Pokazywanie postów oznaczonych etykietą car. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą car. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

~44~


    Pół nocy przegadali, by cały plan dopiąć na ostatni guzik. Oboje zgodzili się, że lepiej, by nikt inny nie wiedział, co zamierzają zrobić. Oznajmili im tylko, że chcą oddać Elessar. Co prawda każdy, kto wiedział, jak ważny jest dla całego świata, sprzeciwiał się temu. Jednak Maya przekonała ich, że wie, co robi,  by jej choć w tej sprawie zaufali. Jej i Joshowi. Niechętnie wszyscy zebrani stwierdzili, że nie mają innego wyboru, jak zawierzyć im życie.
    Mama Mayi, najbardziej sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia, podeszła na sam koniec zebrania do swojej córki i odciągnęła ją na bok.
    - Jesteś pewna, że ten chłopak znaczy dla ciebie więcej niż Elessar? - zapytała. - Że jest wart takiego poświęcenia?
    - Mamo! - zawołała oburzona. - Nie możesz mnie stawiać w takiej sytuacji. Dobrze wiesz, że Adam to mój przyjaciel. Oddałabym życie, by móc go ratować. A Elessar... Wiem, ile znaczy i nie zamierzam go tak łatwo stracić... Po prostu mi ufaj, mamo.
    Kobieta przytuliła mocno blondynkę i pocałowała delikatnie w czoło.
    - Obiecaj, że będziesz ostrożna!
    - Zawsze, mamo. Zawsze.
    Rada nie pozwoliła wziąć jej udziału w wyprawie, więc pożegnały się i wróciła do swojego domu. Josh natomiast został dopuszczony, na osobistą prośbę Mayi, do eskapady, więc mógł zostać. Pani Shay przydzieliła mu pokój, który sąsiadował z pokojem blondynki, więc po zakończeniu narad razem udali się na górę. Stanęli na korytarzu i spoglądali sobie w oczy w wątłym świetle lampy.
    - Boisz się? - zapytała cicho. Josh, zaskoczony, uniósł do góry brwi i uśmiechnął się lekko.
    - Trochę - przyznał.
    - Czego? - Chciała wiedzieć.
    - Najbardziej chyba tego, że mój plan nie wypali albo, że nas zaatakują, zanim powiemy pierwsze słowo, które pozwoliłoby nam na rozmowę z Malcolmem. A ty?
    - Że stracę was wszystkich - szepnęła i przytuliła się do niego. Doskonale wiedziała, do czego zdolny był Malcolm. Mógł zrobić niemalże wszystko. Nie miał skrupułów. Robił wszystko, by osiągnąć swój zamierzony cel. A jego celem był Elessar.
    "Po trupach do celu." - Zaśmiała się gorzko w myślach. Miała nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie.

    Maya obudziła się przed budzikiem. Spała z trzy godziny, ale nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie, była gotowa do działania.
Maya
    W kuchni spotkała już jedzącego śniadanie Josha oraz pół żywego Shane'a, który próbował obudzić się mocną kawą. Po upływie kolejnych kilkunastu minut zjawili się już wszyscy, którzy brali udział w wyprawie. Oprócz nich mieli jechać mama Shane'a i kilku innych członków Zakonu, których blondynka nigdy w życiu nie widziała na oczy. Uzbrojeni w urządzenia, dzięki którym mogli się bez problemu komunikować, powsiadali do trzech aut. Do pierwszego załadowali się Josh, Maya i Shane a kierował jakiś nieznany jej członek Zakonu. Do kolejnych dwóch wsiedli wszyscy, których Maya nie znała oraz matka blondyna. Na dany im znak, ruszyli.
    Ich samochód jechał w środku, jakby pod eskortą pozostałych dwóch. Maya nie pamiętała, jaką drogę obrali jej porywcze, ponieważ przez przyciemnione szyby niczego nie widziała, ale wydawało jej się, że podróż trwała kilka godzin. Zastanawiała się teraz, czy siedziba Malcolma znajduje się gdzieś daleko od nich. Zgadywała, że tak. Wokół dworu widziała las i gęste zarośla, a czegoś takiego w ich okolicy nie było.
    Czując narastające przerażenie, starała się przestać myśleć choć na chwilę o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Skupiła uwagę na rozciągającym się dokoła pięknym widoku, który z każdym metrem zmieniał się. Za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiały się drzewa, coś ściskało ją w środku. Bała się, że już dotarli na miejsce, a ona nie była nadal gotowa na to spotkanie. Nie potrafiła wolno oddychać, momentami w ogóle brakowało jej tchu i myślała, że za chwilę się udławi. Serce biło jej jak oszalałe a dłonie zaczęły się pocić. Denerwowała się, mimo, że nie zaprzątała sobie myśli Gwardią.
    Shane siedział obok blondynki i spoglądał na nią co jakiś czas. Chciał coś powiedzieć, ale nie do końca wiedział co. Bał się, bo tuż przed nim znajdował się jej najlepszy przyjaciel, który wiedział o niej wszystko, nie chciał więc wyjść na głupka, palnąć jakąś gafę. I niby co miał powiedzieć? Pocieszyć? Zapytać, jak się czuje? To nie miałoby sensu. Więc zrobił najzwyklejszą rzecz na świecie - chwycił ją za rękę i uścisnął ją, dając jej tym samym do zrozumienia, że jest z nią. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Widząc całą sytuację  w lusterku, Josh już wiedział, że tych dwoje ma się ku sobie.
    Podróż okazała się wystarczająco długa, by ich dostatecznie wyczerpać. Gdy w końcu się zatrzymali, Mayę bolały plecy a kiedy się rozciągnęła, słyszała chrupnięcia w stawach. Rozejrzała się dokoła. Nic się nie zmieniło. Wielki dwór, górujący nad całą resztą otoczony gęstymi zaroślami, masywna brama i podjazd wyłożony płytami i kamieniami.
    Nie miała pojęcia, czego się spodziewała, ale widok tylu osób, zaskoczył ją. Wyglądali jak komitet powitalny. Z bronią skierowaną w ich stronę oraz zacieśniającym się kręgiem uzbrojonych gwardzistów. W tłumie nie dostrzegła Malcolma, ale kiedy pani Shay poprosiła o rozmowę z nim, pojawił się na schodach swojej twierdzy, mając u boku Nate'a i Toma. Wzdrygnęła się, przypominając sobie każdy sen z ich udziałem.
    - Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? - Malcolm mówił cicho, ale i tak rozumiała każde jego słowo, mimo tak wielkiej odległości, która ich dzieliła. Powoli schodził w dół a za nim jego strażnicy oraz jedna zakapturzona postać, której sylwetka wyglądała znajomo. Intuicja podpowiadała jej, że doskonale zna tę postać, lecz nie potrafiła jej zidentyfikować. - Maya, kochana, stęskniłem się za tobą! - pożalił się tak naturalnie, że uwierzyłaby to. W innych okolicznościach uwierzyłaby we wszystko, cokolwiek by powiedział takim tonem. - Tak dawno się nie widzieliśmy! - Wyraził swój żal. Stał już u podnóża schodów. Maya i reszta jej towarzystwa zostali zmuszeni to tego, by zbliżyć się do niego, ponieważ krąg wokół nich robił się coraz mniejszy. Strażnicy stojący za nimi przysuwali się coraz bliżej. - Przyjechaliście odebrać Adama, prawda? - zapytał. Zabrzmiało to, jakby chłopak był małym dzieckiem na wakacjach, które się gdzieś zgubiło i teraz zmartwieni rodzice przyjeżdżają do ludzi, u których przebywał.
    - Gdzie on jest? - zawołała, stając naprzeciwko niego. Musiała unieść głowę do góry, ponieważ Malcolm był naprawdę dobrze zbudowany i niezwykle wysoki. W jego oczach dostrzegła błysk wrodzonej skłonności do bycia złym.
    - Nie tak szybko, skarbie. - Zaśmiał się. - Najpierw pokaż mi Elessar, Chcę mieć pewność, że mnie nie oszukasz.
    Maya niechętnie zdjęła wisiorek z szyi i, trzymając łańcuszek w zaciśniętej pięści, pokazała go mężczyźnie. Jak zahipnotyzowany, pochylił się ku niemu. Wyciągnął do niego rękę, chcąc go dotknąć, lecz blondynka zareagowała błyskawicznie. Zabrała mu sprzed nosa naszyjnik i schowała za plecami. Była pewna, że na razie będzie tam bezpieczny, ponieważ czuła ciepło bijące od ciał Shane'a i Josha, którzy stali tuż za nią.
    - Nie tak szybko - powtórzyła jego słowa, uśmiechając się. Cały strach nagle wyparował. Wreszcie poczuła się na miejscu, wiedziała, co robi, widziała cel, jaki jej przyświecał. Ryzykowała wiele, ale inaczej się nie dało, była tego świadoma. Odprężona i z błąkającym się uśmiechem na ustach, prowadziła z Malcolmem rozmowę. - Najpierw rozkaż swoim, by przyprowadzili tu Adama. Chcę wiedzieć, że nic mu nie zrobiłeś - zawahała się, choć miała nadzieję, że tego nie dostrzegł. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wypróbował na chłopaku działanie swojego pierścienia. Podając warunki, chodziło jej raczej o to, że musiała go zobaczyć, musiała wiedzieć, że żyje, że ma dla kogo ryzykować.
    Mężczyzna machnął niedbale ręką. Dwóch strażników zniknęło w dworze, by po jakimś czasie pojawić się z ledwo idącym między nimi Adamem. Powłóczył nogami, czasami ludzie Gwardii go ciągnęli, lecz starał się iść ostatkiem swoich sił. Od razu dostrzegła jak bardzo wymizerniał. Zatkała usta dłonią, by nie westchnąć głośno z przerażenia. Zapadnięte oczy wpatrywały się w ziemię a gdy na chwilę podniósł wzrok, ujrzała w nim czysty strach. Przypomniała sobie, jak ona wszystko przeżywała po jednym dniu spędzonym w ich siedzibie. Chłopak siedział tu już niemal tydzień.
    Wychudł, był brudny, poszarpany. Na ubraniu i włosach dostrzegła zakrzepłe ślady krwi. Opuchnięte wargi domagały się zwilżenia czystą wodą, a włosy niemal pragnęły, by zbliżył się do nich grzebień. łzy stanęły w oczach Mayi, widząc jego postać, tak bardzo jej znaną, a jednak całkiem odmienioną. W pierwszym odruchu chciała pobiec i przytulić go, pomóc mu iść. W ostatniej chwili Josh przytrzymał ją, łapiąc ją w pasie ramionami.
    - Nie możesz - szepnął jej do ucha. Pokiwała głową, rozumiejąc, co miał na myśli. - Jeszcze nie teraz.
    - Jesteś potworem, Malcolm - powiedziała, przełykając łzy i ból. Strażnicy zostawili Adama chwiejącego się na nogach pod eskortą Nate'a i Toma. Chłopcy nie pomogli mu jednak, kiedy upadł. Patrzyli na niego niemal drwiąco, z wyższością. - Kiedyś mi za to zapłacisz - warknęła.
    - Elessar, albo twój przyjaciel umrze. - Uśmiechnął się. Dostrzegła, że zakapturzona postać wyłowiła spod peleryny łuk i teraz celowała w leżącą postać Adama. Maya wyciągnęła powoli rękę zza pleców. Ruszający się delikatnie wisiorek hipnotyzował swoim zielonym kolorem. Dziewczyna uniosła ramię, a gdy Malcolm wysunął dłoń co przodu, upuściła na nią swój największy skarb. Malcolm nie posiadał się z radości. Uśmiechał się szaleńczo, ściskając w pięści zielony naszyjnik. Zachwyceni członkowie Gwardii zaczęli się schodzić do niego, opuszczając broń oraz tracąc czujność. Korzystając z okazji, Shane i Josh podnieśli Adama z ziemi i zanieśli do auta, gdzie położyli go między blondynem a Mayą. Potem z zawrotną prędkością popędzili do domu.
    - Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem Ad. Serce ścisnęło się Mayi w piersi, słysząc jego słaby głos.
    - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz -zapewniła go. - Malcolm nam za to wszystko zapłaci, już ja tego dopilnuje - odgroziła się.
   - Dlaczego oddałaś Elessar? - Adam odezwał się znów, jakby nie słyszał tego, co powiedziała przed chwilą Maya. Zaniepokojona, przejechała dłonią po jego włosach, próbując go uspokoić. Po chwili jego ciało się odprężyło, choć jeszcze kilka razy zadał to samo pytanie, na które Maya nie potrafiła odpowiedzieć.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, przyznam szczerze, że pierwszy raz od dłuższego czasu dobrze pisało mi się to opowiadanie ;) Sama nie wiem, jak wyszło, ocenę pozostawiam Wam, ale chyba jest dobrze ;)

