Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kitchen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kitchen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 marca 2016

Od kuchni!


Witam Was bardzo serdecznie w tą niezbyt słoneczną sobotę. U Was też tak ponuro za oknem? U mnie strasznie! Jeszcze wczesna godzina, a już ciemno w domku.
Ale ja oczywiście nie o tym dzisiaj. Gotując dzisiaj obiad, wpadł mi do głowy pomysł na notkę i właśnie dlatego tutaj jestem.
Moje pytanie na dziś: lubicie gotować?
Osobiście wolę bardziej piec niż gotować, ale życie mojej rodziny powoduje, że coraz bardziej zaczynam się przekonywać do pichcenia.

Moja przygoda z gotowaniem rozpoczęła się w bardzo młodym wieku, bo miałam z pięć, sześć lat, a może nawet jeszcze mniej, kiedy pomagałam prababci w kuchni. Pamiętam, że bardzo mi się to podobało, gdy później siadałyśmy razem i jadłyśmy przygotowany przez nas posiłek.
Lubiłam pomagać każdemu, kto tylko brał się za gotowanie, pieczenie, smażenie. Cokolwiek, co miało związek z przygotowywaniem jedzenia. Przeszkadzałam babci, kiedy ta próbowała robić makaron i zawsze prosiłam ją, by piekła swoje przepyszne ciasteczka czy pączki, gdzie mogłam więcej pomóc, wycinając z rozwałkowanego ciasta kółeczka czy posypując gotowe już pyszności cukrem pudrem.
Gotowanie towarzyszy mi niemalże od początku. Kiedyś tylko pomagałam, lecz od kilku lat sama próbuję swoich sił w kuchni. Nie robię żadnych wielkich, popisowych dań, bo moim największym sukcesem jest własnej roboty pizza i drożdżowe ciasteczka, ale czuję satysfakcję, kiedy widzę, że moje wypieki smakują wszystkim dokoła. Jestem dumna, że potrafię zrobić coś naprawdę dobrze i cieszę się, że mogę to robić.


A Wy? Lubicie gotować czy wolicie, jak ktoś inny Wam gotuje? Piszcie, chętnie poczytam, podyskutuję o jakiś daniach. Piszcie również, o czym chcielibyście przeczytać kolejną notkę ;)

Co robicie dzisiaj? Jak na razie oglądam skoki narciarskie. Później niestety muszę zabrać się za projekt z historii oraz za zadania z ekonomii. Mam jeszcze zamiar napisać rozdział na "Polowanie...", więc możecie się spodziewać wieczorkiem tam nowej notki. Cały weekend zabiegany, ale nie narzekam, bo przynajmniej się nie nudzę. 

A tymczasem zapraszam na mojego instagrama, gdzie możecie zobaczyć, co aktualnie robię, dowiecie się, jakie są moje ulubione książki czy cytaty ;) 

piątek, 29 maja 2015

~42~


    Shane czytał po raz trzeci list od Malcolma, nadal nie mogąc uwierzyć w jego treść. Jego mama zareagowała błyskawicznie; gdy tylko dowiedziała się, co groziło Adamowi, chwyciła za telefon i zadzwoniła po jego rodziców. Nie wspominała nic o chłopaku. Poprosiła tylko, by przyszli.
    Roztrzęsiona Maya nadal siedziała na krzesełku. Wpatrywała się w swoje drżące dłonie i myślała intensywnie nad całą sytuacją. Co powinna zrobić? Czy mogła oddać Elessar w zamian za przyjaciela? Czy Malcolm dotrzyma warunków, kiedy już dostanie to, czego chce? W głowie miała kompletną pustkę, nie była w stanie odpowiedzieć na nurtujące ją pytania.
    Gdy pani Shay skończyła rozmawiać z matką Adama, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Spojrzała na Shane'a, który nadal śledził wzrokiem treść listu. Potrząsnęła go delikatnie za ramię i powiedziała cicho.
    - Mógłbyś mi przynieść mój telefon? Leży w salonie. - Blondyn skinął ochoczo głową i już po chwili dziewczyna trzymała w ręce komórkę. Wybrała dobrze jej znany numer i czekała. Odebrała po czterech sygnałach, które dla niej trwały wieczność. - Halo? Hej, mamo. Słuchaj, czy dałabyś radę przyjechać tutaj? Bardzo cię potrzebuję - zaczęła od razu. Mówiła naprawdę szybko, bo wiedziała, że nie pozbierała się do końca i w każdej chwili może się rozpłakać.
    - Co się stało? - zmartwiła się, słysząc smutny, załamujący się głos córki.
    - Po prostu przyjedź. Wyjaśnię ci, jak już się zobaczymy, dobrze? - I nie czekając, aż odpowie, rozłączyła się. Zacisnęła mocno powieki, by nie dopuścić do tego, żeby łzy wypłynęły jej z oczu. Nie chciała pokazywać swojej słabości. Pragnęła być silna, pokazać, że potrafi sobie poradzić nawet z tak trudną sytuacją.
    "Musisz się uspokoić - powtarzała sobie. - Musisz wziąć się w garść. Dopóki wie, że możesz oddać mu Elessar, nie zrobi mu wiele" - wmawiała sobie. Starała się zapomnieć o tym, jak ją traktował, kiedy u niego zawitała. Jak ją straszył, jak później nie potrafiła zasnąć i budziła się ze łzami w oczach i z niemym krzykiem na ustach.
    Zaczęła głębiej oddychać i w końcu opanowała się już całkowicie. Gdy uchyliła powieki, łzy zniknęły bezpowrotnie. Zastąpił je natomiast szalony błysk determinacji, który podpowiadał Shane'owi, że dziewczyna jest gotowa do działania. Zostało więc im tylko czekanie na pozostałych.

    W salonie państwa Shay zebrało się wielu ludzi, którzy byli bezpośrednio związani ze sprawą, jaką mieli omawiać. Pojawili się rodzice Adama, mama Mayi, oczywiście sami gospodarze, brat Shane'a, siostra bruneta i jeszcze kilku innych najlepszych członków Zakonu. Ci, którzy nie zmieścili się na kanapach, przynieśli sobie krzesła z jadalni, lub po prostu stali czy rozsiadli się na podłodze. Maya przycupnęła tuż obok mamy na podłodze a wraz z nią Shane. Od czasu otrzymania listu nie odstępował ją na krok, bojąc się, że jej się coś stanie. Wolał ją mieć na oku i w razie czego odpowiednio zareagować.
    Na początku pani Shay przedstawiła, jak się sprawy mają. Następnie pokazała wszystkim list, który Maya dostała od Malcolma. Na koniec zapytała, czy ktoś ma jakiś pomysł. Wszyscy milczeli jak zaklęci. Nikt się nie odezwał.
    - Słuchajcie, sprawa wygląda tragicznie, to prawda, ale ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że Elessaru nie możemy oddać. Nawet za tak wysoką cenę jaką jest życie tego chłopca. Musi być inny sposób - powiedziała mama Mayi. W milczeniu zgodzili się z nią niemal wszyscy. Tylko drobna, chuda kobieta, wtulająca się w wysokiego mężczyznę siedziała, płacząc. Nie odezwała się ani słowem. Zdawała sobie sprawę, że tak należy postąpić, ale nie mogła przeżyć tego, że to jej syn, jedyny syn był, możliwe, że właśnie teraz, w tym momencie, kiedy oni naradzają się, co robić, torturowany. Nie mogła przeboleć tego, że nie było go z nią. Łudziła się nadzieją, że wkrótce wymyślą, jak mu pomóc, ale nie oczekiwała wiele. Jeżeli wróci to na pewno odmieniony. Jak bardzo? Tego się właśnie obawiała najbardziej.

    Długo zastanawiała się, czy powiedzieć Shane'owi w zaistniałych sytuacjach o tym, że znalazła sposób na odnalezienie dziedzica Elessaru. Przez pół nocy biła się z myślami. Zastanawiała się, czy to może w jakikolwiek sposób im pomóc. Czy zdołają dzięki temu odzyskać Adama, nie tracąc przy tym klejnotu? Może prawdziwy jego właściciel znajdzie na to sposób.
    Gdy już postanowiła, że porozmawia o tym z blondynem, sądziła, że w końcu zaśnie, że się nieco uspokoi. Lecz sen nie był jej dany. Nadal myśli zaprzątały jej głowę. Starała się nie dopuszczać do siebie wizji, w których pojawiał się poddawany torturom Adam. Jednak jej podświadomość co rusz podsuwała jej nowe obrazy, każdy jeszcze bardziej masakryczny od poprzedniego.
    W końcu dała sobie za wygraną, otworzyła oczy, włączyła lampkę nocną stojącą na stoliku. Usiadła na łóżku i założyła na zimne stopy kapcie. Podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Skrzypnęły delikatnie. Wyszła na korytarz i już miała zejść a dół, gdy usłyszała kroki na schodach. Zatrzymała się w pół kroku i czekała, aż ujrzała wspinającego się w jej stronę Shane'a.
    - Miałem nadzieję, że nie śpisz - szepnął, podchodząc do niej jak najciszej. - Pogadamy? - Skinął głową w stronę jej pokoju. Dziewczyna zgodziła się. Przyjrzała mu się uważnie. Miał na sobie czarne spodenki, te same, które Adam kiedyś założył tył na przód i dziewczyny na wycieczce się z niego śmiały. Od razu wróciły wspomnienia, lecz Maya szybko wyrzuciła je z głowy. Zaczynała myśleć o Adamie jak o kimś zmarłym, a tego naprawdę nie chciała. Oprócz tego Shane nosił białą koszulkę z napisem na piersi. Minę miał nietęgą, chodził również lekko przygarbiony, Ta sytuacja naprawdę go przytłoczyła. Nie miała się czemu dziwić, bądź co bądź byli najlepszymi przyjaciółmi.
    Usiedli na jej łóżku w żółtym świetle lampki nocnej. Blondynka przykryła ich kołdrą, bo nagle zrobiło jej się zimno. Zerknęła na chłopaka. Już niejednokrotnie byli naprawdę blisko siebie, kilka razy spali w jednym łóżku, lecz dopiero w tamtym momencie poczuła się... dziwnie. Jakby to już nie było przypadkowe. Serce zabiło jej szybciej, kiedy patrzyła, jak siada naprzeciwko niej po turecku. Włosy miał zmierzwione, sterczały we wszystkie strony. Twarz tak samo jak oczy zdawały się zmęczone, ale gdy ich spojrzenia się spotkały, dostrzegła w nich błysk wesołości a wtedy zmęczenie od razu zniknęło.
    Aby nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami,skupiła się na tym, by opowiedzieć mu, czego się dowiedziała.
    - Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła poważnie, na chwilę odwracając od niego wzrok. Nadal czuła się delikatnie skrępowana, ale starała się nie myśleć o tym,dlaczego tak nagle coś jej przeszkadzało w bliskości chłopaka. A raczej, dlaczego było jej tak przyjemnie czuć jego oddech na swojej skórze... Przymknęła na chwilę powieki, by się skupić i kontynuowała. - Kiedyś, kilka dni po tym, jak tutaj zamieszkałam, znalazłam ukrytą bibliotekę. Nie mam pojęcia, czy wiesz, że w ogóle coś takiego jest tutaj, ale nieważne. Po tym, jak śnił mi się naprawdę dziwny stwór, zaczęłam szukać w niej informacji, co to mogło znaczyć. Oczywiście nie natknęłam się nigdzie na nic, co mogłoby mi się w tej kwestii przydać, ale ostatnio doszukałam się czegoś interesującego. - Sięgnęła po kartkę, którą schowała pod poduszką i wręczyła ją chłopakowi, nakazując mu czytać. Sama przeszła do kolejnych wyjaśnień. - Są to wskazówki, w jaki sposób znaleźć dziedzica Elessaru. Chciałabym... Chcę cię prosić o pomoc... Czy mógłbyś....? - zawahała się na koniec.
    Chłopak oniemiał. Nie był w stanie wydobyć ani jednego dźwięku. Był pod wrażeniem; tego, że znalazła ukryte pomieszczenie w domu, w którym mieszkał od dziecka, a o którym nie miał pojęcia aż dotąd; tego, że sama podjęła się prób szperania w starych księgach, że odnalazła tą kartkę i przetłumaczyła ją jak najwierniej, by móc zrozumieć sens zapisanych słów i nie pomylić się przy przeprowadzaniu eksperymentu.
    - Ty jesteś... Niesamowita! - zawołał, uśmiechając się od ucha do ucha. Oczy mu błyszczały od ekscytacji. Pochylił się niebezpiecznie w jej stronę. Centymetry dzieliły ich twarze. - Kiedy zaczynamy?

    Niestety, mogli zacząć dopiero w środę, ponieważ w tę noc wypadała odpowiednia do przeprowadzenia całej operacji kwadra księżyca. Wtedy to znów spotkali się w pokoju dziewczyny, usiedli na podłodze otoczeni zebranymi wcześniej poduszkami i kocami. Przynieśli ze sobą kawałek czystej kartki, na której narysowali koło i podzielili je na cztery części. Wskazując północ i południe, ułożyli kawałek gałązki z cisu wyciosanej wcześniej. Pod kartką położyli mapę Stanów Zjednoczonych a obok siebie postawili duży globus. Nie mieli pojęcia, na jakim kontynencie może znajdować się szukana osoba. Maya przeczuwała, że jest blisko, więc sądzili, że znajduje się w tym samym kraju co oni, ale nie mogli mieć pewności. Następnie złapali się za ręce i dziewczyna przeczytała następujące słowa z kartki:
Maya
    - Kie estas la heredonto Elessar? - I powtórzyła trzykrotnie.
    Na początku nic się nie stało. Siedzieli w milczeniu dobrych kilka minut i Shane zwątpił już, że uda im się cokolwiek zdziałać tej nocy. Gdy zerknął na Mayę, okazało się, że ta ma zamknięte oczy i skupiony wyraz twarzy. Nie ruszył się więc, zaufał dziewczynie i jej intuicji.
    Maya poczuła, jak Elessar robi się przyjemnie ciepły. Rozgrzewał całą jej szyję. Uśmiechnęła się sama do siebie. Wiedziała, że jest na dobrej drodze.
    W pewnym momencie naszyjnik zaczął odrywać się od jej ciała i unosił się w powietrzu. Szarpnęło nim tak mocno, że zerwał się z jej szyi i upadł na kartkę. Maya otworzyła oczy i spojrzała na patyk, który kręcił się dookoła jak szalony. Jej naszyjnik leżał pośrodku mapy zwrócony w stronę chłopaka. Z zafascynowaniem śledziła, jak gałązka powoli zatrzymuje się skierowana w tą samą stronę co Elessar.
    - I co, nie udało się? - zapytał Shane, który również uważnie przyglądał się temu, co działo się na podłodze. Maya spojrzała na niego uradowana.
    - Wręcz przeciwnie. Już wiem, kto sprawuje władzę nad Elessarem.
    - No więc kto to? - ponaglił ją.
    - Ty - odpowiedziała po prostu.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, mam nadzieję, że zaskoczyłam Was wyborem dziedzica Elessaru :) Piszcie, kto był waszym faworytem ;) No i ogólnie, co sądzicie. Rozdział niesprawdzany, uprzedzam ;)
    No i Mia, jeśli nie zobaczyłaś odpowiedzi, to odpowiadam Ci tutaj, że do końca zostało góra sześć rozdziałów ;) To już tak naprawdę maksymalnie :)
Pozdrawiam Was serdecznie! <3

