Pokazywanie postów oznaczonych etykietą window. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą window. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2016

Witamy w maju!


Cześć, wybaczcie, że tak dawno (znowu!) mnie nie było, ale wiele rzeczy ostatnio zwaliło się na moją głowę. Ten rok to czas ciągłych imprez i zabiegania w szkole. W domu też nie jest łatwo, więc staram się pomagać, kiedy tylko mogę i kiedy tylko jestem. Dodatkowo na urodziny dostałam mega wielkie puzzle i od trzech dni się z nimi męczę i jak na razie efekty marne. Więc laptop, a blogger to już całkiem, poszedł w zapomnienie na jakiś czas.
Ale znów wracam i postaram się wrzucić jakieś opowiadanie czy recenzję. Niewiele ostatnio przeczytałam, więc pewnie nie będzie nic o żadnej książce, ale może jakiś film, albo serial? Albo jeszcze coś innego wymyślę.
Rozpoczął się maj, a co za tym idzie i matury. Chciałam wszystkim maturzystom życzyć jak najprostszych zadań na resztę egzaminów. Chwalcie się, jak Wam poszły wcześniejsze testy? Do mojej matury jeszcze trochę, więc jak na razie nie muszę się za bardzo stresować (no chyba że za Was).
Jakie macie plany na maj? Co robiliście w majówkę? Ja odpoczywałam i się leniłam oraz dochodziłam do siebie po dwudniowej imprezie. No i oczywiście się rozchorowałam i teraz leżę sobie z katarkiem pod ciepłym kocykiem i się grzeję ;)
Także do zobaczenia już niebawem! ♥


sobota, 13 czerwca 2015

~43~


    - To musi być jakaś pomyłka - stwierdził kategorycznie Shane, wpatrując się w zielony naszyjnik jakby był zaklęty. Zdążył już wyśmiać Mayę za tak absurdalną myśl, przejść kilka razy przez jej pokój, by w końcu usiąść na łóżku naprzeciwko niej. Wcześniej długo czekał, by przyzwyczaić się do myśli, że należy do Zakonu. Teraz dziewczyna mówi mu, że jest jakimś potomkiem wielkiego króla, którego do niedawna nie znał nawet z legend. To dla niego zdecydowanie za dużo w krótkim czasie.
    - Ale nie jest - powiedziała uspokajająco, nadal się uśmiechając. Odkąd dowiedziała się prawdy, uśmiech nie opuszczał jej ust. Od niemal godziny próbowała przetłumaczyć blondynowi, że jest tak, jak ona mówiła, lecz on nie chciał jej słuchać. Spojrzała na niego niemal błagalnie. - Musisz mi zaufać. Wiem, co mówię - zapewniała go. Mimowolnie przybliżyła się do niego i położyła dłonie na ciepłych policzkach. Poczuła jak ciało chłopaka zadrżało pod wpływem jej dotyku.
    - Ufam ci - szepnął delikatnie, przysuwając się w jej stronę. Gdy milimetry dzieliły ich nosy od siebie, przymknął na chwilę powieki. Gdy znów na nią spojrzał, dostrzegła w jego oczach pewien błysk, który nakazał jej zrobić to, co zrobiła. Pochyliła się i pocałowała go. Shane uśmiechnął się, lecz nie był jej dłużny, natychmiast oddał pieszczotę. Nie okazał się niewinnym całusem; wręcz przeciwnie - długi, namiętny, pełen pasji i oddania pocałunek, który mówił wszystko, nawet to, czego ani Maya, ani Shane do tej pory nie byli świadomi.
    - Ufam ci - powtórzył jeszcze raz, gdy się od siebie odsunęli. - Ale to nie oznacza, że uwierzę we wszystkie bzdury, jakie mi powiesz - odezwał się zaczepnie lecz z przekonaniem. Uderzyła go delikatnie w ramie.
    - To nie jest śmieszne - odpowiedziała, poważniejąc. Serce nadal łomotało jej w piersi po tym, co się wydarzyło między nimi. Owszem, wcześniej całowali się już, lecz to, co działo się przed chwilą, nie mogło się równać z poprzednim razem. Było całkowicie inaczej. Nie miała pojęcia, na czym mogła polegać zmiana, lecz czuła, że coś się zmieniło. Miała jedynie nadzieję, że na dobre.
    Zasnęli, gdy na dworze zaczęło robić się jasno. Resztę nocy przegadali, nie wracając na razie do sprawy dziedzica. Maya wręcz modliła się, by Shane jak najszybciej przyzwyczaił się do nowej roli w całym tym bałaganie. Miała nadzieję, że zaakceptuje to, kim jest tak, jak to ona zrobiła.

    Przez kolejne dni nie udało się niczego ustalić ani wymyślić. Wszyscy wokół chodzili smętni, chłopcy w szkole wypytywali o Adama, a Shane i Maya zmuszeni byli do kłamstw. Taki stan rzeczy ogromnie ciążył, więc gdy przyszedł weekend, odetchnęli z ulgą. Choć nie na długo. Nadal wisiała nad nimi sprawa z Adamem.
    Przez te kilka dni pomiędzy Shanem i Mayą nie doszło do niczego więcej. Nie rozmawiali o tym, co zdarzyło się w tamtą noc; po prostu żyli dalej, chociaż blondynka przyłapywała się na tym, że coraz częściej spogląda na chłopaka jak na kogoś więcej niż na przyjaciela. Zaczęła też o nim odrobinę więcej myśleć. Nadal starała się bronić przed przeznaczeniem rękami i nogami, więc nie dopuszczała do siebie myśli, że chłopak jej się podoba, że może się w nim zauroczyła, lub co gorsza, zakochała. Wzdrygała się na samą myśl o tym, lecz gdy tylko wspominała ich pocałunek, robiło jej się przyjemnie a na usta wypływał błogi uśmiech.
Maya
    Na szczęście nie miała wiele chwil dla siebie, by po marzyć o Shanie. Cały wolny czas poświęcała temu, by wymyślić plan, dzięki któremu mogliby sprowadzić Adama z powrotem do domu. W sobotę rano postanowiła skontaktować się z Joshem - osobą, która jeszcze na ten temat się nie wypowiadała a mogła wiele wnieść do ich położenia. Poprosiła go, by przyjechał do domu blondyna. Chłopak oczywiście się zgodził i godzinę później siedzieli oboje w jej pokoju. Bardzo cieszyła się z ponownego spotkania. Brakowało jej ich wspólnych pogawędek. Nigdy nie rozstawali się na długo. Zawsze któreś w końcu dzwoniło i wyżalało się na wszystko drugiemu. Jednak w sytuacji, której się znaleźli, nie mogli tak uczynić. Na początku dlatego, że Maya nie znała prawdy, potem ze względu na to, że zbyt wiele się działo, a dziewczyna nie chciała zdradzać nieswoich sekretów. Teraz jednak nie widziała innego wyjścia. Jeśli on im nie pomoże, nie poradzą sobie sami. Ulżyło jej, gdy wyjawiła mu wszystko, ponieważ nigdy dotąd nie miała przed nim tajemnic - nawet to, co gdzieś usłyszała, niekoniecznie związane z nią, musiała z nim omówić. Taka już była. Ufała mu jak nikomu innemu i wiedziała, że chłopak nie zdradzi jej sekretów.
    - I co o tym myślisz? - zapytała w końcu, gdy Josh nie odzywał się przez jakiś czas. Przyglądała mu się uważnie. Był zamyślony. Nie chciała mu przeszkadzać, ale nie potrafiła wytrzymać już napięcia.
    - Przepraszam, musiałem to wszytko przemyśleć - odezwał się. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Był dobrej myśli i to napawało dziewczynę nadzieją, ponieważ gdyby powiedział, że nie widzi wyjścia, jak tylko się poddać, blondynka załamałaby się całkowicie. - Wydaje mi się, że wiem, co robić - powiedział niepewnie. Dziewczyna zerknęła na niego, nie spodziewając się, że tak szybko znajdzie rozwiązanie z tej jakże dramatycznej sytuacji.
    - Naprawdę? - Nic chciała uwierzyć. Pokiwał delikatnie głową, śmiejąc się pod nosem. - No to mów! - nalegała.
    - Zdaje mi się, że trzeba będzie oddać Elessar Malcolmowi - wyjawił swój zamysł po jeszcze krótkim zastanowieniu. Zaskoczona Maya nie wiedziała, co powiedzieć. Siedziała ogłupiała, wpatrując się w niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Nie potrafiła uwierzyć w to, co jej zaproponował. Już chciała zaprotestować, gdy znów się odezwał. - Musimy to zrobić. Inaczej nie uratujemy Adama. A chyba na tym zależy ci najbardziej, prawda? To w końcu twój przyjaciel.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Możecie mnie zabić, pozwalam Wam! Przepraszam, że rozdział taki krótki (a właściwie to chyba nawet rozdziałem nie można nazwać :/), ale... Nie mam nic dla swojej obrony! I dlatego jest mi przykro. Słońce i ciepło nie służą pisaniu, a przynajmniej nie kończeniu tej historii :/ Mam nadzieję jednak, że post był w porządku ;)
    Jeżeli chcecie przeżyć historię jeszcze raz, wpadajcie na wattpada, tam zaczęłam poprawiać opowiadanie ;) Już od początku znacznie go zmieniam, by poszło później w zamierzony przeze mnie kierunek :) Link macie nad datą dodania nowego postu ;)

