Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cry. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

~45~


   Malcolm z uśmiechem na ustach powędrował do swojego gabinetu. Przeszedł dobrze mu znaną drogę, którą co dzień pokonywał kilka razy. Teraz, po tych kilku latach, znalazłby drogę nawet bez spoglądania przed siebie. Znał doskonale każdy mebel stojący po bokach, wiedział, że w pewnym miejscu podłoga stała się strasznie śliska, więc musiał tam zwolnić, a kiedy wychodził zza zakrętu, uważał, by nie wejść w stojącą za nim zbroję, za którą niemal zawsze czaili się strażnicy.
    Wszedł do biura, niosąc w zamkniętej dłoni upragniony skarb. Tak długo o niego zabiegał, że już niemalże stracił nadzieję na zyskanie go. A jednak cierpliwość opłacała się. Dostał to, czego chciał. I to za jaką cenę? Niemalże niedostrzegalną. Co prawda musiał zainwestować w nowe szyby oraz drzwi po ataku Zakonu jak i zwerbować i przeszkolić nowych strażników, lecz to nie miało dla niego znaczenia. Najważniejsze było to, że Elessar w końcu należał do niego!
    Usiadł na wysokim, obitym czerwonym materiałem fotelu. Z szuflady biurka wyciągnął kwadratowe pudełko w środku wysłane bladoróżową tkaniną. Z uwielbieniem i niemałą czcią położył wisiorek w zagłębieniu. Znów uśmiechnął się sam do siebie i zatarł ręce. Czas na wykorzystanie jego mocy!
    Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Palcami lewej ręki sięgnął do niej, z zamiarem wykorzystania swojego pierścienia. Kiedy dotknął skóry, nie spodziewał się, że jego ulubionej błyskotki ta mnie będzie.

    Adam zasnął na kilka godzin. Gdy w końcu znaleźli się w domu pastwa Shay, radości nie było końca. Rodzice chłopaka cały czas dziękowali Zakonowi i ściskali swojego syna. Pani Moon cała zapłakana nie potrafiła uwierzyć, że nic mu się nie stało, że dotarł do niej cały i zdrowy choć nadal wymęczony. Gospodyni niemal od razu po posiłku zagoniła go do łóżka. Zajął sypialnię, w której ostatnią noc spędził Josh. Maya oraz Shane odprowadzili przyjaciela i pomogli położyć się na łóżku. Kiedy już chcieli wyjść z pokoju, zatrzymał ich słabym głosem.
    - Zostańcie.
    - Powinieneś odpocząć - zaprotestowała Maya.
    - Nie zasnę, dopóki z kimś nie porozmawiam - szepnął. Usiedli więc na skraju łóżka i czekali. Adam nie spieszył się, lecz nie próbowali go poganiać. Maya doskonale pamiętała, jak czuła się po wizycie u Malcolma i co tam przeżyła. Nie widziała potrzeby, by ponaglać chłopaka, zwłaszcza, że to on chciał się z nimi wszystkim podzielić. Cieszyła się, że Shane okazał się równie cierpliwy i nie odezwał się ani słowem.
    Jakiś czas siedział, spoglądając przed siebie. Potem wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
    - To było okropne - westchnął po czym znów zamilkł.
    - Jak się tam w ogóle dostałeś? - zapytała nieśmiało.
    - Tych dwóch, którzy stali obok Malcolma przed dworem... Ogłuszyli mnie, uderzając mnie w tył głowy czymś naprawdę ciężkim. Nie pamiętam niczego, co działo się dalej. Obudziłem się w ciemnej, zimnej piwnicy za kratami na starym materacu. Przykryto mnie jakąś imitacją koca a obok leżała szklanka lodowatej wody. Potem zaczęło się piekło. - Wzdrygnął się, wspominając, co wydarzyło się dalej. - Kiedy strażnicy zauważyli, że się ocknąłem, od razu poinformowali o tym Malcolma. Z tępym bólem głowy zostałem zawleczony na górę do wielkiej sali przed jakąś radę, czy coś w tym stylu. Próbowałem stawiać opór, oczywiście, że tak. Nie darowałbym sobie, gdybym tego nie zrobił. Strażnicy jednak poradzili sobie ze mną w mgnieniu oka. Ich było czterech, ja jeden. Chyba domyślacie się, jak to się zakończyło...
    Pokiwali głowami, choć Adam wcale tego nie oczekiwał. Nawet na nich nie patrzył. Aż do tamtej pory. Gdy przestał mówić, spojrzał głęboko w oczy Mayi. Dostrzegła przerażenie, które widziała w swoich oczach jeszcze długo po tym, jak wróciła do swoich. Ten ból i bezradność...
    - Wiem, co wtedy u niego przeszłaś... - szepnął łamiącym się głosem. - Przykro mi, że musiałaś przechodzić to samo...
    - Nie pleć bzdur! - zaoponowała. - To ty znalazłeś się tam przeze mnie i to ja powinnam cię teraz przepraszać a nie ty mnie! Ja tam byłam pół dnia, ty kilka. Nie ma co nas do siebie porównywać! Próbuję sobie wyobrazić, co przeszedłeś, ale nie potrafię, bo wiem, że to co ja wtedy przeżyłam to był dopiero mały wstęp. Później miało się rozpocząć przedstawienie, lecz na szczęście nie dokonało się...
    - Już nikogo nie skrzywdzi - zapewnił z nowy błyskiem w oku.
    - Nadal ma pierścień i na pewno nie zawaha się go użyć - zauważyła ze smutkiem, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
    - Nie ma - usłyszała głos Adama przepełniony dumą i swojego rodzaju radością. Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął pierścień. Pokazał go pozostałe dwójce, którzy siedzieli zdumieni. - Ukradłem go ostatkiem sił wczoraj, po ostatnim przesłuchaniu. Ściągnął go, choć nigdy dotąd tego nie robił. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że nigdy się z nim nie rozstaje. Rozmasowywał palec, kiedy kazał strażom mnie zabrać. Skorzystałem z okazji i chwyciłem go ze stołu w ostatniej chwili. Nawet nie zauważył. Chyba był już tym wszystkim zmęczony.
    - To pierścień Barahira! - szepnęła zachwycona Maya. Chłopcy spojrzeli na nią zaskoczeni.
    - Skąd to niby wiesz? - zapytali oboje naraz.
    - Wy naprawdę niczego nie czytacie - westchnęła przeciągle. - Kiedy szukałam informacji o dziedzicu Elessaru, znalazłam też wzmiankę o tym pierścieniu. Zapamiętałam go, bo wiedziałam, że posiadła go Malcolm, choć nie powinien, bo tak naprawdę to ty go powinieneś nosić - powiedziała, wskazując Shane'a.
    - Jak to ja? - zdziwił się jeszcze bardziej.
    - To twoje dziedzictwo. Tak samo jak Elessar - wyjaśniła.
    - Czekaj! To on jest potomkiem jakiegoś tam króla sprzed wieków? - zawołał zachwycony tą wiadomością Adam, siadając na łóżku. - Stary, zawsze wiedziałem, że nie jesteś normalny!
    - Masz, weź, załóż go a przekonasz się - zaproponowała, wyciągając ozdobę na otwartej ręce w kierunku blondyna. Chłopak ostrożnie chwycił go i obrócił kilka razy w dłoni, oglądając go dokładnie. Następnie wsunął go na palec. Gdy to zrobił, poczuł prąd przepływający przez jego ciało. Dreszcze rozchodziły się od klejnotu aż po sam kręgosłup. Spojrzał na Mayę, która uśmiechnęła się do niego. Ona również to poczuła. I już wiedziała, z kim miała do czynienia.
    - To naprawdę ja - szepnął zaintrygowany. W końcu uwierzył w swoje prawdziwe pochodzenie.
    - Przepraszam, że zachowywałem się jak dupek - odezwał się nagle Adam. Maya i Shane zwrócili się znów ku niemu. - Jesteście moimi przyjaciółmi a ja... Cóż, moje zachowanie ostatnio nie było przyjacielskie, choć obiecuję, że wkrótce się to zmieni. A może teraz łaskawie powiecie mi, dlaczego oddaliście Elessar Malcolmowi, co?

~~~*~~~*~~~*~~~

    Powoli zbliżamy się do końca opowiadania, więc jeśli ktoś jest zainteresowany moją twórczością, zapraszam na nowego bloga ;) Polowanie na magię! :) Z chęcią usłyszę Waszą opinię na jego temat. Pojawiły się już dwa krótkie rozdziały :) A tymczasem do zobaczenia ;)

piątek, 29 maja 2015

~42~


    Shane czytał po raz trzeci list od Malcolma, nadal nie mogąc uwierzyć w jego treść. Jego mama zareagowała błyskawicznie; gdy tylko dowiedziała się, co groziło Adamowi, chwyciła za telefon i zadzwoniła po jego rodziców. Nie wspominała nic o chłopaku. Poprosiła tylko, by przyszli.
    Roztrzęsiona Maya nadal siedziała na krzesełku. Wpatrywała się w swoje drżące dłonie i myślała intensywnie nad całą sytuacją. Co powinna zrobić? Czy mogła oddać Elessar w zamian za przyjaciela? Czy Malcolm dotrzyma warunków, kiedy już dostanie to, czego chce? W głowie miała kompletną pustkę, nie była w stanie odpowiedzieć na nurtujące ją pytania.
    Gdy pani Shay skończyła rozmawiać z matką Adama, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Spojrzała na Shane'a, który nadal śledził wzrokiem treść listu. Potrząsnęła go delikatnie za ramię i powiedziała cicho.
    - Mógłbyś mi przynieść mój telefon? Leży w salonie. - Blondyn skinął ochoczo głową i już po chwili dziewczyna trzymała w ręce komórkę. Wybrała dobrze jej znany numer i czekała. Odebrała po czterech sygnałach, które dla niej trwały wieczność. - Halo? Hej, mamo. Słuchaj, czy dałabyś radę przyjechać tutaj? Bardzo cię potrzebuję - zaczęła od razu. Mówiła naprawdę szybko, bo wiedziała, że nie pozbierała się do końca i w każdej chwili może się rozpłakać.
    - Co się stało? - zmartwiła się, słysząc smutny, załamujący się głos córki.
    - Po prostu przyjedź. Wyjaśnię ci, jak już się zobaczymy, dobrze? - I nie czekając, aż odpowie, rozłączyła się. Zacisnęła mocno powieki, by nie dopuścić do tego, żeby łzy wypłynęły jej z oczu. Nie chciała pokazywać swojej słabości. Pragnęła być silna, pokazać, że potrafi sobie poradzić nawet z tak trudną sytuacją.
    "Musisz się uspokoić - powtarzała sobie. - Musisz wziąć się w garść. Dopóki wie, że możesz oddać mu Elessar, nie zrobi mu wiele" - wmawiała sobie. Starała się zapomnieć o tym, jak ją traktował, kiedy u niego zawitała. Jak ją straszył, jak później nie potrafiła zasnąć i budziła się ze łzami w oczach i z niemym krzykiem na ustach.
    Zaczęła głębiej oddychać i w końcu opanowała się już całkowicie. Gdy uchyliła powieki, łzy zniknęły bezpowrotnie. Zastąpił je natomiast szalony błysk determinacji, który podpowiadał Shane'owi, że dziewczyna jest gotowa do działania. Zostało więc im tylko czekanie na pozostałych.

    W salonie państwa Shay zebrało się wielu ludzi, którzy byli bezpośrednio związani ze sprawą, jaką mieli omawiać. Pojawili się rodzice Adama, mama Mayi, oczywiście sami gospodarze, brat Shane'a, siostra bruneta i jeszcze kilku innych najlepszych członków Zakonu. Ci, którzy nie zmieścili się na kanapach, przynieśli sobie krzesła z jadalni, lub po prostu stali czy rozsiadli się na podłodze. