jeszcze Pete, który wydaje się najprzystojniejszy po Jude i jest naprawdę opiekuńczy i słodki a April jest zakręcona i wydaje się za bardzo niewinna, by móc ją wplątywać w ten zły świat, w który właśnie wkroczyła Grace.

Jak zakończy się historia Grace, Daniela i Juda? Według mnie zaskoczy choć część was. Oczywiście opowieść odkrywa po kolei swoje tajemnice, ale sama końcówka oraz to, co stało się z Grace i Judem jest trudne i na pewno nie tego spodziewalibyście się, czytając początek o perfekcyjnej rodzinie Divine. 
Już czytam kolejną część a moja mama już jest po lekturze i powiedziała mi, że się całkowicie załamała ostatnimi rozdziałami. Już nie mogę się doczekać, kiedy dowiem się, co miała na myśli. Jak wspominałam, historia jest wciągająca i czasem po prostu nie można się od niej oderwać. 

wtorek, 29 marca 2016

Święta, święta i po świętach!


Jak tam Wielkanoc? Udana? Objedliście się? Zrealizowaliście swoje plany na ten czas? Ja miałam ambitne plany, ale na tym się zakończyło. Chciałam odwiedzić jakieś blogi, coś napisać, coś przeczytać, a wyszło jak zwykle. Jedyne, czym się mogę pochwalić to pyszne ciasto na święta oraz to, że skończyłam czytać "Dziedzictwo mroku" a zaczęłam drugą część. Choć i to nie przynosi wielkiej chwały, bo recenzja się nie pojawiła.


W ogóle ostatnio mi nic nie wychodzi. Też tak macie? Może to z powodu wiosny czy coś, sama nie wiem ;)

Mam nadzieję, że będzie lepiej i zdolam się jakoś zmusić do zajrzenia choć na chwilę na bloga i do książek ;)

A co tam u Was? Ciepło ja u mnie? A może zimno? Piszcie ;)

instagram =>zuzka037 ;) zapraszam ;)



sobota, 12 marca 2016

Od kuchni!


Witam Was bardzo serdecznie w tą niezbyt słoneczną sobotę. U Was też tak ponuro za oknem? U mnie strasznie! Jeszcze wczesna godzina, a już ciemno w domku.
Ale ja oczywiście nie o tym dzisiaj. Gotując dzisiaj obiad, wpadł mi do głowy pomysł na notkę i właśnie dlatego tutaj jestem.
Moje pytanie na dziś: lubicie gotować?
Osobiście wolę bardziej piec niż gotować, ale życie mojej rodziny powoduje, że coraz bardziej zaczynam się przekonywać do pichcenia.

Moja przygoda z gotowaniem rozpoczęła się w bardzo młodym wieku, bo miałam z pięć, sześć lat, a może nawet jeszcze mniej, kiedy pomagałam prababci w kuchni. Pamiętam, że bardzo mi się to podobało, gdy później siadałyśmy razem i jadłyśmy przygotowany przez nas posiłek.
Lubiłam pomagać każdemu, kto tylko brał się za gotowanie, pieczenie, smażenie. Cokolwiek, co miało związek z przygotowywaniem jedzenia. Przeszkadzałam babci, kiedy ta próbowała robić makaron i zawsze prosiłam ją, by piekła swoje przepyszne ciasteczka czy pączki, gdzie mogłam więcej pomóc, wycinając z rozwałkowanego ciasta kółeczka czy posypując gotowe już pyszności cukrem pudrem.
Gotowanie towarzyszy mi niemalże od początku. Kiedyś tylko pomagałam, lecz od kilku lat sama próbuję swoich sił w kuchni. Nie robię żadnych wielkich, popisowych dań, bo moim największym sukcesem jest własnej roboty pizza i drożdżowe ciasteczka, ale czuję satysfakcję, kiedy widzę, że moje wypieki smakują wszystkim dokoła. Jestem dumna, że potrafię zrobić coś naprawdę dobrze i cieszę się, że mogę to robić.


A Wy? Lubicie gotować czy wolicie, jak ktoś inny Wam gotuje? Piszcie, chętnie poczytam, podyskutuję o jakiś daniach. Piszcie również, o czym chcielibyście przeczytać kolejną notkę ;)

Co robicie dzisiaj? Jak na razie oglądam skoki narciarskie. Później niestety muszę zabrać się za projekt z historii oraz za zadania z ekonomii. Mam jeszcze zamiar napisać rozdział na "Polowanie...", więc możecie się spodziewać wieczorkiem tam nowej notki. Cały weekend zabiegany, ale nie narzekam, bo przynajmniej się nie nudzę. 

A tymczasem zapraszam na mojego instagrama, gdzie możecie zobaczyć, co aktualnie robię, dowiecie się, jakie są moje ulubione książki czy cytaty ;) 

sobota, 11 lipca 2015

~45~


   Malcolm z uśmiechem na ustach powędrował do swojego gabinetu. Przeszedł dobrze mu znaną drogę, którą co dzień pokonywał kilka razy. Teraz, po tych kilku latach, znalazłby drogę nawet bez spoglądania przed siebie. Znał doskonale każdy mebel stojący po bokach, wiedział, że w pewnym miejscu podłoga stała się strasznie śliska, więc musiał tam zwolnić, a kiedy wychodził zza zakrętu, uważał, by nie wejść w stojącą za nim zbroję, za którą niemal zawsze czaili się strażnicy.
    Wszedł do biura, niosąc w zamkniętej dłoni upragniony skarb. Tak długo o niego zabiegał, że już niemalże stracił nadzieję na zyskanie go. A jednak cierpliwość opłacała się. Dostał to, czego chciał. I to za jaką cenę? Niemalże niedostrzegalną. Co prawda musiał zainwestować w nowe szyby oraz drzwi po ataku Zakonu jak i zwerbować i przeszkolić nowych strażników, lecz to nie miało dla niego znaczenia. Najważniejsze było to, że Elessar w końcu należał do niego!
    Usiadł na wysokim, obitym czerwonym materiałem fotelu. Z szuflady biurka wyciągnął kwadratowe pudełko w środku wysłane bladoróżową tkaniną. Z uwielbieniem i niemałą czcią położył wisiorek w zagłębieniu. Znów uśmiechnął się sam do siebie i zatarł ręce. Czas na wykorzystanie jego mocy!
    Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Palcami lewej ręki sięgnął do niej, z zamiarem wykorzystania swojego pierścienia. Kiedy dotknął skóry, nie spodziewał się, że jego ulubionej błyskotki ta mnie będzie.

    Adam zasnął na kilka godzin. Gdy w końcu znaleźli się w domu pastwa Shay, radości nie było końca. Rodzice chłopaka cały czas dziękowali Zakonowi i ściskali swojego syna. Pani Moon cała zapłakana nie potrafiła uwierzyć, że nic mu się nie stało, że dotarł do niej cały i zdrowy choć nadal wymęczony. Gospodyni niemal od razu po posiłku zagoniła go do łóżka. Zajął sypialnię, w której ostatnią noc spędził Josh. Maya oraz Shane odprowadzili przyjaciela i pomogli położyć się na łóżku. Kiedy już chcieli wyjść z pokoju, zatrzymał ich słabym głosem.
    - Zostańcie.
    - Powinieneś odpocząć - zaprotestowała Maya.
    - Nie zasnę, dopóki z kimś nie porozmawiam - szepnął. Usiedli więc na skraju łóżka i czekali. Adam nie spieszył się, lecz nie próbowali go poganiać. Maya doskonale pamiętała, jak czuła się po wizycie u Malcolma i co tam przeżyła. Nie widziała potrzeby, by ponaglać chłopaka, zwłaszcza, że to on chciał się z nimi wszystkim podzielić. Cieszyła się, że Shane okazał się równie cierpliwy i nie odezwał się ani słowem.
    Jakiś czas siedział, spoglądając przed siebie. Potem wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
    - To było okropne - westchnął po czym znów zamilkł.
    - Jak się tam w ogóle dostałeś? - zapytała nieśmiało.
    - Tych dwóch, którzy stali obok Malcolma przed dworem... Ogłuszyli mnie, uderzając mnie w tył głowy czymś naprawdę ciężkim. Nie pamiętam niczego, co działo się dalej. Obudziłem się w ciemnej, zimnej piwnicy za kratami na starym materacu. Przykryto mnie jakąś imitacją koca a obok leżała szklanka lodowatej wody. Potem zaczęło się piekło. - Wzdrygnął się, wspominając, co wydarzyło się dalej. - Kiedy strażnicy zauważyli, że się ocknąłem, od razu poinformowali o tym Malcolma. Z tępym bólem głowy zostałem zawleczony na górę do wielkiej sali przed jakąś radę, czy coś w tym stylu. Próbowałem stawiać opór, oczywiście, że tak. Nie darowałbym sobie, gdybym tego nie zrobił. Strażnicy jednak poradzili sobie ze mną w mgnieniu oka. Ich było czterech, ja jeden. Chyba domyślacie się, jak to się zakończyło...
    Pokiwali głowami, choć Adam wcale tego nie oczekiwał. Nawet na nich nie patrzył. Aż do tamtej pory. Gdy przestał mówić, spojrzał głęboko w oczy Mayi. Dostrzegła przerażenie, które widziała w swoich oczach jeszcze długo po tym, jak wróciła do swoich. Ten ból i bezradność...
    - Wiem, co wtedy u niego przeszłaś... - szepnął łamiącym się głosem. - Przykro mi, że musiałaś przechodzić to samo...
    - Nie pleć bzdur! - zaoponowała. - To ty znalazłeś się tam przeze mnie i to ja powinnam cię teraz przepraszać a nie ty mnie! Ja tam byłam pół dnia, ty kilka. Nie ma co nas do siebie porównywać! Próbuję sobie wyobrazić, co przeszedłeś, ale nie potrafię, bo wiem, że to co ja wtedy przeżyłam to był dopiero mały wstęp. Później miało się rozpocząć przedstawienie, lecz na szczęście nie dokonało się...
    - Już nikogo nie skrzywdzi - zapewnił z nowy błyskiem w oku.
    - Nadal ma pierścień i na pewno nie zawaha się go użyć - zauważyła ze smutkiem, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
    - Nie ma - usłyszała głos Adama przepełniony dumą i swojego rodzaju radością. Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął pierścień. Pokazał go pozostałe dwójce, którzy siedzieli zdumieni. - Ukradłem go ostatkiem sił wczoraj, po ostatnim przesłuchaniu. Ściągnął go, choć nigdy dotąd tego nie robił. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że nigdy się z nim nie rozstaje. Rozmasowywał palec, kiedy kazał strażom mnie zabrać. Skorzystałem z okazji i chwyciłem go ze stołu w ostatniej chwili. Nawet nie zauważył. Chyba był już tym wszystkim zmęczony.
    - To pierścień Barahira! - szepnęła zachwycona Maya. Chłopcy spojrzeli na nią zaskoczeni.
    - Skąd to niby wiesz? - zapytali oboje naraz.
    - Wy naprawdę niczego nie czytacie - westchnęła przeciągle. - Kiedy szukałam informacji o dziedzicu Elessaru, znalazłam też wzmiankę o tym pierścieniu. Zapamiętałam go, bo wiedziałam, że posiadła go Malcolm, choć nie powinien, bo tak naprawdę to ty go powinieneś nosić - powiedziała, wskazując Shane'a.
    - Jak to ja? - zdziwił się jeszcze bardziej.
    - To twoje dziedzictwo. Tak samo jak Elessar - wyjaśniła.
    - Czekaj! To on jest potomkiem jakiegoś tam króla sprzed wieków? - zawołał zachwycony tą wiadomością Adam, siadając na łóżku. - Stary, zawsze wiedziałem, że nie jesteś normalny!
    - Masz, weź, załóż go a przekonasz się - zaproponowała, wyciągając ozdobę na otwartej ręce w kierunku blondyna. Chłopak ostrożnie chwycił go i obrócił kilka razy w dłoni, oglądając go dokładnie. Następnie wsunął go na palec. Gdy to zrobił, poczuł prąd przepływający przez jego ciało. Dreszcze rozchodziły się od klejnotu aż po sam kręgosłup. Spojrzał na Mayę, która uśmiechnęła się do niego. Ona również to poczuła. I już wiedziała, z kim miała do czynienia.
    - To naprawdę ja - szepnął zaintrygowany. W końcu uwierzył w swoje prawdziwe pochodzenie.
    - Przepraszam, że zachowywałem się jak dupek - odezwał się nagle Adam. Maya i Shane zwrócili się znów ku niemu. - Jesteście moimi przyjaciółmi a ja... Cóż, moje zachowanie ostatnio nie było przyjacielskie, choć obiecuję, że wkrótce się to zmieni. A może teraz łaskawie powiecie mi, dlaczego oddaliście Elessar Malcolmowi, co?

~~~*~~~*~~~*~~~

    Powoli zbliżamy się do końca opowiadania, więc jeśli ktoś jest zainteresowany moją twórczością, zapraszam na nowego bloga ;) Polowanie na magię! :) Z chęcią usłyszę Waszą opinię na jego temat. Pojawiły się już dwa krótkie rozdziały :) A tymczasem do zobaczenia ;)

piątek, 26 czerwca 2015

~44~


    Pół nocy przegadali, by cały plan dopiąć na ostatni guzik. Oboje zgodzili się, że lepiej, by nikt inny nie wiedział, co zamierzają zrobić. Oznajmili im tylko, że chcą oddać Elessar. Co prawda każdy, kto wiedział, jak ważny jest dla całego świata, sprzeciwiał się temu. Jednak Maya przekonała ich, że wie, co robi,  by jej choć w tej sprawie zaufali. Jej i Joshowi. Niechętnie wszyscy zebrani stwierdzili, że nie mają innego wyboru, jak zawierzyć im życie.
    Mama Mayi, najbardziej sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia, podeszła na sam koniec zebrania do swojej córki i odciągnęła ją na bok.
    - Jesteś pewna, że ten chłopak znaczy dla ciebie więcej niż Elessar? - zapytała. - Że jest wart takiego poświęcenia?
    - Mamo! - zawołała oburzona. - Nie możesz mnie stawiać w takiej sytuacji. Dobrze wiesz, że Adam to mój przyjaciel. Oddałabym życie, by móc go ratować. A Elessar... Wiem, ile znaczy i nie zamierzam go tak łatwo stracić... Po prostu mi ufaj, mamo.
    Kobieta przytuliła mocno blondynkę i pocałowała delikatnie w czoło.
    - Obiecaj, że będziesz ostrożna!
    - Zawsze, mamo. Zawsze.
    Rada nie pozwoliła wziąć jej udziału w wyprawie, więc pożegnały się i wróciła do swojego domu. Josh natomiast został dopuszczony, na osobistą prośbę Mayi, do eskapady, więc mógł zostać. Pani Shay przydzieliła mu pokój, który sąsiadował z pokojem blondynki, więc po zakończeniu narad razem udali się na górę. Stanęli na korytarzu i spoglądali sobie w oczy w wątłym świetle lampy.
    - Boisz się? - zapytała cicho. Josh, zaskoczony, uniósł do góry brwi i uśmiechnął się lekko.
    - Trochę - przyznał.
    - Czego? - Chciała wiedzieć.
    - Najbardziej chyba tego, że mój plan nie wypali albo, że nas zaatakują, zanim powiemy pierwsze słowo, które pozwoliłoby nam na rozmowę z Malcolmem. A ty?
    - Że stracę was wszystkich - szepnęła i przytuliła się do niego. Doskonale wiedziała, do czego zdolny był Malcolm. Mógł zrobić niemalże wszystko. Nie miał skrupułów. Robił wszystko, by osiągnąć swój zamierzony cel. A jego celem był Elessar.
    "Po trupach do celu." - Zaśmiała się gorzko w myślach. Miała nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie.

    Maya obudziła się przed budzikiem. Spała z trzy godziny, ale nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie, była gotowa do działania.
Maya
    W kuchni spotkała już jedzącego śniadanie Josha oraz pół żywego Shane'a, który próbował obudzić się mocną kawą. Po upływie kolejnych kilkunastu minut zjawili się już wszyscy, którzy brali udział w wyprawie. Oprócz nich mieli jechać mama Shane'a i kilku innych członków Zakonu, których blondynka nigdy w życiu nie widziała na oczy. Uzbrojeni w urządzenia, dzięki którym mogli się bez problemu komunikować, powsiadali do trzech aut. Do pierwszego załadowali się Josh, Maya i Shane a kierował jakiś nieznany jej członek Zakonu. Do kolejnych dwóch wsiedli wszyscy, których Maya nie znała oraz matka blondyna. Na dany im znak, ruszyli.
    Ich samochód jechał w środku, jakby pod eskortą pozostałych dwóch. Maya nie pamiętała, jaką drogę obrali jej porywcze, ponieważ przez przyciemnione szyby niczego nie widziała, ale wydawało jej się, że podróż trwała kilka godzin. Zastanawiała się teraz, czy siedziba Malcolma znajduje się gdzieś daleko od nich. Zgadywała, że tak. Wokół dworu widziała las i gęste zarośla, a czegoś takiego w ich okolicy nie było.
    Czując narastające przerażenie, starała się przestać myśleć choć na chwilę o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Skupiła uwagę na rozciągającym się dokoła pięknym widoku, który z każdym metrem zmieniał się. Za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiały się drzewa, coś ściskało ją w środku. Bała się, że już dotarli na miejsce, a ona nie była nadal gotowa na to spotkanie. Nie potrafiła wolno oddychać, momentami w ogóle brakowało jej tchu i myślała, że za chwilę się udławi. Serce biło jej jak oszalałe a dłonie zaczęły się pocić. Denerwowała się, mimo, że nie zaprzątała sobie myśli Gwardią.
    Shane siedział obok blondynki i spoglądał na nią co jakiś czas. Chciał coś powiedzieć, ale nie do końca wiedział co. Bał się, bo tuż przed nim znajdował się jej najlepszy przyjaciel, który wiedział o niej wszystko, nie chciał więc wyjść na głupka, palnąć jakąś gafę. I niby co miał powiedzieć? Pocieszyć? Zapytać, jak się czuje? To nie miałoby sensu. Więc zrobił najzwyklejszą rzecz na świecie - chwycił ją za rękę i uścisnął ją, dając jej tym samym do zrozumienia, że jest z nią. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Widząc całą sytuację  w lusterku, Josh już wiedział, że tych dwoje ma się ku sobie.
    Podróż okazała się wystarczająco długa, by ich dostatecznie wyczerpać. Gdy w końcu się zatrzymali, Mayę bolały plecy a kiedy się rozciągnęła, słyszała chrupnięcia w stawach. Rozejrzała się dokoła. Nic się nie zmieniło. Wielki dwór, górujący nad całą resztą otoczony gęstymi zaroślami, masywna brama i podjazd wyłożony płytami i kamieniami.
    Nie miała pojęcia, czego się spodziewała, ale widok tylu osób, zaskoczył ją. Wyglądali jak komitet powitalny. Z bronią skierowaną w ich stronę oraz zacieśniającym się kręgiem uzbrojonych gwardzistów. W tłumie nie dostrzegła Malcolma, ale kiedy pani Shay poprosiła o rozmowę z nim, pojawił się na schodach swojej twierdzy, mając u boku Nate'a i Toma. Wzdrygnęła się, przypominając sobie każdy sen z ich udziałem.
    - Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? - Malcolm mówił cicho, ale i tak rozumiała każde jego słowo, mimo tak wielkiej odległości, która ich dzieliła. Powoli schodził w dół a za nim jego strażnicy oraz jedna zakapturzona postać, której sylwetka wyglądała znajomo. Intuicja podpowiadała jej, że doskonale zna tę postać, lecz nie potrafiła jej zidentyfikować. - Maya, kochana, stęskniłem się za tobą! - pożalił się tak naturalnie, że uwierzyłaby to. W innych okolicznościach uwierzyłaby we wszystko, cokolwiek by powiedział takim tonem. - Tak dawno się nie widzieliśmy! - Wyraził swój żal. Stał już u podnóża schodów. Maya i reszta jej towarzystwa zostali zmuszeni to tego, by zbliżyć się do niego, ponieważ krąg wokół nich robił się coraz mniejszy. Strażnicy stojący za nimi przysuwali się coraz bliżej. - Przyjechaliście odebrać Adama, prawda? - zapytał. Zabrzmiało to, jakby chłopak był małym dzieckiem na wakacjach, które się gdzieś zgubiło i teraz zmartwieni rodzice przyjeżdżają do ludzi, u których przebywał.
    - Gdzie on jest? - zawołała, stając naprzeciwko niego. Musiała unieść głowę do góry, ponieważ Malcolm był naprawdę dobrze zbudowany i niezwykle wysoki. W jego oczach dostrzegła błysk wrodzonej skłonności do bycia złym.
    - Nie tak szybko, skarbie. - Zaśmiał się. - Najpierw pokaż mi Elessar, Chcę mieć pewność, że mnie nie oszukasz.
    Maya niechętnie zdjęła wisiorek z szyi i, trzymając łańcuszek w zaciśniętej pięści, pokazała go mężczyźnie. Jak zahipnotyzowany, pochylił się ku niemu. Wyciągnął do niego rękę, chcąc go dotknąć, lecz blondynka zareagowała błyskawicznie. Zabrała mu sprzed nosa naszyjnik i schowała za plecami. Była pewna, że na razie będzie tam bezpieczny, ponieważ czuła ciepło bijące od ciał Shane'a i Josha, którzy stali tuż za nią.
    - Nie tak szybko - powtórzyła jego słowa, uśmiechając się. Cały strach nagle wyparował. Wreszcie poczuła się na miejscu, wiedziała, co robi, widziała cel, jaki jej przyświecał. Ryzykowała wiele, ale inaczej się nie dało, była tego świadoma. Odprężona i z błąkającym się uśmiechem na ustach, prowadziła z Malcolmem rozmowę. - Najpierw rozkaż swoim, by przyprowadzili tu Adama. Chcę wiedzieć, że nic mu nie zrobiłeś - zawahała się, choć miała nadzieję, że tego nie dostrzegł. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wypróbował na chłopaku działanie swojego pierścienia. Podając warunki, chodziło jej raczej o to, że musiała go zobaczyć, musiała wiedzieć, że żyje, że ma dla kogo ryzykować.
    Mężczyzna machnął niedbale ręką. Dwóch strażników zniknęło w dworze, by po jakimś czasie pojawić się z ledwo idącym między nimi Adamem. Powłóczył nogami, czasami ludzie Gwardii go ciągnęli, lecz starał się iść ostatkiem swoich sił. Od razu dostrzegła jak bardzo wymizerniał. Zatkała usta dłonią, by nie westchnąć głośno z przerażenia. Zapadnięte oczy wpatrywały się w ziemię a gdy na chwilę podniósł wzrok, ujrzała w nim czysty strach. Przypomniała sobie, jak ona wszystko przeżywała po jednym dniu spędzonym w ich siedzibie. Chłopak siedział tu już niemal tydzień.
    Wychudł, był brudny, poszarpany. Na ubraniu i włosach dostrzegła zakrzepłe ślady krwi. Opuchnięte wargi domagały się zwilżenia czystą wodą, a włosy niemal pragnęły, by zbliżył się do nich grzebień. łzy stanęły w oczach Mayi, widząc jego postać, tak bardzo jej znaną, a jednak całkiem odmienioną. W pierwszym odruchu chciała pobiec i przytulić go, pomóc mu iść. W ostatniej chwili Josh przytrzymał ją, łapiąc ją w pasie ramionami.
    - Nie możesz - szepnął jej do ucha. Pokiwała głową, rozumiejąc, co miał na myśli. - Jeszcze nie teraz.
    - Jesteś potworem, Malcolm - powiedziała, przełykając łzy i ból. Strażnicy zostawili Adama chwiejącego się na nogach pod eskortą Nate'a i Toma. Chłopcy nie pomogli mu jednak, kiedy upadł. Patrzyli na niego niemal drwiąco, z wyższością. - Kiedyś mi za to zapłacisz - warknęła.
    - Elessar, albo twój przyjaciel umrze. - Uśmiechnął się. Dostrzegła, że zakapturzona postać wyłowiła spod peleryny łuk i teraz celowała w leżącą postać Adama. Maya wyciągnęła powoli rękę zza pleców. Ruszający się delikatnie wisiorek hipnotyzował swoim zielonym kolorem. Dziewczyna uniosła ramię, a gdy Malcolm wysunął dłoń co przodu, upuściła na nią swój największy skarb. Malcolm nie posiadał się z radości. Uśmiechał się szaleńczo, ściskając w pięści zielony naszyjnik. Zachwyceni członkowie Gwardii zaczęli się schodzić do niego, opuszczając broń oraz tracąc czujność. Korzystając z okazji, Shane i Josh podnieśli Adama z ziemi i zanieśli do auta, gdzie położyli go między blondynem a Mayą. Potem z zawrotną prędkością popędzili do domu.
    - Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem Ad. Serce ścisnęło się Mayi w piersi, słysząc jego słaby głos.
    - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz -zapewniła go. - Malcolm nam za to wszystko zapłaci, już ja tego dopilnuje - odgroziła się.
   - Dlaczego oddałaś Elessar? - Adam odezwał się znów, jakby nie słyszał tego, co powiedziała przed chwilą Maya. Zaniepokojona, przejechała dłonią po jego włosach, próbując go uspokoić. Po chwili jego ciało się odprężyło, choć jeszcze kilka razy zadał to samo pytanie, na które Maya nie potrafiła odpowiedzieć.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, przyznam szczerze, że pierwszy raz od dłuższego czasu dobrze pisało mi się to opowiadanie ;) Sama nie wiem, jak wyszło, ocenę pozostawiam Wam, ale chyba jest dobrze ;)

sobota, 13 czerwca 2015

~43~


    - To musi być jakaś pomyłka - stwierdził kategorycznie Shane, wpatrując się w zielony naszyjnik jakby był zaklęty. Zdążył już wyśmiać Mayę za tak absurdalną myśl, przejść kilka razy przez jej pokój, by w końcu usiąść na łóżku naprzeciwko niej. Wcześniej długo czekał, by przyzwyczaić się do myśli, że należy do Zakonu. Teraz dziewczyna mówi mu, że jest jakimś potomkiem wielkiego króla, którego do niedawna nie znał nawet z legend. To dla niego zdecydowanie za dużo w krótkim czasie.
    - Ale nie jest - powiedziała uspokajająco, nadal się uśmiechając. Odkąd dowiedziała się prawdy, uśmiech nie opuszczał jej ust. Od niemal godziny próbowała przetłumaczyć blondynowi, że jest tak, jak ona mówiła, lecz on nie chciał jej słuchać. Spojrzała na niego niemal błagalnie. - Musisz mi zaufać. Wiem, co mówię - zapewniała go. Mimowolnie przybliżyła się do niego i położyła dłonie na ciepłych policzkach. Poczuła jak ciało chłopaka zadrżało pod wpływem jej dotyku.
    - Ufam ci - szepnął delikatnie, przysuwając się w jej stronę. Gdy milimetry dzieliły ich nosy od siebie, przymknął na chwilę powieki. Gdy znów na nią spojrzał, dostrzegła w jego oczach pewien błysk, który nakazał jej zrobić to, co zrobiła. Pochyliła się i pocałowała go. Shane uśmiechnął się, lecz nie był jej dłużny, natychmiast oddał pieszczotę. Nie okazał się niewinnym całusem; wręcz przeciwnie - długi, namiętny, pełen pasji i oddania pocałunek, który mówił wszystko, nawet to, czego ani Maya, ani Shane do tej pory nie byli świadomi.
    - Ufam ci - powtórzył jeszcze raz, gdy się od siebie odsunęli. - Ale to nie oznacza, że uwierzę we wszystkie bzdury, jakie mi powiesz - odezwał się zaczepnie lecz z przekonaniem. Uderzyła go delikatnie w ramie.
    - To nie jest śmieszne - odpowiedziała, poważniejąc. Serce nadal łomotało jej w piersi po tym, co się wydarzyło między nimi. Owszem, wcześniej całowali się już, lecz to, co działo się przed chwilą, nie mogło się równać z poprzednim razem. Było całkowicie inaczej. Nie miała pojęcia, na czym mogła polegać zmiana, lecz czuła, że coś się zmieniło. Miała jedynie nadzieję, że na dobre.
    Zasnęli, gdy na dworze zaczęło robić się jasno. Resztę nocy przegadali, nie wracając na razie do sprawy dziedzica. Maya wręcz modliła się, by Shane jak najszybciej przyzwyczaił się do nowej roli w całym tym bałaganie. Miała nadzieję, że zaakceptuje to, kim jest tak, jak to ona zrobiła.

    Przez kolejne dni nie udało się niczego ustalić ani wymyślić. Wszyscy wokół chodzili smętni, chłopcy w szkole wypytywali o Adama, a Shane i Maya zmuszeni byli do kłamstw. Taki stan rzeczy ogromnie ciążył, więc gdy przyszedł weekend, odetchnęli z ulgą. Choć nie na długo. Nadal wisiała nad nimi sprawa z Adamem.
    Przez te kilka dni pomiędzy Shanem i Mayą nie doszło do niczego więcej. Nie rozmawiali o tym, co zdarzyło się w tamtą noc; po prostu żyli dalej, chociaż blondynka przyłapywała się na tym, że coraz częściej spogląda na chłopaka jak na kogoś więcej niż na przyjaciela. Zaczęła też o nim odrobinę więcej myśleć. Nadal starała się bronić przed przeznaczeniem rękami i nogami, więc nie dopuszczała do siebie myśli, że chłopak jej się podoba, że może się w nim zauroczyła, lub co gorsza, zakochała. Wzdrygała się na samą myśl o tym, lecz gdy tylko wspominała ich pocałunek, robiło jej się przyjemnie a na usta wypływał błogi uśmiech.
Maya
    Na szczęście nie miała wiele chwil dla siebie, by po marzyć o Shanie. Cały wolny czas poświęcała temu, by wymyślić plan, dzięki któremu mogliby sprowadzić Adama z powrotem do domu. W sobotę rano postanowiła skontaktować się z Joshem - osobą, która jeszcze na ten temat się nie wypowiadała a mogła wiele wnieść do ich położenia. Poprosiła go, by przyjechał do domu blondyna. Chłopak oczywiście się zgodził i godzinę później siedzieli oboje w jej pokoju. Bardzo cieszyła się z ponownego spotkania. Brakowało jej ich wspólnych pogawędek. Nigdy nie rozstawali się na długo. Zawsze któreś w końcu dzwoniło i wyżalało się na wszystko drugiemu. Jednak w sytuacji, której się znaleźli, nie mogli tak uczynić. Na początku dlatego, że Maya nie znała prawdy, potem ze względu na to, że zbyt wiele się działo, a dziewczyna nie chciała zdradzać nieswoich sekretów. Teraz jednak nie widziała innego wyjścia. Jeśli on im nie pomoże, nie poradzą sobie sami. Ulżyło jej, gdy wyjawiła mu wszystko, ponieważ nigdy dotąd nie miała przed nim tajemnic - nawet to, co gdzieś usłyszała, niekoniecznie związane z nią, musiała z nim omówić. Taka już była. Ufała mu jak nikomu innemu i wiedziała, że chłopak nie zdradzi jej sekretów.
    - I co o tym myślisz? - zapytała w końcu, gdy Josh nie odzywał się przez jakiś czas. Przyglądała mu się uważnie. Był zamyślony. Nie chciała mu przeszkadzać, ale nie potrafiła wytrzymać już napięcia.
    - Przepraszam, musiałem to wszytko przemyśleć - odezwał się. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Był dobrej myśli i to napawało dziewczynę nadzieją, ponieważ gdyby powiedział, że nie widzi wyjścia, jak tylko się poddać, blondynka załamałaby się całkowicie. - Wydaje mi się, że wiem, co robić - powiedział niepewnie. Dziewczyna zerknęła na niego, nie spodziewając się, że tak szybko znajdzie rozwiązanie z tej jakże dramatycznej sytuacji.
    - Naprawdę? - Nic chciała uwierzyć. Pokiwał delikatnie głową, śmiejąc się pod nosem. - No to mów! - nalegała.
    - Zdaje mi się, że trzeba będzie oddać Elessar Malcolmowi - wyjawił swój zamysł po jeszcze krótkim zastanowieniu. Zaskoczona Maya nie wiedziała, co powiedzieć. Siedziała ogłupiała, wpatrując się w niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Nie potrafiła uwierzyć w to, co jej zaproponował. Już chciała zaprotestować, gdy znów się odezwał. - Musimy to zrobić. Inaczej nie uratujemy Adama. A chyba na tym zależy ci najbardziej, prawda? To w końcu twój przyjaciel.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Możecie mnie zabić, pozwalam Wam! Przepraszam, że rozdział taki krótki (a właściwie to chyba nawet rozdziałem nie można nazwać :/), ale... Nie mam nic dla swojej obrony! I dlatego jest mi przykro. Słońce i ciepło nie służą pisaniu, a przynajmniej nie kończeniu tej historii :/ Mam nadzieję jednak, że post był w porządku ;)
    Jeżeli chcecie przeżyć historię jeszcze raz, wpadajcie na wattpada, tam zaczęłam poprawiać opowiadanie ;) Już od początku znacznie go zmieniam, by poszło później w zamierzony przeze mnie kierunek :) Link macie nad datą dodania nowego postu ;)

piątek, 29 maja 2015

~42~


    Shane czytał po raz trzeci list od Malcolma, nadal nie mogąc uwierzyć w jego treść. Jego mama zareagowała błyskawicznie; gdy tylko dowiedziała się, co groziło Adamowi, chwyciła za telefon i zadzwoniła po jego rodziców. Nie wspominała nic o chłopaku. Poprosiła tylko, by przyszli.
    Roztrzęsiona Maya nadal siedziała na krzesełku. Wpatrywała się w swoje drżące dłonie i myślała intensywnie nad całą sytuacją. Co powinna zrobić? Czy mogła oddać Elessar w zamian za przyjaciela? Czy Malcolm dotrzyma warunków, kiedy już dostanie to, czego chce? W głowie miała kompletną pustkę, nie była w stanie odpowiedzieć na nurtujące ją pytania.
    Gdy pani Shay skończyła rozmawiać z matką Adama, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Spojrzała na Shane'a, który nadal śledził wzrokiem treść listu. Potrząsnęła go delikatnie za ramię i powiedziała cicho.
    - Mógłbyś mi przynieść mój telefon? Leży w salonie. - Blondyn skinął ochoczo głową i już po chwili dziewczyna trzymała w ręce komórkę. Wybrała dobrze jej znany numer i czekała. Odebrała po czterech sygnałach, które dla niej trwały wieczność. - Halo? Hej, mamo. Słuchaj, czy dałabyś radę przyjechać tutaj? Bardzo cię potrzebuję - zaczęła od razu. Mówiła naprawdę szybko, bo wiedziała, że nie pozbierała się do końca i w każdej chwili może się rozpłakać.
    - Co się stało? - zmartwiła się, słysząc smutny, załamujący się głos córki.
    - Po prostu przyjedź. Wyjaśnię ci, jak już się zobaczymy, dobrze? - I nie czekając, aż odpowie, rozłączyła się. Zacisnęła mocno powieki, by nie dopuścić do tego, żeby łzy wypłynęły jej z oczu. Nie chciała pokazywać swojej słabości. Pragnęła być silna, pokazać, że potrafi sobie poradzić nawet z tak trudną sytuacją.
    "Musisz się uspokoić - powtarzała sobie. - Musisz wziąć się w garść. Dopóki wie, że możesz oddać mu Elessar, nie zrobi mu wiele" - wmawiała sobie. Starała się zapomnieć o tym, jak ją traktował, kiedy u niego zawitała. Jak ją straszył, jak później nie potrafiła zasnąć i budziła się ze łzami w oczach i z niemym krzykiem na ustach.
    Zaczęła głębiej oddychać i w końcu opanowała się już całkowicie. Gdy uchyliła powieki, łzy zniknęły bezpowrotnie. Zastąpił je natomiast szalony błysk determinacji, który podpowiadał Shane'owi, że dziewczyna jest gotowa do działania. Zostało więc im tylko czekanie na pozostałych.

    W salonie państwa Shay zebrało się wielu ludzi, którzy byli bezpośrednio związani ze sprawą, jaką mieli omawiać. Pojawili się rodzice Adama, mama Mayi, oczywiście sami gospodarze, brat Shane'a, siostra bruneta i jeszcze kilku innych najlepszych członków Zakonu. Ci, którzy nie zmieścili się na kanapach, przynieśli sobie krzesła z jadalni, lub po prostu stali czy rozsiadli się na podłodze. Maya przycupnęła tuż obok mamy na podłodze a wraz z nią Shane. Od czasu otrzymania listu nie odstępował ją na krok, bojąc się, że jej się coś stanie. Wolał ją mieć na oku i w razie czego odpowiednio zareagować.
    Na początku pani Shay przedstawiła, jak się sprawy mają. Następnie pokazała wszystkim list, który Maya dostała od Malcolma. Na koniec zapytała, czy ktoś ma jakiś pomysł. Wszyscy milczeli jak zaklęci. Nikt się nie odezwał.
    - Słuchajcie, sprawa wygląda tragicznie, to prawda, ale ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że Elessaru nie możemy oddać. Nawet za tak wysoką cenę jaką jest życie tego chłopca. Musi być inny sposób - powiedziała mama Mayi. W milczeniu zgodzili się z nią niemal wszyscy. Tylko drobna, chuda kobieta, wtulająca się w wysokiego mężczyznę siedziała, płacząc. Nie odezwała się ani słowem. Zdawała sobie sprawę, że tak należy postąpić, ale nie mogła przeżyć tego, że to jej syn, jedyny syn był, możliwe, że właśnie teraz, w tym momencie, kiedy oni naradzają się, co robić, torturowany. Nie mogła przeboleć tego, że nie było go z nią. Łudziła się nadzieją, że wkrótce wymyślą, jak mu pomóc, ale nie oczekiwała wiele. Jeżeli wróci to na pewno odmieniony. Jak bardzo? Tego się właśnie obawiała najbardziej.

    Długo zastanawiała się, czy powiedzieć Shane'owi w zaistniałych sytuacjach o tym, że znalazła sposób na odnalezienie dziedzica Elessaru. Przez pół nocy biła się z myślami. Zastanawiała się, czy to może w jakikolwiek sposób im pomóc. Czy zdołają dzięki temu odzyskać Adama, nie tracąc przy tym klejnotu? Może prawdziwy jego właściciel znajdzie na to sposób.
    Gdy już postanowiła, że porozmawia o tym z blondynem, sądziła, że w końcu zaśnie, że się nieco uspokoi. Lecz sen nie był jej dany. Nadal myśli zaprzątały jej głowę. Starała się nie dopuszczać do siebie wizji, w których pojawiał się poddawany torturom Adam. Jednak jej podświadomość co rusz podsuwała jej nowe obrazy, każdy jeszcze bardziej masakryczny od poprzedniego.
    W końcu dała sobie za wygraną, otworzyła oczy, włączyła lampkę nocną stojącą na stoliku. Usiadła na łóżku i założyła na zimne stopy kapcie. Podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Skrzypnęły delikatnie. Wyszła na korytarz i już miała zejść a dół, gdy usłyszała kroki na schodach. Zatrzymała się w pół kroku i czekała, aż ujrzała wspinającego się w jej stronę Shane'a.
    - Miałem nadzieję, że nie śpisz - szepnął, podchodząc do niej jak najciszej. - Pogadamy? - Skinął głową w stronę jej pokoju. Dziewczyna zgodziła się. Przyjrzała mu się uważnie. Miał na sobie czarne spodenki, te same, które Adam kiedyś założył tył na przód i dziewczyny na wycieczce się z niego śmiały. Od razu wróciły wspomnienia, lecz Maya szybko wyrzuciła je z głowy. Zaczynała myśleć o Adamie jak o kimś zmarłym, a tego naprawdę nie chciała. Oprócz tego Shane nosił białą koszulkę z napisem na piersi. Minę miał nietęgą, chodził również lekko przygarbiony, Ta sytuacja naprawdę go przytłoczyła. Nie miała się czemu dziwić, bądź co bądź byli najlepszymi przyjaciółmi.
    Usiedli na jej łóżku w żółtym świetle lampki nocnej. Blondynka przykryła ich kołdrą, bo nagle zrobiło jej się zimno. Zerknęła na chłopaka. Już niejednokrotnie byli naprawdę blisko siebie, kilka razy spali w jednym łóżku, lecz dopiero w tamtym momencie poczuła się... dziwnie. Jakby to już nie było przypadkowe. Serce zabiło jej szybciej, kiedy patrzyła, jak siada naprzeciwko niej po turecku. Włosy miał zmierzwione, sterczały we wszystkie strony. Twarz tak samo jak oczy zdawały się zmęczone, ale gdy ich spojrzenia się spotkały, dostrzegła w nich błysk wesołości a wtedy zmęczenie od razu zniknęło.
    Aby nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami,skupiła się na tym, by opowiedzieć mu, czego się dowiedziała.
    - Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła poważnie, na chwilę odwracając od niego wzrok. Nadal czuła się delikatnie skrępowana, ale starała się nie myśleć o tym,dlaczego tak nagle coś jej przeszkadzało w bliskości chłopaka. A raczej, dlaczego było jej tak przyjemnie czuć jego oddech na swojej skórze... Przymknęła na chwilę powieki, by się skupić i kontynuowała. - Kiedyś, kilka dni po tym, jak tutaj zamieszkałam, znalazłam ukrytą bibliotekę. Nie mam pojęcia, czy wiesz, że w ogóle coś takiego jest tutaj, ale nieważne. Po tym, jak śnił mi się naprawdę dziwny stwór, zaczęłam szukać w niej informacji, co to mogło znaczyć. Oczywiście nie natknęłam się nigdzie na nic, co mogłoby mi się w tej kwestii przydać, ale ostatnio doszukałam się czegoś interesującego. - Sięgnęła po kartkę, którą schowała pod poduszką i wręczyła ją chłopakowi, nakazując mu czytać. Sama przeszła do kolejnych wyjaśnień. - Są to wskazówki, w jaki sposób znaleźć dziedzica Elessaru. Chciałabym... Chcę cię prosić o pomoc... Czy mógłbyś....? - zawahała się na koniec.
    Chłopak oniemiał. Nie był w stanie wydobyć ani jednego dźwięku. Był pod wrażeniem; tego, że znalazła ukryte pomieszczenie w domu, w którym mieszkał od dziecka, a o którym nie miał pojęcia aż dotąd; tego, że sama podjęła się prób szperania w starych księgach, że odnalazła tą kartkę i przetłumaczyła ją jak najwierniej, by móc zrozumieć sens zapisanych słów i nie pomylić się przy przeprowadzaniu eksperymentu.
    - Ty jesteś... Niesamowita! - zawołał, uśmiechając się od ucha do ucha. Oczy mu błyszczały od ekscytacji. Pochylił się niebezpiecznie w jej stronę. Centymetry dzieliły ich twarze. - Kiedy zaczynamy?

    Niestety, mogli zacząć dopiero w środę, ponieważ w tę noc wypadała odpowiednia do przeprowadzenia całej operacji kwadra księżyca. Wtedy to znów spotkali się w pokoju dziewczyny, usiedli na podłodze otoczeni zebranymi wcześniej poduszkami i kocami. Przynieśli ze sobą kawałek czystej kartki, na której narysowali koło i podzielili je na cztery części. Wskazując północ i południe, ułożyli kawałek gałązki z cisu wyciosanej wcześniej. Pod kartką położyli mapę Stanów Zjednoczonych a obok siebie postawili duży globus. Nie mieli pojęcia, na jakim kontynencie może znajdować się szukana osoba. Maya przeczuwała, że jest blisko, więc sądzili, że znajduje się w tym samym kraju co oni, ale nie mogli mieć pewności. Następnie złapali się za ręce i dziewczyna przeczytała następujące słowa z kartki:
Maya
    - Kie estas la heredonto Elessar? - I powtórzyła trzykrotnie.
    Na początku nic się nie stało. Siedzieli w milczeniu dobrych kilka minut i Shane zwątpił już, że uda im się cokolwiek zdziałać tej nocy. Gdy zerknął na Mayę, okazało się, że ta ma zamknięte oczy i skupiony wyraz twarzy. Nie ruszył się więc, zaufał dziewczynie i jej intuicji.
    Maya poczuła, jak Elessar robi się przyjemnie ciepły. Rozgrzewał całą jej szyję. Uśmiechnęła się sama do siebie. Wiedziała, że jest na dobrej drodze.
    W pewnym momencie naszyjnik zaczął odrywać się od jej ciała i unosił się w powietrzu. Szarpnęło nim tak mocno, że zerwał się z jej szyi i upadł na kartkę. Maya otworzyła oczy i spojrzała na patyk, który kręcił się dookoła jak szalony. Jej naszyjnik leżał pośrodku mapy zwrócony w stronę chłopaka. Z zafascynowaniem śledziła, jak gałązka powoli zatrzymuje się skierowana w tą samą stronę co Elessar.
    - I co, nie udało się? - zapytał Shane, który również uważnie przyglądał się temu, co działo się na podłodze. Maya spojrzała na niego uradowana.
    - Wręcz przeciwnie. Już wiem, kto sprawuje władzę nad Elessarem.
    - No więc kto to? - ponaglił ją.
    - Ty - odpowiedziała po prostu.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, mam nadzieję, że zaskoczyłam Was wyborem dziedzica Elessaru :) Piszcie, kto był waszym faworytem ;) No i ogólnie, co sądzicie. Rozdział niesprawdzany, uprzedzam ;)
    No i Mia, jeśli nie zobaczyłaś odpowiedzi, to odpowiadam Ci tutaj, że do końca zostało góra sześć rozdziałów ;) To już tak naprawdę maksymalnie :)
Pozdrawiam Was serdecznie! <3

sobota, 25 kwietnia 2015

~40~

Maya

    Pod koniec tygodnia nieco się ochłodziło. Słońce tylko od czasu do czasu wyglądało zza deszczowych, ciężkich chmur a zimny wiatr dął nieustannie, rozwiewając włosy i porywając kapelusze z głów. Liście zerwane z drzew, wirowały w powietrzu, tworząc widowiskowe pokazy.
    W piątek od rana siąpiło. Maya, przyzwyczajona do upalnych dni, zmuszona została do wygrzebania z szafy cieplejszych ciuchów, których u Shane'a nie posiadała zbyt wielu.
    Pogoda sprawiła, że każdy bez wyjątku miał gorszy humor. Shane jakby wstał lewą nogą' odkąd tylko pojawił się w kuchni na śniadanie, odburkiwał coś pod nosem, gdy ktoś się do niego odezwał. Nawet zwykle uśmiechniętą blondynkę dopadła tego dnia chandra. Nic jej się nie chciało, a już zwłaszcza wstać do szkoły. Zmusiła się jednak do tego, tak samo jak Shane'a, który co chwila pomrukiwał, że nie ma już po co wychodzić z domu. Dziewczyna siłą zawlokła go do autobusu a potem odprowadziła pod klasę jak przedszkolaka.
    - Widzimy się później! - zastrzegła i odeszła, zostawiając chłopaka z przyjaciółmi.
    Idąc do sali, w której odbywała się jej pierwsza lekcja, przypadkiem natknęła się na Adama i Marka. Obaj wracali z szatni, dyskutując o czymś zawzięcie. Gdy tylko zobaczyli dziewczynę, zamilkli. Adam przez sekundę patrzył jej prosto w oczy a następnie spuścił wzrok i wpatrywał się w niesioną reklamówkę.
    - Hej, Maya! - przywitał się wesoło Mark. - Właśnie gadaliśmy o tym, że powinniśmy na wuefie zagrać na dworze w siatkówkę, dziewczyny na chłopaków. Co ty o tym myślisz? - zapytał. Blondynka przeniosła swoje spojrzenie z bruneta na niego.
    - Tak, to dobry pomysł - poparła. - Słuchaj, zostawiłbyś nas samych? Chciałabym pogadać z Adamem - poprosiła. Mark, od razu wyczuwając sytuację, odszedł, zerkając jeszcze dyskretnie na przyjaciela. Adam znów patrzył na Mayę, zaskoczony jej prośbą. Nie odezwał się jednak ani słowem, dopóki Mark ich nie opuścił. - Co tam? - zadała pierwsze pytanie, jakie jej wpadło do głowy. Co prawda od dłuższego czasu planowała tą rozmowę, ale gdy przyszło co do czego, to nie wiedziała, od czego zacząć.
    - Dobrze - odpowiedział. Wyczuła w jego głosie napięcie. - Słuchaj, ja naprawdę chciałbym...
    - Wiem - przerwała mu. - Po prostu mi ciebie brakuje - przyznała ze smutkiem. - Nie mogę przyzwyczaić się do tego, że ciebie już nie ma przy mnie. To takie dziwne, ty też tak masz?
    Przytaknął niepewnie głową. Nie miał pojęcia ani co zrobić, ani co powiedzieć. Stali tak po prostu na korytarzu i wpatrywali się w siebie. Oboje wiedzieli, że to, co między nimi było, w jakiejś części zepsuło ich dawną relację i już nigdy nie poczują się w swoim towarzystwie tak jak kiedyś. Wierzyli jednak, że mimo wszystko, uda im się pozostać przyjaciółmi. Starali się, próbowali. Ale co z tego wyniknie?
    - Zastanawiałam się, czy to, co powiedziałeś Alex to prawda? - wypaplała po chwili.
    Zawahał się. Zauważyła to doskonale. Obserwowała go przez cały czas, by właśnie takie coś zobaczyć. Po chwili dopiero pokiwał głową.
    - Nie powinienem zachowywać się jak dzieciak - przyznał. - Czas dorosnąć. Nie udało się, trudno. Żyjmy dalej. Wiem, że będzie trudno, ale może się uda - powiedział, spoglądając jej głęboko w oczy. Zobaczyła w nich smutek, ale też pewnego rodzaju dojrzałość, o której mówiła przyjaciółka. - A co tam... u was? - zapytał ostrożnie. Zaskoczyło ją to pytanie, więc nie od razu odpowiedziała. Musiała sobie najpierw uzmysłowić, o kogo chodziło chłopakowi.
    - U mnie i Shane'a? - chciała się upewnić. Gdy skinął głową, kontynuowała. - Chyba okej. Uważam - odważyła się - że powinieneś porozmawiać też z Shanem. To w końcu twój przyjaciel, na pewno się o ciebie martwi.
    - Powiedział ci to? - zapytał z niemałym zaskoczeniem.
    - Nie, tak właściwie to nie gadaliśmy o tobie dawno, ale jestem pewna, że przykro mu, że się do niego nie odzywasz. Może... Skoro z nami jest już okej, to może też z nim...?
    Adam zamyślił się. Na czole, pod delikatnie opadającymi na nie niemal czarnymi włosami, pojawiła się mała zmarszczka. Miała ochotę odgarnąć niesforne kosmyki z jego twarzy, ale, z wiadomych powodów, nie zrobiła tego.
    - Spróbuję. Spróbuję, ale niczego nie obiecuję - powiedział cicho, spojrzał na nią ostatni raz i, nie mówiąc już nic, odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając ją samą z głową pełną kotłujących się myśli.

    - Dlaczego nie chcesz powiedzieć o tym incydencie mojej mamie? - zapytał ją po raz setny. Maya westchnęła. Tłumaczyła mu już wiele razy, ale postanowiła zrobić to jeszcze jeden.
    - To nie było nic poważnego. Po prostu mieli mnie sprawdzić. Tak naprawdę nic o mnie nie wiedzą - zapewniła, próbując uśmiechnąć się bardziej wiarygodnie. - Nawet nie mają pewności, że jestem Strażniczką. Poza tym to już się nie powtórzy. Teraz będę o wiele bardziej ostrożniejsza.
    Siedzieli w kuchni i kończyli jeść obiad. Od jednego do drugiego, Shane znów zaczął drażliwy dla niej temat. Nie chciała kolejny raz tego wałkować, próbowała zapomnieć, ale nie potrafiła. Było to zbyt świeże, zbyt realne wydawało się zagrożenie, by je zignorować.
    - I obiecujesz, że nigdzie nie będziesz chodziła sama? - zapytał. Pokiwała tylko głową. Właśnie taki był jej plan. Wierzyła, że gdy będzie otoczona mnóstwem ludzi, nic jej nie zrobią. Chciała również w jakiś sposób uspokoić Shane'a. Naprawdę się o nią martwił i doceniała to, ale tę partię powinna rozegrać sama.
    - Rozwaga i ostrożność to moje drugie imię, nie pamiętasz? - zawołała ze śmiechem, próbując rozładować atmosferę.
    - Ja nie żartuję - odezwał się poważnie.
    - Ja też nie - westchnęła zrezygnowana. - Wiem, że masz jak najlepsze intencje, ale nie możesz mnie przed wszystkim obronić albo wszystko za mnie zrobić. Pewne sprawy powinnam załatwić sama.
    Spojrzał na nią ze smutkiem. Odczuł to niemal jak odtrącenie. Nie potrzebowała jego pomocy...
    Widząc jego minę, dziewczyna od razu zrehabilitowała się.
    - Oczywiście, gdy już pozałatwiam strażnickie sprawy, przyjdzie czas na Gwardię i tutaj mam nadzieję, będę mogła liczyć na twoją pomoc?
    - Jasne - odparł niemal od razu. Spojrzał na nią uważnie, delikatnie się uśmiechając.
    - To fajnie. - Odetchnęła niemalże z ulgą. Dobrze było wiedzieć, że miała na kim polegać. - Powinnam już iść - powiedziała po chwili milczenia.
    - Na pewno nie potrzebujesz pomocy? - chciał się upewnić. Maya pokręciła z uśmiechem głową.
    - Ale gdy tylko się coś zmieni, ty jako pierwszy się o tym dowiesz - zapewniła. - A teraz idź już, podobno miałeś spotkać się z chłopakami. Nie chcę, żebyś przeze mnie się spóźnił - ponagliła go.
    - Do zobaczenia! - zawołał, znikając za drzwiami wejściowymi. Maya spoglądała w tamtym kierunku jeszcze kilka dobrych minut. Upewniwszy się, że chłopak na pewno odszedł, powędrowała na górę.

    Jak co piątek wyruszyli do domu Gundara, by zdać sprawozdanie z poczynań, pochwalić się sukcesami albo zebrać burę za źle wykonane zadanie. Obawiali się tej wizyty. Zastanawiali się, czy szpieg Malcolma doniósł już mu o ich niepowodzeniu wtedy, pod szkołą, kiedy ich nakryto. Mieli nadzieję, że nie zdążył się z nim skontaktować.
    Droga zajęła im kilka godzin. Przez większość czasu nie odzywali się do siebie. Siedzieli cicho - Nate całkowicie skupiony na jeździe, Tom słuchając muzyki płynącej ze słuchawek, które miał na uszach. Obaj w przeciwsłonecznych okularach, poważni, nawet na siebie nie spojrzeli.
    Wysiadając z auta przed domem, Tom poczuł, jak po jego plecach przebiegają dreszcze. Zerknął w stronę brata, który nie dał po sobie poznać, że się czegoś obawia. Chłopak jednak znał go za dobrze i za długo, by nie wyczuć napięcia, które owładnęło jego ciałem. Podążył za nim niczym cień.
    Weszli do zimnego korytarza. Drzwi zamknęły się za nimi, odcinając ich od reszty świata. Skierowali się od razu do gabinetu Malcolma, jednak go tam nie zastali. Zdziwieni, powędrowali dalej. Weszli do swojego pokoju, lecz tam również nie zastali Xaviera. Postanowili więc odwiedzić bibliotekę.
    Wśród miliona zbiorów ksiąg i zwojów odnaleźli w końcu Gundara i ich współlokatora. Dopiero od nich dowiedzieli się, że przywódca wyjechał na kilka dni. Niemalże odetchnęli z ulgą. Zdawali sobie sprawę, że skoro nie ma Malcolma, bezpośrednio podlegali Gundarowi. Rozsiedli się więc naprzeciwko niego przy długim stole.
    - Jak przypuszczam, przyjechaliście zdać raport? - upewnił się starzec. Nate skinął głową. - A więc słucham.
    Niechętnie opowiedzieli mu o ich wpadce. Dodali jednak, że dzięki temu Maya ujawniła się i mają pewność, że jest Strażniczką. Przez czas trwania opowieści na twarzy nauczyciela pojawiały się różne emocje - od zdziwienia, przez złość, smutek, zdenerwowanie czy zawód. Na koniec jednak na jego usta wypłynął uśmiech. - A jednak to ona - szepnął. - Nie pomyliłem się! - odparł zadowolony. Spojrzał w oczy najpierw jednego, następnie drugiego z braci. - Ale wy postąpiliście źle, ujawniając się tak szybko.
    - Ale co to zmienia? Przecież i tak już wie o Gwardii? Przesłuchiwaliście ją. Co to zmieni, że wie o nas? - chciał wiedzieć Nate.
    - A chociażby to, że teraz nie będziecie mogli się bezpiecznie obok niej kręcić - odparł wkurzony. - A powinniśmy mieć przy niej kogoś, komu możemy zaufać. Kogoś młodego, kto mógłby wtopić się w tłum. Ale wy już będziecie dla niej zbyt rozpoznawalni - westchnął. - Jednak to nie ja powinienem zdecydować o tym, czy was oddelegować od tego zadania. Ta decyzja należy do Malcolma. A że go nie ma, wydaje mi się, że możecie jeszcze wrócić i z daleka jej pilnować. Może akurat nikomu się nie poskarżyła. Czy coś jeszcze jest, co macie do powiedzenia? - Przyjrzał im się uważnie. Wyglądali na zdenerwowanych i spiętych, ale gdy tylko usłyszeli, że mogą wrócić, odprężyli się.
    - Skończył nam się proszek - odezwał się ostrożnie, konspiracyjnie Tom.
    - A przydałaby nam się jeszcze jedna porcja - zauważył Nate. Xavier przysłuchiwał się tej rozmowie uważnie. Do tej pory rozumiał niemal wszystko, znał sprawę Mayi, może nie ze szczegółami, ale nie był również zielony. Jednak gdy rozmowa zboczyła na temat tajemniczego proszku, zgłupiał całkowicie.
    - O jakim proszku mówicie? - zapytał ostrożnie, spoglądając to na swoich kolegów to na Gundara.
    - Chłopcy dostali ode mnie unikatową rzecz. Cerussa. Niezwykle rzadka i niespotykana substancja. Bardzo trudna do przyrządzenia. Sprawia, że wchodzisz do snu wybranej osoby i kierujesz nim. Czasami można przenieść daną osobę do miejsca, w którym się chce, żeby była, czasami tylko po prostu śledzimy i ingerujemy wydarzenia w snach.
    - A my dzięki temu straszyliśmy Mayę. Rozmawialiśmy z nią jakiś czas temu - dopowiedział Tom.
    - Kazałem wam tego używać w najgorszym wypadku. To nie jest zabawka. Wspominałem wam też o skutkach ubocznych zbyt częstego używania proszku - odparł surowo. Młodszy z braci wzdrygnął się na wspomnienie tamtej rozmowy. Na starszym nie zrobiło to jednak większego wrażenia. - Nie dostaniecie już więcej. Niewiele mi tego zostało a do przyrządzenia kolejnej są potrzebne specyficzne warunki atmosferyczne, które nie powtórzą się przez kilka kolejnych lat - wyjaśnił.
    Nate nastroszył się jeszcze bardziej. Nie powiedział nic, ale z jego miny Gundar spokojnie mógł wywnioskować, że był niezadowolony odpowiedzią.
    - Powinniście już wracać - zasugerował nauczyciel. - Nie możecie jechać po nocy, to niebezpieczne, więc lepiej, żebyście przed północą byli już w mieście.
    Tom pokiwał posłusznie głową. Pociągnął za rękę swojego brata i razem wyszli z biblioteki. Nate już na korytarzu wyszarpnął ramię z uścisku Toma.
    - Sam sobie poradzę. Nie musisz mnie prowadzić - warknął do niego. Tom podniósł dłonie w geście poddania się. Co więcej mógłby zrobić?

    Maya jak zwykle, siedząc w bibliotece, wyciągnęła parę pozycji, które ją zainteresowały. Rozłożyła się na stoliku i zaczęła przeglądać je po kolei. Z nowym zapałem kartkowała pierwszą książkę. Nie znalazła w niej nic ciekawego, więc sięgnęła po drugą. W momencie, gdy ją podniosła, wypadła z niej pojedyncza kartka i sfrunęła na podłogę. Schyliła się, by ją podnieść. Rozłożyła ją a stole i przybliżyła do niej lampę, by więcej widzieć. Zaskoczona odkryciem, nie potrafiła uwierzyć w to, co znalazła. Oczywiście to nic związanego z jej snami, ale również ważnego! Uradowana, zaczęła czytać napisany staroangielskim językiem tekst. Nie wszystko zrozumiała, więc postanowiła zorganizować sobie słownik archaizmów. Przeszukała bibliotekę wzdłuż i wszerz nim odnalazła mały słowniczek ze starymi wyrazami, których od dawna nikt nie używał.
    Złożoną kartkę i słownik przemyciła do swojego pokoju pod bluzką. Gdy się już w nim znalazła, znów na nią spojrzała. Tytuł, napisany w esperanto zrozumiała doskonale, mimo, że nigdy nie uczyła się tego języka. "Heredanto Elesar" - tak brzmiał tytuł. Z bijącym sercem i uśmiechem na ustach, zabrała się do rozszyfrowania tej części tekstu, z której kompletnie nic nie zrozumiała.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heej, jak tam Wam mija cieplutki weekendzik? Kolejny będzie taaaaki długaśny!! <3 do środy nie chodzić do szkoły - bezcenne *,* Dziękuję maturzystom, którzy piszą testy! *,* No i już życzę Wam wszystkim powodzenia! :)
    Jak tam rozdział? Piszcie, co o nim sądzicie ;) Czy Was w którymś momencie zaskoczyłam, czy może wręcz przeciwnie? No i zapraszam wszystkich, którzy jeszcze nie zapoznali się z miniaturką na poprzednią notkę "Fakt autentyczny" ;)

sobota, 11 kwietnia 2015

Fakt autentyczny,

czyli jak szybko stracić najlepsze przyjaciółki. 

Od bardzo dawna zastanawiałam się, jak ukazać postacie Chloe i Wendy w tym opowiadaniu. Bo historia ta okazała się odbiegać od wątku ich przyjaźni z Mayą (i bardzo dobrze, bo nie o to mi chodziło), ale wydaje mi się, że pewne sprawy potrzebują wyjaśnienia; czuję, że powinnam coś do tego dopowiedzieć. Odrębnego rozdziału nie chciałabym tworzyć, dlatego postanowiłam napisać króciutkie miniaturki, które, mam nadzieję, postawią w odpowiednim świetle przyjaźń dziewcząt i to, dlaczego stało się tak a nie inaczej.

A do stworzenia jednej z nich, zainspirowała mnie rozmowa z jedną dziewczyną, nie wiem, czy się pomylę, jeżeli powiem, że moją byłą przyjaciółką. Dzięki niej zauważyłam, dlaczego tak silna więź może tak nagle zniknąć. A może tej silnej więzi wcale nie było?

Zapraszam serdecznie do przeczytania miniaturek! ;)


Strach się bać! 


   Maya siedziała w pokoju i przeglądała zdjęcia, których miała mnóstwo na laptopie. Za oknem hulał chłodny wiatr, do tego od kilku minut padał ulewny deszcz. Atmosfera na dworze sprzyjała humorowi, jaki udzielił się dziewczynie. Blondynce wzięło się na wspomnienia. W jej głowie co rusz pojawiały się różne scenki, każda związana z innym wydarzeniem, które zostało uwiecznione na fotografii.
    Jedno zdjęcie szczególnie lubiła. Nie pamiętała, kiedy dokładnie zostało zrobione, ale wydawało jej się, że mogło to być w zeszłe wakacje lub jeszcze pod koniec roku szkolnego. Zawsze uwielbiały się wygłupiać, stroić śmieszne miny, zakładać na siebie to, w co normalnie by się nie ubrały. Robiły ostry makijaż, czasami przesadzony i tańczyły się, wygłupiały i uwieczniały te chwile na zdjęciach.
    Wspominając tamte czasy, jej myśli wybiegły do Wendy. Zaczęła zastanawiać się, co robiła koleżanka, jak się czuła, co chodziło jej po głowie. Pragnęła ją o to wszystko wypytać niemal od razu, lecz gdy sięgnęła po telefon, zamarła. Przeoczyła jeden mały szczegół. Przyjaciółka się do niej nie odzywała, pewnie nie chciała mieć już z nią nic wspólnego. Zawiedziona i smutna powróciła do przeglądania zdjęć lecz z o wiele mniejszą pasją niż wcześniej.
    Nie skupiała już tak wielkiej uwagi na tym, co widziała na monitorze laptopa. Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby jakoś inaczej pokierowała sprawą z dziewczynami. Czy byłoby tak, jak dawniej? Jak kiedyś? Czy chciała do tego wrócić?
    Zdecydowanie na wszystkie pytania odpowiedziała wielkie "NIE". Nic nigdy nie jest takie samo po pewnych wydarzeniach. I wiedziała, że i tym razem reguła sprawdziłaby się. Każde doświadczenie zmienia człowieka.
    Zdawała sobie również sprawę, że nie pragnęła tego, co było kiedyś. Owszem, chciałaby się dogadywać z Wen i Chloe, ale do tej pory tak wspaniale nie układało jej się z Shanem i Adamem oraz z resztą jej klasy. Uwielbiała te kontakty i nie zamieniłaby je na nic w świecie. Za bardzo czuła się w końcu zrozumiana i akceptowana.
    Mimo wszystko brakowało jej rozmów, zwłaszcza z Wen, z którą to potrafiły przegadać całe noce o wszystkim. To ona zawsze była przy niej, gdy ta potrzebowała wsparcia w związku z chłopcami. I teraz, gdy Maya miała dylemat, dziewczyny nie było przy niej. Czuła nieodpartą chęć opisania tego, co jej leży na sercu. Włączyła więc program do pisania w laptopie i zaczęła pisać to, co chciałaby powiedzieć Wendy.

   "Hej, przepraszam, że o tak późnej porze, ale mam dzisiaj taki wieczór przemyśleń i po prostu musiałam. 
    Nie wiem, czy zauważyła, ale się od siebie oddaliłyśmy. I to bardzo. Już nie jest tak, jak kiedyś. Obie się zmieniłyśmy. Tak dawno ze sobą nie rozmawiałyśmy... Coś się popsuło. Zaczęłam zastanawiać się nad przeszłością, nad tym, co było, co schrzaniłam. Nie mam pojęcia, kto w naszej relacji zawinił - zapewne wina leży gdzieś pośrodku, jak zwykle. Ale to przecież nie o to chodzi, by zwalać teraz na siebie nawzajem winę. Nie po to też piszę. Chciałabym Tobie, tak samo jak sobie same, przypomnieć, jak to było kiedyś. 
    Pamiętasz, jak było na początku? Zawsze mnie do wszystkiego motywowałaś, trwałaś i wspierałaś nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy popełniałam błędy. Zawsze we mnie wierzyłaś jak nikt inny. Dopełnialiście się z Alyss i Joshem. Mogłyśmy przegadać cały dzień a i tak miałybyśmy jeszcze mnóstwo tematów. Dzięki Tobie wiele się nauczyłam... I gdzie to wszystko? tak nagle zniknęło? 
    Nie mam pojęcia, w którym momencie tak naprawdę coś się zaczęło dziać. Pamiętam, że zaczęłaś interesować się Japonią i jak się cieszyłyśmy, że każda z nas ma jakieś państwo, które zwiedzi, jak będzie dorosła. Doskonale to pamiętam, a ty? 
    Potem przerzuciłaś się na Koreę a z czasem dołączyła do Ciebie Chloe. I wkrótce już w waszym towarzystwie czułam się niepotrzebna, niechciana. Jakbym komuś przeszkadzała... Więc zaczęłam więcej czasu spędzać z dziewczynami... a czasami wolałam być po prostu sama. 
    Ale ja spoglądam na to z mojej perspektywy, ty możesz mieć inne zdanie, chętnie dowiedziałabym się, jakie stanowisko zajęłabyś w tej sprawie. 
    To prawda, że czasami nie reagowałam na wyciągniętą dłoń, ale taka już jestem. Nie chciałam was zamartwiać, zepsuć dobrej zabawy, powiedzieć okrutnej prawdy, że czuję się odtrącona. Poza tym naprawdę nie potrafię rozmawiać o swoich uczuciach. Niewielu powiedziałam prawdę. Z pozoru może wydaję się otwartą dziewczyną, ale tak naprawdę rzadko i niechętnie przyznaję się, jak jest w rzeczywistości. A rzeczywistość jest szara i smutna. 
    Zdawałam sobie również sprawę, że nie widziałaś, że coś się działo. Może nie chciałaś widzieć. Nigdy wprost nie powiedziałaś mi, co ci się w moim zachowaniu nie podoba. Chyba nawet nie starałaś się ze mną szczerze pogadać, Teraz może jest już za późno. Wiedz jednak, że nie zapomniałam o Tobie. Prawie codziennie przed zaśnięciem zastanawiam się, co u Ciebie słychać, wiedząc, że gdybym napisała to odpisałabyś mi tylko to, co robisz aktualnie. A ja jestem ciekawa całego Twojego życia. Wszystkich uczuć. Mogłabyś mi godzinami opowiadać, a mnie by to nie znudziło, bo naprawdę ciekawi mnie, co u Ciebie. Ale nie napisałam też wcześniej do Ciebie, bo się bałam. Może tego, że mi nie odpiszesz, nadal będąc na mnie zła. Nie zniosłabym chyba, gdybyś jednak odpisała i zaczęła opowiadać o tych swoich koreańskich zespołach. Bo ja czuję do nich ogromny żal, bo, nie wiedząc, kogo obwiniać za nasz urwany kontakt, obwiniałam je. 
    Teraz już mi nie zależy. Po prostu się stęskniłam, tak najnaturalniej w świecie. A gdy słyszę od Diany, że o czymś tam pisałyście, przypomina mi się, że Ty zawsze miałaś dla mnie mało czasu... Nigdy długo nie pisałyśmy, nie rozmawiałyśmy, gdy nie byłyśmy blisko siebie.
    Myślisz czasami o mnie? Czy można być przyjaciółmi, mimo tego, że się z kimś w ogóle nie gada? Nie wie się, co u drugiej osoby? czy to ma jakiś sens, że ja Ci teraz wszystko opowiem? Nie mam zielonego pojęcia... Czy warto? 
    Chciałam Cię jedynie przeprosić za wszystkie błędy, które popełniłam. Tylko tyle..."

    Obiecała sobie, że nie uroni już ani jednej łzy. Niestety, nie dotrzymała obietnicy. Pisząc tę wiadomość zapłakała nie raz, nie dwa. Tak strasznie tęskniła za kimś, kto okazał się być niewart miłości, jaką go obdarzyła. Już nie łudziła się, że coś diametralnie się w ich stosunku zmieni. Musiałby się stać cud, żeby dziewczyny nagle schowały dumę do kieszeni i przyznały, że jednak czasami nie zauważały, że Maya po prostu nie lubi słuchać o tylko ich problemach, że nie interesują jej dylematy związane z kpopwymi zespołami. Że nie czuła się wśród nich już jak wśród najlepszych, niezastąpionych psiapsiółek. Jak się okazało, znalazły się inne osoby, które doceniły oddanie blondynki. I tylko ta myśl podtrzymywała ją na duchu.


Bo czasem trzeba odpłacić pięknym za nadobne


   Maya, jak chyba każdy prowadzący własnego bloga, miała swoje wzloty i upadki. Często dotyczyły po prostu braku motywacji do napisania kolejnej notki, czasami w ogóle nie było na nią pomysłu. W takich chwilach ważne jest, by mieć kogoś przy sobie, kto podniesie cię z dołka, powie, że masz dla kogo pisać i że nie możesz się poddać. W większości wypadkach są to czytelnicy bloga, odwiedzający, którzy swoimi komentarzami czy nawet samymi wyświetleniami, wspierają blogerkę.
    Przychodzi jednak taka chwila w życiu człowieka, że przyjaciel okazuje się niezbędny.
    I to właśnie spotkało dziewczynę. Zimny, ponury dzień. Nie ma się wtedy na nic ochoty a już zwłaszcza na pisanie; takie pisanie, które można by było pokazać na stronie. Martwiła się również ciągłym spadkiem statystyk. Nie wiedziała, dlaczego tak się działo, więc napisała do Chloe, która miała już jako takie pojęcie w blogowaniu, ponieważ miała o kilka miesięcy dłuższy staż niż Maya.
    - Hej, mam do ciebie pytanie - zaczęła ostrożnie swoją wiadomość. - Czy czytasz moje wpisy na stronce? - zapytała. Zastanawiała się nad tym już od dłuższego czasu - odkąd przestała komentować, choć zwykle to robiła po przeczytaniu notki. Czekała chwilę na odpowiedź, coraz bardziej się denerwując.
    - Wiesz, mam teraz tyle na głowie, że chyba nie znajdę czasu, żeby zajrzeć i przeczytać - przeczytała blondynka. Zaraz potem pojawiło się kolejne zdanie. - Oczywiście bardzo mi się podoba, jest super, opowiadanie bardzo wciąga i jest mega intrygujące, ale cóż...
    - Taa, jasne. Ile razy ja to już czytałam ostatnimi czasy... - odparła. Zrobiło jej się strasznie przykro. Maya starała się jak mogła, by zawsze zajrzeć na bloga przyjaciółki, by zostawić choć kilka dobrych słów, zachęcających do dalszej pracy.
    - Powinnaś prowadzić go dalej, jestem przekonana, że dasz radę - zapewniła.
    - Ja tak, ale po co, skoro i tak nikogo to nie interesuje? Po prostu przestało się podobać i tyle - westchnęła ciężko.
    - Jak mogło się przestać podobać? Oszalałaś? Opowiadanie jest cudowne!
    - Gdyby ci się naprawdę podobało, zostałabyś - stwierdziła zrezygnowana.
    - Przecież mówię ci, że nie mam czasu! - Maya aż za dobrze potrafiła sobie wyobrazić, jak dziewczyna krzyczy te słowa, minę temu towarzyszącą, wyrzut w głosie, który zawsze wzbudzał w blondynce poczucie winy, nieważne co by zrobiła. Wkurzyła się na nią. Za ten ton, który wyczuła w odpowiedzi, za to, że koleżanka jakby się od niej odwróciła. Postarała się jednak opanować, bo wiedziała, że złością niczego nie ugra. Poza tym chciała tylko wiedzieć, czy Chloe będzie odwiedzać jej bloga. A na to się nie zanosiło.
    - Wiesz, ja po prostu mam gorszy dzień - próbowała załagodzić sytuację. - Wydaje mi się, że ludziom przestało zależeć, mają gdzieś czy będę prowadziła bloga czy nie. I chciałam się tylko dowiedzieć, czy jest sens. Bo jeśli już twoja najlepsza przyjaciółka, która zawsze czytała wpisy na stronce, przestaje nagle się pojawiać, znaczy, że coś musi być na rzeczy. Ja tylko... myślałam, że mi w jakiś sposób pomożesz, coś doradzisz, może wesprzesz jakoś - postawiła sprawę jasno. Bardzo zależało jej na opinii Chloe na ten temat. Może akurat udałoby jej się coś wymyślić. Ale ona nadal była obrażona za to, że, być może Maya powiedziała wcześniej prawdę, trafiając w czuły punkt szatynki.
    - A dlaczego miałabym ci pomagać? Ty nie byłaś przy mnie, gdy ja potrzebowałam wsparcia. Tylko Alexsis ze mną była wiedziała, że coś się działo. Tylko ona wspierała mnie w najgorszym okresie mojego życia blogowego - zarzuciła jej. Maya osłupiała. Wpatrywała się w słowa, które pojawiały się na ekranie laptopa z niedowierzaniem i smutkiem. Ona, jej przyjaciółka chciała ją tak zranić, mówiąc, że jej nie pomagała? Pragnęła wypisać jej całą listę rzeczy, które dla niej zrobiła, ale nie miała siły udowadniać, że rzeczywistość przedstawiała się inaczej. Już dostrzegła, że dziewczyna nie chciała widzieć innego punktu widzenia, że pragnęła mieć w tej sprawie rację. Zamiast więc wypominać jej te słowa, uderzyła z innej strony.
    - To powiedz mi, skąd Alexisi wiedziała, kiedy cię pocieszyć? I dlaczego ja o tym nie wiedziałam? Ja znam odpowiedź. - Nie czekała, aż Chloe odpisze. - Nie powiedziałaś mi, że potrzebujesz pomocy, zawsze starałaś się być samowystarczalna i taka pewna siebie. Ale czasami się tak po prostu nie da. To smutne, że znalazłaś oparcie w jakiejś dziewczynie, której w życiu na oczy nie widziałaś i z którą prawdopodobnie za rok nie będziesz miała kontaktu. Ale może było ci tak łatwiej, wygadać się osobie, której nie znasz. Tylko teraz nie zarzucaj mi, że nie chciałam ci pomóc, bo gdybyś tylko okazała chwilę słabości, wiedziałabym, że mnie potrzebujesz i trwałabym przy tobie. Ale ty wolałaś ją ode mnie. Więc nie miej pretensji. Ja natomiast mam żal do ciebie, bo co to za przyjaźń, w której jedna osoba zwraca się o pomoc do drugiej i ta druga mówi ci, że cię nie wesprze, bo ty wcześniej również jej nie pomogłeś? A gdzie bezinteresowna pomoc? Takie coś, co jest w prawdziwej przyjaźni? - zapytała, ledwo hamując napływające do oczu łzy. Miała dosyć. Dosyć całego życia, dosyć tej chorej relacji z Chloe, dosyć wszystkiego. Więc nie czekając na odpowiedź, wyłączyła laptopa. Czuła jak serce mocno jej bije. Próbowała nad nim zapanować, ale nie potrafiła.
    Do późna w noc analizowała każde przeczytane słowo. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że Chloe ją tak potraktowała. Wydawało jej się, że zawsze mogła na nią liczyć. Myliła się jednak. I jak każda pomyłka, strasznie bolało.



    Chciałam jeszcze na koniec zaznaczyć, że tytuł posta specjalnie napisałam z ogromnym błędem :D Ale tak właśnie miało być ;) Mam nadzieję, że się Wam podobało. Mam pomysł jeszcze na kilka takich krótkich scenek (zdradzę, że może pojawi się Gwardia oraz wymyśliłam małą akcję znad morza ;)) Ale to pojawi się później, między którymiś rozdziałami ;)
    Jestem ciekawa Waszych opinii, więc śmiało piszcie, co myślicie o obu scenkach :)

piątek, 27 lutego 2015

~37~


Maya
    Maya obudziła się wcześnie rano. Słońce już próbowało przedostać się przez roletę do pokoju. Dziewczyna wstała więc i odsłoniła, a następnie otworzyła okno, by wpuścić do środka mnóstwo świeżego powietrza, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej gorące. Znów zapowiadał się upalny dzień.
    Myjąc, a następnie ubierając się, wspominała mile spędzony wieczór. Razem z Shanem najpierw zjedli przyszykowany przez dziewczynę posiłek. W międzyczasie wybrali film, który odpowiadał im obojgu. Następnie zrobili popcorn i zasiedli przed laptopem na łóżku Mayi. Czuła się delikatnie skrępowana tak bliską obecnością chłopaka. Bardzo dobrze pamiętała o ich pocałunku, o znamieniu, które ich połączyło. Starała się o tym choć przez chwilę zapomnieć i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.
    A wieczór trzeba było jak najbardziej zaliczyć do udanych! Blondynka dawno tyle się nie śmiała jak przez te kilka godzin. I to nie tylko za sprawą komedii, którą oglądali, ale również dobrego towarzystwa. Jeszcze będąc w kuchni i czekając aż popcorn będzie gotowy, Shane starał się, by Maya przy nim poczuła się naprawdę dobrze. Swojsko. I chyba mu się to udało, bo gdy tylko na ekranie pojawiły się pierwsze napisy, Maya odprężyła się a kolejne jej zachowania były całkowicie naturalne i spokojne.
    Pamiętała, że po obejrzeniu komedii, Shane włączył jeszcze jeden film, ale nie mogła sobie przypomnieć choćby o czym opowiadał.
    "Widocznie zasnęłam" - pomyślała, schodząc na dół. W kuchni napiła się tylko trochę wody i wyszła, by pobiegać. Po drodze nie spotkała żadnego z domowników. Zapewne wszyscy jeszcze spali. - "Trudno im się dziwić. W końcu jest niedziela. Mają prawo odpocząć po całym tygodniu pracy."
    Codziennie biegła tę samą trasę, ale z każdym dniem czuła się zupełnie inaczej. Na początku była wyczerpana po tych kilku kilometrach, lecz z czasem jej ciało w końcu nabrało kondycji i już nie męczyła się tak okropnie. Co prawda nadal brakowało jej wiele do dobrej formy, ale znalazła się na idealnej drodze. Była z siebie naprawdę dumna. Kiedyś nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie biegać. Po treningach z panią Shay zaczynała lubić bieganie. Mogła wtedy się odprężyć, wyciszyć lub na spokojnie wszystko przemyśleć. Tego ostatniego nie lubiła robić. Wolała, męcząc się, zapomnieć choć na chwilę o wszystkim, by później, móc z podwójną siłą zmierzyć się ze swoimi problemami.
Maya
    Kiedy wróciła, dochodziła ósma. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w czyste ciuchy i zeszła do kuchni, by zjeść śniadanie. Tam przywitała ją uśmiechnięta od ucha do ucha mama Shane'a. Piła kawę, czytając leżącą przed nią na blacie książkę. Dziewczyna przywitała się grzecznie i zaczęła wyjmować z lodówki rzeczy, które zamierzała zjeść.
    - Widziałam, że biegałaś. To bardzo dobrze, że tak wcześnie, bo później zapowiada się niezwykle gorąco. Aż strach wychodzić z domu w taki upał żeby jeszcze jakiegoś udaru nie dostać - zagadnęła kobieta. Maya zgodziła się z nią cicho, nalewając sobie soku pomarańczowego do szklanki.
    - Wolę biegać, gdy jest o wiele chłodniej niż teraz, dlatego wstałam dzisiaj trochę wcześniej - przyznała.
    - Idzie ci już dużo lepiej - pochwaliła ją szczerze. - Pewnie to zauważyłaś?
    - Tak, jasne, że tak. Nie męczę się tak szybko jak wcześniej, mięśnie też tak bardzo nie bolą - powiedziała po czym zaczęła jeść przyszykowaną kanapkę z serem żółtym, pomidorem i rzodkiewką. Później nie rozmawiały już wiele.
    Po jakimś czasie, gdy Maya  kończyła śniadanie, do kuchni wszedł zaspany Shane. Drapiąc się po głowie jedną ręką, drugą przecierał nie do końca jeszcze otwarte oczy. Na sobie miał krótkie, zielone spodenki i cienką koszulkę na ramiączkach. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, zwłaszcza po tym, jak przejechał po nich dłonią.
    - Cześć - rzucił w stronę siedzących kobiet, po czym ziewnął. Zajrzał do lodówki, a gdy niczego interesującego go, nie znalazł, nalał sobie do kubka kawy i upił łyk, opierając się o blat szafki. Spojrzał na rozbawioną Mayę i kręcącą głową mamę. - No co? - zdziwił się.
    - Nic - odpowiedziały równocześnie po czym obie wybuchnęły śmiechem. Chłopak machnął na nie ręką po czym wrócił do swojego pokoju, by później wziąć prysznic i ubrać się.
    - Powinnam iść. Obiecałam mamie, że do niej zadzwonię, gdy tylko będę miała chwilkę, a tak się składało, że tej chwilki w tym tygodniu nie znalazłam - odezwała się Maya, gdy posprzątała po sobie. Pani Shay pokiwała tylko głową.
    Dziewczyna wyszła na zewnątrz, by w spokoju móc porozmawiać z mamą, zapytać o nurtujące ją sprawy. Usiadła na trawie w cieniu ogrodu i wybrała numer rodzicielki.
    - Halo? - usłyszała po chwili w słuchawce jeszcze delikatnie zachrypnięty głos mamy.
    - Cześć, mamuś! - zawołała.
    - Dzień dobry, słońce! Co tam u ciebie słychać? Dawno się nie odzywałaś! - powiedziała z lekką przyganą w głosie.
    - Wiem, wiem, ale dużo się działo. Był mecz, szkoła no i ogólnie różne takie - odparła wymijająco. - Dzwonię do ciebie, ponieważ tak się wczoraj zastanawiałam. Legenda głosi, że kiedy Zakon dowie się, kto jest Strażniczką, to wtedy poznamy dziedzica Elessaru, prawda?
    - Tak - potwierdziła kobieta, nie rozumiejąc jeszcze, do czego jej córka pije.
    - Więc skoro oni wszyscy tutaj wiedzą o mnie a ja o nich, to dlaczego władca tego cholernego naszyjnika się jeszcze nie pojawił? Albo się pojawił, ale ja go nie zauważyłam? Jak go rozpoznać?
    - Po pierwsze nie panikuj! - ostrzegła, słysząc narastające napięcie.
    - Nie panikuję! - zdenerwowała się Maya. - Po prostu chcę wiedzieć. Całą prawdę i tylko prawdę.
    - No więc dobrze, opowiem ci tyle, ile sama wiem. - Westchnęła cicho. - Legenda oczywiście wspomina, w jakich okolicznościach poznamy tego, któremu oddamy Elessar. Niestety, nie mówi nam, że przyjdzie od razu. Nie mamy pojęcia, czy zjawi się pierwszego dnia, miesiąc po tym, jak się wszystkiego dowiedzieliśmy, a może będziemy musieli czekać rok? Może być też tak, że ten dziedzic nie będzie wiedział, że to on jest tak ważną osobą. Może to ty będziesz musiała go odnaleźć i go uświadomić o ciążącym na nim brzemieniu. Taka wiedza niestety nie przetrwała do naszych czasów. Jeśli oczywiście w ogóle Strażniczki kiedyś wiedziały o czymś takim, bo nie można brać za pewnik, że nasi przodkowie rozumieli wszystko. Gdy Król przyszedł do Galadrieli, ona po prostu wiedziała. I to samo chyba będzie z tobą. Gdy już będziesz miała tego właściwego człowieka przed sobą, zrozumiesz, że to on.
    - To wcale nie jest pomocne - przyznała blondynka, bawiąc się pojedynczym źdźbłem trawy.
    - Wiem, kochanie i przepraszam, ale nie jestem wstanie ci inaczej odpowiedzieć. Oczywiście mogę poszukać w jakiś książkach, popytać, ale wątpię, bym znalazła coś ponad to, co już wiem. - Zasmuciła się na moment. - Lepiej opowiadaj, co tam słychać u ciebie? - zmieniła szybko temat.
    - Co by tu dużo mówić... Odkryliśmy z Shanem, że przeznaczenie nas połączyło, znacząc nas takimi samymi znamionami - zaczęła lekceważąco. - Nikt z tego powodu nie jest szczęśliwy, choć czekaj, może on w sumie... Sama już nie wiem... Może i Shane się cieszy z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo wie, że i tak będziemy razem? Ale przecież to głupie, nie? To, że nie my wybieramy, z kim chcemy być. Nie znoszę, gdy nie mam prawa głosu! - Westchnęła ciężko.
    - Naprawdę pojawiła się u ciebie ósemka? - zdziwiła się. Maya potwierdziła cicho. - Ale przecież... Wcześniej jej nie miałaś? Kiedy... Kiedy to się stało?
    - Na wycieczce. Upadłam. Myślałam, że to blizna po tym, jak się uderzyłam i rozcięłam skórę, ale teraz już wiem, że nie - dokończyła z żalem.
    - Posłuchaj mnie, kochanie. Czy rodzice Shane'a wyglądają na nieszczęśliwych? Kłócą się? Albo Adama? - zapytała rzeczowo. Maya musiała się zastanowić przez chwilę.
    - Wydaje mi się... Znaczy chyba są szczęśliwi razem. I nigdy nie widziałam, żeby się kiedyś kłócili. Przynajmniej nie przy mnie.
    - Więc nie stawiaj od razu, że nie będziesz szczęśliwa. Przeznaczenie nie oznacza... - Maya nie pozwoliła jej dokończyć.
    - Przepraszam cię, mamo, ale słyszałam to już od Shane'a. To nie oznacza braku wyboru. Mogę wybrać, przecież wiem, ale... Ja po prostu czuję jeszcze większą presję niż wcześniej, gdy dowiedziałam się, że jestem Strażniczką i że muszę strzec tego małego wisiorka.
    - Wiem, kochanie. Dlatego moja rada jest taka. Nie kieruj się rozumem. Głowa ci tu w niczym nie pomoże, może jedynie przeszkodzić. Słuchaj serca. Ono będzie wiedziało, co dla ciebie najważniejsze - powiedziała serdecznie.
    - Dziękuję. - Blondynka szepnęła, wpatrując się w pięknie kwitnące róże w ogrodzie pani Shay. - A co u was? - zapytała po chwili milczenia.
    - Tak szczerze to bardzo dobrze się składa, że pytasz, bo powinnam z tobą porozmawiać - zaczęła poważnie.
    - O nie, jeszcze jedna rodzinna tajemnica? - jęknęła głośno. Gdy nie usłyszała śmiechu mamy, spoważniała. - Okej, słucham.
    - Chodzi o Josha...
    - Co z nim? Coś nie tak? Miał wypadek? - przestraszyła się Maya, nie dając dokończyć myśli swojej mamie.
    - Nie skądże znowu! - zawołała. - Po prostu myślę, że już czas, byś dowiedziała się wszystkiego. - Zrobiła delikatną pauzę na złapanie oddechu. - Josh i Alyss są twoimi kuzynami. Ich mama jest moją kuzynką. Twoja babcia jest starszą siostrą babci Josha. Wszyscy wiedzą o Elessarze i pomagali mi cię bronić. To dlatego Josh pojechał wtedy do ciebie, gdy przyjechałaś z wycieczki. Znał zagrożenie, spotkał się z nimi, na szczęście były to tylko dwa chłystki i sobie z nimi bez problemu poradził. Był szkolony na twojego obrońcę.
    Maya zaniemówiła. Sądziła, że po wszystkich nowinkach, jakie usłyszała przez ostatni miesiąc, jest przygotowana na wszystko. Ale myliła się. To, co powiedziała jej mama, zmroziło jej krew w żyłach.
    "Wszyscy wiedzieli, wszyscy, tylko nie ja..."
    - Słońce, wiem, że to dla ciebie ogromny szok - zaczęła, gdy Maya się nie odezwała - ale poradzisz sobie z tym. Wiem, że tak. Josh... On nie wiedział od początku. Jego mama powiedziała mu, gdy skończył piętnaście lat. Więc wasza przyjaźń jest prawdziwa. Ona tylko ułatwiała mu chronienie ciebie przed różnymi niebezpieczeństwami. A uwierz, czyhało ich niemało na ciebie. Początkowo chciałam ci o tym powiedzieć od razu, gdy tylko dowiedziałabyś się o Strażniczkach. Ale wiesz, jak się to wszystko potoczyło. Nie chciałam dokładać ci zmartwień, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli dowiesz się o tym kiedy indziej. Dzisiaj wydało mi się, że muszę ci powiedzieć, bo będziesz go wkrótce potrzebować. Mam nadzieję, że moje przeczucia okażą się mylne, ale uważaj na siebie. I pamiętaj, że Josh zawsze ci pomoże, o każdej porze dnia i nocy. Tak, jak to było do tej pory. Słyszysz? Maya, jesteś tam?
    Matka dziewczyny usłyszała tylko ciche piknięcia, gdy blondynka się z nią rozłączyła.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć i czołem! ;) Choroba przeszła, więc przyszedł czas na napisanie i dodanie czegoś. I oto macie świeżutki rozdział! Mam nadzieję, że jest okej ;) Wiem, że ostatnio mało się działo, ale zawsze w opowiadaniach musi być chwila przerwy, czasami na wyjaśnienia, czasami tylko po to, by zrobić dramatyczny powrót zła, a czasami dlatego, by zaskoczyć czymś czytelników. Mam nadzieję, że niedługo tak będzie, bo u mnie były chyba wszystkie te powody ;) Był czas na wyjaśnienia, bo bez nich nikt nic by nie ogarniał, bo to w sumie w rozdziałach ciszy wszystko wychodzi na wierzch, musiała być chwila przerwy dla wszystkich, by potem się zaskoczyć. A może nie :D Nie wiem, jeszcze ;)
    Rozdział pisany w przerwie między oglądaniem Zmierzchu <3 Tak mnie jakoś naszło :D
    Pozdrawiam serdecznie! ♥
Mrs Black bajkowe-szablony