sobota, 14 marca 2015

~38~


    Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, czy nie zadzwonić do Josha, nie porozmawiać z nim. Kika razy już nawet wybierała jego numer, ale za każdym razem w ostatniej chwili coś ją powstrzymywało. Zastanawiała się, jak miałaby zacząć rozmowę, czy od razu powiedzieć, że wie o wszystkim? Czy może w ogóle nie wspominać? Bijąc się z myślami, non stop chodziła po pokoju, co chwila przyłapując się na obgryzaniu paznokci.
    "Cholera! Josh, to nadal mój przyjaciel. Powinnam do niego zadzwonić, mimo wszystko." - postanowiła.
    Wybrała więc numer chłopaka i czekała aż odbierze. Po piątym sygnale stwierdziła, że to jednak może nie był za dobry pomysł, by dzwonić do niego o tak późnej porze. Już miała się rozłączyć, gdy usłyszała w słuchawce zaspany głos przyjaciela.
    - Halo?
    - Josh! - odetchnęła z ulgą. - Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie zorientowałam się, która jest godzina, zanim wybrałam numer.
    - Nic się nie stało. - Ziewnął. - Co tam u ciebie? Coś się stało? - Wyczuła zaniepokojenie w jego głosie. Już całkowicie się rozbudził.
    - Nie, skąd - uspokoiła go. - Po prostu chciałam usłyszeć twój głos, pogadać. Stęskniłam się strasznie! - Westchnęła. Usiadła w końcu na łóżku, położyła sobie na kolanach poduszkę i zacisnęła pięść na jej rogu. - Co tam u was? - zapytała nieśmiało.
    - Maya, wiem, że rozmawiałaś z mamą i powiedziała ci wszystko o mnie - powiedział, nie owijając w bawełnę. - Jak się z tym czujesz?
    - Cóż... - zawahała się. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nigdy nie była dobra w opisywaniu swoich emocji, czasami nawet nie orientowała się, co odczuwa. - Mam mętlik w głowie. Tyle się ostatnio wokół mnie dzieje, że nie wiem, czy czegoś ważnego nie ominę, nawet jakby to przeszło mi obok nosa. I niby teraz jest względnie spokojnie, to nadal wisi nade mną jakaś groza, napięcie. Wiem, że nie o to pytałeś, - dodała po chwili milczenia - ale potrzebuję się komuś zwierzyć. A komu, jak nie tobie? - Zaśmiała się smutno. - Gdzieś w głębi duszy wiem, że to tylko cisza przed prawdziwą burzą. I obawiam się, że nie przetrwam tego żywiołu, że może być zbyt mocny, bym utrzymała się na powierzchni ziemi...
    - Co ty wygadujesz? - zawołał Josh kompletnie oszołomiony.
    - Nie mówię, że umrę. Wydaje mi się jednak, że już długo nie uda mi się chronić Elessaru. Niedługo Gwardia przyjdzie po niego. A ja jestem zbyt słaba, by go obronić przed ich lepiącymi łapami. Dostaną to, czego pragną. Nie widzę innej przyszłości.
    - Nie pozwalam ci nawet tak mówić! - zagroził jej. - Co ty pleciesz? Jesteś bezpieczna, nic ci się nie stanie, obiecuję ci to ja, twój prywatny ochroniarz - powiedział z przekonaniem. Serce Mayi zabiło szybciej, gdy usłyszała jego zdeterminowanie. Prawie uwierzyła w jego słowa. Prawie. Intuicji nawet najlepsze kłamstwo nie dało zwieść.
    - On coraz częściej staje się gorący, czasami niemal nie do wytrzymania - szepnęła z przejęciem. - Wiem, że oznacza to tylko jedno. Że oni są już blisko. Elessar chce mi dać sygnał do działania, ale ja nie mam pojęcia, co robić.
    - Po pierwsze nie panikować!
    - Nie panikuję! - zaprzeczyła stanowczo, podnosząc nieco głos. Josh tylko prychnął cicho. - No może odrobinę. To mnie przerasta. Za dużo tego.
    - Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. - Zamilkł na chwilę. - Co ty na to, bym przyjechał jutro po ciebie po szkole? Spotkalibyśmy się, porozmawiali. Dobrze nam to zrobi.
    - Tak, to świetny pomysł. - Dziewczyna uspokoiła się nieco, choć nadal miała złe przeczucia, wiedziała, że Josh jej pomoże.
    - Co do Elessaru... Nie znam się na tym zbyt dobrze, to nie moja działka. Masz z kim o tym porozmawiać? Bo słyszałem, że z mamą się pokłóciłaś... - powiedział niepewnie.
    - Nie tyle pokłóciłam, co obraziłam. Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim skrywała przede mną jeszcze prawdę o tobie. Swoją drogą to na ciebie też byłam zła, ale już mi przeszło. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłeś mi o niczym powiedzieć. Tak samo jak ja muszę zachować swoje prawdziwe ja w sekrecie przed resztą normalnego świata. Co do reszty to myślę, że mogłabym zagadać panią Shay. Kto wie, może będzie coś wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. Nagle poczuła się naprawdę zmęczona. Ziewnęła i zamrugała kilka razy ciężkimi powiekami, pod którymi czuła piasek. Usłyszała śmiech chłopaka.
    - Idź spać. Niewiele godzin zostało ci do rana, ale powinnaś się położyć. Zobaczymy się jutro. Dobranoc! - pożegnał się z nią i rozłączył.
Maya

    Rano Maya rzeczywiście wstała niewyspana. Ale całkowicie tego nie żałowała. Cieszyła się, że w końcu przemogła się i zadzwoniła do Josha. Po rozmowie z nim ulżyło jej trochę. Nie wyzbyła się ani jednego niepokoju, ale starała się o niczym złym nie myśleć choć przez chwilę. Pomogło. Oczyściła umysł i gdy pozbyła się czarnych scenariuszy z głowy, świat stał się piękniejszy.
    Jedząc śniadanie, wyglądała przez okno. Pogoda była przepiękna. Słońce grzało mocno już od kilku godzin, delikatny, ciepły wiatr rozwiewał duchotę i szumiał między drzewami, poruszając zielonymi liśćmi. Aż chciało się wyjść na dwór, pooddychać świeżym powietrzem, skorzystać z przecudownego słońca i opalić się choć odrobinę. Niestety tak ładny dzień musiała spędzić w zimnych murach szkoły.
Alex
    Wychodząc z autobusu, rozejrzała się uważnie. Przed szkołą tłoczył się spory tłum. Jedni wchodzili do budynku, inni z niego wychodzili, chcąc zażyć darmowych, naturalnych witamin w porannych promieniach słońca. Gdzieś w oddali dostrzegła, dopiero zmierzające ku placówce po chodniku, Alex i Sam. Pomachała im z daleka. Dziewczyny uśmiechnęły się do niej szeroko, rozmawiając o czymś zawzięcie między sobą.
    Aby wejść głównymi drzwiami, Maya musiała przejść obok małego parkingu. Mijając ogrodzenie, zauważyła nowego nauczyciela. Stał w najodleglejszym kącie parkingu z dwoma chłopakami. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykłą rozmowę pomiędzy uczniami a ich wychowawcą. Dziewczyna jednak wiedziona instynktem zatrzymała się w pobliżu i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torebce. Tak naprawdę jednak uważnie przyglądała się mężczyznom. Wydawało jej się, że o coś się kłócą. Starała się przypomnieć sobie imiona chłopców, lecz nie potrafiła. Ich szkoła nie była duża, każdy znał każdego chociażby z widzenia. I choć wyglądali znajomo, za nic nie mogła dopasować tych osób do nazwisk. Już miała odejść, gdy jeden z chłopaków odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy. Serce na moment jej stanęło. Dłonie spociły się tak, że niemal nie upuściła torebki na chodnik. Zobaczyła kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Prześladowca ze snów pojawił się w jej rzeczywistości!

    Do końca zajęć próbowała sobie wmówić, że tam, na parkingu stał ktoś bardzo podobny do Toma. Że to nie był chłopak z jej koszmarów. Więc gdy wychodziła ze szkoły, niemal uwierzyła w swoje zapewnienia i nieco się uspokoiła. Już prawie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Zdziwiła się, widząc przyjaciela czekającego na nią przed szkołą opartego o swój samochód. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podbiegła szybko i uściskała go mocno. Na koniec delikatnie musnęła jego policzek ustami.
    - Hmm jakie miłe powitanie. - Zaśmiał się cicho.
    - Zasłużyłeś - odparła wesoło, wsiadając do auta po stronie pasażera. - To dokąd mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona.
    - Cóż... Sam nie wiem, może masz jakiś pomysł?
    - Mam ochotę na dużego truskawkowego loda, co ty na to?
    - Z przyjemnością.
    - No to ruszamy!
    Maya bardzo dobrze bawiła się z przyjacielem. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był jej obrońcą. Przed wszystkim - nawet przed złymi myślami, które, gdy tylko go zauważyła, zniknęły. Nie pamiętała już, kiedy spędzili ze sobą tyle czasu sami. Zawsze towarzyszył im albo brat blondynki, albo Alyss. Tym razem mogli pobyć po prostu we dwoje, porobić to, na co mieli tylko oni ochotę.
    Po lodach poszli na spacer, a gdy po południu ciemne chmury zakryły słońce i zaczęło z nich padać, schowali się w kinie. Josh kupił bilety na nową komedię.
    Wieczorem, gdy Josh stanął pod domem Shane'a, Mayi żal było z niego wychodzić.
    - Dziękuję ci - powiedziała. - Strasznie się za tobą stęskniłam. I dawno się tak dobrze nie bawiłam - przyznała.
    - Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej czule. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?
    - Jasne, że tak. Ty na mnie też - odezwała się, łapiąc ręką za klamkę. - Muszę już iść. Do zobaczenia! - Cmoknęła go w policzek i wyszła z auta. Przebiegła te kilka metrów dzielących ją od drzwi. Stanąwszy na schodach, pomachała do odjeżdżającego chłopaka. Z uśmiechem na ustach weszła do środka.
    Mijając kuchnię, poczuła, ze naszyjnik robi się ciepły. Nie było to jakieś nieznośne gorąco, wręcz przeciwnie. Nagle zrobiło jej się przyjemnie i spokój ogarnął jej ciało. Zdziwiona zajrzała do kuchni. Zastała tam panią Shay, czytającą książkę i pijącą herbatę. Przywitała się z nią i usiadła na przeciwko.
    - Mam do pani pytanie - odezwała się po chwili, gdy kobieta odłożyła na bok książkę i ściągnęła z oczu okulary,by móc lepiej widzieć dziewczynę.
    - Słucham. - Uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
    - Chodzi o Elessar. Coraz częściej czuję, jak staje się ciężki, czasami jest nie do zniesienia. Nieraz jest tak gorący, że pragnę go od razu zdjąć i rzucić gdzieś daleko. Myślę, że chce mnie przestrzec przed złem, które czai się niedaleko. Że niedługo zaatakują... - wyrzuciła z siebie szybko. - Ale przed chwilą naszyjnik stał się dziwnie przyjemnie ciepły. Jakby... jakby się ucieszył? - odpowiedziała pytająco. Nie była pewna, czy dobrze określiła to, co czuła. Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale gdy tylko to powiedziała, stwierdziła, że to niedorzeczne.
    - Mądra z ciebie dziewczyna - pochwaliła ją kobieta. - Elessar wyczuwa niebezpieczeństwo i daje ci znać, ze nadchodzi. Jestem niema pewna, że to, czego dzisiaj doświadczyłaś, ma coś wspólnego z jego prawdziwym panem. Może jest już blisko i dlatego klejnot się cieszy? Wiesz, może to zabrzmi głupio, ale ja traktuję go niemal tak, jakby był żywą istotą. Kiedyś uzdrawiał ludzi, może dać władzę. Ma wiele przymiotów ludzkich. Czuje, chce chronić rodzinę, do której na pewno się zaliczasz. Zupełnie jak człowiek, nie sądzisz? - zapytała, przyglądając się jej uważnie.
    Maya dotknęła ostrożnie wisiorka. Pod palcami poczuła ciepło, które przekonało ją, że pani Shay ma rację. Dziedzić Elessary był już bardzo blisko!

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć! Nie marudząc dzisiaj, piszcie tylko, co myślicie o rozdziale ;) Dla mnie jest okej, tak mi się przynajmniej wydaje :D

sobota, 31 stycznia 2015

~35~


    W czwartek wieczorem Maya położyła się wcześniej spać. Czekał ją długi dzień, podczas którego wolała być wypoczęta i uśmiechnięta. Nie zamierzała zasypiać na stojąco i cały czas ziewać. Wziąwszy prysznic, ubrała piżamę i gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, od razu zasnęła.
    Wydawało jej się, że dopiero przed chwilą kładła się spać, a już budzik zaczął dzwonić. Zaspana po omacku szukała telefonu, który wydawał głośne dźwięki. Z westchnieniem ulgi dotknęła komórki i na ślepo wyłączyła budzik, ponieważ światło bijące z wyświetlacza raziło ją w oczy. Opadła zrezygnowana na poduszki, przecierając powieki pięściami. Posiedziała chwilę na łóżku, a gdy wstawała, za oknem robiło się coraz jaśniej.
    Po ostatnim deszczu nie było śladu. Znów zapowiadał się upalny dzień. Maya odsłoniła roletę, by do pokoju wpuścić więcej światła. Przed wyjściem, uchyliła okno.
Maya
    W kuchni spotkała się z Shanem, który już szykował śniadanie. Przywitali się cicho, nie obudzeni jeszcze na tyle dobrze, by móc normalnie rozmawiać. Chłopak miał na sobie krótkie, czarne spodenki i czerwoną bluzę, która była częścią ich sportowego stroju. Blondynka zauważyła obok szafki torbę. Domyśliła się, że w środku znajduje się koszulka, spodenki i ochraniacze, które założy dopiero jak już będą na miejscu. Ona sama spakowała do torebki koszulkę z logo szkoły, którą zamierzała ubrać później, tuż przed samym meczem.
    Gdy w milczeniu kończyli śniadanie, do kuchni weszła mama Shane'a. Przywitała się z nimi i spytała o samopoczucie. Syn odpowiedział jej coś pod nosem, podczas gdy kobieta piła kawę.
    - Już czas - oznajmiła po chwili. Więc Maya złapała w biegu jabłko, wypijając resztę herbaty. Shane, wziąwszy swoją torbę, wyszedł za panią Shay i koleżanką, zamykając drzwi domu.
    Po drodze do szkoły zabrali Kevina, który miał na sobie tą samą bluzę co przyjaciel.
    Przybyli tuż przed przyjazdem autobusu, który miał ich zabrać na mecz. Pani Shay życzyła chłopakom zwycięstwa i odjechała. Maya rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu Alex. To właśnie ona załatwiła dziewczynie, by mogła jechać z całą drużyną na zawody. Była przewodniczącą szkoły i jako taka, potrafiła załatwić niemalże wszystko. Poza tym dyrektor doskonale wiedział, jak ważny podczas meczu jest prawdziwy, głośny doping, więc bez żadnych problemów zgodził się, by Alex towarzyszyło jeszcze kilka osób. I ta wybrała właśnie Mayę, Margaret i Sam.
Alex
    Dostrzegła dziewczyny, gdy te wsiadały już do autokaru. Pomachała im z daleka i ruszyła w ich kierunku. Usiadły obok siebie niemal na samym końcu. Za nimi zajmowali miejsca Shane i kilku jego kolegów. Alex uśmiechnęła się do Mayi, gdy ta spoczęła na siedzeniu obok niej.
    - Już myślałam, że nie zdążycie - powiedziała na przywitanie blondynka.
    - Bez Shane'a chyba by nie ruszyli, co? - Zaśmiała się serdecznie.
    - Co prawda to prawda - przyznała jej rację.
    Przywitała się również z Maggie i Sam, które siedziały na miejscach obok nich. Maya rozejrzała się po autobusie. Z przodu zajmowały miejsca głównie cheerleaderki, a z tyłu chłopcy z drużyny. Trenerzy obu grup sprawdzili szybko obecność i mogli ruszać.
    Podróż nie ciągnęła im się. Wręcz przeciwnie - wszystkim wydawało się, że minęła nadzwyczaj szybko. A to za sprawą różnych gier, śpiewanych piosenek, opowieści czy żartów. W całym autobusie ciągle słychać było śmiech, głośne krzyki i melodie oraz fałszowanie.
    - Hej, Shane! - zawołała Sam podczas postoju, kiedy połowa grupy jeszcze nie wróciła z toalety. - Słyszałam, że podczas treningu zachowałeś się jak prawdziwy bohater!
    - Co się stało? - zainteresowała się Maya, która po zerwaniu z Adamem jakoś nie miała głowy do tego, by śledzić wydarzenia rozgrywające się w szkole. Spojrzała zaciekawiona najpierw na koleżankę a potem na chłopaka, który nieco się speszył.
    - To nic takiego. To po prostu się stało... - zaczął, ale Kevin mu przerwał.
    - Nie bądź taki skromny. Uratowałeś dziewczynie życie!
    - Komu? - zapytała Maya.
    - Dziewczyno, gdzieś ty się uchowała? Chyba cała szkoła o tym gadała non stop, a ty nic nie wiesz? - zdziwiła się Margaret.
    - Cóż...
    - To była Adison - powiedziała w końcu Alex, spoglądając na blondynkę. - To Ad uratował przed upadkiem. Gdyby nie on naprawdę byłoby strasznie - przyznała.
     - Cóż... To super, nie? - Spróbowała się uśmiechnąć, by nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć. Zerknęła w stronę Shane'a, by zobaczyć, jak on to wszystko odbierał, ale minę miał spokojną, nieco tylko zaróżowione policzki świadczyły o tym, że czuł się nieco zażenowany całą sytuacją.
    Tak naprawdę Maya poczuła lekkie ukłucie zazdrości, do którego przed samą sobą nie chciała się przyznać.
Adison
    "To fajnie, że nic się jej nie stało, ale dlaczego to musiał być akurat on?" - zastanawiała się. Już wcześniej zauważyła, że Adison nieudolnie próbowała zwrócić uwagę Shane'a na siebie. I w końcu jej się to udało. Gdy dowiedziała się o szczęśliwie zakończonym wypadku, dostrzegła, że dziewczyna cały czas zerkała na blondyna, a kiedy jego spojrzenie skierowało się w jej kierunku, zaczynała się śmiać jak głupia i poprawiać włosy. Przekonała się, że wcześniej się nie pomyliła. Adison naprawdę podobał się Shane.
    Nie miała pojęcia, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony nie powinno ją to nic obchodzić, chyba tylko dlatego, że zaprzyjaźniła się z blondynem. Lecz z drugiej strony czuła się odrobinę zazdrosna, choć gdy się nad tym głębiej zastanowiła, nie wiedziała o co dokładnie. Chłopak uratował ją. I co z tego? Nie zwracał na nią większej uwagi niż wcześniej. Co więcej, gdy tak przyglądała się tej dwójce, zauważyła, że wzrok blondyna bardzo często kierował się w jej stronę a nie na Adison. W pewnej chwili, gdy ich spojrzenia się ze sobą spotkały, uśmiechnęli się do siebie serdecznie. Od razu jednak odwrócili głowy, każdy w inną stronę. I choć Shane od razu znów zerknął na Mayę, ta cały czas uparcie wyglądała przez okno, podziwiając widoki.
    Przez resztę drogi zastanawiała się nad swoimi uczuciami. Jej ostatnim dylematem było to, czy to, co czuła do Shane'a dyktowało jej serce czy to całe przeznaczenie. Nie potrafiła definitywnie stwierdzić, jak było naprawdę. Nadal myślami wracała do Adama i tego, co powiedział jej na koniec.
    "Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz."
    Czy to była miłość? Czy czuła zazdrość, bo tak naprawdę go kochała? Chciałaby to wiedzieć, lecz gdy tak coraz bardziej się nad tym zastanawiała, czuła większą pustkę i zmęczenie. Miała nadzieję, że w końcu wszystko wyjdzie na prostą...

    Dojechawszy na miejsce, mieli jeszcze ponad dwie godziny. W sam raz na przebranie się i rozgrzewkę. Podczas gdy cała reszta ćwiczyła, Maya, Sam, Maggie i Alex zwiedzały tutejszą szkołę. Wydawała się naprawdę duża. Mieściła się w dwóch budynkach połączonych szerokim ale niskim korytarzem, gdzie znajdował się sklepik i kilka ław, gdzie można było usiąść. Kupiły tam drugie śniadanie i wyjrzały przez wielkie okna. Widziały przez nie boisko z rozłożoną siatką, trybuny, kibiców i dwie drużyny rozgrzewające się. Na boku dziewczyny ćwiczyły swój układ, który pokażą w przerwie meczu.
    - Zaraz się zacznie - oznajmiła Sam, zerkając na duży zegarek wiszący na ścianie obok półki z żelkami. Szybko zebrały się i wyszły z budynku. Skierowały się na trybuny, gdzie było mniej ludzi. Po drodze wstąpiły do łazienki i przebrały się, więc teraz miały na sobie czerwone koszulki z wielkim lwem stojącym na tylnych łapach na tle zachodzącego słońca.
    Gdy zajęły miejsca, sędzia zagwizdał i podeszli do niego kapitanowie drużyn. Podali sobie ręce na przywitanie. Po rzutem monetą ustalili, kto zaczyna i na jakiej części boiska. Shane wybrał to połowę, po której siedziały dziewczyny. Ustawiwszy się, zaczęli mecz.
    Gra była wyrównana. Drużyny walczyły o każdy punkt. Kibice na trybunach praktycznie przez cały czas stali, nie mogąc usiedzieć na miejscach z podekscytowania. Pośród wrzasków dało się usłyszeć okrzyki cheerleaderek. I Maya, Sam, Margaret oraz Alex głośno dopingowały chłopców. Każdą rozgrywaną piłkę przeżywały równie mocno co oni czy ich trener.
    Pierwszy set zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Na przerwę schodzili z boiska uśmiechnięci od ucha do ucha, lecz niemało zmęczeni. W końcu wygrali raptem dwoma punktami 30:28.
    Szkolna drużyna gości mimo pierwszej porażki nie wyglądała na przybitą. Wręcz przeciwnie, szli zdeterminowani, co bardzo ucieszyło wszystkich kibiców a przede wszystkim trenera.
    Drugiego seta gospodarze rozpoczęli bardzo mocno, przez co w końcówce byli już nieco zmęczeni, co bez problemu wykorzystała drużyna lwów, wygrywając z nimi 25:21. Następny set również poszedł po myśli gości. Tym razem rozgromili drużynę przeciwnika wynikiem 25:18.
    Ostatni, decydujący set rozgrywali chyba najbardziej zaciekle. Każdy punkt się liczył, każda dobrze rozegrana piłka dawała przewagę nad rywalem. To było ich być, albo nie być.
    Piłka meczowa. Serwował Shane, przyjął wysoki brunet, wystawił chłopak z numerem piątym na koszulce, przebił barczysty blondyn w nieco jaśniejszej koszulce od reszty zespołu. Kevin odbił, tym samym podając do Colina, ten wystawił i Shane wykiwał przeciwników, przerzucając piłkę delikatnie nad siatką. Dwóch najbliżej stojących rzuciło się, by ją odbić, ale było już za późno. Piłka uderzyła o boisko niedotknięta przez żadnego z nich.
    - Wygraliśmy!! - krzyknęli chórem chłopcy i ruszyli ku Shane'owi. Rzucili się na niego uradowani zwycięstwem. Trener z radości uściskał jednego z rezerwowych i również podbiegł do drużyny. Po chwili dołączyły do nich szczęśliwe cheerleaderki oraz Alex, Maggie, Sam i Maya. Ostatnia zerknęła poprzez tłum na blondyna. Gdy ich spojrzenia się spotkały, chłopak zaczął przedzierać się przez wszystkich, aż w końcu podbiegł do niej, złapał ją i podniósł do góry, kręcąc się.
    - To twoja zasługa - szepnął jej do ucha. - To dzięki tobie wygraliśmy, dzięki tobie tak dobrze grałem. Bo wiedziałem, że siedzisz na trybunach i wierzysz w nasze zwycięstwo jak nikt inny. Nawet my sami.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, heeej! Jak dobrze jest poczuć, że nie trzeba nic robić, bo ma się ferie! Jejku! Jak cudownie! :) Aż od razu mi się lepiej pisało rozdział :D A wy co, po feriach, zaczynacie czy jeszcze przed? :)
    Rozdział? Mam nadzieję, że okej :) Powoli zaczynam mieć dosyć opisywania jej dylematów i pewnie Wy macie dosyć czytania o tym, ale obiecuję, że już niedługo! ;)
    Jak się podobał? A może się nie podobał? Piszcie śmiało, co sądzicie o blogu, o tym rozdziale czy cokolwiek innym ;) Fajnie było przeczytać ostatnio te przypuszczenia co do ciągu dalszego opowieści :) Czy słuszne tropy? Tego nie mogę zdradzić :) Już wkrótce się przekonacie :)
    A narazie do zobaczenia! ♥

sobota, 18 października 2014

~28~


    - Trzęsą ci się dłonie - zauważył z niemałym zdziwieniem Shane, gdy szli za jego mamą przez podwórko. Dziewczyna, próbując ukryć ten fakt, skrzyżowała ręce na piersi.
    - Wydaje ci się - odparła tylko nonszalancko, wyprzedzając go o parę kroków. Chłopak wzruszył ramionami, nie chcąc się kłócić.
    - Jak tam sobie chcesz. Ja i tak wiem swoje.
    - To wiedz - zawołała do niego przez ramię. W rzeczywistości denerwowała się strasznie. Czuła, jak serce jej niemiłosiernie tłucze się w piersi. Miała spocone dłonie i suche gardło. Nie do końca była pewna, czego tak właściwie się znowu zaczynała bać. To był absurd. I tak sobie cały czas powtarzała, ale niestety, niewiele to pomagało. Coś jej podpowiadało strach i ona słuchała tej części mózgu, nie tej, która myślała racjonalnie.
    Idąc szybko za mamą przyjaciela, starała się nie myśleć o nieprzyjemnym aspekcie treningu, zaprzątała sobie głowę myślami typu: "Fajnie będzie dowiedzieć się czegoś nowego. Może w końcu nauczę się bronić, a przy okazji schudnę parę kilo?"
    Słyszała, że Shane idzie za nią. Jego buty cicho stukały na kostce, która została wyłożona przed wjazdem do garażu. Właśnie tam zatrzymała się pani Shay. Pilotem otworzyła drzwi garażu. Weszli do niego pojedynczo - najpierw matka Shane'a, następnie Maya, a na końcu blondyn. Pomieszczenie wyglądało nadzwyczaj normalnie i w pierwszej chwili dziewczyna zdziwiła się, dlaczego ona poprowadziła ich do garażu?
    Już po chwili znała odpowiedź.
    Kobieta wpisała hasło na panelu wbudowanym w ścianę, którego w pierwszej chwili Maya nie zauważyła. Dopiero po tym, jak mama chłopaka odsunęła od niego rękę, dostrzegła niewielką jak telefon klawiaturę. Nie przyglądała się jej jednak uważniej, bo ciszę zakłócił cichy szum, który towarzyszył opadaniu części podłogi. Wyglądało to tak, jakby część się zapadła, choć nie do końca. Z jednej strony płyta opadła i utworzyła wysoką dziurę w podłodze. Z drugiej natomiast płyta nadal trzymała się podłogi, tworząc pewnego rodzaju pomost, po którym można było zejść na dół. Jak się można domyślić, matka Shane'a poprowadziła ich właśnie przez ten pomost.
    Dziewczyna bała się, że most zawali się, gdy tylko wejdą na niego i spadną w dół. Gdy zajrzała w głąb,jej obawy trochę się zmniejszyły, bo zauważyła, że do ziemi nie było daleko. Nie mniej jednak schodziła ostrożnie, stając przy każdym, nawet najlżejszym szmerze, wydanym przez pomost.
    Gdy tylko stanęli na dole, zapaliły się wokół nich lampy, dające sztuczne, żółte światło. Rampa za nimi podniosła się do góry, zamykając przejście. Maya i Shane stali przez chwilę, rozglądając się dokoła, lecz nie za wiele zobaczyli. Stali w zwykło wyglądającym korytarzu, który był całkowicie pusty. Nie stała tam ani jedna szafa, półka, komoda, czy nawet wieszak na płaszcze.
    - Chodźcie! Nie mamy czasu na zwiedzanie! - zawołała za nimi pani Shay, gdy zauważyła, że jej "uczniowie" nie podążają za nią. Przez ułamek sekundy spoglądali sobie w oczy, po czym ruszyli dalej w głąb korytarza.
    Dogonili matkę Shane'a, gdy ta stała z założonymi rękoma na piersi, oparta niedbale o ścianę przy dużych, czarnych drzwiach, które zostały zamknięte.
    - Zanim wejdziemy do środka, muszę wam oznajmić, że jak na razie nie możecie niczego ruszać. Po prostu tam wejdziemy i usiądziemy na materacu. Wtedy wyjaśnię wam, co i jak, zgoda? - zapytała. Maya i chłopak pokiwali ochoczo głowami. - No to zapraszam was! - powiedziała i pchnęła drzwi.
    Oczom Mayi ukazała się wielka siłownia. Wszędzie stały różnego rodzaju sprzęty do ćwiczenia, których większości dziewczyna nawet nie potrafiła nazwać i powiedzieć, co na nich się robi. Na ścianie wisiały drabinki, w rogu leżały niebieskie materace. Pomieszczenie oświetlone było białymi lampami, nie takimi, jak korytarz. Światło na sali wydawało się niemal słoneczne. Tuż przy drzwiach wejściowych znajdowały się jeszcze jedne, a za nimi kolejne drzwi. Maya już chciała zapytać, gdzie prowadzą, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Na pewno dowie się tego w odpowiednim momencie, a przecież pani Shay powiedziała, że mają spokojnie przejść przez siłownię i usiąść na materacach.
    Tak też zrobili. Z niemałym wysiłkiem, ale udało im się dotrzeć do leżących na podłodze materacy, nie dotykając żadnego sprzętu ani nie zadając żadnych pytań. Siedząc w jednym rogu materaca, spoglądali z wyczekiwaniem na kobietę naprzeciwko nich.
    - Oto znajdujemy się w głównej siłowni Zakonu. Prowadzi do niej wiele dróg. Ta, którą wam pokazałam, jest jedną z licznych. Tutaj członkowie Zakonu ćwiczą, nabierają masy, wyrabiają mięśnie, dbają o kondycję. Pierwsze drzwi przy wejściu prowadzą do szatni i łazienek. Te drugie natomiast do jeszcze większej sali, gdzie znajdują się worki treningowe i maty do ćwiczeń obronnych. Z tamtej z kolei sali przechodzi się do następnej, gdzie uczymy się władania bronią, rzucania nożami, strzelania. I oczywiście jest tam skład wszelkiej broni i amunicji nam potrzebnej. - Spoglądała chwilę na każdego z osobna, by upewnić się, że wszystkie informacje do nich dotarły. - Oczywiście dużo biegamy na dworze i tym właśnie będziecie się na razie głównie zajmowali. Chcę zobaczyć, w jakiej formie jesteście, musicie sobie również wyrobić kondycję, by potem mi nie miauczeć po zwykłym ćwiczeniu, że was wszystko boli. Zrozumieliście? - zapytała dla pewności. Oboje pokiwali głowami.
    Dziewczyna odetchnęła z ulgą na wieść, ze na razie będą tylko biegali. Co prawda nie lubiła biegać, a raczej męczyć się, ale wiedziała, że to jej dobrze zrobi. Shane natomiast wyglądał na zawiedzionego, ale starał się to ukryć przed mamą.
    - Po południu zasiądziemy do bardziej teoretycznej kwestii Zakonu. Omówimy legendy, poznacie historię. Z resztą, zobaczycie po obiedzie. A teraz proszę bardzo, wychodzimy na zewnątrz. Biegniecie truchtem pięć kilometrów.
    Po wyznaczeniu trasy, jaką mieli pokonać, wyszli na dwór. Shane i Maya zaczęli truchtać już na podwórku, a pani Shay przyglądała im się z zadowoloną miną. Uwielbiała rozdawać rozkazy. Wtedy była w swoim żywiole.

   Dziewczyna starała się biec w swoim tempie. Oddychała równo przez nos. Kroki stawiała delikatnie; stąpnięcia było ledwo co słychać.
    Początkowo Shane biegła razem z nią, ale dla niego tempo dziewczyny okazało się za wolne. Był bardziej wysportowany od przyjaciółki, bo trenował nie tylko siatkówkę, ale i piłkę nożną. Kondycję miał wiec dobrą. Swobodnie przyspieszył. Najpierw delikatnie, potem trochę mocniej, aż w końcu zostawił Mayę w tyle.
    Czując ciepły wiatr we włosach, uśmiechał się jak głupi. Uwielbiał biegać. Kiedyś robił to niemal codziennie, potem jakoś się złożyło, że nie miał czasu przez nawał nauki wstać wcześniej rano lub iść wieczorem potruchtać. I z czasem zapomniał, że tak właśnie robił. Ale biegi na treningach mu wystarczały i jakoś szczególnie mu tego nie brakowało. Dopiero wtedy poczuł, że biegnąc, nic go nie interesuje, nie musi o niczym myśleć. Może po prostu biec przed siebie, ciesząc się chwilą ciszy, jaką mu dawała natura wokół niego. Odetchnął głęboko i nieco przyspieszył, chcąc poczuć tę wolność, którą dawało mu bieganie.
    Maya spokojnie biegła sobie wzdłuż lasu, nie przejmując się, że może robi to za wolno. Jej nauczyciel wuefu zawsze powtarzał, że trzeba walczyć ze sobą, z własnymi słabościami, a nie z rekordami. Dlatego nigdzie się nie spieszyła. Starała się tylko pamiętać o równym oddechu i o tym, by nie przyspieszyć.
    "Wtedy na pewno dobiegnę."
    Nie miała czasu podziwiać widoków, ale kątem oka zauważała piękno mijanych miejsc. Obiecała sobie, że kiedyś poprosi Shane'a, by pokazał jej całą okolicę.
    Tymczasem chłopak biegł niestrudzenie ku skraju lasku. Do końca trasy pozostało mu już niewiele ponad kilometr i nie czuł zmęczenia. Wręcz przeciwnie. Bieg sprawił, że wstąpiły w niego nowe siły. Czuł się rześko mimo spływającego strużką potu z jego czoła. Otarł wierzchem dłoni głowę, odgarniając na bok włosy. Ten nieznaczny ruch sprawił, że nie zauważył głębokiej kałuży na środku jego drogi. Wpadł do niej jedną stopą, ochlapując obie nogi ciemnym błotem.
    - Cholera! - mruknął cicho. Przystanął na chwilę, ale nie wiedząc, co zrobić, ruszył dalej.
    Na ostatnich parunastu metrach przyspieszył, wbiegając na podwórko z najszybszą prędkością, jaką osiągnął podczas tego biegu. Potem stopniowo zwalniał, aż w końcu zatrzymał się przed garażem, gdzie czekała na niego mama ze stoperem w jednej ręce. Koło jej nogi leżała butelka wody.
    - Całkiem przyzwoity wynik - pochwaliła, spoglądając to na syna to na stoper. Chłopak stał pochylony do przodu, opierając dłonie na kolanach. Dyszał delikatnie. - Masz, napij się. Ale powoli! - zastrzegła, podając mu butelkę z wodą.
    - Dzięki. - Przytknął butelkę do ust, przechylił ją i wypił kilka łyków. - Już całkiem zapomniałem, jakie bieganie jest fajne.
    - Gdzie Maya? - zapytała. - Jak myślisz, kiedy do nas dołączy?
    - Niedługo. Nie biegła tak szybko jak ja, ale również nie ślimaczyła się czy coś. - Wzruszył ramionami.
    Czekali jeszcze parę minut, nim bramę przekroczyła zmęczona, spocona, zdyszana Maya. Gdy stanęła obok kobiety i Shane'a, szybko pochyliła się do przodu, by unormować oddech. Chwilę jej to zajęło, nim znów normalnie jako tako oddychała.
    - Jak na pierwszy raz nie było tak źle - powiedziała do niej pani Shay. Uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i ciepło. - Gdy w następnym tygodniu znów zmierzę wam czas, zobaczysz, że będzie o wiele krótszy niż dzisiaj. Zapiszę go sobie w notatniku, by nie zapomnieć. A tymczasem może chcielibyście wypróbować naszą siłownię? Teraz już będziecie mogli korzystać ze wszystkiego kiedy tylko będziecie mieli na to ochotę.Oczywiście na początek radziłabym wam się za bardzo nie forsować, bo kolejnego dnia nie będziecie mogli wstać, ale jakieś proste ćwiczenia na początek dobrze wam zrobią. Więc chodźmy.
    Znów przeszli całą drogę na dół. Maya piła zachłannie, ale jednocześnie wolno wodę z butelki. Znów czuła szybkie bicie swojego serca w klatce piersiowej, lecz tym razem nie było spowodowane strachem tylko wysiłkiem włożonym w bieg. Ale mimo zmęczenia czuła się dobrze.
    Gdy znów byli w siłowni, pani Shay zaproponowała im różnorodne ćwiczenia, które pomogłyby im wyrobić mięśnie. I tak przez kolejne pół godziny robili brzuszki, skłony, podnosili się na drabinkach, skakali na skakance i inne, równie męczące zadania.
    Wychodząc z sali, byli strasznie zmęczeni, ale uśmiechnięci. Oboje czuli satysfakcję. Bolały ich mięśnie, ale wiedzieli, że robią to po coś. I to nie dla jakiś głupich celów. Ich cel był fantastyczny. Dziek swoim zdolnością, mieli pomagać innym.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Już myślałam, że nie będę mogła dodać, bo coś mi blogerek zaczął szwankować i nie chciało się ani zapisać, ani włączyć, nic. Tylko jakiś tam komunikat. Ale na szczęście się odwidziało i dokończyłam rozdział. :D
    Tego się spodziewaliście? :D Przyznawać się :)
    W następnym będzie trochę teorii o Zakonie i Gwardii - znów jakieś historyczne rzeczy :) Ale mam nadzieję nie zanudzać :P

piątek, 19 września 2014

~26~


    Tak jak Shane obiecał, w piątek po lekcjach wsiadł w samochód i pojechał do domu Mayi. Droga była daleka, bo mieszkali w przeciwnych skrajnych miejscach w mieście. W ciągu pół godziny był na miejscu. Wysiadł z auta i podszedł do drzwi. Zapukał do nich i czekał, aż ktoś go zaprosi do środka. Niemal od razu w drzwiach pojawiła się wysoka kobieta z krótkimi, kasztanowymi włosami, zielono-szarymi oczami. Wyglądała na zmęczoną. Stała, delikatnie się garbiąc, pod oczami miała ledwo widoczne cienie. W lewej dłoni trzymała czarną torbę. Ubrana była w białą bokserkę, szary, dziergany sweterek i czarne, obcisłe dżinsy. Odgarnęła krótką grzywkę z czoła, która przesłoniła jej na chwilę oczy.
    Zdziwienie pojawiło się na jej twarzy, gdy ujrzała stojącego przed nią blondyna. Chłopak uśmiechnął się do niej najszczerzej jak tylko potrafił. Zdawał sobie sprawę, że Maya prawdopodobnie nie uprzedziła swojej mamy o jego wizycie. Domyślał się, że będzie musiał jej wszystko tłumaczyć.
    - W czymś mogę pomóc? - zapytała kobieta, gdy Shane nie odezwał się przez jakiś czas, zaprzątnięty gonitwą swoich myśli.
    - Dzień dobry. Nazywam się Shane. Shane Shay. Jestem przyjacielem Mayi. Poprosiła mnie, bym zabrał jej parę rzeczy, wie pani, trochę książek, by miała się z czego uczyć i kilka ubrań. Dziś piątek, więc pomyślałem, że podjadę. Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzam - wyjaśnił chłopak.
    - Och, dzień dobry Shane. Miło mi cię poznać. Proszę, wejdź do środka - zaprosiła go gestem do domu, odsuwając się od drzwi, by mógł przejść. Chłopak nie rozglądał się za dużo. Choć nawet, gdyby się rozejrzał, nie zauważyłby niczego ciekawego. W większości ściany ziały pustkami, ponieważ pani Reed ściągnęła z nich wszystkie pamiątki, obawiając się, że gdyby przyszła Gwardia, wszystko by zepsuła. Dlatego większość rzeczy spoczywała na strychu i w piwnicy Josha.
    - Wychodziła gdzieś pani, prawda? - zapytał Shane, widząc, że kobieta odkładała torbę na korytarzu tuż przy wejściu.
    - Tak, miałam zamiar wyjść. Tak naprawdę to cud, że mnie tutaj zastałeś. Przyszłam do domu tylko po to, by wziąć resztę najpotrzebniejszych rzeczy i miałam wracać do Josha. Ale to nic. W sumie to dobrze, że przyjechałeś. Musimy porozmawiać.
    Przeszli do kuchni, gdzie co prawda stał stół a wokół niego krzesła, ale pomieszczenie wydawało się puste, mimo mebli i sprzętu, który stał dookoła nich. Na blatach nic nie leżało, wszystko zostało pochowane do szafek. Usiedli przy stole. Mama Mayi zaproponowała Shane'owi coś do picia, ale odmówił. Nie chciał jej sprawiać kłopotu, a widział, że gdyby poprosił o herbatę, byłoby to nie lada utrapienie dla gospodyni. Dlatego od razu przeszli do konkretów.
    - Dziękuję ci, że zaproponowałeś Mayi u siebie nocleg. To bardzo miło z twojej strony - odezwała się jako pierwsza. Chłopak ledwie zauważalnie się zaróżowił.
    - Nie ma o czym mówić. Od tego ma się przyjaciół. - Wzruszył ramionami.
    - Cieszę się, że moja córka ma takich przyjaciół. Bo tacy ludzie to skarb. Zwłaszcza w jej sytuacji - mruknęła. - Czy twoja mama mówiła ci, o czym rozmawiałyśmy? - zainteresowała się.
    - Wspominała coś o tym, że Maya zostanie u nas na dłużej i że będzie się ze mną uczyć walk i o Zakonie i Strażniczkach. Zastanawiałem się czy pani rodzina również należy do Zakonu, ale gdy spytałem mamę, ona szybko ucięła temat, nie chcąc rozmawiać ze mną o powierzonych jej tajemnicach. Stara się nikogo nie zawieść i nie gada o sprawach innych ludzi z byle kim. Bardzo to w niej cenię, ale jestem strasznie ciekawy, czy Maya jest taka jak ja czy Adam. - Oczywiście Zakon domyślał się, że Maya mogła być Strażniczką, ale nie mieli pewności. I Shane chciał tę pewność zdobyć.
    - Jest podobna - powiedziała rozważnie pani Reed. - Nie taka sama, ale podobna. Maya to wyjątkowa osoba i jedyna w swoim rodzaju. Dlatego bardzo zależy mi na jej bezpieczeństwie. To z tego powodu  nie pozwoliłam jej wrócić tutaj po ataku Gwardii. Bałam się, że przybędą jeszcze raz, ale że następnym razem Maya będzie w środku. Nadal się o to boję, więc razem z synem już tutaj nie mieszkamy. Nie chcę, by Maya przeżyła ten sam koszmar co w siedzibie Gwardii.
    - U nas jest bezpieczna. W naszym domu niemal aż roi się od członków Zakonu - wyznał cicho Shane.
    - Właśnie za to codziennie dziękuję Bogu. Za to, że spośród tylu osób, moja córeczka wybrała akurat członków Zakonu. To nie zbieg okoliczności, że się spotkaliście. Tak było wam pisane. Tobie, Mayi i Adamowi.  I bardzo się z tego cieszę, bo teraz mogę spać spokojnie, wiedząc, że Maya jest pod dobrą opieką. - Zamilkła na moment, by po chwili znów zacząć gadać. - Jak się czuje? Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku. Miałam do niej zadzwonić, ale tyle się ostatnio działo, że nie znalazłam czasu.
    - Jest trochę smutna, siedzenie w samotności jej nie służy, bo wtedy myśli o wszystkich złych rzeczach, ale poza tym wydaje się być okej. Wczoraj po południu był u niej Adam, a dzisiaj rano poprosiłem ją, by pomogła mi wieczorem z angielskim. Ona wszystko umie, a u mnie angielski leży i kwiczy, więc pomyślałem, że mogłaby mi udzielić korepetycji. Poza tym nie będzie siedzieć sama, nie będzie się nudzić i smucić.
    - Naprawdę nie wiem, jak ja wam się wszystkim odwdzięczę. Tyle dla nas zrobiliście!
    - Już mówiłem, Maya jest moją przyjaciółką, a przyjaciołom trzeba pomagać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, bym nie pomógł swojemu przyjacielowi.
    - To dobrze o tobie świadczy - powiedziała poważnie pani Reed. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, które przerwało pukanie do drzwi. - Przepraszam, pójdę otworzyć. -
    Wyszła z kuchni w pośpiechu. Po chwili pojawiła się z powrotem. za nią szybko kroczył Josh ze zmartwioną miną. Tuż po wejściu, jego wzrok spoczął na Shanie, który wstał i podał mu dłoń na przywitanie.
    - Shane - przedstawił się uprzejmie. Josh uczynił to samo, ściskając rękę blondyna.
    - Widzisz, Shane przyjechał po rzeczy Mayi i tak się zasiedzieliśmy. Kompletnie zapomniałam, że powinnam jak najszybciej wrócić do was. Ale nie musiałeś przychodzić - odezwała się. - Raz dwa spakuję ubrania i książki Mayi i już wychodzimy.
    - Obiecałem Mayi, że się zaopiekuję i panią i pani synem. Nie mógłbym spojrzeć jej w oczy, gdyby coś wam się stało - rzekł nadzwyczaj poważnie, patrząc jej prosto w oczy.
    - No cóż, dobrze. Zostańcie tutaj, a ja za chwilkę wrócę. - Westchnęła, kręcąc głową. Znów wyszła z kuchni, pozostawiając chłopców samych sobie.
    - Tak więc u ciebie jest Maya? - zapytał Josh, choć doskonale znał odpowiedź.
    - Tak - odpowiedział lakonicznie.
    - Co u niej?
    - Wszystko dobrze. - Wzruszył ramionami. - Trochę jej się nudzi w domu.
    - No tak, cała ona. - Uśmiechnął się do swoich wspomnień o dziewczynie brunet.
    - Tak, to prawda - przytaknął Shane. Nie kleiła się między nimi rozmowa. Bo i o czy mieliby rozmawiać? Nie znali się, nie posiadali wspólnych tematów do rozmów, było nawet bardzo prawdopodobne, że się mogą już nigdy nie spotkać. Żaden z nich nie czuł potrzeby bezsensownego paplania. Woleli posiedzieć te parę minut w milczeniu. I tak też zrobili. Gdy powróciła mama Mayi, obaj siedzieli, wpatrując się w inne punkty kuchni.
    - Okej, wzięłam chyba wszystko. Jeśli nie to niech Maya do mnie zadzwoni - poprosiła kobieta, podając Shane'owi wypchaną torbę.
    - Dziękuję, będę pamiętał - powiedział. Już chciał wyjść, gdy pani Reed złapała go za rękę i odwróciła w swoją stronę.
    - Obiecaj mi, że zaopiekujesz się Mayą. Nie chcę, żeby się o nas martwiła. My tutaj dajemy sobie radę. I o Gwardię też niech się nie martwi. Wiem, że u ciebie jest bezpieczna. Po prostu obiecaj mi, że będziesz miał na nią oko w szkole. Bo powinna do niej już wrócić od poniedziałku. Powiedz jej, że podjadę do wychowawczyni, by wyjaśnić jej nieobecność. Tylko obiecaj mi, że się będziesz nią opiekował. Jak swoją młodszą siostrą.
    - Obiecuję - odrzekł poważnie, spoglądając jej prosto w oczy. Matka Mayi widziała w niebieskich tęczówkach szczerość i to ją przekonało, że chłopak mówił prawdę przez cały czas ich rozmowy.
   - Dziękuję. - Odetchnęła z ulgą. - To wyjątkowa osoba, pamiętaj o tym.
   - Wiem, będę pamiętać. Do widzenia - pożegnał się, wychodząc z domu. Skierował się do swojego auta, torbę wrzucił do bagażnika, po czym zajął miejsce kierowcy i odjechał.
    - Dobry z niego chłopak - przyznała kobieta.
    - Na pewno. Maya z byle kim się nie zadaje - odpowiedział Josh, biorąc od matki Mayi torbę z ubraniami.
    - Myślę, że tworzyli by ładną parę, taką zgraną. Zawsze we wszystkim by się dogadali, mieliby w sobie wsparcie. Pasują do siebie, nie uważasz? - zapytała, spoglądając na młodego mężczyznę, który prowadził ją do swojego domu. Ten tylko uśmiechnął się tajemniczo. Zauważyła jednak pewien smutek w jego oczach.


~~~*~~~~*~~~*~~~

    Hej, wiem, że krótkie, wiem, że beznadziejne, ale wybaczcie mi. W tym tygodniu nie stać mnie na nic lepszego. Postaram się kolejny napisać dłuższy i bardziej ciekawy. Ten w moim zamyśle od początku był nudny, bez jakiejś akcji, bo chciałam takie coś wcisnąć. Poza tym mam wrażenie, że coś pokićkałam, więc jeśli coś zauważycie niezgodne z poprzednią treścią to śmiało piszcie. Ja gdy tylko znajdę czas to siądę i przeczytam rozdziały od początku, by przypomnieć sobie, co ta wcześniej pisałam.
    Mam jednak nadzieję, że nie zawaliłam na całego. Piszcie, co tam myślicie :)
    Pozdrawiam Was serdecznie! ;*

piątek, 4 lipca 2014

~21~


    Rano wszystko działo się tak szybko, że nikt się nawet nie obejrzał, a już siedzieli w autobusie. Adam zajął miejsce obok Mayi, a Shane tuż za nimi. Zamierzał mieć ich na oku. Widział wczoraj, jak ze sobą rozmawiali na dyskotece, jak potem nie odstępowali się ani na krok. Czuł, że wydarzyło się między nimi coś ważnego. Bał dopuścić do siebie najgorszej z możliwych opcji, ale wszystko wskazywało na właśnie na to. Że Maya i Adam zaczęli ze sobą chodzić. I im dłużej im się przyglądał i przysłuchiwał, utwierdzał się w tej myśli.
    Na początku poczuł smutek. Był zawiedziony. W końcu on również coś tam czuł do Mayi. Później pojawiła się złość. Najpierw na Adama, że go ubiegł, potem na samego siebie, że nie poszedł do blondynki wcześniej, że nie wyznał jej swoich uczuć przed kolegą. Na koniec przyszła bezradność. Zdawał sobie sprawę, że jeśli tych dwoje naprawdę się kocha, to on nie miał nic do gadania. Powinien zaakceptować ich wybór, by nadal być ich przyjacielem.
    "Ale co, jeśli to nie jest prawdziwa miłość tylko zauroczenie, które z czasem minie?" - Ta myśl pojawiła się w następnej kolejności w jego umyśle. Wtedy już kompletnie nie wiedział, co sądzić o całej tej sytuacji. Serce mówiło mu, że nie może się teraz poddać, że musi zawalczyć. Natomiast rozum podpowiadał, by zostawił ich w spokoju i cieszył się ich szczęściem. Nie potrafił zrobić ani jednej, ani drugiej rzeczy. Nie był typem, który walczyłby o ukochaną z przyjacielem. Dla niego przyjaźń była ponad miłostki. Ale nie mógł też siedzieć z założonymi rękami i patrzeć na tych dwoje.

    Diana ukradkiem spoglądała na Mayę i Adama, którzy rozmawiali ze sobą zawzięcie. Cały czas uśmiechali się do siebie, patrzyli w oczy. Trzymali za ręce. Brunet skradł jej pocałunek czy dwa. Szatynka bardzo się cieszyła, że życie przyjaciółki w końcu wychodziło na prostą.
    "Jeszcze żeby tylko dziewczyny zaczęły się do siebie odzywać!" - Westchnęła. Wiedziała, że porywa się z motyką na słońce, ale mimo to starała się jakoś przekonać Wen i Chloe do tego, by pogodziły się z Mayą. Dziewczyny jednak były zbyt uparte. Ciągle stawiały na swoim. Diana jednak nie poddawała się i wydawało jej się, że zauważyła nieznaczne zmiany w zachowaniu przyjaciółek. Nie miała tylko pojęcia czy to aby może ona niczego sobie nie wymyśliła, by choć trochę siebie pocieszyć.
    Wróciwszy wczoraj z dyskoteki, Diana i Maya były przeszczęśliwe. Obie miło spędziły wieczór. Ciągle tańczyły; Diana chyba ze wszystkimi, blondynka praktycznie tylko z jednym. Maya właśnie opowiadała szatynce o tym, co wyznał jej Adam, gdy zorientowała się, że w pokoju panuje cisza. Nie przerywając opowieści, spojrzała na współlokatorki; obie przysłuchiwały się z niemałym zaangażowaniem. Gdy skończyła, nic nie powiedziały, ale wiedziała, że bardzo je to zaciekawiło. To dało nadzieję Dianie na to, że może kiedyś znów będą tą samą paczką co kiedyś, że będą się razem śmiać, wszędzie ze sobą chodzić i nigdy się nie rozstaną. Może kiedyś...

    Kevin siedział obok Shane'a. Starał się przyjaciela wciągnąć w jakąś pogawędkę, ale kiedy zauważył, że do blondyna nic nie dociera, darował sobie. Powędrował wzrokiem za spojrzeniem blondyna. Ten patrzył na Mayę i Adama z nieskrywaną zazdrością.
    - Wiesz, jeśli to cię pocieszy, to zawsze myślałem, że to ty z nią będziesz - powiedział.
    - Nie pocieszyło - mruknął cicho Shane. Zerknął przelotnie na kumpla. Potem wbił wzrok w szybę. Patrzył na pędzące obok nich samochody, na zielone drzewa, które po chwili zostawały za nimi.
    - Tak myślałem. Ale nie ma się co martwić. Wszystko się jakoś ułoży. Zobaczysz, jeszcze będzie tak jak ty tego chcesz.
    - Jasne.
    - Hej! Chłopaki, gracie w karty? - zapytał Colin, spoglądając na rozmawiających.
    - Nie, jakoś nie mam ochoty - odpowiedział Shane. Wyciągnął z plecaka słuchawki i założył je, włączając muzykę.
    - Za to ja chętnie z wami pogram - odezwał się Kevin, odwracając się w stronę Colina.Chłopak zaczął rozdawać karty swoim kolegom.
    - Adam, grasz? - zawołał Mike do bruneta. Chłopak, uśmiechając się od ucha do ucha, odwrócił się.
    - Jasne, czemu nie - odparł. Rozejrzał się uważnie. - A Shane nie gra z nami? - zapytał, spoglądając ukradkiem na blondyna.
    - Trochę źle się czuje - szybko wtrącił się Kevin. Adam pokiwał głową ze zrozumieniem, biorąc swoje karty.
    - No to zaczynajmy! - krzyknął Colin.

    - Szkoda, że już wracamy. Było strasznie fajnie! - powiedziała Alex do Sam. - Tyle się wydarzyło. Nigdy nie zapomnę tej wycieczki!
    - Ja też. Będę ją miło wspominać.
    - Idziecie jutro do szkoły? - Usłyszały głos Maggie siedzącej tuż przed nimi.
    - No jasne, że nie. Zamierzam jutro w końcu się porządnie wyspać - odparła blondynka ze śmiechem.
    - Ja chyba też nie przyjdę. Nie opłaca się. No bo kto przyjdzie? Może Chloe, bo nie będzie chciała popsuć sobie frekwencji. Może Adison, bo jej ojciec będzie kazał. A tak? Chłopaki na pewno nie przyjdą, już to zapowiedzieli przed wycieczką. A pozostałe dziewczyny pewnie też będą wolały zostać w domu, spokojnie się rozpakować i w ogóle - wyznała Margaret.
    - Och, przestańcie wreszcie gadać o tej przeklętej szkole! - zawołała Jessie, odwracając się w ich kierunku. - Jeszcze się wycieczka na dobre nie skończyła a wy już tylko szkoła i szkoła. Cieszcie się, dopóki jeszcze macie czym, bo po powrocie będzie ciężko.
    - To prawda. Mamy zapowiedziane dwa sprawdziany w przyszłym tygodniu... - zaczęła Alex, ale widząc spojrzenie Jess, zamilkła.
    - Chce ktoś ciastko? - zapytała Sam, wyciągając paczkę herbatników z torebki. Dziewczyny roześmiały się serdecznie i wzięły każda po jednym ciastku.
    - Gdzie planujecie spędzić wakacje? - odezwała się po chwili Maggie. I koleżanki zaczęły omawiać swoje plany wakacyjne, zapominając o szkole i wszelkich innych rozterkach.
Cam i Ad

   Cameron i Adison siedziały tuż przed Dianą. Oglądały horror na tablecie. Jednak jego właścicielka nie potrafiła skupić uwagi na filmie. Myśli Ad zaprzątały różne sprawy. A przede wszystkim Maya. Zastanawiała się, czy to prawda, co ludzie gadają, że wczoraj Adam wyznał blondynce co czuje i że ona powiedziała, że czuje to samo co on. Nie mogła w to uwierzyć rano, gdy Maggie jej to powtórzyła i nie mogła uwierzyć teraz, widząc ich razem siedzących przy sobie.
    "Jedyny plus tej całej pogmatwanej sytuacji jest taki, że jeśli oni faktycznie są razem, to Maya nie będzie miała nic wspólnego z Shanem, co podnosi moje szanse w zdobyciu go." 
    Zaśmiała się cicho. Przyjaciółka spojrzała na nią krzywo. Na ekranie krwawa jatka, a Adison się śmieje? Po chwili do Cameron dotarło, że to nie powinno jej dziwić. Znała swoją przyjaciółkę już jakiś czas i wiedziała, że takie filmy jej nie ruszają. Wręcz przeciwnie - wzbudzają w niej poczucie humoru tak dobrze ukryte za ciągłą zazdrością i arogancją.
    - Beznadziejny ten film. Nic tylko się zabijają. - Westchnęła Adison.
    - W końcu to horror - zauważyła Cam.
    - No tak, racja. Mimo tego i tak jest beznadziejny - odparła po czym go wyłączyła, nie pytając Cam, czy będzie go dalej oglądać.

    Maya siedziała oparta plecami o gorącą szybę autobusu i przyglądała się jak chłopcy grali w karty. Przez pierwsze dwadzieścia minut może i było to ciekawe, ale potem zaczęła się nudzić. Po jej prawej stronie siedział Shane, lecz wydawało jej się, że spał, więc nie chciała go budzić i zajmować rozmową. Usiadła więc prosto, wyciągnęła słuchawki, założyła je i włączyła muzykę. Wyglądała przez szybę. Starała się liczyć samochody, które ich mijały, ale po chwili straciła rachubę. Podziwiała piękne widoki - zielone łąki, brązowo-żółte pola, które tworzyły kolorową szachownicę, ciemne lasy, dalekie wzgórza porośnięte zielonymi roślinami. Patrzyła na sunące po niebie białe obłoki, które układały się w różne kształty. Wszystko według niej było piękne, miało swój urok.
    Podczas podróży dużo myślała. Najpierw o Adamie, który siedział tuż obok. Słuchała jego głośnego, niskiego śmiechu, czasami czuła jego dotyk, ale nie odwracała się. przymknęła powieki i pozwoliła, by jej myśli pochłonęły ją całą.
    Czuła, że dobrze zrobiła, wyznając Adamowi, co czuje. Odkąd ją pocałował ta kwestia nie dawała jej spokoju. Wróciły dawne uczucia, których nijak nie mogła się pozbyć. Teraz czuła, jakby ktoś zdjął jej z ramion jakiś ciężar, choć wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że go na nich miała. Była szczęśliwa. Od dawna to uczucie jej nie towarzyszyło. Teraz miała pewność, że wszystko w końcu zacznie się układać.
    Kilka razy wspomniała Shane'a. Usłyszała z rozmowy chłopaków, że źle się czuł. Miała tylko nadzieję, że to nie było nic poważnego. Uważała blondyna za swojego przyjaciela, może nawet drugiego starszego brata. Wiedziała, że zawsze mogła na nim polegać, wszystko mu powiedzieć, a on to zatrzyma dla siebie. Zupełnie jak Josh. Więc martwiła się o niego i chciała, żeby wszystko było w porządku.
    Najwięcej czasu spędziła na rozmyślaniu o przyjaciółkach. Wczoraj zdawały się być bardzo zainteresowane jej powieścią o dyskotece mimo, że kategorycznie odmówiły wzięcia w niej udziału. Zastanawiała się, co teraz o niej myślą. Czy nadal były na nią obrażone? Czy nadal uważały, że to ona zepsuła ich przyjaźń, oddalając się od nich? Miała ochotę je o to zapytać, ale bała się, że tymi pytaniami może zepsuć coś, co miała nadzieję się naprawiło przez ostatnie kilka dni. Bardzo pragnęła, by było tak jak dawniej. Dziewczyny znały je jak nikt i zależało jej na tym, by dowiedzieć się, jakie mają zdanie na ten czy inny temat, który dręczył blondynkę. Ale to nie ona powinna się odzywać pierwsza. Przynajmniej dopóki nie będzie wiedziała, że jej przebaczyły i że zauważyły, że one też popełniły błąd. Bo jeśli tego nie zobaczą, na próżne będą pogadanki Mayi.
    Podróż minęła jej strasznie szybko. Za szybko wręcz. Nim się obejrzała, już wjeżdżali do miasta i czas było dzwonić do rodziców, by ich odebrali spod szkoły. Maya nie rozmawiała z mamą długo. Słyszała, że była strasznie zajęta. Mówiła szybko, a w tle coś buczało. Obiecała jednak zaraz stawić się na umówionym miejscu.
    Gdy autobus zaparkował na parkingu przed szkołą, wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy. Maya założyła sweterek, bo na dworze wiał mocny wiatr, wzięła torbę i wyszła za Adamem na korytarzyk pojazdu, ustawiając się w klejce do drzwi.
    Przeszedł ją dziwny dreszcz, a wisiorek nagle zaciążył jej na szyi. Nigdy nie czuła czegoś podobnego i dlatego nie wiedziała, co o tym myśleć.
    - Idziesz? - zawołał brunet, stojąc już na chodniku. Odwrócił się w jej stronę i wyciągnął do niej rękę, a ona, po chwili wahania, ja chwyciła. Wyszła z autobusu na spotkanie z przeznaczeniem.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej! Obiecuję, że w kolejnym będzie więcej życia! :) Mam nadzieję, że ten wyszedł mi lepiej niż myślę, ze wyszedł :) Jak mijają wakacje? Mi w sumie okej. Ciepło jest, słoneczko grzeje, znajomi są. Czego chcieć więcej? :)

sobota, 18 stycznia 2014

~9~


 
  Siedzieli w prawie pustej kawiarence, próbując znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Była to mała, przytulna knajpka, wciśnięta między dwa spore budynki. Nietrudno ją znaleźć. Duży afisz nad drzwiami i oknem robił swoje - przyciągał turystów, szukających masowego źródła informacji, jakim w tych czasach jest internet.
    Niczym szczególnym się nie wyróżniała. Kilka stolików, parę działających komputerów, połączonych z siecią. Można tu było skorzystać z internetu, ale i zjeść coś, czy napić się po długiej wędrówce po mieście.
    Chłopcy znaleźli to miejsce już wcześniej, gdy zwiedzali miasto. Później było im łatwiej do niego trafić, bo dobrze zapamiętali ten budynek. W końcu, jak to młodzież XXI wieku, lubiła swój wolny czas spędzać przed komputerem. Lecz w nie wrócili tam po to, by grać, lecz po to, by znaleźć sposób na uratowanie Mayi. Zasiedli przed wysłużonym komputerem i zaczęli pracować.
    Wydawało im się, że przeszukali cały internet, chcąc dowiedzieć się czegoś o Elessarze i Strażniczkach. Shane'a zaczynały boleć oczy od ciągłego wpatrywania się w ekran komputera.
    - Mam dość! - westchnął i usiadł wygodniej na krzesełku. Zerknął w stronę Adama, który nadal nie tracił nadziei i szperał w sieci. Shane widział, jak jego oczy błyszczą z podekscytowania. Siedział jak na szpilkach. Co chwilę wstawał z krzesełka, gdy coś nie chciało się włączyć.
    "No tak, dla niego to nowość" - pomyślał - "Bądź, co bądź, miałem czas, by się do tego wszystkiego przyzwyczaić."
   Choć się nie przyzwyczaił. A przynajmniej nie do końca. Jakoś nie mógł uwierzyć w to wszystko. Magia? Czary? Czy o to chodziło? Nigdy nie miał bardzo bujnej wyobraźni i może dlatego trudniej mu było to przyswoić.
    "Albo to absurd" - westchnął.
    Blondyn znów zerknął w stronę swojego przyjaciela, który z pasją wczytywał się w słowa na ekranie komputera. Dziękował Bogu, że Adam nie zasypuje go pytaniami, choć widział, jak cisną mu się na usta. Już kilka razy w ciągu ostatnich dziesięciu minut, zwłaszcza, gdy znaleźli coś bardziej interesującego, rozchylał wargi, by się odezwać. W ostatniej chwili jednak rezygnował.
    W końcu nie wytrzymał i zapytał:
    - Wiedziałeś?
    - Co wiedziałem? - westchnął blondyn. Przeczuwał, że będą pytania, ale i tak nie był na nie gotowy.
    - To, że należymy do Zakonu - sprecyzował.
    - Wiedziałem, że JA należę. O tobie rodzice mi nic nie mówili.
    - Ale czemu tobie powiedzieli? Przecież urodziny masz dopiero w lipcu - zdziwił się Adam. Czuł się nieco urażony tym, że jego kumpel wiedział o takich rzeczach i mu nic nie powiedział.
    - Spytałem ich o to - wskazał na znamię w kształcie ósemki. - No i mi powiedzieli, choć niechętnie, że nasza rodzina od pokoleń należy do Zakonu. Tyle. Chyba miesiąc, w którym mieliby mnie uświadomić nie robił im wielkiej różnicy. Ty to co innego. W lutym skończyłeś dopiero szesnaście lat, więc nie ma się o co wściekać. Poza tym nie uwierzyłem im od razu. Myślałem, że się ze mnie śmieją, bo ja wiem. Stopniowo przyswajałem tą nowinę.
    - Każdy członek Zakonu ma taki znak? - zainteresował się.
    - U mnie w rodzinie wszyscy mamy ósemkę. Ty nie masz?
    Pokręcił głową zrezygnowany.
    "Może jego mama się myliła? Może wcale nie należę do tego Zakonu?" - pomyślał brunet. Było mu smutno, bo, nie wiedzieć dlaczego, cieszył się, że był członkiem Zakonu.
    Niespodziewanie podskoczył na krzesełku. Z nieznanych mu przyczyn, rozbolała go stopa. I nagle go olśniło!
    - Czy to możliwe, bym miał inny znak? - zapytał ożywiony.
    - A skąd ja mam to wiedzieć? Nie jestem ekspertem do spraw Zakonu - powiedział nieco zirytowany. - A masz inne znamię? - zapytał po chwili, jakby musiała minąć chwila, by do niego dotarło to, co powiedział kolega.
    - Tak. Wygląda jak piórko. Mam je na stopie.
    - A wiesz, czy ktoś z twojej rodziny też je ma?
    - Nie wiem... Chociaż czekaj. Widziałem takie coś na plecach Vicky. Twierdziła, że zrobiła sobie tatuaż, ale od początku jej nie wierzyłem. A czemu pytasz?
    - Bo może każda rodzina w Zakonie ma inny znak? Tak, żeby można było ich rozpoznać. Moje ósemki, twoje piórko. Ciekawe jakie jeszcze są.... - zamyślił się.
    - Myślisz, że kiedyś ich poznamy? - spytał Ad.
    - Kogo?
    - No innych członków - zirytował się brunet.
    - Może... - westchną Shane. - Z tego co pamiętam, szukaliśmy legendy... Masz coś?
    - Niestety nic nie ma. Nawet wzmianki o Elessarze czy Strażniczkach.
    - Może to jest ściśle tajne? - szepnął.
    - Co robimy w takim razie?
    - Nie wiem! Daj się chwilę zastanowić! - zawołał Shane. Adam zamilkł.
    Myśli kotłowały się w jego głowie. Za wszelką cenę chciał dowiedzieć się czegoś, co pomogłoby im odnaleźć Mayę. Miał złe przeczucia, co do tego nagłego zniknięcia koleżanki. I one wcale mu nie pomagały w szukaniu najlepszego rozwiązania.
    Adam spoglądał co chwilę na niego niepewny, czy jego przyjaciel wie, co ma robić. Shane czuł te spojrzenia, choć brunet myślał, że kolega tego nie zauważył. To jeszcze bardziej irytowało Shane'a Nie był przecież nie wiadomo jak genialny. Nie potrafił ot tak wymyślić, co mieliby zrobić. Nie rozumiał, dlaczego Ad wierzył, że teraz przejmie dowództwo, skoro nigdy się do tego nie kwapił.
    Jego rozmyślania przerwał Jacob i Colin, którzy weszli do kawiarenki, całkowicie niezauważeni przez chłopców siedzących przed komputerem. Zorientowali się dopiero, gdy Colin klepnął Adama w ramię.
    - Siema,co tam? - zapytał Jacob. - Czego szukacie? - zainteresował się, widząc ładującą się stronę internetową. Był on specem od wszelkiej elektroniki komputerowej, potrafił znaleźć wszystko, naprawić wszystko. Interesował się wszystkim, co było związane z komputerem i internetem.
    - Ye... Szukaliśmy... - jąkał się Adam.
    - Zastanawialiśmy się, czy można jakoś sprawdzić, gdzie znajduje się człowiek i co byłoby do tego potrzebne...
    - Pewnie że można - wzruszył ramionami Jacob. - A kogo szukamy?
    - Gdybyś to zrobił, byłbyś naszym królem! - zawołał Adam z nutą nadziei w głosie. Specjalnie nie odpowiedział na pytanie kolegi. Może udałoby się obejść całą to pogmatwaną historię tak, żeby nikt nie dowiedział się, że szukali Mayi.
    - A co byłoby ci potrzebne? - zainteresował się Shane.
    - Numer telefonu i komputer - znów wzruszył ramionami.
    - Jeśli ci się uda, stawiamy ci duże piwo!
    Shane'owi mocniej zabiło serce. Czy to jest możliwe? Czy dzięki Jacobowi znajdą Mayę? Miał taka nadzieję. Podał więc chłopakowi numer blondynki i czekał. Jacob usiadł przed komputerem. Jego dłonie latały nad klawiaturą, muskając klawisze.
    - Gotowe - uśmiechnął się przez ramię do Shane'a już po paru minutach. - Łatwy kod do złamania. Według tych informacji, ta osoba, której szukacie, znajduje się parę dobrych kilometrów za miastem i to nie przy głównych drogach. Wygląda to tak, jakby siedziała na... polu.... Ale co ona tam robi? I co zamierzacie zrobić?
    - Nie ma czasu na wyjaśnienia. Dzięki stary, jesteś wielki. Pamiętaj, wisimy ci duże piwo, może nawet dwa. - Blondyn wyciągnął telefon, wychodząc z kawiarenki.
     - Co robimy? - zainteresował się Adam, depcząc mu po piętach.
    - Jedziemy tam! Chyba nie myślałeś, że ją tam zostawię? Po moim trupie. To znaczy... Ja jadę - nie mówił zbyt składnie, ale miał nadzieję, że jego kumpel go zrozumie.
    - Ale twoja mama...
    - Czy ty myślisz, że ja jej kiedykolwiek posłuchałem? Znasz mnie, człowieku.
    - To nie jest dobry pomysł. Zakon sobie z tym poradzi...
    - JA też jestem Zakonem! - krzyknął. Wybrał numer i przyłożył telefon do ucha. Nie patrzył na kolegę. Wpatrywał się przed siebie na ulicę, gdzie po chwili pojawił się samochód.
    Ktoś odebrał telefon. Chłopak zaczął tłumaczyć kobiecie, że chciałby zamówić taksówkę, lecz urwał wpół słowa, bo oto z auta wysiadła Maya. Cała i zdrowa, choć przerażona i bliska omdlenia. Serce zabiło mu szybciej.
    - Nieważne - mruknął do słuchawki i rozłączył się. Chciał podejść do dziewczyny, lecz Adam go wyprzedził. Już biegł ku zdezorientowanej blondynce. Złapał ją, bo ledwie trzymała się na własnych nogach. Przytulił ją mocno, podnosząc minimalnie do góry.
Mruczał siarczyste przekleństwa we włosy dziewczyny, skierowane do tych, którzy ją uprowadzili. Shane wiedział, że kamień spadł mu z serca.
    - Mi, wszystko okey? - szepnął, odsuwając się na tyle, by spojrzeć jej w oczy. Rozejrzała się dokoła, ledwo, prawie niezauważalnie kiwnęła głową, a potem wtuliła w chłopaka.
    Shane patrzył na tą dwójkę nie wiedząc, co robić. Miał ochotę im przerwać i przywalić Adamowi, lecz wiedział, że nie może tego zrobić przy Mayi. Już dość się dzisiaj nacierpiała, cokolwiek jej robili. A wyglądała, jakby przed chwilą ledwo uszła z życiem sprzed nosa głodnego lwa.
    "Co oni jej zrobili?" - spytał sam siebie, gdy dziewczyna odwróciła głowę i ujrzał jej oczy. Oczy pełne przerażenia, paniki i niedowierzania.
    - Chodź, musisz usiąść. Cała się trzęsiesz - zauważył Adam, prowadząc ją do schodów kamiennicy. Stał tam Jacob w towarzystwie Marka i Colina.
    "Co mam im powiedzieć?" - zastanawiał się blondyn. Prawdy na pewno nie mógł im wyjawić. Mama by go prześwięciła. - "Mama..." - w jego głowie zrodził się kolejny plan, co do którego wiedział, że go zrealizuje.

    - Jesteś głodna? Potrzebujesz czegoś? - pytał Adam. Maya nie chciała nic. Pragnęła tylko znaleźć się w ciepłym łóżku, z dala od światła słonecznego, z dala od gwaru miasta. Chłopak usiadł obok niej, więc mogła wtulić się w jego tors. Schowała głowę w zagłębieniu jego szyi.
    - Powinniśmy iść na zbiórkę - zauważył Shane dziesięć minut później. Blondynka jęknęła i podniosła na niego pusty wzrok. - Wytrzymaj jeszcze tylko odrobinę. W autobusie będziesz mogła się położyć i dopilnujemy, by nikt ci nie przeszkadzał. Obiecuję. Wszystko zostaw nam.
    Pomogli jej wstać. Prawą nogę miała obdartą, więc kulała. Oparła się  o ramię Adama i powoli ruszyli. Gdy dotarli, wszyscy czekali tylko na nich. Wychowawczyni spojrzała na Mayę.
    - Co się stało? - spytała, pokazując jej zalaną przez krew nogę.
    - Wywróciła się tam, na takiej dziurze. To chyba nic poważnego, tylko obdarcie skóry, ale nie warto ryzykować - wyjaśnił szybko Shane.
    - Tak, widziałam tę nierówność, o której mówisz. Dacie sobie radę?
    - Tak. Proszę się nie martwić. Gorsze rany się i widziało i miało. W hotelu się ją przemyje i już.
    - No dobrze, dobrze, ale czy teraz sobie poradzicie?
    - Oczywiście, pójdziemy sobie na końcu, żeby nie robić zamieszania.
    Nauczycielka przeszła dalej, sprawdzając, czy nikt się w tym czasie nie się oddalił. Shane odetchnął z ulgą.
    - Nie wiedziałem, że pójdzie tak łatwo.
    - Jej wszystko można wmówić - zauważył Adam. - Ile to razy chłopaki opowiadali jej jakieś głupoty, a ona w nie wierzyła.
    Shane pokiwał tylko głową. Dobrze o tym wiedział. W jego klasie nie było zbyt wielu utalentowanych plastycznie. Mieli też pamięć jak ser szwajcarski. I dlatego wiele razy wciskali jej kit, a to, że przyniosą rysunek na następną lekcję, a to, że nie wiedzieli, że to miało być na dzisiaj.
    Ruszyli. Jak zapowiedzieli, szli na końcu, parę metrów za ostatnimi - Natalie, Laurą i Caroline. Słyszeli szepty reszty grupy, lecz nie zawracali sobie tym głowy. Gdy Shane rozmawiał z nauczycielką, sporo osób wtedy podsłuchiwało, więc i tak wszyscy dowiedzą się, co się stało. Prędzej czy później.
    Maya próbowała iść o własnych siłach, lecz po kilku chwiejnych krokach, uczepiła się Adama. Shane szedł po drugiej stronie dziewczyny, nieco z tyłu, niosąc jej torbę, którą mu wcisnęła jeszcze na schodach. Gdyby coś się stało, blondyn mógłby złapać dziewczynę. Na szczęście nie musiał interweniować.
    Adam wszedł do autobusu pierwszy. Shane złapał Mayę za biodra i delikatnie podsadził. Dziewczyny siedzące już w autokarze spojrzały na nich zdziwione, ale i zainteresowane. Chłopak zauważył w oczach Diany niepokój.
    Blondy poprowadził Mayę do Adama. Gdy usiadła, brunet wślizgnął się na miejsce obok niej.
    - Trzęsiesz się - zauważył. Sięgnął po swoją bluzę i pomógł jej wsunąć ręce w nieco za duże rękawy. Dziewczyna chciała ją zapiąć, lecz dłonie tak jej się dygotały, że nie potrafiła sobie sama poradzić. Brunet złapał zamek i jednym, szybkim i sprawnym ruchem zapiął bluzę aż po szyję.
    - Dzięki - spojrzała na niego niepewnie i uśmiechnęła się smutno. Schowała dłonie w rękawach bluzy, podkurczyła nogi i położyła głowę na kolanach chłopaka, nie patrząc na to, że było jej niewygodnie. W tamtej chwili to się nie liczyło. Chciała tylko spać.
    Adam nieco zdziwił się tym ruchem, ale nie zaprotestował. Zsunął długie pasma włosów Mayi z jej twarzy i założył je za ucho. Kilka razy jeszcze je przeczesał palcami, bo były strasznie poplątane, ale niewiele to pomogło.

    Tymczasem za nimi Kevin i Mark zasypywali Shane'a pytaniami. Blondyn miał już przygotowaną odpowiedź.
    - Zagapiła się na jakąś wystawę i została w tyle. Gdy zaczęła nas szukać, przewróciła się i rozharatała nogę. Potem wezwała taksówkę, bo była strasznie zmęczona i jak się okazało, dobrze zrobiła, bo szła kompletnie w odwrotnym kierunku. Jest wyczerpana, to wszystko. Trochę snu, woda utleniona na ranę i po sprawie.
    Nie wiedział, czy mu uwierzyli, ale tyle im musiało wystarczyć. Z pomocą mamy wymyślił całą tę historię, która mogłaby się przytrafić każdemu. Ona była najbardziej prawdopodobna i wszystko tłumaczyła.
    Zerknął na Mayę. Leżała na fotelach w bluzie Adama. Chłopak głaskał ją po głowie. Miny nie widział, ale mógł ją sobie wyobrazić.
    "Na pewno jest szczęśliwy. Na jego ustach maluje się błogi uśmiech" - myślał. - "Przynajmniej ja bym tak miał..."
    Westchnął, ściągnął swoją bluzę z ramion i położył ją na plecach dziewczyny. Potem opadł na swój fotel i w drodze do hotelu do nikogo się nie odezwał. Myślał nad wszystkim po kolei. Zastanawiał się, co naprawdę czuł do Mayi, a co czuł do niej Adam. Czy to było coś prawdziwego?
    "Jest ładna, mądra, zabawna" - myślał. Tylko czy to wystarczy?
    Nie był też jakoś przekonany do tego, że Adam czuł do dziewczyny coś więcej. Nigdy nie rozmawiali o dziewczynach, a tym bardziej o tej blondynce. Bał się przyznać, że gdy ją widzi, serce zaczyna bić mu szybciej, że język mu się plącze i nie wie, co powiedzieć. Podobała mu się od jakiegoś czasu. Zauważył ją chyba, gdy mięli razem wf. On, Adam i Maya musieli wylosować, w której kolejności i z kim będą grać. Stanęli wokół nauczyciela i schowali ręce za plecami. Potem wyciągnęli je, pokazując wymyśloną przez siebie liczbę palców. W końcu okazało się, że drużyny chłopców mają grać razem, a dziewczyny z wygranymi. To chyba właśnie wtedy, gdy grali po dwóch stronach siatki, stwierdził, że jest ładna. Bardzo ładna. Gdy ściskali sobie ręce, spojrzeli sobie w oczy, Shane poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doznał. Tylko czy to była miłość?

~~~*~~~*~~~*~~~

Hej :) Jak wam się podoba? Przypominam tylko o ANKIECIE. I przepraszam, że rozdział nie pojawił się wcześniej i że jest mało obrazków i gifów, ale nie mogę nic znaleźć. Ech i jakby co, to nie znam się szczególnie na komputerach, dlatego to wszystko jest opisane tak, a nie inaczej :)
Jaki byście chcieli tu zobaczyć parring? Jestem otwarta na propozycje :) Chodzi mi o tych bohaterów, którzy są w zakładce "Występują".
KOMENTUJCIE! I do napisania!
Zuza♥
Mrs Black bajkowe-szablony