Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garden. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2015

~37~


Maya
    Maya obudziła się wcześnie rano. Słońce już próbowało przedostać się przez roletę do pokoju. Dziewczyna wstała więc i odsłoniła, a następnie otworzyła okno, by wpuścić do środka mnóstwo świeżego powietrza, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej gorące. Znów zapowiadał się upalny dzień.
    Myjąc, a następnie ubierając się, wspominała mile spędzony wieczór. Razem z Shanem najpierw zjedli przyszykowany przez dziewczynę posiłek. W międzyczasie wybrali film, który odpowiadał im obojgu. Następnie zrobili popcorn i zasiedli przed laptopem na łóżku Mayi. Czuła się delikatnie skrępowana tak bliską obecnością chłopaka. Bardzo dobrze pamiętała o ich pocałunku, o znamieniu, które ich połączyło. Starała się o tym choć przez chwilę zapomnieć i cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.
    A wieczór trzeba było jak najbardziej zaliczyć do udanych! Blondynka dawno tyle się nie śmiała jak przez te kilka godzin. I to nie tylko za sprawą komedii, którą oglądali, ale również dobrego towarzystwa. Jeszcze będąc w kuchni i czekając aż popcorn będzie gotowy, Shane starał się, by Maya przy nim poczuła się naprawdę dobrze. Swojsko. I chyba mu się to udało, bo gdy tylko na ekranie pojawiły się pierwsze napisy, Maya odprężyła się a kolejne jej zachowania były całkowicie naturalne i spokojne.
    Pamiętała, że po obejrzeniu komedii, Shane włączył jeszcze jeden film, ale nie mogła sobie przypomnieć choćby o czym opowiadał.
    "Widocznie zasnęłam" - pomyślała, schodząc na dół. W kuchni napiła się tylko trochę wody i wyszła, by pobiegać. Po drodze nie spotkała żadnego z domowników. Zapewne wszyscy jeszcze spali. - "Trudno im się dziwić. W końcu jest niedziela. Mają prawo odpocząć po całym tygodniu pracy."
    Codziennie biegła tę samą trasę, ale z każdym dniem czuła się zupełnie inaczej. Na początku była wyczerpana po tych kilku kilometrach, lecz z czasem jej ciało w końcu nabrało kondycji i już nie męczyła się tak okropnie. Co prawda nadal brakowało jej wiele do dobrej formy, ale znalazła się na idealnej drodze. Była z siebie naprawdę dumna. Kiedyś nawet nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek zacznie biegać. Po treningach z panią Shay zaczynała lubić bieganie. Mogła wtedy się odprężyć, wyciszyć lub na spokojnie wszystko przemyśleć. Tego ostatniego nie lubiła robić. Wolała, męcząc się, zapomnieć choć na chwilę o wszystkim, by później, móc z podwójną siłą zmierzyć się ze swoimi problemami.
Maya
    Kiedy wróciła, dochodziła ósma. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w czyste ciuchy i zeszła do kuchni, by zjeść śniadanie. Tam przywitała ją uśmiechnięta od ucha do ucha mama Shane'a. Piła kawę, czytając leżącą przed nią na blacie książkę. Dziewczyna przywitała się grzecznie i zaczęła wyjmować z lodówki rzeczy, które zamierzała zjeść.
    - Widziałam, że biegałaś. To bardzo dobrze, że tak wcześnie, bo później zapowiada się niezwykle gorąco. Aż strach wychodzić z domu w taki upał żeby jeszcze jakiegoś udaru nie dostać - zagadnęła kobieta. Maya zgodziła się z nią cicho, nalewając sobie soku pomarańczowego do szklanki.
    - Wolę biegać, gdy jest o wiele chłodniej niż teraz, dlatego wstałam dzisiaj trochę wcześniej - przyznała.
    - Idzie ci już dużo lepiej - pochwaliła ją szczerze. - Pewnie to zauważyłaś?
    - Tak, jasne, że tak. Nie męczę się tak szybko jak wcześniej, mięśnie też tak bardzo nie bolą - powiedziała po czym zaczęła jeść przyszykowaną kanapkę z serem żółtym, pomidorem i rzodkiewką. Później nie rozmawiały już wiele.
    Po jakimś czasie, gdy Maya  kończyła śniadanie, do kuchni wszedł zaspany Shane. Drapiąc się po głowie jedną ręką, drugą przecierał nie do końca jeszcze otwarte oczy. Na sobie miał krótkie, zielone spodenki i cienką koszulkę na ramiączkach. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, zwłaszcza po tym, jak przejechał po nich dłonią.
    - Cześć - rzucił w stronę siedzących kobiet, po czym ziewnął. Zajrzał do lodówki, a gdy niczego interesującego go, nie znalazł, nalał sobie do kubka kawy i upił łyk, opierając się o blat szafki. Spojrzał na rozbawioną Mayę i kręcącą głową mamę. - No co? - zdziwił się.
    - Nic - odpowiedziały równocześnie po czym obie wybuchnęły śmiechem. Chłopak machnął na nie ręką po czym wrócił do swojego pokoju, by później wziąć prysznic i ubrać się.
    - Powinnam iść. Obiecałam mamie, że do niej zadzwonię, gdy tylko będę miała chwilkę, a tak się składało, że tej chwilki w tym tygodniu nie znalazłam - odezwała się Maya, gdy posprzątała po sobie. Pani Shay pokiwała tylko głową.
    Dziewczyna wyszła na zewnątrz, by w spokoju móc porozmawiać z mamą, zapytać o nurtujące ją sprawy. Usiadła na trawie w cieniu ogrodu i wybrała numer rodzicielki.
    - Halo? - usłyszała po chwili w słuchawce jeszcze delikatnie zachrypnięty głos mamy.
    - Cześć, mamuś! - zawołała.
    - Dzień dobry, słońce! Co tam u ciebie słychać? Dawno się nie odzywałaś! - powiedziała z lekką przyganą w głosie.
    - Wiem, wiem, ale dużo się działo. Był mecz, szkoła no i ogólnie różne takie - odparła wymijająco. - Dzwonię do ciebie, ponieważ tak się wczoraj zastanawiałam. Legenda głosi, że kiedy Zakon dowie się, kto jest Strażniczką, to wtedy poznamy dziedzica Elessaru, prawda?
    - Tak - potwierdziła kobieta, nie rozumiejąc jeszcze, do czego jej córka pije.
    - Więc skoro oni wszyscy tutaj wiedzą o mnie a ja o nich, to dlaczego władca tego cholernego naszyjnika się jeszcze nie pojawił? Albo się pojawił, ale ja go nie zauważyłam? Jak go rozpoznać?
    - Po pierwsze nie panikuj! - ostrzegła, słysząc narastające napięcie.
    - Nie panikuję! - zdenerwowała się Maya. - Po prostu chcę wiedzieć. Całą prawdę i tylko prawdę.
    - No więc dobrze, opowiem ci tyle, ile sama wiem. - Westchnęła cicho. - Legenda oczywiście wspomina, w jakich okolicznościach poznamy tego, któremu oddamy Elessar. Niestety, nie mówi nam, że przyjdzie od razu. Nie mamy pojęcia, czy zjawi się pierwszego dnia, miesiąc po tym, jak się wszystkiego dowiedzieliśmy, a może będziemy musieli czekać rok? Może być też tak, że ten dziedzic nie będzie wiedział, że to on jest tak ważną osobą. Może to ty będziesz musiała go odnaleźć i go uświadomić o ciążącym na nim brzemieniu. Taka wiedza niestety nie przetrwała do naszych czasów. Jeśli oczywiście w ogóle Strażniczki kiedyś wiedziały o czymś takim, bo nie można brać za pewnik, że nasi przodkowie rozumieli wszystko. Gdy Król przyszedł do Galadrieli, ona po prostu wiedziała. I to samo chyba będzie z tobą. Gdy już będziesz miała tego właściwego człowieka przed sobą, zrozumiesz, że to on.
    - To wcale nie jest pomocne - przyznała blondynka, bawiąc się pojedynczym źdźbłem trawy.
    - Wiem, kochanie i przepraszam, ale nie jestem wstanie ci inaczej odpowiedzieć. Oczywiście mogę poszukać w jakiś książkach, popytać, ale wątpię, bym znalazła coś ponad to, co już wiem. - Zasmuciła się na moment. - Lepiej opowiadaj, co tam słychać u ciebie? - zmieniła szybko temat.
    - Co by tu dużo mówić... Odkryliśmy z Shanem, że przeznaczenie nas połączyło, znacząc nas takimi samymi znamionami - zaczęła lekceważąco. - Nikt z tego powodu nie jest szczęśliwy, choć czekaj, może on w sumie... Sama już nie wiem... Może i Shane się cieszy z tego, że jesteśmy sobie przeznaczeni, bo wie, że i tak będziemy razem? Ale przecież to głupie, nie? To, że nie my wybieramy, z kim chcemy być. Nie znoszę, gdy nie mam prawa głosu! - Westchnęła ciężko.
    - Naprawdę pojawiła się u ciebie ósemka? - zdziwiła się. Maya potwierdziła cicho. - Ale przecież... Wcześniej jej nie miałaś? Kiedy... Kiedy to się stało?
    - Na wycieczce. Upadłam. Myślałam, że to blizna po tym, jak się uderzyłam i rozcięłam skórę, ale teraz już wiem, że nie - dokończyła z żalem.
    - Posłuchaj mnie, kochanie. Czy rodzice Shane'a wyglądają na nieszczęśliwych? Kłócą się? Albo Adama? - zapytała rzeczowo. Maya musiała się zastanowić przez chwilę.
    - Wydaje mi się... Znaczy chyba są szczęśliwi razem. I nigdy nie widziałam, żeby się kiedyś kłócili. Przynajmniej nie przy mnie.
    - Więc nie stawiaj od razu, że nie będziesz szczęśliwa. Przeznaczenie nie oznacza... - Maya nie pozwoliła jej dokończyć.
    - Przepraszam cię, mamo, ale słyszałam to już od Shane'a. To nie oznacza braku wyboru. Mogę wybrać, przecież wiem, ale... Ja po prostu czuję jeszcze większą presję niż wcześniej, gdy dowiedziałam się, że jestem Strażniczką i że muszę strzec tego małego wisiorka.
    - Wiem, kochanie. Dlatego moja rada jest taka. Nie kieruj się rozumem. Głowa ci tu w niczym nie pomoże, może jedynie przeszkodzić. Słuchaj serca. Ono będzie wiedziało, co dla ciebie najważniejsze - powiedziała serdecznie.
    - Dziękuję. - Blondynka szepnęła, wpatrując się w pięknie kwitnące róże w ogrodzie pani Shay. - A co u was? - zapytała po chwili milczenia.
    - Tak szczerze to bardzo dobrze się składa, że pytasz, bo powinnam z tobą porozmawiać - zaczęła poważnie.
    - O nie, jeszcze jedna rodzinna tajemnica? - jęknęła głośno. Gdy nie usłyszała śmiechu mamy, spoważniała. - Okej, słucham.
    - Chodzi o Josha...
    - Co z nim? Coś nie tak? Miał wypadek? - przestraszyła się Maya, nie dając dokończyć myśli swojej mamie.
    - Nie skądże znowu! - zawołała. - Po prostu myślę, że już czas, byś dowiedziała się wszystkiego. - Zrobiła delikatną pauzę na złapanie oddechu. - Josh i Alyss są twoimi kuzynami. Ich mama jest moją kuzynką. Twoja babcia jest starszą siostrą babci Josha. Wszyscy wiedzą o Elessarze i pomagali mi cię bronić. To dlatego Josh pojechał wtedy do ciebie, gdy przyjechałaś z wycieczki. Znał zagrożenie, spotkał się z nimi, na szczęście były to tylko dwa chłystki i sobie z nimi bez problemu poradził. Był szkolony na twojego obrońcę.
    Maya zaniemówiła. Sądziła, że po wszystkich nowinkach, jakie usłyszała przez ostatni miesiąc, jest przygotowana na wszystko. Ale myliła się. To, co powiedziała jej mama, zmroziło jej krew w żyłach.
    "Wszyscy wiedzieli, wszyscy, tylko nie ja..."
    - Słońce, wiem, że to dla ciebie ogromny szok - zaczęła, gdy Maya się nie odezwała - ale poradzisz sobie z tym. Wiem, że tak. Josh... On nie wiedział od początku. Jego mama powiedziała mu, gdy skończył piętnaście lat. Więc wasza przyjaźń jest prawdziwa. Ona tylko ułatwiała mu chronienie ciebie przed różnymi niebezpieczeństwami. A uwierz, czyhało ich niemało na ciebie. Początkowo chciałam ci o tym powiedzieć od razu, gdy tylko dowiedziałabyś się o Strażniczkach. Ale wiesz, jak się to wszystko potoczyło. Nie chciałam dokładać ci zmartwień, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli dowiesz się o tym kiedy indziej. Dzisiaj wydało mi się, że muszę ci powiedzieć, bo będziesz go wkrótce potrzebować. Mam nadzieję, że moje przeczucia okażą się mylne, ale uważaj na siebie. I pamiętaj, że Josh zawsze ci pomoże, o każdej porze dnia i nocy. Tak, jak to było do tej pory. Słyszysz? Maya, jesteś tam?
    Matka dziewczyny usłyszała tylko ciche piknięcia, gdy blondynka się z nią rozłączyła.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć i czołem! ;) Choroba przeszła, więc przyszedł czas na napisanie i dodanie czegoś. I oto macie świeżutki rozdział! Mam nadzieję, że jest okej ;) Wiem, że ostatnio mało się działo, ale zawsze w opowiadaniach musi być chwila przerwy, czasami na wyjaśnienia, czasami tylko po to, by zrobić dramatyczny powrót zła, a czasami dlatego, by zaskoczyć czymś czytelników. Mam nadzieję, że niedługo tak będzie, bo u mnie były chyba wszystkie te powody ;) Był czas na wyjaśnienia, bo bez nich nikt nic by nie ogarniał, bo to w sumie w rozdziałach ciszy wszystko wychodzi na wierzch, musiała być chwila przerwy dla wszystkich, by potem się zaskoczyć. A może nie :D Nie wiem, jeszcze ;)
    Rozdział pisany w przerwie między oglądaniem Zmierzchu <3 Tak mnie jakoś naszło :D
    Pozdrawiam serdecznie! ♥

piątek, 2 stycznia 2015

~33~


    Pojawienie się Mayi w szkole jakimś sposobem popsuło humor Adison. Gdy pakowała się rano do szkoły, miała przeczucie, że ten dzień będzie wyjątkowy. Uśmiechała się na samą myśl o tym, co mogłoby się dobrego jej przytrafić, wrzucając torbę do auta. Przez całą drogę uśmiechała się wesoło, wyglądając przez szybę. Była naprawdę piękna pogoda, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że dzień również będzie szczęśliwy. Dla niej.