sobota, 9 maja 2015

~41~


    Dzień zapowiadał się przyjemny. Im bliżej wakacji, tym robiło się znów coraz cieplej. Minęła pora ochłodzenia i słońce od rana widniało na błękitnym niebie. Co prawda wiatr wiał dosyć porywisty, ale nie miało to zbyt wielkiego znaczenia.
Maya
    W ostatnim tygodniu szkoły Maya usiadła w autobusie na przedostatnim siedzeniu. Kevin, Colin i Shane siedzieli za nią, natomiast Adam zajął miejsce po drugiej stronie autobusu, na tym samym miejscu co blondynka. Dziewczyna przyglądała mu się uważnie od ich ostatniej rozmowy. Zastanawiała się, jakie relacje panują w grupie chłopców. Czy Adam rozmawiał już z Shanem? Żaden nic jej nie powiedział. Czy to oznaczało, że nie? Nie zachowywali się, jakby ze sobą rozmawiali. Raczej, jakby celowo unikali siebie nawzajem.
    "A może mi się tylko to wszystko wydaje?" 
    Co prawda Adam nadal nie siedział z chłopakami na samym tyle, jak to zwykle robił, ale może po prostu nie był jeszcze gotowy na zmierzenie się z tym wszystkim naraz. Bardzo chciała, by chłopcy doszli do porozumienia. Nie mogła znieść tej ciszy między nimi. Poza tym bała się o nich. Kiedyś myślała, że ich przyjaźń jest taka jak jej i Josha - nierozerwalna, na dobre i na złe, że powinna przetrwać wszystko. Miała nadzieję, że przetrwają tę próbę.
    Gdy już wysiadła z autobusu pod szkołą, poczekała na chłopców. Rozejrzała się w poszukiwaniu Adama. Chłopak, jakby wyczuwając, że na niego spogląda, odwrócił się. Maya pomachała mu i kiwnęła głową w stronę szkoły. Ten tylko pokręcił głową. Z ruchu warg odczytała, że zamierzał iść przed zajęciami do sklepu. Wpatrywała się w jego sylwetkę jeszcze przez moment. Potem, gdy Shane pociągnął ją za rękę, ruszyła za nim do szkoły.
    Od razu zauważył jej nieobecny wzrok, więc gdy tylko zostali sami, zapytał.
    - Co się stało?
    - Czy Adam odzywał się ostatnio do ciebie? - zadała nurtujące ją pytanie. Kiedy zobaczyła, że na twarz blondyna wypływa zaskoczenie, od razu wiedziała, jaką dostanie odpowiedź.
    - Nie, nie gadaliśmy już od dawna - przyznał ze smutkiem. - A co?
    - Martwię się o niego. - Wzruszyła ramionami. - Rozmawiałam z nim jakiś czas temu i mówił, że jest okej, ale widzę, że nadal go coś trapi. Może mógłbyś... Sama nie wiem... Wydaje mi się, że potrzebowałby takiej rozmowy z przyjacielem. A z kim, jak nie z tobą?
    - I myślisz, że mi cokolwiek powie? Nawet, jeżeli to, co mówisz, jest prawdą? - zawołał zdziwiony.
    - Och, sama nie wiem. Stał się taki skryty po tym... No wiesz... Może gdybyście pogadali, wyjaśnili sobie wszystko... - zaproponowała.
    - Przecież wiesz, ile razy do niego dzwoniłem... - przerwała mu.
    - Ale wydaje mi się, że teraz już dojrzał do takiej rozmowy. Że odstawił dumę na bok i przebolał wszystko. Cholera, czasami zachowuje się jak ostatni dzieciak! - westchnęła. - Ale uważam, że warto spróbować. Jeżeli nadal zależy ci na tym, byście zostali przyjaciółmi.
Alex
    - Oczywiście, że mi zależy! - żachnął się niemal od razu. - Mogę spróbować, ale nie wiem, czy to coś da.
    - Dziękuję! - ucieszyła się i przytuliła go mocno, akurat w tym samym momencie, gdy zadzwonił dzwonek. Pełna nadziei Maya odeszła do klasy z uśmiechem na ustach. Shane jeszcze chwilę stał w jednym miejscu i spoglądał w kierunku, w którym zniknęła blondynka.

    Gdy Adam nie pojawił się na pierwszej lekcji, wcale ją to nie zdziwiło. Oczywiście, zaniepokoiła się odrobinę, ale nie tak, by panikować czy coś. Rozglądając się po całym korytarzu, szła powoli na drugą lekcję w towarzystwie Alex. Zastanawiała się, gdy on się znowu podział.
    "Może poszedł na wagary? Samotnie? Nie, to do niego nie pasowało..." - próbowała znaleźć powód, dla którego jeszcze nie pojawił się w szkole. Zagadnęła o to Alex.
    - Nie przejmuj się nim. Na pewno zaraz przyjdzie - odpowiedziała wesoło, po czym zaczęła nowy temat.
    Lecz Adam nie pojawił się ani na drugiej, ani na trzeciej lekcji. Niemało zaniepokojona Maya zadzwoniła do Shane'a. Chłopak przyznał, że nie widział przyjaciela, odkąd wysiedli rano z autobusu.
     Podczas długiej przerwy wybrała numer Adama. Nie odebrał.
    - Na pewno mu się coś stało - powiedziała zaaferowana, wybierając jego numer po raz drugi.
    - Uspokój się - zażądał od niej Shane, potrząsając nią delikatnie. - Musimy myśleć racjonalnie. Zacznijmy od tego, że mógł się źle poczuć i po prostu wrócił do domu. Albo, nie wiem, postanowił iść na wagary, albo jeszcze coś innego. To nie od razu musi oznaczać najgorsze.
    - A co, jeśli oznacza? - zdenerwowała się. Zaczęła panikować i zdawała sobie z tego doskonale sprawę. Próbowała unormować oddech i bicie serca, ale nic nie pomogło. Bała się o przyjaciela, przez co nie potrafiła wysiedzieć na jednym miejscu spokojnie przez kilka sekund. Podczas gdy Alex i Shane siedzieli na ławeczce, Maya chodziła to w jedną to w drugą stronę, czasami tylko zatrzymując się przed nimi.
     - Nie zakładaj od razu najgorszego! - zawołała Alex, chcąc uspokoić nieco koleżankę. Również martwiła się o Adama, ale starała się myśleć racjonalnie.
    - Mam złe przeczucia - wyznała Maya, zerkając na Shane'a. Ten w mig pojął, o co chodziło dziewczynie. Ufał intuicji blondynki, zwłaszcza, jeśli w grę mogła wchodzić tak poważna sytuacja. Maya jeszcze nigdy nie się nie pomyliła.
    - Po szkole pójdziemy do niego do domu, okej? - zaproponował. Dziewczyna pokiwała tylko głową. Czuła, że tracą tylko czas, że powinni zacząć działać od razu, ale nie miała jak mu tego powiedzieć.

    - Hej, mamo! Już jesteśmy! - zawołał od progu Shane. Maya szła za nim, kolejny raz wybierając numer Adama. Jednak telefon nadal pozostawał głuchy. Zrezygnowana odłożyła go na stolik w salonie a następnie przeszła do kuchni, gdzie pani Shay przygotowywała coś na obiad.
    - O, dzień dobry, dzieciaki! Jak tam w szkole? Maya, kochana, przyszedł list do ciebie. Czy ktoś oprócz twojej mamy wie, gdzie mieszkasz? - zapytała nieco zaniepokojona kobieta.
    - Nikt, chyba nikt, znaczy... Oprócz Josha, Adama i was... To chyba nikt... - zastanowiła się. - Jest nadawca? - zainteresowała się. Kto mógłby do niej wysłać list? Podeszła do blatu i sięgnęła po śnieżnobiałą kopertę.
    - Niestety nie ma. Sama zdziwiłam się, gdy zauważyłam ten list w naszej skrzynce. Może domyślasz się, od kogo?
     Maya pokręciła tylko głową. Na moment zapomniała o zniknięciu Adama, o instrukcjach, jak odnaleźć dziedzica Elessaru, które wygrzebała w bibliotece, zapomniała o wszystkich sprawach. Liczyła się tylko ta koperta i jej zawartość.
    Delikatnie oderwała przylepioną część i wyciągnęła złożoną na pół kartkę. Papier w dotyku był naprawdę przyjemy, wyglądał na bardzo stary. Serce zabiło jej szybciej. Kto używa jeszcze takich kartek do pisania listów? Kto w ogóle w tych czasach wysyła listy?
    "Tylko ktoś, kto nie chce, by druga osoba wiedziała, od kogo jest..."
    Maya zadrżała. Ostrożnie rozłożyła papier i zaczęła czytać. Oczy z każdą linijką rozszerzały się jej coraz bardziej a na twarzy malował się strach. Ręce zaczęły się trząść a gdy już przeczytała list do końca, wyleciał jej z dłoni na podłogę. Maya zachwiała się i gdyby nie pomoc Shane'a, upadłaby wraz z kartką. Serce biło jej jak oszalałe.
    - Co się stało? - zawołała mama chłopaka, podbiegając do nich. Blondyn pomógł usiąść dziewczynie na krześle a sam podniósł list z podłogi.
    - Droga Strażniczko! - zaczął czytać, choć już przeczuwał, co znajdzie na końcu. - Dawno się nie widzieliśmy, nie uważasz? Stęskniłem się za tobą. Moi chłopcy podobno cię odwiedzili. Słyszałem o tym, jak próbowałaś ich pokonać. Nie było to mądre posunięcie z twojej strony. Uważam wręcz, że to głupota przemówiła przez ciebie, choć nigdy nie posądzałbym cię o to, że jesteś głupia. Co to to nie! Oczywiście musiałem... Musiałem zrobić to, co zrobiłem. Musiałem - znów zaciął się w czytaniu Shane. - Musiałem spotkać się z twoim przyjacielem i porozmawiać z nim o tobie. To bardzo miły chłopiec. I naprawdę mu na tobie zależy! Ach, ta miłość! Co za wstrętne i krępujące uczucie! Bardzo słabe!
    - Proszę, nie czytaj tego dalej na głos. Nie mam ochoty już tego słuchać - błagała Maya słabym głosem. - Najważniejsze, co z tego musicie wiedzieć to to, że Malcolm ma Adama... - szepnęła po czym rozpłakała się na dobre. - A jedynym sposobem na uratowanie go, jest oddanie Gwardii Elessar - dodała po chwili.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heej, dziś króciutko, ponieważ jestem meega zmęczona! Cały dzień siedziałam w ogródku i a to koszenie trawy a to sianie jeszcze warzyw i kwiatów no i w ogóle chwasty już się na nowo rozpleniły -,- więc, trzeba było coś z nimi zrobić. Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba ;)

sobota, 14 marca 2015

~38~


    Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, czy nie zadzwonić do Josha, nie porozmawiać z nim. Kika razy już nawet wybierała jego numer, ale za każdym razem w ostatniej chwili coś ją powstrzymywało. Zastanawiała się, jak miałaby zacząć rozmowę, czy od razu powiedzieć, że wie o wszystkim? Czy może w ogóle nie wspominać? Bijąc się z myślami, non stop chodziła po pokoju, co chwila przyłapując się na obgryzaniu paznokci.
    "Cholera! Josh, to nadal mój przyjaciel. Powinnam do niego zadzwonić, mimo wszystko." - postanowiła.
    Wybrała więc numer chłopaka i czekała aż odbierze. Po piątym sygnale stwierdziła, że to jednak może nie był za dobry pomysł, by dzwonić do niego o tak późnej porze. Już miała się rozłączyć, gdy usłyszała w słuchawce zaspany głos przyjaciela.
    - Halo?
    - Josh! - odetchnęła z ulgą. - Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie zorientowałam się, która jest godzina, zanim wybrałam numer.
    - Nic się nie stało. - Ziewnął. - Co tam u ciebie? Coś się stało? - Wyczuła zaniepokojenie w jego głosie. Już całkowicie się rozbudził.
    - Nie, skąd - uspokoiła go. - Po prostu chciałam usłyszeć twój głos, pogadać. Stęskniłam się strasznie! - Westchnęła. Usiadła w końcu na łóżku, położyła sobie na kolanach poduszkę i zacisnęła pięść na jej rogu. - Co tam u was? - zapytała nieśmiało.
    - Maya, wiem, że rozmawiałaś z mamą i powiedziała ci wszystko o mnie - powiedział, nie owijając w bawełnę. - Jak się z tym czujesz?
    - Cóż... - zawahała się. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nigdy nie była dobra w opisywaniu swoich emocji, czasami nawet nie orientowała się, co odczuwa. - Mam mętlik w głowie. Tyle się ostatnio wokół mnie dzieje, że nie wiem, czy czegoś ważnego nie ominę, nawet jakby to przeszło mi obok nosa. I niby teraz jest względnie spokojnie, to nadal wisi nade mną jakaś groza, napięcie. Wiem, że nie o to pytałeś, - dodała po chwili milczenia - ale potrzebuję się komuś zwierzyć. A komu, jak nie tobie? - Zaśmiała się smutno. - Gdzieś w głębi duszy wiem, że to tylko cisza przed prawdziwą burzą. I obawiam się, że nie przetrwam tego żywiołu, że może być zbyt mocny, bym utrzymała się na powierzchni ziemi...
    - Co ty wygadujesz? - zawołał Josh kompletnie oszołomiony.
    - Nie mówię, że umrę. Wydaje mi się jednak, że już długo nie uda mi się chronić Elessaru. Niedługo Gwardia przyjdzie po niego. A ja jestem zbyt słaba, by go obronić przed ich lepiącymi łapami. Dostaną to, czego pragną. Nie widzę innej przyszłości.
    - Nie pozwalam ci nawet tak mówić! - zagroził jej. - Co ty pleciesz? Jesteś bezpieczna, nic ci się nie stanie, obiecuję ci to ja, twój prywatny ochroniarz - powiedział z przekonaniem. Serce Mayi zabiło szybciej, gdy usłyszała jego zdeterminowanie. Prawie uwierzyła w jego słowa. Prawie. Intuicji nawet najlepsze kłamstwo nie dało zwieść.
    - On coraz częściej staje się gorący, czasami niemal nie do wytrzymania - szepnęła z przejęciem. - Wiem, że oznacza to tylko jedno. Że oni są już blisko. Elessar chce mi dać sygnał do działania, ale ja nie mam pojęcia, co robić.
    - Po pierwsze nie panikować!
    - Nie panikuję! - zaprzeczyła stanowczo, podnosząc nieco głos. Josh tylko prychnął cicho. - No może odrobinę. To mnie przerasta. Za dużo tego.
    - Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. - Zamilkł na chwilę. - Co ty na to, bym przyjechał jutro po ciebie po szkole? Spotkalibyśmy się, porozmawiali. Dobrze nam to zrobi.
    - Tak, to świetny pomysł. - Dziewczyna uspokoiła się nieco, choć nadal miała złe przeczucia, wiedziała, że Josh jej pomoże.
    - Co do Elessaru... Nie znam się na tym zbyt dobrze, to nie moja działka. Masz z kim o tym porozmawiać? Bo słyszałem, że z mamą się pokłóciłaś... - powiedział niepewnie.
    - Nie tyle pokłóciłam, co obraziłam. Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim skrywała przede mną jeszcze prawdę o tobie. Swoją drogą to na ciebie też byłam zła, ale już mi przeszło. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłeś mi o niczym powiedzieć. Tak samo jak ja muszę zachować swoje prawdziwe ja w sekrecie przed resztą normalnego świata. Co do reszty to myślę, że mogłabym zagadać panią Shay. Kto wie, może będzie coś wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. Nagle poczuła się naprawdę zmęczona. Ziewnęła i zamrugała kilka razy ciężkimi powiekami, pod którymi czuła piasek. Usłyszała śmiech chłopaka.
    - Idź spać. Niewiele godzin zostało ci do rana, ale powinnaś się położyć. Zobaczymy się jutro. Dobranoc! - pożegnał się z nią i rozłączył.
Maya

    Rano Maya rzeczywiście wstała niewyspana. Ale całkowicie tego nie żałowała. Cieszyła się, że w końcu przemogła się i zadzwoniła do Josha. Po rozmowie z nim ulżyło jej trochę. Nie wyzbyła się ani jednego niepokoju, ale starała się o niczym złym nie myśleć choć przez chwilę. Pomogło. Oczyściła umysł i gdy pozbyła się czarnych scenariuszy z głowy, świat stał się piękniejszy.
    Jedząc śniadanie, wyglądała przez okno. Pogoda była przepiękna. Słońce grzało mocno już od kilku godzin, delikatny, ciepły wiatr rozwiewał duchotę i szumiał między drzewami, poruszając zielonymi liśćmi. Aż chciało się wyjść na dwór, pooddychać świeżym powietrzem, skorzystać z przecudownego słońca i opalić się choć odrobinę. Niestety tak ładny dzień musiała spędzić w zimnych murach szkoły.
Alex
    Wychodząc z autobusu, rozejrzała się uważnie. Przed szkołą tłoczył się spory tłum. Jedni wchodzili do budynku, inni z niego wychodzili, chcąc zażyć darmowych, naturalnych witamin w porannych promieniach słońca. Gdzieś w oddali dostrzegła, dopiero zmierzające ku placówce po chodniku, Alex i Sam. Pomachała im z daleka. Dziewczyny uśmiechnęły się do niej szeroko, rozmawiając o czymś zawzięcie między sobą.
    Aby wejść głównymi drzwiami, Maya musiała przejść obok małego parkingu. Mijając ogrodzenie, zauważyła nowego nauczyciela. Stał w najodleglejszym kącie parkingu z dwoma chłopakami. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykłą rozmowę pomiędzy uczniami a ich wychowawcą. Dziewczyna jednak wiedziona instynktem zatrzymała się w pobliżu i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torebce. Tak naprawdę jednak uważnie przyglądała się mężczyznom. Wydawało jej się, że o coś się kłócą. Starała się przypomnieć sobie imiona chłopców, lecz nie potrafiła. Ich szkoła nie była duża, każdy znał każdego chociażby z widzenia. I choć wyglądali znajomo, za nic nie mogła dopasować tych osób do nazwisk. Już miała odejść, gdy jeden z chłopaków odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy. Serce na moment jej stanęło. Dłonie spociły się tak, że niemal nie upuściła torebki na chodnik. Zobaczyła kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Prześladowca ze snów pojawił się w jej rzeczywistości!

    Do końca zajęć próbowała sobie wmówić, że tam, na parkingu stał ktoś bardzo podobny do Toma. Że to nie był chłopak z jej koszmarów. Więc gdy wychodziła ze szkoły, niemal uwierzyła w swoje zapewnienia i nieco się uspokoiła. Już prawie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Zdziwiła się, widząc przyjaciela czekającego na nią przed szkołą opartego o swój samochód. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podbiegła szybko i uściskała go mocno. Na koniec delikatnie musnęła jego policzek ustami.
    - Hmm jakie miłe powitanie. - Zaśmiał się cicho.
    - Zasłużyłeś - odparła wesoło, wsiadając do auta po stronie pasażera. - To dokąd mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona.
    - Cóż... Sam nie wiem, może masz jakiś pomysł?
    - Mam ochotę na dużego truskawkowego loda, co ty na to?
    - Z przyjemnością.
    - No to ruszamy!
    Maya bardzo dobrze bawiła się z przyjacielem. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był jej obrońcą. Przed wszystkim - nawet przed złymi myślami, które, gdy tylko go zauważyła, zniknęły. Nie pamiętała już, kiedy spędzili ze sobą tyle czasu sami. Zawsze towarzyszył im albo brat blondynki, albo Alyss. Tym razem mogli pobyć po prostu we dwoje, porobić to, na co mieli tylko oni ochotę.
    Po lodach poszli na spacer, a gdy po południu ciemne chmury zakryły słońce i zaczęło z nich padać, schowali się w kinie. Josh kupił bilety na nową komedię.
    Wieczorem, gdy Josh stanął pod domem Shane'a, Mayi żal było z niego wychodzić.
    - Dziękuję ci - powiedziała. - Strasznie się za tobą stęskniłam. I dawno się tak dobrze nie bawiłam - przyznała.
    - Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej czule. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?
    - Jasne, że tak. Ty na mnie też - odezwała się, łapiąc ręką za klamkę. - Muszę już iść. Do zobaczenia! - Cmoknęła go w policzek i wyszła z auta. Przebiegła te kilka metrów dzielących ją od drzwi. Stanąwszy na schodach, pomachała do odjeżdżającego chłopaka. Z uśmiechem na ustach weszła do środka.
    Mijając kuchnię, poczuła, ze naszyjnik robi się ciepły. Nie było to jakieś nieznośne gorąco, wręcz przeciwnie. Nagle zrobiło jej się przyjemnie i spokój ogarnął jej ciało. Zdziwiona zajrzała do kuchni. Zastała tam panią Shay, czytającą książkę i pijącą herbatę. Przywitała się z nią i usiadła na przeciwko.
    - Mam do pani pytanie - odezwała się po chwili, gdy kobieta odłożyła na bok książkę i ściągnęła z oczu okulary,by móc lepiej widzieć dziewczynę.
    - Słucham. - Uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
    - Chodzi o Elessar. Coraz częściej czuję, jak staje się ciężki, czasami jest nie do zniesienia. Nieraz jest tak gorący, że pragnę go od razu zdjąć i rzucić gdzieś daleko. Myślę, że chce mnie przestrzec przed złem, które czai się niedaleko. Że niedługo zaatakują... - wyrzuciła z siebie szybko. - Ale przed chwilą naszyjnik stał się dziwnie przyjemnie ciepły. Jakby... jakby się ucieszył? - odpowiedziała pytająco. Nie była pewna, czy dobrze określiła to, co czuła. Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale gdy tylko to powiedziała, stwierdziła, że to niedorzeczne.
    - Mądra z ciebie dziewczyna - pochwaliła ją kobieta. - Elessar wyczuwa niebezpieczeństwo i daje ci znać, ze nadchodzi. Jestem niema pewna, że to, czego dzisiaj doświadczyłaś, ma coś wspólnego z jego prawdziwym panem. Może jest już blisko i dlatego klejnot się cieszy? Wiesz, może to zabrzmi głupio, ale ja traktuję go niemal tak, jakby był żywą istotą. Kiedyś uzdrawiał ludzi, może dać władzę. Ma wiele przymiotów ludzkich. Czuje, chce chronić rodzinę, do której na pewno się zaliczasz. Zupełnie jak człowiek, nie sądzisz? - zapytała, przyglądając się jej uważnie.
    Maya dotknęła ostrożnie wisiorka. Pod palcami poczuła ciepło, które przekonało ją, że pani Shay ma rację. Dziedzić Elessary był już bardzo blisko!

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć! Nie marudząc dzisiaj, piszcie tylko, co myślicie o rozdziale ;) Dla mnie jest okej, tak mi się przynajmniej wydaje :D

piątek, 27 lutego 2015

~37~


Maya
    Maya obudziła się wcześnie rano. Słońce już próbowało przedostać się przez roletę do pokoju. Dziewczyna wstała więc i odsłoniła, a następnie otworzyła okno, by wpuścić do środka mnóstwo świeżego powietrza, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej gorące. Znów zapowiadał się upalny dzień.
    Myjąc, a następnie ubierając się, wspominała mile spędzony wieczór. Razem z Shanem najpierw zjedli przyszykowany przez dziewczynę posiłek. W międzyczasie wybrali film, który odpowiadał im obojgu. Następnie zrobili popcorn i zasiedli przed laptopem na łóżku Mayi. Czuła się delikatnie skrępowana tak bliską obecnością chłopaka. Bardzo dobrze pamiętała o ich pocałunku, o znamieniu, które ich połączyło. Starała się o tym choć przez chwilę zapomnieć i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.
    A wieczór trzeba było jak najbardziej zaliczyć do udanych! Blondynka dawno tyle się nie śmiała jak przez te kilka godzin. I to nie tylko za sprawą komedii, którą oglądali, ale również dobrego towarzystwa. Jeszcze będąc w kuchni i czekając aż popcorn będzie gotowy, Shane starał się, by Maya przy nim poczuła się naprawdę dobrze. Swojsko. I chyba mu się to udało, bo gdy tylko na ekranie pojawiły się pierwsze napisy, Maya odprężyła się a kolejne jej zachowania były całkowicie naturalne i spokojne.
    Pamiętała, że po obejrzeniu komedii, Shane włączył jeszcze jeden film, ale nie mogła sobie przypomnieć choćby o czym opowiadał.
    "Widocznie zasnęłam" - pomyślała, schodząc na dół. W kuchni napiła się tylko trochę wody i wyszła, by pobiegać. Po drodze nie spotkała żadnego z domowników. Zapewne wszyscy jeszcze spali. - "Trudno im się dziwić. W końcu jest niedziela. Mają prawo odpocząć po całym tygodniu pracy."
    Codziennie biegła tę samą trasę, ale z każdym dniem czuła się zupełnie inaczej. Na początku była wyczerpana po tych kilku kilometrach, lecz z czasem jej ciało w końcu nabrało kondycji i już nie męczyła się tak okropnie. Co prawda nadal brakowało jej wiele do dobrej formy, ale znalazła się na idealnej drodze. Była z siebie naprawdę dumna. Kiedyś nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie biegać. Po treningach z panią Shay zaczynała lubić bieganie. Mogła wtedy się odprężyć, wyciszyć lub na spokojnie wszystko przemyśleć. Tego ostatniego nie lubiła robić. Wolała, męcząc się, zapomnieć choć na chwilę o wszystkim, by później, móc z podwójną siłą zmierzyć się ze swoimi problemami.
Maya
    Kiedy wróciła, dochodziła ósma. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w czyste ciuchy i zeszła do kuchni, by zjeść śniadanie. Tam przywitała ją uśmiechnięta od ucha do ucha mama Shane'a. Piła kawę, czytając leżącą przed nią na blacie książkę. Dziewczyna przywitała się grzecznie i zaczęła wyjmować z lodówki rzeczy, które zamierzała zjeść.
    - Widziałam, że biegałaś. To bardzo dobrze, że tak wcześnie, bo później zapowiada się niezwykle gorąco. Aż strach wychodzić z domu w taki upał żeby jeszcze jakiegoś udaru nie dostać - zagadnęła kobieta. Maya zgodziła się z nią cicho, nalewając sobie soku pomarańczowego do szklanki.
    - Wolę biegać, gdy jest o wiele chłodniej niż teraz, dlatego wstałam dzisiaj trochę wcześniej - przyznała.
    - Idzie ci już dużo lepiej - pochwaliła ją szczerze. - Pewnie to zauważyłaś?
    - Tak, jasne, że tak. Nie męczę się tak szybko jak wcześniej, mięśnie też tak bardzo nie bolą - powiedziała po czym zaczęła jeść przyszykowaną kanapkę z serem żółtym, pomidorem i rzodkiewką. Później nie rozmawiały już wiele.
    Po jakimś czasie, gdy Maya  kończyła śniadanie, do kuchni wszedł zaspany Shane. Drapiąc się po głowie jedną ręką, drugą przecierał nie do końca jeszcze otwarte oczy. Na sobie miał krótkie, zielone spodenki i cienką koszulkę na ramiączkach. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, zwłaszcza po tym, jak przejechał po nich dłonią.
    - Cześć - rzucił w stronę siedzących kobiet, po czym ziewnął. Zajrzał do lodówki, a gdy niczego interesującego go, nie znalazł, nalał sobie do kubka kawy i upił łyk, opierając się o blat szafki. Spojrzał na rozbawioną Mayę i kręcącą głową mamę. - No co? - zdziwił się.
    - Nic - odpowiedziały równocześnie po czym obie wybuchnęły śmiechem. Chłopak machnął na nie ręką po czym wrócił do swojego pokoju, by później wziąć prysznic i ubrać się.
    - Powinnam iść. Obiecałam mamie, że do niej zadzwonię, gdy tylko będę miała chwilkę, a tak się składało, że tej chwilki w tym tygodniu nie znalazłam - odezwała się Maya, gdy posprzątała po sobie. Pani Shay pokiwała tylko głową.
    Dziewczyna wyszła na zewnątrz, by w spokoju móc porozmawiać z mamą, zapytać o nurtujące ją sprawy. Usiadła na trawie w cieniu ogrodu i wybrała numer rodzicielki.
    - Halo? - usłyszała po chwili w słuchawce jeszcze delikatnie zachrypnięty głos mamy.
    - Cześć, mamuś! - zawołała.
    - Dzień dobry, słońce! Co tam u ciebie słychać? Dawno się nie odzywałaś! - powiedziała z lekką przyganą w głosie.
    - Wiem, wiem, ale dużo się działo. Był mecz, szkoła no i ogólnie różne takie - odparła wymijająco. - Dzwonię do ciebie, ponieważ tak się wczoraj zastanawiałam. Legenda głosi, że kiedy Zakon dowie się, kto jest Strażniczką, to wtedy poznamy dziedzica Elessaru, prawda?
    - Tak - potwierdziła kobieta, nie rozumiejąc jeszcze, do czego jej córka pije.
    - Więc skoro oni wszyscy tutaj wiedzą o mnie a ja o nich, to dlaczego władca tego cholernego naszyjnika się jeszcze nie pojawił? Albo się pojawił, ale ja go nie zauważyłam? Jak go rozpoznać?
    - Po pierwsze nie panikuj! - ostrzegła, słysząc narastające napięcie.
    - Nie panikuję! - zdenerwowała się Maya. - Po prostu chcę wiedzieć. Całą prawdę i tylko prawdę.
    - No więc dobrze, opowiem ci tyle, ile sama wiem. - Westchnęła cicho. - Legenda oczywiście wspomina, w jakich okolicznościach poznamy tego, któremu oddamy Elessar. Niestety, nie mówi nam, że przyjdzie od razu. Nie mamy pojęcia, czy zjawi się pierwszego dnia, miesiąc po tym, jak się wszystkiego dowiedzieliśmy, a może będziemy musieli czekać rok? Może być też tak, że ten dziedzic nie będzie wiedział, że to on jest tak ważną osobą. Może to ty będziesz musiała go odnaleźć i go uświadomić o ciążącym na nim brzemieniu. Taka wiedza niestety nie przetrwała do naszych czasów. Jeśli oczywiście w ogóle Strażniczki kiedyś wiedziały o czymś takim, bo nie można brać za pewnik, że nasi przodkowie rozumieli wszystko. Gdy Król przyszedł do Galadrieli, ona po prostu wiedziała. I to samo chyba będzie z tobą. Gdy już będziesz miała tego właściwego człowieka przed sobą, zrozumiesz, że to on.
    - To wcale nie jest pomocne - przyznała blondynka, bawiąc się pojedynczym źdźbłem trawy.
    - Wiem, kochanie i przepraszam, ale nie jestem wstanie ci inaczej odpowiedzieć. Oczywiście mogę poszukać w jakiś książkach, popytać, ale wątpię, bym znalazła coś ponad to, co już wiem. - Zasmuciła się na moment. - Lepiej opowiadaj, co tam słychać u ciebie? - zmieniła szybko temat.
    - Co by tu dużo mówić... Odkryliśmy z Shanem, że przeznaczenie nas połączyło, znacząc nas takimi samymi znamionami - zaczęła lekceważąco. - Nikt z tego powodu nie jest szczęśliwy, choć czekaj, może on w sumie... Sama już nie wiem... Może i Shane się cieszy z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo wie, że i tak będziemy razem? Ale przecież to głupie, nie? To, że nie my wybieramy, z kim chcemy być. Nie znoszę, gdy nie mam prawa głosu! - Westchnęła ciężko.
    - Naprawdę pojawiła się u ciebie ósemka? - zdziwiła się. Maya potwierdziła cicho. - Ale przecież... Wcześniej jej nie miałaś? Kiedy... Kiedy to się stało?
    - Na wycieczce. Upadłam. Myślałam, że to blizna po tym, jak się uderzyłam i rozcięłam skórę, ale teraz już wiem, że nie - dokończyła z żalem.
    - Posłuchaj mnie, kochanie. Czy rodzice Shane'a wyglądają na nieszczęśliwych? Kłócą się? Albo Adama? - zapytała rzeczowo. Maya musiała się zastanowić przez chwilę.
    - Wydaje mi się... Znaczy chyba są szczęśliwi razem. I nigdy nie widziałam, żeby się kiedyś kłócili. Przynajmniej nie przy mnie.
    - Więc nie stawiaj od razu, że nie będziesz szczęśliwa. Przeznaczenie nie oznacza... - Maya nie pozwoliła jej dokończyć.
    - Przepraszam cię, mamo, ale słyszałam to już od Shane'a. To nie oznacza braku wyboru. Mogę wybrać, przecież wiem, ale... Ja po prostu czuję jeszcze większą presję niż wcześniej, gdy dowiedziałam się, że jestem Strażniczką i że muszę strzec tego małego wisiorka.
    - Wiem, kochanie. Dlatego moja rada jest taka. Nie kieruj się rozumem. Głowa ci tu w niczym nie pomoże, może jedynie przeszkodzić. Słuchaj serca. Ono będzie wiedziało, co dla ciebie najważniejsze - powiedziała serdecznie.
    - Dziękuję. - Blondynka szepnęła, wpatrując się w pięknie kwitnące róże w ogrodzie pani Shay. - A co u was? - zapytała po chwili milczenia.
    - Tak szczerze to bardzo dobrze się składa, że pytasz, bo powinnam z tobą porozmawiać - zaczęła poważnie.
    - O nie, jeszcze jedna rodzinna tajemnica? - jęknęła głośno. Gdy nie usłyszała śmiechu mamy, spoważniała. - Okej, słucham.
    - Chodzi o Josha...
    - Co z nim? Coś nie tak? Miał wypadek? - przestraszyła się Maya, nie dając dokończyć myśli swojej mamie.
    - Nie skądże znowu! - zawołała. - Po prostu myślę, że już czas, byś dowiedziała się wszystkiego. - Zrobiła delikatną pauzę na złapanie oddechu. - Josh i Alyss są twoimi kuzynami. Ich mama jest moją kuzynką. Twoja babcia jest starszą siostrą babci Josha. Wszyscy wiedzą o Elessarze i pomagali mi cię bronić. To dlatego Josh pojechał wtedy do ciebie, gdy przyjechałaś z wycieczki. Znał zagrożenie, spotkał się z nimi, na szczęście były to tylko dwa chłystki i sobie z nimi bez problemu poradził. Był szkolony na twojego obrońcę.
    Maya zaniemówiła. Sądziła, że po wszystkich nowinkach, jakie usłyszała przez ostatni miesiąc, jest przygotowana na wszystko. Ale myliła się. To, co powiedziała jej mama, zmroziło jej krew w żyłach.
    "Wszyscy wiedzieli, wszyscy, tylko nie ja..."
    - Słońce, wiem, że to dla ciebie ogromny szok - zaczęła, gdy Maya się nie odezwała - ale poradzisz sobie z tym. Wiem, że tak. Josh... On nie wiedział od początku. Jego mama powiedziała mu, gdy skończył piętnaście lat. Więc wasza przyjaźń jest prawdziwa. Ona tylko ułatwiała mu chronienie ciebie przed różnymi niebezpieczeństwami. A uwierz, czyhało ich niemało na ciebie. Początkowo chciałam ci o tym powiedzieć od razu, gdy tylko dowiedziałabyś się o Strażniczkach. Ale wiesz, jak się to wszystko potoczyło. Nie chciałam dokładać ci zmartwień, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli dowiesz się o tym kiedy indziej. Dzisiaj wydało mi się, że muszę ci powiedzieć, bo będziesz go wkrótce potrzebować. Mam nadzieję, że moje przeczucia okażą się mylne, ale uważaj na siebie. I pamiętaj, że Josh zawsze ci pomoże, o każdej porze dnia i nocy. Tak, jak to było do tej pory. Słyszysz? Maya, jesteś tam?
    Matka dziewczyny usłyszała tylko ciche piknięcia, gdy blondynka się z nią rozłączyła.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć i czołem! ;) Choroba przeszła, więc przyszedł czas na napisanie i dodanie czegoś. I oto macie świeżutki rozdział! Mam nadzieję, że jest okej ;) Wiem, że ostatnio mało się działo, ale zawsze w opowiadaniach musi być chwila przerwy, czasami na wyjaśnienia, czasami tylko po to, by zrobić dramatyczny powrót zła, a czasami dlatego, by zaskoczyć czymś czytelników. Mam nadzieję, że niedługo tak będzie, bo u mnie były chyba wszystkie te powody ;) Był czas na wyjaśnienia, bo bez nich nikt nic by nie ogarniał, bo to w sumie w rozdziałach ciszy wszystko wychodzi na wierzch, musiała być chwila przerwy dla wszystkich, by potem się zaskoczyć. A może nie :D Nie wiem, jeszcze ;)
    Rozdział pisany w przerwie między oglądaniem Zmierzchu <3 Tak mnie jakoś naszło :D
    Pozdrawiam serdecznie! ♥

piątek, 13 lutego 2015

~36~


    Czerwiec zawsze miał to do siebie, że nikomu tak naprawdę nie chciało się chodzić do szkoły. Wszyscy zdecydowanie woleli zostać w domu i poleniuchować w ogrodzie, zwłaszcza, gdy pogoda była tak piękna jak ostatnimi dniami.
    Niestety, mimo szczerych chęci, nie każdemu udawało się przekonać rodziców o tym, że już naprawdę nie opłacało się uczęszczać na lekcje. Prawie cała klasa Mayi codziennie spotykała się w placówce, by razem nudzić się na zajęciach i praktycznie nic nie robić. Dlatego, gdy przychodził weekend, wszyscy z niego korzystali. Niektórzy wyjeżdżali do rodzin czy przyjaciół, inny wychodzili na imprezy. Znalazło się też kilka osób, które wolało zostać w domu. I wśród nich była Maya.
    Już dużo wcześniej obiecała sobie, że gdy tylko znajdzie czas, poświęci go na dalsze szperanie w bibliotece. Za dobrze pamiętała swój straszny sen, w którym pojawiła się postać Zła. Miała nadzieję znaleźć coś na jego temat właśnie wśród starych książek.
Maya
    Wstała o normalnej porze, by nie wzbudzić w nikim podejrzeń. Nadal nie była pewna, czy mogła bez problemu korzystać z ukrytej biblioteki, dlatego wolała zachować ostrożność. Upewniła się, że znów zostanie sama w domu. Już wczoraj podsłuchała, jak Shane umawiał się z kolegami. Zamierzali iść, pograć w piłkę nożną. Rodzice chłopaka jak co sobotę mieli tajne spotkania Zakonu, które czasami przeciągały się do późna, więc o nich się nie martwiła.
    Gdy tylko drzwi za blondynem się zamknęły, Maya przeszła na schody i dotknęła odpowiedniego sęka na poręczy. Po chwili drzwi otworzyły się. Jak poprzednim razem w środku panowały egipskie ciemności, ale dziewczyna odetchnęła głęboko, przemogła się i przeszła przez próg. Oczywiście nie obyło się bez lekkiej paniki, ale cały czas powtarzała sobie cicho, że za sekundę pojawi się światło i wszystko będzie już dobrze. I tak też się stało. Weszła do biblioteki, rozkoszując się zapachem starych i poniszczonych papierów.
    Pośród wielu ksiąg, starała się znaleźć te, których jeszcze nie przeglądała. Nie było to trudne, ponieważ pomieszczenie od góry do dołu wypełnione książkami, dawało wielkie pole do popisu. Kiedy już wybrała nowe tomy, usiadła i otworzyła pierwszy z nich. I potem następny, i jeszcze jeden. Kochała czytać, czy po prostu przeglądać różne książki, ale te, które miała, niczego jej nie dawały, nie nauczyła się nic przez przewracanie ich kartek, nie dowiedziała się ciekawych rzeczy. Tylko palce zaczęły ją boleć.
    Niektóre z nich miały tak wytarte litery, że czasami na całych stronach nie dało się nic przeczytać. Zdarzało się też, że posklejanych czymś kartek nie można było od siebie oderwać. W takich sytuacjach nie miała pojęcia, co się tam znajdowało. Z jednej strony mogło okazać się, że to nic nieznaczące słowa jak w większości wypadków, ale bała się, że to właśnie tam, gdzie nie sposób odczytać zapisów, znajduje się coś bardzo ważnego. Coś, co pomogłoby jej w rozwiązaniu zagadki.
    Po pewnym czasie odłożyła na chwilę pracę, by trochę odpocząć. Przymknęła oczy, które powoli zaczynały ją piec. Jej myśli mimowolnie popłynęły ku Elesaarowi. Dotknęła go delikatnie. Przypomniały jej się słowa. Już nie pamiętała, kto je wypowiedział. Wydawało jej się, że to jej mama, gdy pierwszy raz zapytała ją o naszyjnik. Wspomniała wtedy, że prawdziwy dziedzic Elessaru pojawi się, kiedy Zakon pozna tożsamość Strażniczki... Maya zmarszczyła brwi, zastanawiając się, dlaczego wcześniej się nad tym nie głowiła. Przecież skoro pani Shay i Shane, i Adam wiedzieli o tym, że to ona strzegła tak cennego klejnotu, to już wkrótce pozna właściciela zielonego wisiorka, któremu go odda.
    "I wtedy skończą się moje problemy z Gwardią!" - ucieszyła się. Uśmiechnęła się szeroko, lecz po chwili dotarła do niej straszna prawda. Skąd miała wiedzieć, kim był ten, któremu powinna oddać własność? Jak go pozna? I kiedy się pojawi?
    Nic nie wskazywało na to, by spieszył się z odzyskaniem swojego skarbu.

    Shane uwielbiał spotykać się ze swoimi kumplami. Z resztą, kto nie lubił? Ale tego dnia po prostu nie miał nastroju do żartów, z których śmiali się jego przyjaciele, do grania z nimi w piłkę. Cały czas myślami uciekał do domu lub do wygranego meczu siatkówki. Ale nie myślał o nim dlatego, że pokonali niezwyciężoną dotąd drużynę. Miał inne powody. A raczej jeden o blond włosach i niebieskim, przenikliwym spojrzeniu.
    Kevin przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się, co go tak bardzo zmieniło. A zmienił się i to było naprawdę widoczne. Obserwował ten proces od samego początku i nie mógł się nadziwić. Wydawał się bardziej odpowiedzialny, spokojniejszy. Coraz częściej to on wykazywał zdrowy rozsądek w różnych sytuacjach, choć i wcześniej czasami również się to mu zdarzało. Stał się poważniejszy. Kevin obserwował przemianę przyjaciela i nie mógł się nadziwić. Długo jednak nie musiał główkować, co spowodowało tak radykalne zmiany.
    "Czego dziewczyna nie potrafi zrobić z chłopakiem?" - zadał sobie w myślach pytanie, na które chyba nikt nie znał odpowiedzi.
    Chłopak prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że coś w jego zachowaniu uległo gruntownej zmianie. Nie robił tego świadomie. Choć może, gdyby mu ktoś wytknął takie czy inne zachowanie, zacząłby się zastanawiać, dlaczego postąpił tak a nie inaczej. Wtedy może doszedłby do właściwych wniosków. Ale nikt tak naprawdę nie chciał tego zrobić. Albo po prostu tylko Kevin to dostrzegł?
    - Wiecie co, chłopaki, będę już leciał - powiedział, gdy usiedli na trawie, by chwilę odpocząć. Otarł pot z czoła, który skleił jego blond włosy i napił się wody z butelki.
     - Co tak wcześnie? - zdziwił się Colin. - Coś się stało?
    - Nie, nic się nie stało, po prostu... Powinienem się już zbierać - odparł tylko. Wstał z ziemi, założył na siebie koszulkę, którą ściągnął, gdy zaczynali grać. Pożegnał się ze znajomymi i ruszył do domu.
Adison
    Nie uszedł jednak daleko, gdy na drodze spotkał uśmiechniętą od ucha do ucha Adison. Nieco zdziwiona dziewczyna już z oddali zaczęła do niego machać. Gdy się do siebie zbliżyli, przywitała się wesoło.
    - Cześć! Co ty tu robisz? Myślałam, że jeszcze gracie. Właśnie szłam popatrzeć, jak się pocicie. - Zaśmiała się. - Już skończyliście? Tak wcześnie?
    - Chłopaki jeszcze są na boisku, możesz do nich iść - odrzekł uprzejmie.
    - A ty? - Chciała wiedzieć. - Wiesz, myślałam, że moglibyśmy później razem gdzieś wyskoczyć... - zaproponowała nieśmiało. Shane spojrzał na nią nieco zdezorientowany. W pierwszej chwili nie pojął, o co dziewczynie chodziło. Dopiero po chwili dotarło do niego, że Adison zaproponowała mu randkę.
    - Adison, słuchaj - westchnął ciężko. - To, że cię uratowałem, wtedy na treningu nic między nami nie zmienia. Chyba to rozumiesz, prawda? Przykro mi, ale nigdzie razem nie pójdziemy. Dzisiaj ani jutro, ani nigdy. Ja chyba... Nie lubię cię tak jak ty mnie. Przepraszam, jeśli pomyślałaś sobie coś innego...
    Bardzo dokładnie jej się przyglądał, więc zauważył, jak cała radość uleciała jej z oczu, jak przez niego się zasmuciła. Starała się jednak nie pokazać po sobie, że jego odtrącenie jakoś bardzo ją zraniło. Po sekundzie załamania podniosła wysoko głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Uśmiechnęła się krzywo.
    - Ja tak tylko zaproponowałam. Nie chciałam, żebyś czuł się do czegoś zobowiązany, bez przesady. Po prostu sądziłam, że dasz się wyciągnąć do kina czy coś, ale skoro nie chcesz, nie będę się narzucać. - Wzruszyła ramionami. - To do zobaczenia w szkole! - zawołała na pożegnanie. Shane patrzył na nią z niemałym zdziwieniem na twarzy. Tak nim zakołowała, że już kompletnie nie wiedział, co o tym myśleć.
    Miał nadzieję, że dał Adison jasno do zrozumienia, że nic do niej nie czuł. Nie wiedział, czy aby nie zranił dziewczyny, ale co się stało to już się nie odstanie. Nie miał zamiaru żałować czegoś, czego za żadne skarby nie chciał powtarzać.
    "Adison zawsze była twarda. Nawet jeśli ją to w jakiś sposób uraziło czy może nawet zabolało, poradzi sobie." - pomyślał. Przynajmniej żywił taką nadzieję.

    Maya właśnie szykowała dla siebie późny obiad, może nawet coś w rodzaju kolacji, gdy jej telefon zadzwonił. Wytarła szybko ręce w ściereczkę i odebrała.
    - Hej! - usłyszała po drugiej stronie radosny głos Diany. Od razu się uśmiechnęła, bo przyjaciółka samym przywitaniem sprawiła, że humor jej się poprawił.
    - Dzień doberek! - zawołała. - Co tam słychać?
    - Wszystko dobrze. Co dzisiaj robisz? - zapytała niepewnie.
    - A co? - Maya zachowywała ostrożność. Nie wiedziała, czego Diana od niej chciała, ale gdyby to coś było niemożliwe do spełnienia, zamierzała mieć jakąś furtkę, przez którą mogłaby spokojnie wyjść, nikomu nie robiąc krzywdy.
    - No wiesz, zastanawiałam się, czy nie mogłybyśmy się spotkać, pogadać, może obejrzałybyśmy film? - zaproponowała.
    - Tylko we dwie? - dopytywała. Maya usłyszała szczęk kluczy w zamku. Wyjrzała z kuchni, by zobaczyć wchodzącego do domu Shane'a. Widząc, że dziewczyna rozmawiała przez telefon, uśmiechnął się do niej tylko. Razem weszli do kuchni.
    - No... Niezupełnie... Chloe już u mnie jest a Wen powinna za chwilę się pojawić. To co, wpadniesz? - zapytała z nadzieją. Serce Mayi zabiło szybciej. Uwielbiała swoją przyjaciółkę za to, że chciała pogodzić ją z dziewczynami, ale niestety, musiała odmówić. Z żalem w sercu odpowiedziała smutno.
    - Przykro mi, ale nie mogę. Poza tym Chloe i Wendy nie byłyby zachwycone moją obecnością.
    - Na pewno nie dasz się namówić? - próbowała nadal ją przekonać. Maya westchnęła cichutko.
    - Naprawdę chciałabym się spotkać, ale dzisiaj nie dam rady - odpowiedziała tylko. Woda w czajniku zagotowała się, więc wyłączyła go i zalała herbatę wrzątkiem.
    - Ale wszystko w porządku? Nic się nie stało? - zmartwiła się przyjaciółka. Blondynka zaśmiała się serdecznie.
    - Oczywiście, że wszystko okej. Po prostu jestem daleko od domu i nie dałabym rady przyjechać do ciebie - wyjaśniła szybko.
    - Aha, no chyba że tak. Innym razem?
    - Koniecznie! Pa, do zobaczenia w szkole! - pożegnała się.
    - Cześć!
    - Gadałaś z Dianą? - zainteresował się Shane, gryząc jabłko. Zdziwiona Maya potwierdziła. - Przykro mi - powiedział tylko.
    - Dlaczego? - zapytała, jeszcze bardziej zdezorientowana.
    - Będąc tutaj, nie możesz spotkać się ze swoimi przyjaciółkami - wyjaśnił.
    - Bez przesady. W sumie, dobrze mi tutaj. Co prawda bardzo tęsknię za mamą, Joshem i wszystkimi, ale tu czuję się... Tak swojsko. Jakbym była u babci czy coś. Poza tym nawet jakbym mieszkała u siebie, nie spotkałabym się dzisiaj z Dianą. Znów byśmy się tylko niepotrzebnie pokłóciły z dziewczynami. A tego naprawdę bym nie chciała.
    - Więc jeśli ani ja, ani ty nie mamy planów na wieczór, to może porobilibyśmy coś razem? Może popcorn i kolejny film? Co ty na to? - zaproponował, pomagając jej pokłaść całe jedzenie na tacy.
    - Czemu nie. - Wzruszyła ramionami. - To co oglądamy? - zapytała, gdy szli po schodach na górę.
    - Nie wiem, ale na pewno znajdziemy coś ciekawego - zapewnił. Weszli do pokoju dziewczyny, rozsiedli się na łóżku i, jedząc, szukali repertuaru, który zainteresowałby ich oboje.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej. Chyba nigdy w całej mojej karierze nic innego nie pisało mi się tak opornie jak ten rozdział. Po prostu kompletna katastrofa! Mam jednak nadzieję, że chociaż Wam będzie się to czytało lepiej niż mnie pisało ;) Mój pomysł na ten rozdział poszedł sobie do lasu i nici z niego wyszły. A miało być tak fajnie i tajemniczo :D
    Piszcie, co o nim sądzicie. Jestem mega ciekawa Waszych wrażeń po tych moich wypocinach. Od następnych rozdziałów znów zacznie się dziać, to mogę jedynie obiecać ;)
    Na razie to tyle. Pozdrawiam Was serdecznie! <3

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥
Mrs Black bajkowe-szablony