sobota, 14 marca 2015

~38~


    Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, czy nie zadzwonić do Josha, nie porozmawiać z nim. Kika razy już nawet wybierała jego numer, ale za każdym razem w ostatniej chwili coś ją powstrzymywało. Zastanawiała się, jak miałaby zacząć rozmowę, czy od razu powiedzieć, że wie o wszystkim? Czy może w ogóle nie wspominać? Bijąc się z myślami, non stop chodziła po pokoju, co chwila przyłapując się na obgryzaniu paznokci.
    "Cholera! Josh, to nadal mój przyjaciel. Powinnam do niego zadzwonić, mimo wszystko." - postanowiła.
    Wybrała więc numer chłopaka i czekała aż odbierze. Po piątym sygnale stwierdziła, że to jednak może nie był za dobry pomysł, by dzwonić do niego o tak późnej porze. Już miała się rozłączyć, gdy usłyszała w słuchawce zaspany głos przyjaciela.
    - Halo?
    - Josh! - odetchnęła z ulgą. - Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie zorientowałam się, która jest godzina, zanim wybrałam numer.
    - Nic się nie stało. - Ziewnął. - Co tam u ciebie? Coś się stało? - Wyczuła zaniepokojenie w jego głosie. Już całkowicie się rozbudził.
    - Nie, skąd - uspokoiła go. - Po prostu chciałam usłyszeć twój głos, pogadać. Stęskniłam się strasznie! - Westchnęła. Usiadła w końcu na łóżku, położyła sobie na kolanach poduszkę i zacisnęła pięść na jej rogu. - Co tam u was? - zapytała nieśmiało.
    - Maya, wiem, że rozmawiałaś z mamą i powiedziała ci wszystko o mnie - powiedział, nie owijając w bawełnę. - Jak się z tym czujesz?
    - Cóż... - zawahała się. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nigdy nie była dobra w opisywaniu swoich emocji, czasami nawet nie orientowała się, co odczuwa. - Mam mętlik w głowie. Tyle się ostatnio wokół mnie dzieje, że nie wiem, czy czegoś ważnego nie ominę, nawet jakby to przeszło mi obok nosa. I niby teraz jest względnie spokojnie, to nadal wisi nade mną jakaś groza, napięcie. Wiem, że nie o to pytałeś, - dodała po chwili milczenia - ale potrzebuję się komuś zwierzyć. A komu, jak nie tobie? - Zaśmiała się smutno. - Gdzieś w głębi duszy wiem, że to tylko cisza przed prawdziwą burzą. I obawiam się, że nie przetrwam tego żywiołu, że może być zbyt mocny, bym utrzymała się na powierzchni ziemi...
    - Co ty wygadujesz? - zawołał Josh kompletnie oszołomiony.
    - Nie mówię, że umrę. Wydaje mi się jednak, że już długo nie uda mi się chronić Elessaru. Niedługo Gwardia przyjdzie po niego. A ja jestem zbyt słaba, by go obronić przed ich lepiącymi łapami. Dostaną to, czego pragną. Nie widzę innej przyszłości.
    - Nie pozwalam ci nawet tak mówić! - zagroził jej. - Co ty pleciesz? Jesteś bezpieczna, nic ci się nie stanie, obiecuję ci to ja, twój prywatny ochroniarz - powiedział z przekonaniem. Serce Mayi zabiło szybciej, gdy usłyszała jego zdeterminowanie. Prawie uwierzyła w jego słowa. Prawie. Intuicji nawet najlepsze kłamstwo nie dało zwieść.
    - On coraz częściej staje się gorący, czasami niemal nie do wytrzymania - szepnęła z przejęciem. - Wiem, że oznacza to tylko jedno. Że oni są już blisko. Elessar chce mi dać sygnał do działania, ale ja nie mam pojęcia, co robić.
    - Po pierwsze nie panikować!
    - Nie panikuję! - zaprzeczyła stanowczo, podnosząc nieco głos. Josh tylko prychnął cicho. - No może odrobinę. To mnie przerasta. Za dużo tego.
    - Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. - Zamilkł na chwilę. - Co ty na to, bym przyjechał jutro po ciebie po szkole? Spotkalibyśmy się, porozmawiali. Dobrze nam to zrobi.
    - Tak, to świetny pomysł. - Dziewczyna uspokoiła się nieco, choć nadal miała złe przeczucia, wiedziała, że Josh jej pomoże.
    - Co do Elessaru... Nie znam się na tym zbyt dobrze, to nie moja działka. Masz z kim o tym porozmawiać? Bo słyszałem, że z mamą się pokłóciłaś... - powiedział niepewnie.
    - Nie tyle pokłóciłam, co obraziłam. Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim skrywała przede mną jeszcze prawdę o tobie. Swoją drogą to na ciebie też byłam zła, ale już mi przeszło. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłeś mi o niczym powiedzieć. Tak samo jak ja muszę zachować swoje prawdziwe ja w sekrecie przed resztą normalnego świata. Co do reszty to myślę, że mogłabym zagadać panią Shay. Kto wie, może będzie coś wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. Nagle poczuła się naprawdę zmęczona. Ziewnęła i zamrugała kilka razy ciężkimi powiekami, pod którymi czuła piasek. Usłyszała śmiech chłopaka.
    - Idź spać. Niewiele godzin zostało ci do rana, ale powinnaś się położyć. Zobaczymy się jutro. Dobranoc! - pożegnał się z nią i rozłączył.
Maya

    Rano Maya rzeczywiście wstała niewyspana. Ale całkowicie tego nie żałowała. Cieszyła się, że w końcu przemogła się i zadzwoniła do Josha. Po rozmowie z nim ulżyło jej trochę. Nie wyzbyła się ani jednego niepokoju, ale starała się o niczym złym nie myśleć choć przez chwilę. Pomogło. Oczyściła umysł i gdy pozbyła się czarnych scenariuszy z głowy, świat stał się piękniejszy.
    Jedząc śniadanie, wyglądała przez okno. Pogoda była przepiękna. Słońce grzało mocno już od kilku godzin, delikatny, ciepły wiatr rozwiewał duchotę i szumiał między drzewami, poruszając zielonymi liśćmi. Aż chciało się wyjść na dwór, pooddychać świeżym powietrzem, skorzystać z przecudownego słońca i opalić się choć odrobinę. Niestety tak ładny dzień musiała spędzić w zimnych murach szkoły.
Alex
    Wychodząc z autobusu, rozejrzała się uważnie. Przed szkołą tłoczył się spory tłum. Jedni wchodzili do budynku, inni z niego wychodzili, chcąc zażyć darmowych, naturalnych witamin w porannych promieniach słońca. Gdzieś w oddali dostrzegła, dopiero zmierzające ku placówce po chodniku, Alex i Sam. Pomachała im z daleka. Dziewczyny uśmiechnęły się do niej szeroko, rozmawiając o czymś zawzięcie między sobą.
    Aby wejść głównymi drzwiami, Maya musiała przejść obok małego parkingu. Mijając ogrodzenie, zauważyła nowego nauczyciela. Stał w najodleglejszym kącie parkingu z dwoma chłopakami. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykłą rozmowę pomiędzy uczniami a ich wychowawcą. Dziewczyna jednak wiedziona instynktem zatrzymała się w pobliżu i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torebce. Tak naprawdę jednak uważnie przyglądała się mężczyznom. Wydawało jej się, że o coś się kłócą. Starała się przypomnieć sobie imiona chłopców, lecz nie potrafiła. Ich szkoła nie była duża, każdy znał każdego chociażby z widzenia. I choć wyglądali znajomo, za nic nie mogła dopasować tych osób do nazwisk. Już miała odejść, gdy jeden z chłopaków odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy. Serce na moment jej stanęło. Dłonie spociły się tak, że niemal nie upuściła torebki na chodnik. Zobaczyła kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Prześladowca ze snów pojawił się w jej rzeczywistości!

    Do końca zajęć próbowała sobie wmówić, że tam, na parkingu stał ktoś bardzo podobny do Toma. Że to nie był chłopak z jej koszmarów. Więc gdy wychodziła ze szkoły, niemal uwierzyła w swoje zapewnienia i nieco się uspokoiła. Już prawie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Zdziwiła się, widząc przyjaciela czekającego na nią przed szkołą opartego o swój samochód. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podbiegła szybko i uściskała go mocno. Na koniec delikatnie musnęła jego policzek ustami.
    - Hmm jakie miłe powitanie. - Zaśmiał się cicho.
    - Zasłużyłeś - odparła wesoło, wsiadając do auta po stronie pasażera. - To dokąd mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona.
    - Cóż... Sam nie wiem, może masz jakiś pomysł?
    - Mam ochotę na dużego truskawkowego loda, co ty na to?
    - Z przyjemnością.
    - No to ruszamy!
    Maya bardzo dobrze bawiła się z przyjacielem. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był jej obrońcą. Przed wszystkim - nawet przed złymi myślami, które, gdy tylko go zauważyła, zniknęły. Nie pamiętała już, kiedy spędzili ze sobą tyle czasu sami. Zawsze towarzyszył im albo brat blondynki, albo Alyss. Tym razem mogli pobyć po prostu we dwoje, porobić to, na co mieli tylko oni ochotę.
    Po lodach poszli na spacer, a gdy po południu ciemne chmury zakryły słońce i zaczęło z nich padać, schowali się w kinie. Josh kupił bilety na nową komedię.
    Wieczorem, gdy Josh stanął pod domem Shane'a, Mayi żal było z niego wychodzić.
    - Dziękuję ci - powiedziała. - Strasznie się za tobą stęskniłam. I dawno się tak dobrze nie bawiłam - przyznała.
    - Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej czule. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?
    - Jasne, że tak. Ty na mnie też - odezwała się, łapiąc ręką za klamkę. - Muszę już iść. Do zobaczenia! - Cmoknęła go w policzek i wyszła z auta. Przebiegła te kilka metrów dzielących ją od drzwi. Stanąwszy na schodach, pomachała do odjeżdżającego chłopaka. Z uśmiechem na ustach weszła do środka.
    Mijając kuchnię, poczuła, ze naszyjnik robi się ciepły. Nie było to jakieś nieznośne gorąco, wręcz przeciwnie. Nagle zrobiło jej się przyjemnie i spokój ogarnął jej ciało. Zdziwiona zajrzała do kuchni. Zastała tam panią Shay, czytającą książkę i pijącą herbatę. Przywitała się z nią i usiadła na przeciwko.
    - Mam do pani pytanie - odezwała się po chwili, gdy kobieta odłożyła na bok książkę i ściągnęła z oczu okulary,by móc lepiej widzieć dziewczynę.
    - Słucham. - Uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
    - Chodzi o Elessar. Coraz częściej czuję, jak staje się ciężki, czasami jest nie do zniesienia. Nieraz jest tak gorący, że pragnę go od razu zdjąć i rzucić gdzieś daleko. Myślę, że chce mnie przestrzec przed złem, które czai się niedaleko. Że niedługo zaatakują... - wyrzuciła z siebie szybko. - Ale przed chwilą naszyjnik stał się dziwnie przyjemnie ciepły. Jakby... jakby się ucieszył? - odpowiedziała pytająco. Nie była pewna, czy dobrze określiła to, co czuła. Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale gdy tylko to powiedziała, stwierdziła, że to niedorzeczne.
    - Mądra z ciebie dziewczyna - pochwaliła ją kobieta. - Elessar wyczuwa niebezpieczeństwo i daje ci znać, ze nadchodzi. Jestem niema pewna, że to, czego dzisiaj doświadczyłaś, ma coś wspólnego z jego prawdziwym panem. Może jest już blisko i dlatego klejnot się cieszy? Wiesz, może to zabrzmi głupio, ale ja traktuję go niemal tak, jakby był żywą istotą. Kiedyś uzdrawiał ludzi, może dać władzę. Ma wiele przymiotów ludzkich. Czuje, chce chronić rodzinę, do której na pewno się zaliczasz. Zupełnie jak człowiek, nie sądzisz? - zapytała, przyglądając się jej uważnie.
    Maya dotknęła ostrożnie wisiorka. Pod palcami poczuła ciepło, które przekonało ją, że pani Shay ma rację. Dziedzić Elessary był już bardzo blisko!

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć! Nie marudząc dzisiaj, piszcie tylko, co myślicie o rozdziale ;) Dla mnie jest okej, tak mi się przynajmniej wydaje :D

piątek, 27 lutego 2015

~37~


Maya
    Maya obudziła się wcześnie rano. Słońce już próbowało przedostać się przez roletę do pokoju. Dziewczyna wstała więc i odsłoniła, a następnie otworzyła okno, by wpuścić do środka mnóstwo świeżego powietrza, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej gorące. Znów zapowiadał się upalny dzień.
    Myjąc, a następnie ubierając się, wspominała mile spędzony wieczór. Razem z Shanem najpierw zjedli przyszykowany przez dziewczynę posiłek. W międzyczasie wybrali film, który odpowiadał im obojgu. Następnie zrobili popcorn i zasiedli przed laptopem na łóżku Mayi. Czuła się delikatnie skrępowana tak bliską obecnością chłopaka. Bardzo dobrze pamiętała o ich pocałunku, o znamieniu, które ich połączyło. Starała się o tym choć przez chwilę zapomnieć i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.
    A wieczór trzeba było jak najbardziej zaliczyć do udanych! Blondynka dawno tyle się nie śmiała jak przez te kilka godzin. I to nie tylko za sprawą komedii, którą oglądali, ale również dobrego towarzystwa. Jeszcze będąc w kuchni i czekając aż popcorn będzie gotowy, Shane starał się, by Maya przy nim poczuła się naprawdę dobrze. Swojsko. I chyba mu się to udało, bo gdy tylko na ekranie pojawiły się pierwsze napisy, Maya odprężyła się a kolejne jej zachowania były całkowicie naturalne i spokojne.
    Pamiętała, że po obejrzeniu komedii, Shane włączył jeszcze jeden film, ale nie mogła sobie przypomnieć choćby o czym opowiadał.
    "Widocznie zasnęłam" - pomyślała, schodząc na dół. W kuchni napiła się tylko trochę wody i wyszła, by pobiegać. Po drodze nie spotkała żadnego z domowników. Zapewne wszyscy jeszcze spali. - "Trudno im się dziwić. W końcu jest niedziela. Mają prawo odpocząć po całym tygodniu pracy."
    Codziennie biegła tę samą trasę, ale z każdym dniem czuła się zupełnie inaczej. Na początku była wyczerpana po tych kilku kilometrach, lecz z czasem jej ciało w końcu nabrało kondycji i już nie męczyła się tak okropnie. Co prawda nadal brakowało jej wiele do dobrej formy, ale znalazła się na idealnej drodze. Była z siebie naprawdę dumna. Kiedyś nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie biegać. Po treningach z panią Shay zaczynała lubić bieganie. Mogła wtedy się odprężyć, wyciszyć lub na spokojnie wszystko przemyśleć. Tego ostatniego nie lubiła robić. Wolała, męcząc się, zapomnieć choć na chwilę o wszystkim, by później, móc z podwójną siłą zmierzyć się ze swoimi problemami.
Maya
    Kiedy wróciła, dochodziła ósma. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w czyste ciuchy i zeszła do kuchni, by zjeść śniadanie. Tam przywitała ją uśmiechnięta od ucha do ucha mama Shane'a. Piła kawę, czytając leżącą przed nią na blacie książkę. Dziewczyna przywitała się grzecznie i zaczęła wyjmować z lodówki rzeczy, które zamierzała zjeść.
    - Widziałam, że biegałaś. To bardzo dobrze, że tak wcześnie, bo później zapowiada się niezwykle gorąco. Aż strach wychodzić z domu w taki upał żeby jeszcze jakiegoś udaru nie dostać - zagadnęła kobieta. Maya zgodziła się z nią cicho, nalewając sobie soku pomarańczowego do szklanki.
    - Wolę biegać, gdy jest o wiele chłodniej niż teraz, dlatego wstałam dzisiaj trochę wcześniej - przyznała.
    - Idzie ci już dużo lepiej - pochwaliła ją szczerze. - Pewnie to zauważyłaś?
    - Tak, jasne, że tak. Nie męczę się tak szybko jak wcześniej, mięśnie też tak bardzo nie bolą - powiedziała po czym zaczęła jeść przyszykowaną kanapkę z serem żółtym, pomidorem i rzodkiewką. Później nie rozmawiały już wiele.
    Po jakimś czasie, gdy Maya  kończyła śniadanie, do kuchni wszedł zaspany Shane. Drapiąc się po głowie jedną ręką, drugą przecierał nie do końca jeszcze otwarte oczy. Na sobie miał krótkie, zielone spodenki i cienką koszulkę na ramiączkach. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, zwłaszcza po tym, jak przejechał po nich dłonią.
    - Cześć - rzucił w stronę siedzących kobiet, po czym ziewnął. Zajrzał do lodówki, a gdy niczego interesującego go, nie znalazł, nalał sobie do kubka kawy i upił łyk, opierając się o blat szafki. Spojrzał na rozbawioną Mayę i kręcącą głową mamę. - No co? - zdziwił się.
    - Nic - odpowiedziały równocześnie po czym obie wybuchnęły śmiechem. Chłopak machnął na nie ręką po czym wrócił do swojego pokoju, by później wziąć prysznic i ubrać się.
    - Powinnam iść. Obiecałam mamie, że do niej zadzwonię, gdy tylko będę miała chwilkę, a tak się składało, że tej chwilki w tym tygodniu nie znalazłam - odezwała się Maya, gdy posprzątała po sobie. Pani Shay pokiwała tylko głową.
    Dziewczyna wyszła na zewnątrz, by w spokoju móc porozmawiać z mamą, zapytać o nurtujące ją sprawy. Usiadła na trawie w cieniu ogrodu i wybrała numer rodzicielki.
    - Halo? - usłyszała po chwili w słuchawce jeszcze delikatnie zachrypnięty głos mamy.
    - Cześć, mamuś! - zawołała.
    - Dzień dobry, słońce! Co tam u ciebie słychać? Dawno się nie odzywałaś! - powiedziała z lekką przyganą w głosie.
    - Wiem, wiem, ale dużo się działo. Był mecz, szkoła no i ogólnie różne takie - odparła wymijająco. - Dzwonię do ciebie, ponieważ tak się wczoraj zastanawiałam. Legenda głosi, że kiedy Zakon dowie się, kto jest Strażniczką, to wtedy poznamy dziedzica Elessaru, prawda?
    - Tak - potwierdziła kobieta, nie rozumiejąc jeszcze, do czego jej córka pije.
    - Więc skoro oni wszyscy tutaj wiedzą o mnie a ja o nich, to dlaczego władca tego cholernego naszyjnika się jeszcze nie pojawił? Albo się pojawił, ale ja go nie zauważyłam? Jak go rozpoznać?
    - Po pierwsze nie panikuj! - ostrzegła, słysząc narastające napięcie.
    - Nie panikuję! - zdenerwowała się Maya. - Po prostu chcę wiedzieć. Całą prawdę i tylko prawdę.
    - No więc dobrze, opowiem ci tyle, ile sama wiem. - Westchnęła cicho. - Legenda oczywiście wspomina, w jakich okolicznościach poznamy tego, któremu oddamy Elessar. Niestety, nie mówi nam, że przyjdzie od razu. Nie mamy pojęcia, czy zjawi się pierwszego dnia, miesiąc po tym, jak się wszystkiego dowiedzieliśmy, a może będziemy musieli czekać rok? Może być też tak, że ten dziedzic nie będzie wiedział, że to on jest tak ważną osobą. Może to ty będziesz musiała go odnaleźć i go uświadomić o ciążącym na nim brzemieniu. Taka wiedza niestety nie przetrwała do naszych czasów. Jeśli oczywiście w ogóle Strażniczki kiedyś wiedziały o czymś takim, bo nie można brać za pewnik, że nasi przodkowie rozumieli wszystko. Gdy Król przyszedł do Galadrieli, ona po prostu wiedziała. I to samo chyba będzie z tobą. Gdy już będziesz miała tego właściwego człowieka przed sobą, zrozumiesz, że to on.
    - To wcale nie jest pomocne - przyznała blondynka, bawiąc się pojedynczym źdźbłem trawy.
    - Wiem, kochanie i przepraszam, ale nie jestem wstanie ci inaczej odpowiedzieć. Oczywiście mogę poszukać w jakiś książkach, popytać, ale wątpię, bym znalazła coś ponad to, co już wiem. - Zasmuciła się na moment. - Lepiej opowiadaj, co tam słychać u ciebie? - zmieniła szybko temat.
    - Co by tu dużo mówić... Odkryliśmy z Shanem, że przeznaczenie nas połączyło, znacząc nas takimi samymi znamionami - zaczęła lekceważąco. - Nikt z tego powodu nie jest szczęśliwy, choć czekaj, może on w sumie... Sama już nie wiem... Może i Shane się cieszy z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo wie, że i tak będziemy razem? Ale przecież to głupie, nie? To, że nie my wybieramy, z kim chcemy być. Nie znoszę, gdy nie mam prawa głosu! - Westchnęła ciężko.
    - Naprawdę pojawiła się u ciebie ósemka? - zdziwiła się. Maya potwierdziła cicho. - Ale przecież... Wcześniej jej nie miałaś? Kiedy... Kiedy to się stało?
    - Na wycieczce. Upadłam. Myślałam, że to blizna po tym, jak się uderzyłam i rozcięłam skórę, ale teraz już wiem, że nie - dokończyła z żalem.
    - Posłuchaj mnie, kochanie. Czy rodzice Shane'a wyglądają na nieszczęśliwych? Kłócą się? Albo Adama? - zapytała rzeczowo. Maya musiała się zastanowić przez chwilę.
    - Wydaje mi się... Znaczy chyba są szczęśliwi razem. I nigdy nie widziałam, żeby się kiedyś kłócili. Przynajmniej nie przy mnie.
    - Więc nie stawiaj od razu, że nie będziesz szczęśliwa. Przeznaczenie nie oznacza... - Maya nie pozwoliła jej dokończyć.
    - Przepraszam cię, mamo, ale słyszałam to już od Shane'a. To nie oznacza braku wyboru. Mogę wybrać, przecież wiem, ale... Ja po prostu czuję jeszcze większą presję niż wcześniej, gdy dowiedziałam się, że jestem Strażniczką i że muszę strzec tego małego wisiorka.
    - Wiem, kochanie. Dlatego moja rada jest taka. Nie kieruj się rozumem. Głowa ci tu w niczym nie pomoże, może jedynie przeszkodzić. Słuchaj serca. Ono będzie wiedziało, co dla ciebie najważniejsze - powiedziała serdecznie.
    - Dziękuję. - Blondynka szepnęła, wpatrując się w pięknie kwitnące róże w ogrodzie pani Shay. - A co u was? - zapytała po chwili milczenia.
    - Tak szczerze to bardzo dobrze się składa, że pytasz, bo powinnam z tobą porozmawiać - zaczęła poważnie.
    - O nie, jeszcze jedna rodzinna tajemnica? - jęknęła głośno. Gdy nie usłyszała śmiechu mamy, spoważniała. - Okej, słucham.
    - Chodzi o Josha...
    - Co z nim? Coś nie tak? Miał wypadek? - przestraszyła się Maya, nie dając dokończyć myśli swojej mamie.
    - Nie skądże znowu! - zawołała. - Po prostu myślę, że już czas, byś dowiedziała się wszystkiego. - Zrobiła delikatną pauzę na złapanie oddechu. - Josh i Alyss są twoimi kuzynami. Ich mama jest moją kuzynką. Twoja babcia jest starszą siostrą babci Josha. Wszyscy wiedzą o Elessarze i pomagali mi cię bronić. To dlatego Josh pojechał wtedy do ciebie, gdy przyjechałaś z wycieczki. Znał zagrożenie, spotkał się z nimi, na szczęście były to tylko dwa chłystki i sobie z nimi bez problemu poradził. Był szkolony na twojego obrońcę.
    Maya zaniemówiła. Sądziła, że po wszystkich nowinkach, jakie usłyszała przez ostatni miesiąc, jest przygotowana na wszystko. Ale myliła się. To, co powiedziała jej mama, zmroziło jej krew w żyłach.
    "Wszyscy wiedzieli, wszyscy, tylko nie ja..."
    - Słońce, wiem, że to dla ciebie ogromny szok - zaczęła, gdy Maya się nie odezwała - ale poradzisz sobie z tym. Wiem, że tak. Josh... On nie wiedział od początku. Jego mama powiedziała mu, gdy skończył piętnaście lat. Więc wasza przyjaźń jest prawdziwa. Ona tylko ułatwiała mu chronienie ciebie przed różnymi niebezpieczeństwami. A uwierz, czyhało ich niemało na ciebie. Początkowo chciałam ci o tym powiedzieć od razu, gdy tylko dowiedziałabyś się o Strażniczkach. Ale wiesz, jak się to wszystko potoczyło. Nie chciałam dokładać ci zmartwień, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli dowiesz się o tym kiedy indziej. Dzisiaj wydało mi się, że muszę ci powiedzieć, bo będziesz go wkrótce potrzebować. Mam nadzieję, że moje przeczucia okażą się mylne, ale uważaj na siebie. I pamiętaj, że Josh zawsze ci pomoże, o każdej porze dnia i nocy. Tak, jak to było do tej pory. Słyszysz? Maya, jesteś tam?
    Matka dziewczyny usłyszała tylko ciche piknięcia, gdy blondynka się z nią rozłączyła.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć i czołem! ;) Choroba przeszła, więc przyszedł czas na napisanie i dodanie czegoś. I oto macie świeżutki rozdział! Mam nadzieję, że jest okej ;) Wiem, że ostatnio mało się działo, ale zawsze w opowiadaniach musi być chwila przerwy, czasami na wyjaśnienia, czasami tylko po to, by zrobić dramatyczny powrót zła, a czasami dlatego, by zaskoczyć czymś czytelników. Mam nadzieję, że niedługo tak będzie, bo u mnie były chyba wszystkie te powody ;) Był czas na wyjaśnienia, bo bez nich nikt nic by nie ogarniał, bo to w sumie w rozdziałach ciszy wszystko wychodzi na wierzch, musiała być chwila przerwy dla wszystkich, by potem się zaskoczyć. A może nie :D Nie wiem, jeszcze ;)
    Rozdział pisany w przerwie między oglądaniem Zmierzchu <3 Tak mnie jakoś naszło :D
    Pozdrawiam serdecznie! ♥

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥

sobota, 6 grudnia 2014

~31~


    Resztę dnia spędziła za zamkniętymi na klucz drzwiami. Nie otwierała nikomu. A ktoś pukał kilka razy. Spodziewała się tego i dlatego założyła słuchawki na uszy i włączyła głośno muzykę. Wtedy mogła udawać, że nic się nie dzieje.
    A do drzwi pukała matka Shane'a. Chciała zobaczyć, co u Mayi. Miała nadzieję, że porozmawia z dziewczyną, dowie się, co myśli o zaistniałej sytuacji. Gdy jednak zobaczyła, że blondynka nie chciała się z nikim widzieć, dała sobie spokój.
    Maya starała się nie myśleć o wydarzeniach z tego dnia. Ale nie udawało jej się. Niektóre słowa, pewne sceny po prostu pojawiały jej się w głowie i zostawały tam na długo. Chyba najdłużej analizowała wypowiedź Shane'a i ich pocałunek. Była rozdarta. Jedna jej część uważała, że tak jak było do tej pory to dobre wyjście. Lecz w głębi duszy czuła, że tak do końca nie jest wszystko okej. Coś nie pasowało do całości. I najbardziej obawiała się tego, że to ona była tym niepasującym do tej układanki elementem.
    "Ale czy wtedy nie było by dla mnie lepiej? Prościej? Gdyby okazało się, że to wszystko to jedna wielka pomyłka?" - zastanawiała się. Zdawała sobie sprawy, że nie może być mowy o żadnej pomyłce. Mimo to łudziła się.
    Tak bardzo chciała zadzwonić do którejś z przyjaciółek i pożalić się jej. Już sięgała po telefon, gdy uzmysłowiła sobie, że nie miała do kogo zadzwonić. Z Dianą nigdy nie były na tyle blisko, by powierzać jej tak ważne dla niej sprawy. Oczywiście, mogła na nią liczyć i bardzo się lubiły, ale to z Wendy zawsze wszystko dokładnie omawiała, jeśli w grę wchodzili chłopcy. To ona wiedziała, kiedy Maya potrzebowała mocnego kopniaka w tyłek a kiedy pocieszenia. To ona  była przy niej, kiedy pierwszy raz się zakochała. Więc co się stało, że ta więź tak nagle zniknęła? Że Wendy już nie potrafiła zauważyć złego nastroju przyjaciółki? Pojawiła się osoba trzecia - Chloe - która wtrąciła się między nie i tak długo przekonywała do siebie Wen, aż omamiła ją sobie wokół palca, żeby mieć ją tylko dla siebie.
    Przed oczami Mayi stanęła jej scena, gdy w czwórkę były na lodach w urodziny Diany. Siedziały w ogrodzie przy kawiarni pod szerokim parasolem i śmiały się, jedząc desery lodowe. Wtedy też Maya chciała opowiedzieć przyjaciółkom o tym, że dziewczyna Josha ją wkurzała swoim zachowaniem. Już zaczęła o niej opowiadać, gdy nagle Chloe wtrąciła się, mówiąc jakąś "ważną" informację, dotyczącą zespołu koreańskiego, czy diabli wiedzą jakiego jeszcze. Zainteresowana Wendy szybko odwróciła się od Mayi, przepraszając ją. Kiedy Chloe, Diana i Wen przestały się podniecać, myślała, że będzie mogła dokończyć, lecz myliła się. Te zaczęły już niwy temat, nie dając jej nawet dojść do głosu. Dziewczyna poczuła się odrzucona i potem już mało kiedy się odzywała.
    Tak bardzo starała się utrzymać z nimi dobry kontakt. Znosiła wiele - ignorowanie, lekceważenie, niezauważanie; często czuła się niewidzialna dla nich. Ale stając się niewidzialną dla nich, robiła się coraz bardziej widzialna dla reszty klasy, z którą Wed i Chloe nie za bardzo się dogadywały w ostatnim roku. To właśnie wtedy Maya znów zaczęła spędzać czas z Alex i Abby. Coraz częściej śmiała się i gadała z chłopakami. Zbliżyła się do wszystkich. A oddaliła od przyjaciółek.
    Maya, zmęczona całym dniem wrażeń, zasnęła.
    Gdy otworzyła oczy, czuła się nadzwyczaj wypoczęta. Rozejrzała się dokoła i zmarszczyła brwi. Nie znajdowała się już w pokoju, który zajmowała w domu Shane'a. Stała pośrodku wielkiej polany, na której rosło mnóstwo kolorowych kwiatów. W oddali widziała cienie wielkich, rozłożystych drzew. W jej polu widzenia nie znajdowało się nic innego. Ruszyła więc w stronę, w której widziała rosnące drzewa. Idąc, spojrzała w górę. Niebo było błękitne bez ani jednej chmurki. Nie czuła na odsłoniętej skórze ramiona powiewu wiatru, mimo to zrobiło jej się zimno. Potarła dłońmi zmarznięte ramiona, rozglądając się za przyczyną tak nagłego spadku temperatury. Niczego niepokojącego nie zauważyła, ale mimo wszystko przyspieszyła, nie czując się bezpiecznie na odsłoniętym terenie.
    Cały czas szukała czegoś, co nie pasowałoby do tak pięknego krajobrazu, idąc coraz szybciej. Niemal wbiegła pomiędzy drzewa, zerkając za siebie. Wydawało jej się, że na horyzoncie coś zauważyła. Zbliżało się do niej. Serce przyspieszyło na chwilę swoją pracę. Zniekształcony na początku cień, z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy. Nie czekając, aż zbliży się jeszcze bardziej do dziewczyny, ruszyła przed siebie w głąb lasku.
    Biegła, słysząc za sobą dyszenie tego czegoś, co za nią biegło. Od czasu do czasu złamało gałązkę czy nadepnęło na suche liście. Nie miała pojęcia, co to było. I nawet nie chciała przystanąć, by przekonać się, jak wyglądał ten stwór, który ją gonił.
    Raz zdawało jej się, że był tuż za nią, a następnym razem, że nagle przestał ją gonić. Dziewczyna jednak nie zwolniła. Czuła, że gdyby się zatrzymała, straciłaby szansę na ucieczkę. Więc biegła przez ciemny las, który zdawał się nie mieć końca, a z pozoru był zaledwie kilkoma drzewkami.
    Zwolniła nieco, bo mimo ćwiczeń, jakie zafundowała jej pani Shay, jej kondycja była daleka od dobrej. Już po tych kilkudziesięciu metrach brakowało jej tchu, a serce niemiłosiernie waliło w żebra. Ale nie poddawała się. Biegła dalej.
    Zrobiło się znacznie ciemniej i zimniej. Zastanawiając się nad przyczynami, nie zauważyła wystającego z ziemi grubego korzenia. Upadła, zdzierając sobie skórę z dłoni i tłukąc kolano. Gdy stanęła z powrotem na nogach, zabolało. Zaczęła kuśtykać, lecz to nie było to samo co bieg. Nagle tuż za sobą usłyszała cichy warkot. Przerażona, mimo bólu ruszyła biegiem pod górę.
    Łzy bólu i strachu strumieniami spływały jej po policzkach. Nie szlochała ani nie krzyczała. Była na tyle opanowana, by pamiętać o tym, że nawet najmniejszy szelest może spowodować, że się ujawni. Starała się też nie nadeptywać na suche liście czy gałęzie, ale w lesie było to wręcz niewykonalne przy takiej prędkości. Co raz skrzywiała się, słysząc pod jej stopami dźwięk łamanej gałązki.
    Zerknęła przez ramię do tyłu, by zorientować się, czy ktoś za nią biegnie. Między drzewami zauważyła jakby wielkiego czarnego psa o dwóch głowach. Tyle że te dwie głowy nie należały do jej ulubionych zwierząt. Łby stworzenia były ptasie. Miały dziób i dwoje oczu po jednej i po drugiej stronie czaszki. Monstrum obrośnięte było ciemną, długą sierścią, gdzieniegdzie oblepioną czymś jasnym. Ślepia wpatrywały się w nią z czerwono złotym błyskiem. Dzioby kłapały. Od czasu do czasu wysuwały się z nich różowe języki. Cienki ogon zakończony czymś podobnym do ptasiego pióra ruszał się niespokojnie. Wielkie, ciężkie łapy ze schowanymi ostrymi pazurami nie wydawały głośnych dźwięków przy kontakcie z ziemią. Słychać było delikatne stąpnięcia i łamanie gałązek gdy akurat stwór na nie nadepnął.
    Przerażona widokiem nadzwyczajnego monstrum, przyspieszyła. Niestety nie udało jej się biec wystarczająco szybko. Zwierzę w pewnym momencie skoczyło na nią i powaliło na ziemię. Oddychając ciężko, próbowała się wydostać spod jego cielska, lecz on okazał się zbyt wielki i ciężki. I śmierdział mokrym psem. Warknął cicho na nią po czym usłyszała w swojej głowie pomruk, który dopiero po chwili zrozumiała.
    - Niepotrzebnie przede mną uciekałaś. I tak cię dopadłem. Ja zawsze znajduję tych, na których mi zależy. A na tobie zależało mi od początku. Jesteś krucha, słaba. Od razu wiedziałem, że kiedy przejmiesz pieczę nad Elessarem, zdołam do ciebie dotrzeć. I mi się udało. - Charknął, co tylko trochę przypominało śmiech.
    - Kkim jesteśś? - wyjąkała, starając się zaczerpnąć powietrza, nieskażonego jego zapachem.
    - Złem - odparł po prostu. I tym razem najpierw usłyszała zwierzęcy pomruk, a dopiero potem zmienił się on w jej głowie w słowa wypowiedziane męskim głosem.
    - Jesteś prawdziwy? - zapytała cicho. Zwierzę zaśmiało się.
    - Teraz? Oczywiście, że nie. To tylko twój sen. Ale czy to, że jestem w twoim śnie, nie oznacza, że nie istnieję naprawdę? - odezwał się filozoficznie. Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu umilkł zupełnie...

    Maya obudziła się zlana potem. Usiadła i zapaliła nocną lampkę, bo jak się okazało, na dworze zrobiło się już całkowicie ciemno. Na chwiejnych nogach podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i wciągnęła głęboko czyste, nocne powietrze. Poczuła się nieco lepiej. Serce przestało tak szybko bić, choć nadal się bała. Nie potrafiła określić czego dokładnie. Dlatego postanowiła, że rano pójdzie do biblioteki i będzie szukała tak długo, dopóki nie znajdzie czegoś na temat stworzenia, które ją goniło w lesie we śnie.
    Leżąc z powrotem w łóżku zastanawiała się nad ostatnimi słowami zwierzęcia. Niby wszystko rozumiała, ale tak naprawdę niczego nie wiedziała. Miała dość niewiadomych, tajemnic, niedopowiedzeń. Całe jej życie to jedno wielkie kłamstwo i sekret, które zamierzała już wkrótce odkryć. Z czyjąś pomocą lub bez znajdzie odpowiedzi na resztę pytań. A było ich sporo. Tylko najpierw musi się porządnie wyspać.


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Jedno malutkie pytanie do Was: dlaczego uważacie, że Adam jest wredny? Bo ja na przykład tego nie widzę, bo patrzę subiektywnie na jego postać, a bardzo jestem ciekawa, co takiego zrobił, że macie go za złą postać. Pytam z czystej ciekawości, bynajmniej nie chcę zmienić jego charakteru, bo może czasami faktycznie mi nie wyszedł, ale według mnie jest taki, jaki powinien być. Tylko zastanawia mnie, co spowodowało, że go nie lubicie. I bardzo proszę o odpowiedź, bo naprawdę to dla mnie ważne.

    A teraz życzenia Mikołajkowe! Wszystkiego najlepszego! Śniegu na Święta! No i wszystkiego, czego sobie życzycie. Dostaliście coś, czy Mikołaj nie przyszedł szóstego grudnia i nadal czekacie na Wigilię? :)

    Pozdrawiam serdecznie! I ZAPRASZAM DO GŁOSOWANIA W ANKIECIE!

sobota, 6 września 2014

~25~


    Maya wystraszyła się, bo bardzo bała się ciemności. Wymacała klamkę za sobą i pociągnęła, ale drzwi nie ustąpiły. Szarpnęła mocniej, ale i tym razem nic się nie stało. Zaczęła szybciej oddychać, a dłonie spociły się jej. Zerkała nerwowo na wszystkie strony, jakby nagle, w ciemności, miał przyjść ratunek.
   I przyszedł. Nie minęła sekunda, a światła po jednej i po drugiej stronie zapaliły się. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się na pierwszym stopniu schodów prowadzących w górę do małej biblioteki. Wszędzie wokół stały drewniane regały z książkami. Wyglądały na stare - jedne zalegał kurz, inne oprawione w grube skóry, lub zniszczone tak, że strach było je wziąć do ręki, by ich nie uszkodzić bardziej. Całe pomieszczenie oświetlały małe lampki - jedne wisiały pod sufitem, inne zostały wbudowane w poręcze schodów lub stały na stolikach.
   Zafascynowana Maya weszła po schodach na górę, rozglądając się uważnie dokoła. Bardzo jej się tam podobało. Jasne, drewniane meble oświetlone żółtym światłem z lamp sprawiały, że w pokoju było przytulnie i przyjemnie. Na górze stanęła naprzeciwko kolorowego witrażu. Po obu stronach mała biblioteka powiększała się o kolejne regały, mały stolik i dwa krzesełka. W rogu stały duże, ciężkie skrzynie.
    Biblioteka była naprawdę piękna. Maya kochała czytać i wszystkie pomieszczenia, gdzie znajdowało się dużo książek, podobały jej się. Uwielbiała spędzać czas w bibliotece, gdzie miała pod ręką wiele różnych egzemplarzy.
    Uważając na niski sufit, podeszła do półki z książkami i przejechała po ich grzbietach. Na jej palcu zebrał się kurz, który strzepnęła na podłogę. Wyciągnęła z regału jeden egzemplarz, który wpadł jej w oko i usiadła z nim. Książkę położyła na stoliku otwartą na pierwszej lepszej stronie. Zaczęła ją przeglądać, nie czytając uważnie tylko zerkając pobieżnie na nagłówki na stronach. Po kilku tytułach zorientowała się, że trzyma książkę z legendami. Niektóre znała, inne w ogóle nic jej nie mówiły. Pod koniec książki natrafiła jednak na nazwę, którą znała doskonale od kilkunastu dni. Elessar. Zaintrygowało ją to, więc zatrzymała się na tej stronie i zaczęła czytać.

    "Elessar stworzono w Gondolinie - siedzibie elfów - na samym początku dziejów ludzkich i elfickich na ziemi. Był to zielony klejnot o mocy uzdrawiania, która ocaliła niejednego elfa podczas niezliczonych walk. 
    Niestety, ery elfów przemijają, nastały czasy, w których to ludzie mieli większą władzę. Ten, który stworzył Elessar wiedział, że klejnot przeznaczony jest do wielkich rzeczy, wielkiemu władcy, który nadejdzie. Jednak zdawał sobie sprawę, że on już mu go nie odda. Poprosił więc swoją najstarszą siostrę, by zaopiekowała się nim, tłumacząc jej wszystko, co było potrzebne. 
   - Galadrielo - rzekł. - Tobie powierzam Elessar, najwspanialsze moje dzieło, które musisz chronić przez złem, albowiem wielu jest takich, co chcieliby go posiąść dla władzy, którą może im dać. Strzeż go, a gdy przyjdzie pora, oddaj temu, który jest prawowitym właścicielem jego. Poznasz go, bo będą go zwać Elessarem, Kamieniem Elfów, choć pochodzić będzie z linii długowiecznych królów - ludzi. 
    Siostra jego zgodziła się. Wzięła od niego Elessar i ukryła, używając całej swojej mocy. Zamieniła go w broszkę, którą zawsze miała przy sobie, na wypadek, gdyby spotkała prawowitego jej właściciela. 
    Długo musiała czekać, aż Elessar przybył do niej jako biedny wędrowiec, który dopiero ma zasiąść na tronie wielkiego królestwa rozciągającego się od morza do morza, od gór do gór. 
    Spotkali się na zielonej łące porośniętej białymi kwiatami. Kobieta ukłoniła się z szacunkiem, wyciągając na otwartych dłoniach skarb. Potem spojrzała mu w mądre oczy i powiedziała: 
    - Panie, oddaję ci twoją własność, którą powierzono mi w opiekę. Strzegłam jej, dopóki nie przyjechałeś po nią. Teraz mogę ci ją z pełnym zaufaniem podarować, mając nadzieję, że przywrócisz na naszych ziemiach ład i porządek. 
     Wtedy w królestwie nie działo się najlepiej. Ziemie rozgrabione przez samozwańczych władców zamieszkiwały istoty złe i okrutne, które nie znały litości. Pastwiły się nad innymi, okradały prostych ludzi z całego ich życiowego dorobku, zabijały dla przyjemności. 
    Elessar, wziąwszy broszkę, obiecał kobiecie, że wszystko będzie jak dawniej. Przypiął klejnot do ubrania wędrowcy i ruszył na koniu na południe, do swojej przyszłej siedziby. 
    Elessar dotrzymał danej Galadrieli obietnicy. Niedługo potem zasiadł na tronie i panował na nim przez sto dwadzieścia dwa lata, rządząc sprawiedliwie. 
    Potem jego koronę przejął najstarszy syn Elessara, następnie jego syn i tak dalej. A z czasem wiek potomków Elessara zaczął się skracać i ostatni mężczyzna z jego rodu, o którym mówią kroniki, dożył tylko stu lat. Potem nastały czasy, gdzie ludzie sami zaczęli decydować, kto będzie sprawował władzę. Rodzina królewska już przestała być ważna, zburzono przepiękny zamek, w którym niegdyś Elessar został koronowany na króla. Nastał czas prezydentów, premierów i innych rządzących. 
    Ostatni z żyjących prawnuków Elessara doskonale znał się z prawnuczką Galadrieli. Gdy był na łożu śmierci, podarował jej broszę, która przechodziła z ojca na syna w momencie koronacji. Tak jak kiedyś jej stwórca, tak wtedy prawnuk Elessaru poprosił o to, by kobieta przechowała klejnot dla potomka, w którego gorąco wierzył, bo królewski ród Elessaru nie miał prawa wyginąć. Prawnuczka Galadrieli przyjęła dar. W jej rodzinie przetrwała pamięć o tym, jak Galadriela otrzymała kiedyś ten sam skarb do przechowania. Złożyła przysięgę, że będzie go strzegła, a potem odda pod opiekę swojej najstarszej córce. Zaczarowała go tak, by co jakiś czas zmieniał swoją postać na inną. Więc ostatni  potomek, o którym pisały kroniki, zmarł spokojnie. 
    Mężczyzna słusznie miał nadzieję. Bo oto jego prapradziadek miał romans z pewną wysoko postawioną kobietą. Z ich związku urodził się jego najstarszy syn - prawowity dziedzic, o którym on nie miał pojęcia. Żył sobie spokojnie, nieświadomy swojego pochodzenia. Lecz w jego krwi zachowały się odziedziczone cechy. Zawsze ciągnęło go do walki, jazdy konnej czy strategii wojennych. Był sprawiedliwy w osądach, wszyscy go uwielbiali i słuchali. Stał się niepisanym przywódcą wśród swoich. Miał wszystkie cechy, które posiadać musi prawdziwy władca. I tylko jego matka znała prawdę. 
    Chłopak miał potem swoją żonę, która urodziła mu syna. Potem ten syn założył rodzinę i również pierwszym jego dzieckiem był chłopiec. Nikt nie zna tak naprawdę tożsamości prawdziwego ostatniego potomka Elessara, ale on istnieje. I tylko klejnot strzeżony przez Strażniczki znajdzie swojego prawowitego właściciela."

    Maya pochłonęła tekst w mgnieniu oka. To była piękna historia, której w jakiś sposób stała się częścią. Zastanawiała się, gdzie teraz znajdował się prawowity właściciel Elessaru. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie jakiegoś wysokiego mężczyznę, którego twarz skryta była pod obszernym kapturem. Zobaczyła samą siebie, podającą nieznajomemu swój naszyjnik, który był ciepły i świecił zielonym blaskiem. Czuła w swoich palcach prawdziwą moc. I to, że przed nią stał ten właściwy mężczyzna.
    Tak się rozmarzyła, że nie wiedziała, ile czasu już spędziła w bibliotece. Ogarnął ją strach, że ktoś przyłapie ją w obcym jej domu w niedozwolonym miejscu - nie wiedziała, czy wolno jej było odkryć bibliotekę, skoro była tak dobrze ukryta. Szybko odłożyła więc książkę na miejsce, przyrzekając sobie, że wróci tam niedługo, by poszukać więcej informacji na tematy, które ją ciekawiły, a pozostawiały wiele pytań.
    Z niemałym żalem zostawiła za sobą królestwo książek i wyszła. Tym razem drzwi bez problemu się otworzyły. Gdy tylko stanęła na schodach, drzwi zatrzasnęły się, nie pozostawiając po sobie ani jednego małego śladu.
    Powoli zeszła na dół. Gdy miała skręcać do kuchni po coś do picia, usłyszała dzwonek do drzwi. Przeszłą szybko przez korytarz i otworzyła główne drzwi.
    - Cześć. - Uśmiechnął się brunet stojący na progu.Nachylił się i musnął ustami policzek blondynki. Dziewczyna stała, nic nie robiąc. Kompletnie wyleciała jej z głowy wizyta chłopaka. - Co, nie zaprosisz mnie do środka? - Maya przesunęła się trochę, by Adam mógł wejść. - Tylko mi nie mów, że Shane ci nie powiedział, że zamierzałem wpaść - powiedział zawiedzionym głosem.
    - Oczywiście, że mi powiedział. Po prostu wyleciało mi to z głowy. Właśnie czytałam książkę i przerwałam, by się czegoś napić. Też chcesz? - W końcu odzyskała głos. Poszła do kuchni, a chłopak szedł za nią. Wlała do dwóch szklanek wody i podała jedną Adamowi. - To co tam się dzisiaj działo w szkole? - zainteresowała się, gdy usiedli na kanapie w przyległym do kuchni saloniku.
    - Nic specjalnego. Szczerze to było bardzo nudno. Naprawdę nie wiem, jak jeszcze można od nas wymagać, byśmy chodzili do szkoły i się na dodatek uczyli. Przecież są już prawie wakacje! - pożalił się.
    - Dobrze powiedziałeś, PRAWIE są wakacje. - Zaśmiała się dziewczyna. - Naprawdę nic ciekawego się nie wydarzyło? Nie wiem, kogoś jeszcze oprócz mnie nie było? Ktoś się pobił, kogoś zabrało pogotowie, komuś się ołówek złamał? Chcę wiedzieć wszystko.
   - Nic z tych rzeczy, ale słyszałem, że Diana nie za bardzo chciała gadać z Wendy i Chloe. Podobno one nie chciały uwierzyć w to, że źle się czujesz, a Diana próbowała cię bronić i jakoś tak wyszło. Sam nie wiem, musiałabyś wypytać szczegółowo Dianę, nie mnie.
    - Jasne, muszę do niej zadzwonić. Kochana Diana, zawsze po mojej stronie. Chociaż nie powinna się z nimi kłócić. Mam nadzieję, że to nic poważnego.
    - Taa. - Westchnął. - Przyniosłem dla ciebie notatki. Myślę, że powinny być czytelne i pełne, chyba niczego nie ominąłem. - Wyciągnął z plecaka, który leżał obok jego nóg na podłodze plik złożonych kartek.
    - Dziękuję. - Maya uśmiechnęła się, biorąc od niego zapisany papier. Cmoknęła go w policzek. - Nie musiałeś - zauważyła.
    - Dla takiej nagrody warto było skupić się na lekcjach - wyznał, dotykając palcem swojego policzka w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą dotknęły go Mayi usta. - Kiedy wracasz do szkoły? - zapytał, gdy zobaczył, że jego uwaga wprawiła dziewczynę w zakłopotanie.
    - Nie wiem, mama powiedziała, że najlepiej byłoby, gdybym została w domu jak najdłużej, ale zdaje sobie sprawę, że muszę poprawić fizykę i nie może mnie trzymać tutaj w nieskończoność. Myślę, że od poniedziałku znów zacznę chodzić na lekcje.
    - Czyli w poniedziałek wrócisz do domu? - spytał niby to od niechcenia. Tak naprawdę bardzo go to interesowało, ile jeszcze czasu spędzi w tym domu.
    - Wydaje mi się, że to nie jest takie proste, jak ci się wydaje. - Westchnęła. - Nie mam pojęcia, kiedy będę mogła wrócić do domu, ale na pewno nie teraz - przyznała szczerze. - Tam jest dla mnie za niebezpiecznie. Z resztą, słuchałeś przecież, gdy opowiadałam pani Shay, dlaczego nie mogę jechać do domu.
    - Wiem, wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Tak się tylko spytałem. Myślałem, że będziesz już wiedzieć. - Zamilkł na moment. - To co będziemy robić? - zmienił temat. Maya wzruszyła tylko ramionami. Próbowała sobie przypomnieć, o czym gadała z Shanem, zanim ten pojechał gdzieś z ojcem. To coś związane było z Adamem...
   - Hej, słyszałam, że dzisiaj w szkole nie było cię słychać - powiedziała, przypominając sobie.
    - Od kogo słyszałaś? - spytał podejrzliwie.
    - Poczta pantoflowa. - Wzruszyła ramionami. - To jak, powiesz mi, dlaczego? Coś cię trapi, niepokoi?
    - Ja... - zająkał się. Nie był pewien, czy wyznać Mayi prawdę. Dziewczyna, widząc to, spróbowała mu pomóc.
    - Jesteś zazdrosny? - odezwała się prosto z mostu. Adama zatkała jej szczerość. Nie spodziewał się, że powie to tak wprost. Sądził, że będzie owijała w bawełnę i uda mu się jakoś wyminąć od odpowiedzi. Lecz w takim wypadku nie mógł się wywinąć. Przed nim istniały tylko dwie drogi: mógł albo skłamać, albo powiedzieć prawdę. Nic pomiędzy. - Wiesz, zrozumiem cię, cokolwiek powiesz.
    - Ja... - zawahał się, nadal rozważając. Maya wydawała się przekonana co do jego uczuć. Więc czy warto było skłamać i prawdopodobnie wdać się w niepotrzebną im kłótnię? - Tak trochę - przyznał.
    - Ale o co?
    - O co? - Prychnął. - O to, że mieszkasz u Shane'a, że macie jakieś tajemnice, bo wiem, że macie. Jestem zazdrosny o ciebie. Bo, wiesz, ty mi się naprawdę podobasz, lubię cię i chciałbym... Ale po prostu gdy widzę Shane'a obok ciebie i wiem, że ty mieszkasz u niego i że może wy... albo on tobie... To głupie, wiem, zdaję sobie z tego sprawę, ale chciałaś wiedzieć, więc ci mówię, co czuję. - Patrzył w dół, na swoje ręce zaciśnięte w pięści, więc Maya musiała dłonią podnieść jego brodę, by zmusić go do tego, by spojrzał jej w oczy.
    - Ja też cię lubię. I to bardzo. I też chciałabym zobaczyć, jak to będzie dalej z nami, bo chyba o to ci chodziło. Dlatego przecież jesteśmy ze sobą. By spróbować wspólnego życia, poznać siebie nawzajem. Nie masz o co być zazdrosny. Shane jest moim przyjacielem i nikim więcej. Gdyby był kimś więcej to ty byś był pierwszą osobą, której bym to powiedziała, bo ja lubię, gdy wszystko jest na swoim miejscu i wiem, na czym stoję. Ufam ci i chciałabym, byś ty mi również zaufał. I zaufał swojemu przyjacielowi. Bo nie zrobi mi nic złego. Naprawdę. - Położyła mu dłonie na policzkach. Mówiła coraz ciszej, a ich głowy powoli przybliżały się ku sobie. Ich usta się spotkały, gdy Maya przestała mówić. To był krótki, niewinny, ale i pełen pasji oraz uczucia pocałunek. Bardzo jej się podobał.
    Gdy się od siebie oderwali, uśmiechnęli się oboje. Adam oparł się o kanapę plecami, ale Maya nadal siedziała na samym jej brzegu. Musiała się przyzwyczaić do bliskości chłopaka. Dla niej to było kompletnie nowe doświadczenie. Co prawda Josh czasami znajdował się równie blisko niej, gdy ją łaskotał, czy podnosił do góry. Ale nigdy się nie całowali. Maya nigdy nie traktowała go jak chłopaka, dla niej zawsze był przyjacielem, więc ta bliskość jej nie krępowała.
    Adam pochylił się i złapał leżącą na kanapie dłoń blondynki. Ścisnął ją delikatnie, jakby chciał dodać jej tym gestem otuchy. Pociągnął ją delikatnie w swoją stronę. Dziewczyna pozwoliła, by przytulił ją do siebie. Objął ją ramieniem, Maya położyła mu głowę na barku. Przez chwilę jej ciało zostawało spięte, ale pod wpływem dotyku chłopaka zaczęła się rozluźniać. Tam, gdzie Adam dotykał ją swoimi długimi palcami, wychodziła gęsia skórka. Co raz przez jej ciało przechodziły przyjemne dreszcze, gdy chłopak szeptał jej coś do ucha, delikatnie przy tym ją łaskocząc.
    Było im ze sobą bardzo dobrze. Wręcz doskonale.


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Jak tam po pierwszym tygodniu szkoły? Ja cały czas przyłapuję się na tym, że zastanawiam się, co ja tam robię w tym technikum z dala od domu, mieszkając w internacie :D Też tak macie? :)
    Na szczęście trafiła mi się spoko klasa - tak mi się wydaje po tych paru dniach znajomości. No i super dziewczyny z internatu - współlokatorki i sąsiadki :D Już nie mogę się doczekać niedzieli, choć poniedziałku niekoniecznie :)
    Cieszę się, że spodobał Wam się bonusik. Jeśli tylko wymyślę jakieś takie krótkie historyjki to postaram się je opublikować :) Dziękuję za Wasz komentarze pod ostatnią notką *,*
    Do kolejnego! :) Zuza ♥

niedziela, 10 sierpnia 2014

~23~


    Adam opuszczał samochód przyjaciela w kiepskim stanie. Gdy tylko zniknął z pola widzenia Shane'a i Mayi, zwiesił głowę, wzrok wbił w kamienie na drodze, a dłoń, w której nie trzymał torby, schował w kieszeni.
    Był zazdrosny. Czuł się podle, myśląc, że jego dziewczyna spędzi u jego najlepszego przyjaciela noc. Żeby tylko jedną noc! Zapowiadało się, że będzie ich kilka! Zdawał sobie sprawę, że Maya blondynowi nie jest obojętna, lecz nie wiedział w jakim sensie i jak bardzo lubi przyjaciółkę.
    "Gdybym tylko tam został!" - pomyślał, zaciskając mocniej dłoń na ramieniu torby. Czuł złość do Shane'a. Nie potrafił pomieścić w głowie, dlaczego jego przyjaciel zaproponował Mayi nocleg u siebie.
    "Może żeby zrobić mi na złość? Żeby pokazać, że się nie poddał? Że będzie o nią walczył? Może żeby mnie wkurzyć? Upokorzyć?" - zastanawiał się, wchodząc do wielkiego domu.
Zatrzasnął za sobą czarne drzwi, rzucił torbę na podłogę wykonaną z ciemnych, drewnianych paneli. Torba przejechała parę metrów, zatrzymując się na szklanej szybie, oddzielającej schody od reszty korytarza. Schody wykonane były z tych samych brązowych paneli co podłoga. Ściągnął buty z nóg i zostawił je na środku korytarza. Potem poszedł jak robot do kuchni. Po prawej stronie, za szklanymi drzwiami znajdował się przytulny salon z kominkiem i wygodnymi kanapami. Minął go, nawet do niego nie zaglądając, choć zawsze, gdy tylko wracał do domu, robił to.
    Białe ściany, brązowe meble, nieco ciemniejsze niż podłoga, nadawały kuchni przytulny, ale zarazem nowoczesny wygląd.
Vicky
    Usiadł na wygodnym krześle, obitym szarym materiałem, nie zauważając, że w kuchni znajduje się jeszcze jedna osoba. Westchnął głośno, opierając się i zakładając ręce na piersi. Dopiero wtedy podniósł głowę i zobaczył wpatrującą się w niego uważnie Vicky. Na swój sposób była podobna do brata. Miała ciemne włosy, gęste, czarne brwi i zawsze głośno się śmiała. Nie posiadała jednak piegów na nosie, była szczupła i niska. Miała nieco węższe usta niż Adam, zgrabny, prosty nos, chudą, opaloną twarz i zielone oczy, które w tamtej chwili przeglądały go na wylot.
    Zachowała poważny wyraz twarzy. Wiedziała, że coś się stało. Gdyby nawet Adam nie miał tak skwaszonej miny, poznałaby, że coś było nie tak. Znała go szesnaście lat. Jej nie mógł oszukać.
    - Cześć, braciszku - przywitała się. Stała oparta o blat szafki. W ręku trzymała ściereczkę, którą jeszcze przed chwilą wycierała ręce. Na sobie miała zwykłe, jasne dżinsy z czarnym paskiem, białą koszulkę włożoną w spodnie i granatową marynatkę ze złotymi guzikami. Jej rękawy podwinęła do łokci, by jej nie przeszkadzały.
    - Cześć - odparł tylko i utkwił wzrok w swojej dłoni.
    - Jak tam? Wycieczka się udała? - zapytała ostrożnie. Chłopak spojrzał na nią, wahając się. Gdyby jej powiedział, może by mu w czymś doradziła. W końcu była starsza i miała większe doświadczenie w sprawach sercowych. Lecz z drugiej strony czy ufał jej na tyle, by powierzać jej swoje sekrety? Nigdy dotąd tego nie robił.
    "Może najwyższy czas to zmienić?"
    - Na wycieczce było w porządku - zaczął powoli. Nie skłamał. W końcu na wycieczce nic takiego się nie wydarzyło. Przynajmniej nie jemu.
    - Więc skąd taka skwaszona mina? - Przyglądała mu się uważnie odkąd wszedł do kuchni i teraz była prawie pewna tego, co go trapiło. - Chodzi o dziewczynę?
    Adam spojrzał na nią zdezorientowany. Zdziwiło go to, że jego siostra tak szybko odgadła jego smutki.
    - Aż tak to po mnie widać? - Zaśmiał się gorzko. Vicky podeszła do stołu i usiadła na krześle obok niego ze współczującą miną.
    - Znam cię aż za dobrze. Dlatego wiedziałam. A teraz opowiadaj, co  to za dziewczyna i z czym masz kłopot. Może uda nam się coś na to zaradzić? - Uśmiechnęła się zachęcająco.
    Adam opowiedział jej całą historię. Opisał jej Mayę szczegółowo. Nie pominął tego, że to Shane chce odbić mu dziewczynę. Powiedział, co czuje do niej, do niego. Gdy skończył, lżej mu się zrobiło na sercu. Jakby pozbył się ciężaru, który od jakiegoś czasu zalegał jego duszę. Vicky nie poradziła mu nic ponad to, co wiedział, ale i tak poprawił mu się humor. Siostra stwierdziła, że nie może przestać walczyć o miłość i nie powinien się tak szybko poddawać złości.
    - Musisz nauczyć się, jak obrócić emocje na swoją korzyść. Zazdrość może okazać się twoim sprzymierzeńcem. Po prostu musisz wiedzieć, jak jej używać - powiedziała na koniec.
    - Gdzie się tego nauczyłaś? - zdziwił się.
    - To tu, to tam. - Zaśmiała się serdecznie. Nie odpowiedziała wprost na jego pytanie, ale skoro nie chciała o tym mówić, Adam nie drążył tematu. Po chwili milczenia Vicky znów się odezwała, zadając pytanie z całkiem innej beczki. - Słyszałam, że już wiesz o naszym małym rodzinnym sekrecie. To prawda?
    - Chodzi ci o Zakon? - Pokiwała głową.
    -  No i jak się z tym czujesz? Co sądzisz? - zapytała
    - A myślisz, że jak się czuję? Jestem trochę skołowany. Tyle się działo, że nawet nie miałem czasu o tym myśleć, poukładać wszystkich wiadomości. Mam nadzieję, że to nic strasznego?
    - Zakon jest super. Nauczysz się panować nad emocjami, a to chyba przyda ci się najbardziej. Poza tym uczą walki, władania bronią, a to zawsze kręci chłopaków, nie? - Oboje zaśmiali się głośno.

    Po kolacji Maya zamierzała obejrzeć pozostałe pokoje na poddaszu, ale była tak zmęczona, że postanowiła, że swoją wycieczkę przełoży na następny dzień.
    Podczas posiłku mama Shane'a zadawała dużo pytań, ale głównie dotyczyły Mayi - jej zainteresowań, stopni czy ulubionych potraw. Dziewczyna chętnie na nie odpowiadała, dziękując Bogu, że pani Shay nie pyta o jej dom i powody, dla których musiała uciec.
    Tak jak zapowiedziała, mama Shane'a poprosiła o numer telefonu do jej mamy. Dała go z chęcią. Miała nadzieję, że kobiety wszystko sobie wyjaśnią i że Maya nie będzie musiała niczego tłumaczyć czy wymyślać. Gdy wraz z blondynem wchodzili do góry, pani Shay wybierała właśnie numer telefonu jej mamy, uśmiechając się przy tym do Mayi.
    Shane odprowadził dziewczynę pod same drzwi jej sypialni. Tam życzyli sobie dobranoc i Maya weszła do pokoju, a blondyn zszedł po schodach na dół. Dziewczyna usiadła na łóżku, biorąc ze sobą torbę. Była zmęczona i jedyne, o czym marzyła, to szybki prysznic. Wzięła więc kosmetyczkę i piżamę i poszła do łazienki.
    Pomieszczenie było małe, ale dobrze zagospodarowane. Tuż przy wejściu znajdował się biały sedes, dalej stała czarna szafka ze zlewem a na niej lustro, wazon z kwiatami, mydło i ręczniki, a z boku przyczepiony został papier toaletowy. Naprzeciwko szafki na ścianie znajdowały się wieszaki na ręczniki i lampa. W rogu zrobiono prysznic, który odgrodzono od reszty łazienki szklanymi drzwiami.
    Cały ukośny dach po prawej stronie zastępowały okna, przez które niczego nie można było dostrzec. Lewa ściana pomalowana została na biało, a reszta, wraz z podłogą, wyłożona piaskowymi płytkami w dwóch odcieniach.
    Maya zamknęła drzwi, położyła swoje rzeczy na szafce. Z kosmetyczki wyciągnęła żel pod prysznic, który położyła we wnęce w ścianie, by mieć żel pod ręką. Szybko się rozebrała, a rzeczy powiesiła na wieszaku tuż przy ręcznikach i weszła pod prysznic. Odkręciła kran, z którego zaczęła lecieć letnia woda. Umyła się w mgnieniu oka, otuliła puchatym, białym ręcznikiem, osuszyła i ubrała piżamę. Potem zajęła się zmywaniem makijażu z twarzy i myciem zębów.
    Gdy była już gotowa, wróciła do pokoju. Zasłoniła okno, by słońce rano jej za wcześnie nie obudziło i położyła się na łóżku. Mimo zmęczenia, nie chciało jej się spać. Przekręcała się z boku na bok, odkrywała, to znów przykrywała swoje ciało cienką kołdrą. Leżała z otwartymi oczami i patrzyła w biały sufit. Rozmyślała. Zastanawiała się, co słychać u mamy i Josha. Czy wszystko u nich w porządku. Chciała do nich zadzwonić i upewnić się, że nic im nie jest, lecz gdy spojrzała na zegarek, zrezygnowała. Dochodziła jedenasta wieczorem. Nie wiedziała, co robili, ale gdyby spali, nie chciała ich obudzić. Postanowiła więc, że zadzwoni do nich z samego rana.

Maya
    Obudziła się wcześnie rano. W pokoju było jasno, bo okno jej sypialni wychodziło na wschód. Już zdążyło się zrobić ciepło. Wstała więc z łóżka, przeciągnęła się, odgarnęła włosy z twarzy i podeszła do okna. Nie odsłaniała go tylko otworzyła, by wpuścić do pomieszczenia świeże powietrze. Zaczerpnęła głośno powietrza, przymykając na chwilę powieki. Zapowiadał się bardzo ładny i upalny dzień. Ptaki już ćwierkały, latając od drzewa do drzewa, słońce zaczęło swoją wędrówkę po niebieskim niebie ponad godzinę temu. Było fantastycznie.
    Maya wygrzebała czyste ubrania z torby i pobiegła do łazienki. Wzięła szybki, zimny prysznic, by jeszcze bardziej się obudzić, ubrała się, umyła zęby a wilgotne włosy zostawiła rozpuszczone. Posprzątała starannie łazienkę, a gdy wróciła do sypialni, to samo zrobiła i tam.
    Skończyła przed ósmą, więc bez żadnych skrupułów odnalazła telefon i wybrała numer mamy. Musiała chwilę czekać, bo nie odebrała od razu.
    - Hej, słońce! - usłyszała w słuchawce głos mamy, który ją momentalnie uspokoił.
    - Cześć mamo. Wszystko u was dobrze? - zapytała od razu. Kobieta zaśmiała się serdecznie.
    - Oczywiście, że tak. Nie martw się o nas. Razem z twoim bratem przeprowadziliśmy się do Josha. Dobrze, że ma duży dom i wszyscy się pomieścimy. Ale to chyba raczej ja powinnam cię o to pytać - odparła. - Rozmawiałam z mamą Shane'a. Wiesz, mówiłam, żebyś poprosiła Chloe o nocleg, a ty poszłaś do niego...
    - Shane sam zaproponował, żebym u niego zamieszkała. Poza tym z dziewczynami się tak trochę jakby pokłóciłam, więc nie chciałam ich o nic prosić. Ale skoro mama Shane'a do ciebie dzwoniła, to wytłumaczyłaś jej...
    - Nie bój się. Ona wszystko wie. U nich będziesz bezpieczna jak nigdzie indziej - powiedziała tajemniczo.
    - Ale co to znaczy? Powiedziałaś jej o Elessarze? Mnie przez szesnaście lat nie powiedziałaś, a jej tak od razu? - zapytała zdenerwowana. - Przecież to podobno tajemnica rodzinna.
    - Nie gorączkuj się tak! Nic jej specjalnego nie powiedziałam. Ona zna trochę naszych sekretów, a i ja znam trochę jej tajemnic, więc jesteśmy kwita.
    - Ale mi nie powiesz, co to za tajemnice? - domyśliła się.
    - Shane powie ci któregoś dnia. Jestem tego pewna. I on dowie się, kim jesteś, i ty poznasz, kim jest jego mama. Na razie nie musisz tego wiedzieć. Ale pani Shay zaproponowała, że udzieli ci paru lekcji. Zna się na rzeczy równie dobrze jak ja. Oczywiście nie wie na pewno wszystkiego, ale myślę, że jej wiedza na początek w zupełności wystarczy. Opowie ci legendy, będziesz z nią ćwiczyła, by nabrać kondycji. Mówiła, że wyśle Shane'a, byście razem biegali i trenowali. On również miał się tego wkrótce nauczyć. Powiedziała, że jeśli będzie was dwóch to będzie jej lepiej prowadzić zajęcia.
    - Oookej... - Tylko tyle potrafiła z siebie wydobyć. Jak zawsze jej mama mówiła szybko, tajemniczo i często niewyraźnie. Nim Maya zdążyła oswoić się z jedną myślą, mama zaczynała już trzecią kwestię, którą miała z nią do omówienia.
    - Kochanie, wiem, że to dla ciebie wszystko nowe, ale postaraj się zapamiętać z tego jak najwięcej. To dla twojego dobra. I dobra całego świata. A gdy już wrócisz do domu, obiecuję, że nie będziesz już taka skołowana.
    - A propos. Kiedy będę mogła wrócić? - zadała nurtujące ją jeszcze pytanie.
    - Nie mam pojęcia. Na razie jest tu niebezpiecznie dla ciebie.
    - Ale ja mam szkołę! Został jeszcze cały miesiąc, wystawianie ocen, poprawki, a ja nie mam książek, a dzisiaj założyłam ostatnie czyste ciuchy. Nie mogę tak funkcjonować na dłuższą metę! - zawołała.
    - Przykro mi, ale tak będzie lepiej. Co do ubrań i książek to da się to jakoś załatwić. Pomyślę nad tym, kto miałby ci je przywieźć. Ale byłoby lepiej, gdybyś, chociaż na razie, nie chodziła do szkoły. Gdy upewnimy się, że nic ci tam nie grozi, skontaktuję się z mamą Shane'a.
    - Dobrze - odezwała się zrezygnowana.
    - Kocham cię, skarbie! - powiedziała jej mama.
    - Ja ciebie też - szepnęła Maya. Kobieta rozłączyła się, więc dziewczyna położyła telefon na łóżku. Siedziała tak chwilę, dopóki nie zaburczało jej w brzuchu. Wtedy uświadomiła sobie, że była strasznie głodna. Zeszła więc na dół po schodach i weszła do jadalni. Była otwarta na kuchnię i korytarz od strony schodów prowadzących na górę. Ściany miała szare z białymi paskami, a podłoga wyłożona drewnianymi, ciemnymi panelami. Biały, prostokątny stół otaczało osiem równie białych krzeseł z drewnianymi nogami. Nad nim wisiała wielka biała lampa w kształcie półkuli. Pod ścianą stał niski regał z czasopismami, książkami i ozdobami. Na nim ustawiono trzy obrazy, przedstawiające czarno-białą mozaikę i wysokiego kwiatka.
    Nikogo tam nie zastała, więc zajrzała do kuchni. Pośrodku niej znajdowała się wyspa z jednej i z drugiej strony otoczona szafkami. Nad nią wisiały dwie lampy. Po lewej stronie stały dwa krzesła obite szarym materiałem. Na jednym z nich siedział Shane, a jego mama krzątała się między gazówką, a drugą stroną wyspy.
    Wszystkie szafki i ściany miały biały kolor, blat szafek i wyspy pokrywała biało-szara mozaika, a na podłodze leżały te same panele co w jadalni.
    Na końcu pomieszczenia znajdował się przytulny salonik z długą kanapą stojącą wzdłuż wielkich okien, które układały się w półkole, drewnianym stolikiem i dwoma białymi krzesłami. Na kanapie leżało mnóstwo poduszek. Widok za oknami był przepiękny, bo można zobaczyć z nich kawałek ogrodu pani Shay - zielone krzewy, kwitnące kolorowe kwiaty. Po prawej stał regał a na nim kolejne książki i ramki ze zdjęciami. Pod kanapą, jak i pod wyspą Maya zauważyła małe szuflady i szafeczki.
    Spojrzała na gospodarzy domu. Wydawało jej się, że przerwała im w ważnej rozmowie. Oboje patrzyli na nią z uśmiechami na twarzach, ale czuła, że jeszcze przed chwilą dyskutowali o niej. Jej policzki delikatnie się zaróżowiły, ale nie dała po sobie poznać, że zorientowała się, że w czymś im przeszkodziła.
    - Dzień dobry - przywitała się grzecznie z mamą Shane'a. Kobieta uśmiechnęła się do niej serdecznie, gestem zapraszając na krzesło obok swojego syna.
    - Cześć - odezwał się chłopak, pijąc kawę z kubka.
    - Na co masz ochotę? - zapytała pani Shay, wyłączając gotującą wodę w czajniku.
    - Poproszę herbatę. A do jedzenia wystarczy mi kanapka - odpowiedziała.
    - Częstuj się, czym tylko chcesz - odparła kobieta, podając jej zaparzoną herbatę w kubku. Dziewczyna podziękowała cicho. Wzięła leżący na blacie chleb, posmarowała go masłem i nałożyła kawałek żółtego sera oraz dwa małe plasterki pomidora. Posłodziła herbatę jedną łyżeczką cukru. Zjadła śniadanie z apetytem, przysłuchując się, jak mama Shane'a wydaje mu polecenia.
    - Musisz skosić dzisiaj trawę. I tata prosił, byś umył samochód. Skoro jesteś w domu, to możesz to za niego zrobić.
    - Ta, przecież wiem. Auto wygląda, jakbyście jeździli nim po bagnach, a trawnik zarósł tak, że czuję się jak w dżungli. Nawet gdybyście mnie o to nie prosili i tak bym się umiłował i to wszystko zrobił.
    - Twój pobyt tutaj chyba zmieni mojego syna nie do poznania. Już go nie poznaję. Nigdy z własnej woli nie brał się za żadną robotę, a dzisiaj proszę jaki uczynny! - Zaśmiała się kobieta. - Wstał bladym świtem, choć to do niego niepodobne. Zawsze wyleguje się do południa.
    - Mamo! - syknął ostrzegawczo Shane.
    - No co? Mówię tylko, jak jest - odparła. Maya uśmiechnęła się szeroko. - Mam dzisiaj ważne spotkanie w pracy i muszę za chwilę wyjść. Poradzicie sobie, prawda? - spytała, sprzątając umyte garnki do szafek.
    - Mamo, nie jesteśmy dziećmi. Myślisz, że co, że podpalimy przez przypadek dom, bo dorwiemy się do zapałek? - powiedział chłopak, patrząc na swoją mamę.
    - Właśnie, nie jesteście dziećmi tylko nastolatkami. Czego innego mogłabym się bać, ale mam nadzieję, że jesteście rozsądni. - Zaśmiała się cicho. Wzięła torebkę z blatu i wyszła z domu, żegnając się z nimi.
    - Przepraszam cię za mamę. Próbowałem jej rano wytłumaczyć, że nie jesteśmy parą, ale ona się uparła i nie dałem rady jej przekonać. - Westchnął.
    - Spokojnie. Rozmawiałam dzisiaj z mamą i w jej słowach też był przytyk. Matki chyba tak mają, nie? Że wszędzie, gdzie się nie obejrzą widzą pary, które tworzą ich dzieci. Gdyby nie to, że zna Josha i jego dziewczynę, pewnie nas również uważała za parę - odparła, kończąc picie herbaty. Chłopak posprzątał jedzenie z blatu do lodówki.
    - To co chcesz dzisiaj robić? Mam trochę obowiązków, ale nie chcę, żebyś siedziała sama i się nudziła - powiedział Shane, stając przed nią.
    - Czy masz laptopa? - Chłopak kiwnął głową. - A mogłabym go pożyczyć, kiedy ty będziesz zajęty? - Znów kiwnął głową.
    - Jeśli chcesz, możesz z nim wyjść do ogrodu. Tam cały czas jest cień i internet działa tam najlepiej. - Zaśmiał się. Maya podziękowała mu cicho. - Niestety, na mnie czeka brudny samochód, więc jeśli pozwolisz, przyniosę ci laptop i pójdę, okej?
    Dziewczyna zgodziła się. Blondyn zniknął na schodach, by po chwili wrócić z czarnym komputerem w ręku. Potem razem wyszli przed dom. Shane wyprowadził auto z garażu i zaczął je myć, a Maya usiadła na ławce. Laptopa położyła na stoliku. Nie poszła do ogrodu, wolała posiedzieć tutaj, mając na oku chłopaka, który spoglądał na nią co jakiś czas, gdy pisała notkę na swojego bloga.


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) W końcu go napisałam! Myślałam, że nie dam rady, bo prawy nadgarstek boli mnie tak, że nie wiem, ale jakoś mi się udało. Na szczęście nie miałam wiele do napisania i szybko się uwinęłam.
    Ten chyba nieco dłuższy - przynajmniej mam taką nadzieję.
    Piszcie, co o nim sądzicie :) Dziękuję Wam, za wspaniałe komentarze pod ostatnim rozdziałem! ;*
Mrs Black bajkowe-szablony