    Jak zwykle przyjechała dosyć wcześnie pod szkołę. W szafce zostawiła książki, które miała na przerwie oddać do biblioteki szkolnej oraz swoje drugie śniadanie. Potem poszła pod klasę, gdzie jeszcze nikogo nie było. Usiadła na ławce i wyciągnęła podręcznik z matematyki, by powtórzyć materiał przed lekcją. Była dobrą uczennicą, poza tym w domu nauczyła się już wszystkiego, więc szybko przeczytała fragment z książki. Już miała zamknąć podręcznik i włożyć go z powrotem do torby, gdy usłyszała czyjś radosny krzyk. Podniosła szybko głowę i zauważyła Alex i kogoś, kogo się kompletnie nie spodziewała, mimo, że razem chodziły do jednej klasy. Mayę. Od razu dzień stał się jakiś inny. Jakby słońce nagle przesłoniły chmury a porywisty wiatr nagle wygonił wszystko, co sprawiało, że Ad czuła się szczęśliwa.
    Spojrzała na chłopców. Byli wyraźnie uradowani widokiem dziewczyny, co jeszcze bardziej wkurzyło blondynkę.  Wściekle spojrzała na podręcznik, leżący na jej kolanach. Utkwiła w nim wzrok, nie chcąc patrzeć na ich wesołe miny. Nie lubiła być smutna, gdy wszyscy wokół byli uśmiechnięci. Ale w tym wypadku nie potrafiła się inaczej poczuć.
    Gdyby się tak głębiej zastanowić, Adison nie miała powodów do tego, by nie lubić Mayi. Może tylko ze względu na Shane'a, Ad mogłaby być zazdrosna i czuć się nieco niekomfortowo. Ale i taki moment minął, ponieważ Maya miała chłopaka i Shane nie mógł jej już obchodzić. A przynajmniej tak powinna myśleć Adison, która nie wiedziała, co tak naprawdę siedziało w głowie koleżanki z klasy. Mimo to w pewnien sposób czuła się zagrożona. Widziała, jak chłopak na nią spoglądał. Adison wręcz marzyła, by blondyn uraczył ją takim spojrzeniem. Nie mogła więc znieść tego, że swój wzrok kieruje ku Mayi, która nawet tego nie zauważała. W jej przekonaniu to było niesprawiedliwe. Naprawdę niepojęte są nastolatki, jeżeli chodzi o chłopców!
    Lecz oprócz chłopców, Adison zazdrościła Mayi wielu innych rzeczy; przede wszystkim tego, że przez większość czasu była naprawdę miłą i uśmiechniętą dziewczyną, co Ad nie udawało się wyćwiczyć, choć praktykowała już kilka dobrych lat - zawsze była tą nieco wyniosłą, ale fajną laską, która się modnie ubiera i jest twarda, bo nikt nigdy nie widział, żeby miała jakiś kryzys. A rzeczywistość przedstawiała się kompletnie inaczej. Tak naprawdę zawsze starała się zachować swoje sprawy prywatne i sercowe zakopane gdzieś na samym końcu podświadomości, gdzie ewentualny dostęp miała tylko ona. Z prawdziwych uczuć nigdy nikomu się nie zwierzała. Koleżankom opowiadała zawsze to, co wydawało jej się, że jej nie zagrozi, gdy dowie się o tym ktoś inny. Wiele lat pracowała nad tym, by wszyscy widzieli w niej tego, kim chciała, by widzieli, więc teraz musiała uważać, by tego nie zepsuć jednym głupio wypowiedzianym słowem.
    Tylko ci, którzy zadawali się z nią dostatecznie długo, gdyby chcieli, zauważyliby moment, w którym stała się kimś kompletnie innym. Wyłącznie Cam znała ją taką, jaką była naprawdę - wrażliwą, nieco zakompleksioną, z mocnym charakterem dziewczyną. Bo miała specyficzny charakter. Nigdy nie była stuprocentowo wrażliwa. Nie dawała się nigdy nikomu podejść, zawsze stawiała na swoim. Charakteru nie da się zmienić. Ukryła tylko te cechy, których u siebie nie lubiła, a chciała wypracować takie, które chętnie by u siebie zobaczyła. Lecz nie do końca się jej to udało. Bo wyniosłości i lekkiej pogardy do niektórych osób czy tematów potrafiła się nauczyć. Ale bycie cały czas uśmiechniętą gryzło się z jej osobą. Nie chciała być przesadnie wesoła, bo takich ludzi również nie znosiła. Chciała umieć się cieszyć, gdy los ci sprzyja. Tylko tyle.

    Adison od razu po lekcjach miała trening. Od rana była zabiegana, bo jako zastępczyni przewodniczącej szkoły miała mnóstwo spraw do załatwienia z związku ze zbliżającym się wielkimi krokami końcem roku szkolnego. Musiała załatwić wiele spraw w ciągu tygodnia. Chciała mieć wszystko z głowy jak najszybciej, więc za pracę zabrała się od razu w poniedziałek. Nic więc dziwnego, że do szatni weszła jako ostatnia, pięć minut przed rozpoczęciem zajęć. W mgnieniu oka przebrała się w swój strój i wybiegła na boisko do piłki nożnej jako ostatnia. Dziewczęta z jej drużyny już się rozciągały, robiąc przeróżne ćwiczenia. Niedaleko, bo po drugiej stronie trawiastego boiska, rozgrzewali się chłopcy z siatkówkowej reprezentacji szkoły. Wśród nich Adison od razu dostrzegła Shane'a. Właśnie zaczął biec truchtem wokół boiska.
    Gdy był najbliżej ćwiczących dziewczyn, blondynka zapatrzyła się na niego o chwilę za długo. Przez to nie usłyszała, co mówiła do niej trenerka i ta nakrzyczała na nią. Ale na blondynce nie zrobiło to większego znaczenia; kompletnie się tym nie przejęła. Ukradkiem zerkając na biegnącego chłopaka, wykonywała swoje zadania.
    Po intensywnej rozgrzewce przyszedł i czas na trening. Zbliżyły się nieco do boiska do siatkówki, więc Adison mogła z bliska podziwiać grę chłopców. A była naprawdę dobra. Od kilku lat nie grali tak fantastycznie jak w ostatnim sezonie. Mieli nadzieję wygrać najważniejsze dla nich międzyszkolne rozgrywki. Niedługo czekał ich mecz w półfinale z zeszłorocznym zwycięzcą zawodów. Wszyscy czuli ogromną presję, ale nie poddawali się jej. Ćwiczyli tak, jakby to miał być zwykły mecz, który powinni zakończyć jak najlepiej.


    Cheerleaderki również musiały się przygotowywać do półfinałowego meczu. Zostało niewiele czasu, więc ich trenerka zarządziła dłuższe spotkania, na których szlifowały swoje umiejętności. Były elementem bardzo ważnym w meczu, zwłaszcza, że ten drużyna miała zagrać na boisku przeciwnika. A co za tym szło, szacowano, że większa część kibiców będzie po stronie gospodarzy. Z resztą jak zwykle. Więc dziewczyny musiały kibicować nie tylko za siebie, ale i za tych wszystkich, którzy bardzo chcieliby zobaczyć mecz, ale z różnych powodów po prostu by im się to nie udało.
    Właśnie ćwiczyły piramidę. Adison, jako jedna z najniższych i najlżejszych dziewczyn, stawała zawsze na jej szczycie, więc czekała, aż cała drużyna się ustawi. Gdy już każda była na swoim miejscu, blondynka wskoczyła na samą górę i, nieco się chwiejąc, podniosła ręce do góry i zamachała pomponami. Uśmiechnęła się przy tym szeroko.
    - Dobra, dziewczęta! - zawołała trenerka. - A teraz wszystko razem z muzyką! - rozporządziła. Wszystkie zajęły więc swoje miejsca i zaczęły tańczyć, wymachując pomponami, wykrzykując dopingujące słowa. W układzie znalazło się dużo szpagatów, gwiazd, przewrotów, stania na ręce czy innych wymyślnych figur. A piramida była uwieńczeniem całego układu i wykonywały ją na końcu. Zbliżał się właśnie moment, w którym Adison miała podskoczyć i stanąć na ramionach swoich koleżanek. Odbiła się więc i chwiejnie wylądowała na szczycie piramidy. Starała się zachować równowagę, lecz nie udało jej się to. Noga ugięła się jej w kolanie. Krzyknęła głośno przerażona. Ostatkiem świadomości wybiła się delikatnie i ugięła kolana jeszcze bardziej, by w locie nie zahaczyć ani nie strącić którejś z dziewczyn, które ją podtrzymywały. Serce w piersi zatrzymało się na ten moment ze strachu. Poleciała na dół, a głos uwiązł jej w gardle.

    - Dobra robota, chłopcy! - pochwalił swoich podopiecznych trener, patrząc każdemu w oczy. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni i uśmiechnięci. Wiedzieli, że odwalili kawał dobrej roboty, że są gotowi na półfinałowy mecz. - Jeśli będziecie grać tak, jak na dzisiejszym treningu, nie muszę się o was martwić - zapewnił. Chłopcy pokiwali głowami, któryś z tył coś krzyknął radośnie, rozśmieszając tym zgromadzonych. - Dzisiaj puszczę was wcześniej, ale kolejnych treningów wam nie odpuszczę - powiedział. - Do zobaczenia! - pożegnał się, poklepując stojącego najbliżej niego Shane'a po plecach. Blondyn uśmiechnął się do niego zmęczony. Już mieli się rozchodzić, nawet niektórzy już się odwrócili i zaczęli iść w stronę szatni, gdy usłyszeli przeraźliwy krzyk. Jak na komendę odwrócili się w stronę dziewczyn, które parę metrów dalej ćwiczyły swój układ. Teraz wszystkie stały jak zaczarowane, z przerażeniem spoglądając na upadającą Adison.
    Czas jakby spowolnił swój bieg. Shane'owi wydawało się, że dziewczyna już dawno powinna spaść na ziemię, lecz ona nadal znajdowała się w powietrzu. Udało jej się nawet zrobić przewrót. Gdyby nie jej krzyk przed ułamkiem sekundy, nikt może nie zorientowałby się, że tego elementu nie było w planie. Spadała naprawdę z gracją. Nawet wtedy pamiętała o wszystkich szczegółach. A może to nie pamięć tylko przyzwyczajenie?
    Nie zastanawiając się już dłużej nad niczym, w mgnieniu oka podbiegł do dziewczyn i stanął tuż pod spadającą Adison z wyciągniętymi ramionami. Nie musiał na nią długo czekać. Już po chwili wylądowała bezpiecznie w jego rękach. Nadal zaciskała oczy z przerażenia, nie wiedząc, co się stało. Shane usłyszał gdzieś obok siebie westchnienia ulgi.
    - Jak się czujesz? - Ktoś zapytał blondynki, lecz ta nie odpowiedziała. Jej klatka piersiowa szybko falowała, gdy nabierała głośno powietrza. Dopiero po jakimś czasie poczuła, że nie leży cała połamana na trawie tylko, że ktoś ją trzyma. Otworzyła więc szybko oczy, by zobaczyć, co się stało.
    - Wszystko okej? - szepnął Shane, przyglądając jej się uważnie. Bał się położyć ją na ziemi, więc trzymał ją w ramionach. Pokiwała niepewnie głową, próbując coś z siebie wydusić. Czuła tylko mocne i szybkie bicie jej serca, nie tylko spowodowane upadkiem, ale i bliskością blondyna. Poczuła, że policzki zaczynają ją piec.
    - Dz...Dziękuję - mruknęła cicho. - Możesz mnie już postawić? - zapytała nico onieśmielona. Choć chciała to jakoś ukryć, ale zdawała sobie sprawy, że jej się to nie udawało i że Shane doskonale wiedział, jak na nią zadział. Zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio.
    - Jeśli nie kręci ci się w głowie - powiedział, chcąc się upewnić, że z koleżanką wszystko okej.
    - Nie, naprawdę wszystko w porządku - zapewniła. Postawił więc ją delikatnie na ziemi. Nie zachwiała się, więc odetchnął z ulgą. Zrobił kilka kroków w tył a potem już się prawie odwrócił z zamiarem pójścia do szatni, usłyszał, że Adison go zawołała.
    - Shane! - Zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie. - Dziękuję jeszcze raz - powiedziała szczerze otoczona zewsząd zmartwionymi koleżankami z drużyny. Siatkarz zasalutował tylko z uśmiechem i odszedł.
    Serce Adison jeszcze długo po tym wydarzeniu nie mogło dojść do siebie. Ciągle wspominała, jak chłopak rzucił się jej na pomoc. Był jej bohaterem. Zauważył ją i już nie była zwykłą dziewczyną, którą mija się obojętnie na ulicy. Była tą, którą uratował. A takiego wydarzenia nie zapomina się tak szybko. Więc Ad miała nadzieję, że jej osoba będzie siedzieć w głowie blondyna jeszcze długo po tym, jak umilkną plotki o tym zdarzeniu. A to na pewno pomoże jej w poderwaniu go. Tego była pewna.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, hej :) Rozdział odbiegający od głównego wątku. Mam nadzieję, że się spodobał. Część tego, co była powiedziana, zawarłam w miniaturce, którą napisałam na urodziny bloga, ale to było co innego, więc tutaj też trochę o tym musiałam wspomnieć. Temat z łapaniem, gdy dziewczyna upada oklepany, wiem o tym, ale to mi tak tutaj pasowało, że nie mogłam się oprzeć :p Mam nadzieję, że to was nie zniechęci :D
    Jak tam po Sylwestrze? Dobrze się bawiliście? Bo ja muszę przyznać, że świetnie! <3

sobota, 22 listopada 2014

~30~


    Mayę przeszył dziwny dreszcz. Złapała się lewego przedramienia, które nagle ją zapiekło. Ten sam gest uczynił Shane, tyle że złapał się za własne ramię. I wtedy dziewczyna zrozumiała. Kręcąc głową, spojrzała w nieco wystraszone jeszcze oczy blondyna.
     - Nie, nie, nie! - zawołała szybko. Chciała, by chłopak też zaprzeczył, ale ten nie potrafił. Nie mógł skłamać. Kiwnął tylko głową. - Wiedziałeś o tym? - naskoczyła na niego.
    - Nie, oczywiście, że nie. Na początku, jasne, miałem przeczucie, że to jest trochę dziwne, ale wmówiłem sobie, że to tylko przypadek, a tobie naprawdę została taka dziwna blizna po skaleczeniu. Dopiero dzisiaj podczas obiadu zobaczyłem, że nasze znaki są identyczne. Nie do końca rozumiałem, co to miałoby oznaczać dla nas, ale poczułem, że to coś ważnego.
    Nie powiedział najistotniejszego - że w momencie, gdy zobaczył znamię przyjaciółki, zrozumiał, że są sobie bliscy, może nie stworzeni dla siebie, jak twierdziła jego mama, ale czuł, że Maya była ważna w jego życiu. Nie chciał jej tego powiedzieć, by bardziej dziewczyny nie wystraszyć. Już w tamtej chwili wyglądała na nieźle wkurzoną i smutną jednocześnie. Coś jednak w jej oczach podpowiadało Shane'owi, że nie może jednak wszystkiego od razu przekreślać. Bo tęczówki Mayi w pewnym momencie na ułamek sekundy zabłyszczały, gdy dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Spojrzenie jej złagodniało i choć jej mina i słowa wyrażały coś innego, to oczy wiedziały swoje.
    - Może mi ktoś wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? - zapytała ponownie mama Shane'a.
    - To proste - rzucił z przekąsem Adam. - Shane chce odbić mi dziewczynę! - warknął w stronę chłopaka.
    - Stary, pogięło cię? Nikt ci nie chce niczego odbijać. To po pierwsze. Po drugie chyba Mayi zdanie też się liczy w tym wszystkim. A skoro wybrała ciebie, to ja nie mam w tym nic do gadania. Więc zejdź ze mnie w końcu. Ja naprawdę chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Poza tym, nie mam w zwyczaju zarywać do dziewczyny mojego kumpla. Znasz mnie tyle lat, powinieneś się już ogarnąć.
    - Możecie jaśniej? - wtrąciła się pani Shay, powoli tracą cierpliwość.
    - Maya ma taki sam znak na lewym przedramieniu co ja - powiedział niemal szeptem Shane. Jego mama wciągnęła głośno powietrze. Wyciągnęła w stronę Mayi swoją rękę, by ta podała jej swoją. Dziewczyna z ociąganiem pokazała jej czarną ósemkę.
    - Wiecie, co oznacza ten symbol? - zapytała kobieta. Młodzi pokręcili przecząco głowami. - To znak nieskończoności. W Zakonie oznacza rodzinę przywódców, pierwszy klan, który założył całą tę organizację. Dla mnie to oznacza tylko jedno. - Spojrzała wymownie najpierw na swojego syna, potem na Mayę.
    - Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, w to, że coś oprócz nas samych może kierować naszym życiem. A nawet jeśli jakaś taka siła istnieje, to na pewno daje nam jakieś pole, na którym my sami możemy podejmować decyzje. To nie może być tak, że ta i ta osoba jest komuś przeznaczona i z nią musi się pobrać, z nią musi mieć dzieci, z nią musi spędzić resztę swojego życia. Musimy mieć w tej kwestii jakiś wybór. Przecież ludzie powinni się kochać, gdy chcą wziąć ślub, gdy chcą być razem. Nikt nas do tego nie może zmusić. A teraz wszyscy nagle mi wmawiacie, że przez jakieś małe coś na mojej ręce muszę być z Shanem. Nawet jeśli go nie kocham? To jakiś absurd! - zwołała, wstając od stołu. - Przepraszam, ale muszę stąd odejść. - Po czym wyszła z salonu. Zgromadzeni wokół stołu słyszeli jej kroki na schodach, które po chwili ucichły.
    - W takim razie ja też już pójdę. To chyba już koniec naszego uroczego spotkania - odezwał się Adam, również wstając od stołu. I on w mgnieniu oka zniknął z salonu.
    Kobieta spojrzała na swojego syna. Zauważyła w jego oczach ból. Nie do końca wiedziała, czy związany był z tym, że jego najlepszy przyjaciel posądził go o coś tak głupiego, czy o to, że kochał inną dziewczynę i właśnie dowiedział się, że przeznaczona mu była inna, czy raczej dlatego, że zakochał się w Mayi, która przed chwilą powiedziała, że ona nic do niego nie czuje.
    Położyła mu rękę na ramieniu, chcąc dodać mu otuchy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie była w takich sprawach dobra. A nawet, gdyby umiała prowadzić rozmowę z synem, nie wiedziałaby, co w tej sprawie powiedzieć. Trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, gdy nie wie się, czego powinny dotyczyć.
    - Jeszcze się wszystko ułoży, zobaczysz - rzekła wreszcie. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka. - Jeśli chciałbyś pogadać... - nie dokończyła. Nagle poczuła się jakoś dziwnie zmęczona i stara. Miała tylko nadzieję, że syn zrozumiał, co chciała powiedzieć.
    Shane został sam. Nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił usiedzieć w salonie, więc i on go opuścił. Udał się do ogrodu. Położył na trawie, w cieniu rozłożystych drzew i pnących się winorośli. Zamknął oczy, próbując skupić myśli.
    Prawda była taka. Maya bardzo mu się podobała. W głębi duszy czuł, że on dziewczynie również nie jest obojętny, lecz nie miał pojęcia, dlaczego blondynka nadal się oszukuje, twierdząc, że nic do niego nie czuje. Może nie chciała zranić Adama. Może, może może... Za dużo było niewiadomych, by wiedzieć coś na pewno w tej sprawie.

    Maya wparowała do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego aż tak bardzo się zdenerwowała. Przecież nikt nie miał wpływu na to, że jakieś tam znamię pojawiło się na jej ręce i związało ją z Shanem jakimś pradawnym zwyczajem. Mimo to czuła się oszukana.
    Do tej pory myślała, że naprawdę kocha Adama. Że mogą stworzyć jakiś poważny związek z przyszłością. Dzisiaj dowiedziała się, że przeznaczenie naszykowało dla niej inną ścieżkę, krzyżując plany wszystkim, nie tylko jej. Poczuła, że Shane jest jej równie bliski. Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości, bo nienawidziła, gdy nie miała pełnej kontroli nad swoim życiem. I dopóki się z tym nie pogodzi, nie dotrze do niej najbardziej oczywista rzecz na świecie - że w Adamie tylko się zadurzyła, że nie byłaby z nim szczęśliwa na dłuższą metę. Że to przy Shanie czuła się bezpiecznie, uwielbiała z nim spędzać czas, śmiać się z nim. Ale i te złe chwile przy blondynie stawały się lepsze.
    Nagle przypomniała sobie, jak Shane szybko zareagował, gdy dziewczyna obudziła się w nocy po tym, jak Gwardia ją porwała. Wtedy miała zły sen, straszny. Ale gdy chłopak przyszedł do niej i ją przytulił, poczuła się lepiej. Dużo lepiej. Wspomnienie tamtej chwili zawładnęło nią na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo potem przypomniała sobie, że ona przecież wybrała Adama. Shane'a wybrało dla niej przeznaczenie, a ona nie chciała mieć z tą siłą nic do czynienia. Potrząsnęła głową, by pozbyć się tego wspomnienia sprzed oczu.
    Potrzebowała tlenu, potrzebowała świeżego powietrza, bo nagle poczuła, jak jej klaustrofobia wraca. Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej w czterech ścianach. Powinna wszystko przemyśleć, będąc bliżej natury, która zawsze pomagała jej podjąć właściwą decyzję. Zbiegła więc po schodach i wyszła na zewnątrz. Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu.
    Na początku nie zauważyła leżącego w cieniu chłopaka. Gdy się już zorientowała, że nie jest sama, było za późno, by się wycofać. Shane ją również zobaczył. Już zamierzała zrobić krok w tył, lecz chłopak wstał szybko z ziemi.
    - Nie odchodź - poprosił. Więc została. - Wiem, że jesteś na mnie zła - zaczął, gdy oboje usiedli pod drzewem. Dziewczyna starała się trzymać od niego na dystans. - Ale musisz wiedzieć, że nikt nie miał na to wpływu. Jesteś mądrą dziewczyną, więc powinnaś to zrozumieć. Ja sam... Nie chciałem dzielić się z tobą moimi spostrzeżeniami, bo wiedziałem, jak byś zareagowała. Wystraszyłaś się. Nie chciałem, byś poczuła, że wywieram na tobie jakąś presję, że nie masz w tej kwestii nic do gadania. Jest mi przykro, że tak to się wszystko potoczyło. - Spojrzał jej prosto w oczy. Była spokojna. Niemal się uśmiechnęła do niego. Ale nie. Gniew nadal brał górę nad innymi emocjami. - Chciałbym ci jakoś pokazać, że przeznaczenie nie musi oznaczać dla ciebie nieszczęścia. Wszystkie pary, które są dzięki niemu związane wiodą wspaniałe życie. Po prostu ty jesteś uprzedzona i tyle. I bardzo dobrze cię rozumiem. Chcesz decydować sama za siebie. Ale to, że jesteśmy sobie przeznaczeni nie oznacza braku wyboru. Masz wybór. Możesz zdecydować. Czy być ze mną czy z Adamem, a może jeszcze z kimś innym. Przeznaczenie jakby proponuje nam, ułatwia decyzję. Pokazuje, przy czyim boku możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Przynajmniej ja to tak rozumiem. I chciałbym, żebyś choć na chwilę spojrzała tak samo jak ja na tę sytuację.
    Podczas jego monologu ich twarze zbliżały się powoli do siebie. Nieświadomie przysunęli swoje ciała bliżej siebie. Maya słuchała go uważnie, zastanawiając się, czy chłopak może mieć racje. Stwierdziła, że może po części. Starała się zobaczyć całą sytuację z jego perspektywy, ale jakoś nie potrafiła się dostatecznie skupić. Może dlatego, że pełne usta blondyna były coraz bliżej jej warg?
    Ich pocałunek był krótki, ale przepełniony uczuciami. Różnił się od tych z Adamem. Tamte zdawały się być niewinne, w tym czuła pasję, z jaką blondyn ją całował. Jakby chciał pokazać, że zależy mu na Mayi. Bardzo jej się podobał, więc uśmiechnęła się mimowolnie.
    Oderwawszy się od siebie, nie odsunęli się. Nadal siedzieli milimetry od siebie. Shane przyglądał się dziewczynie uważnie. Nie potrafił jednak odczytać z jej twarzy wiele emocji. Nadal nie wiedział, co sądziła o tym, o czym jej powiedział przed pocałunkiem. Czy zgadzając się na pocałunek i oddając mu go, zrozumiała, że myliła się co do ich przeznaczenia?
    - Przepraszam - odezwała się, przerywając milczenie.
    - Za co? - zdziwił się Shane.
    - Po prostu przepraszam. Ja nie mogę być z tobą, nie mogę cię całować, bo mam chłopaka! - krzyknęła zrozpaczona.
    - W każdej chwili możesz z nim zerwać - zauważył.
    - I złamać mu serce? Nie chcę go zranić - chlipnęła.
    - W końcu będziesz musiała wybrać - stwierdził, wzruszając ramionami.
    - Wiem! - zawołała. - Ale to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje!
    - To jest proste - powiedział. - Po prostu musisz zaufać intuicji. Wsłuchaj się w to, co dyktuje ci serce, a wybierzesz mądrze.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej! :) I jak, podoba Wam się rozdział? jeśli macie jakieś pytania, zażalenia, skargi, coś się nie zgadza, piszcie śmiało. Jestem tylko człowiekiem i też mogę się pomylić.
    Pozdrawiam serdecznie!
Zuza <3
Mrs Black bajkowe-szablony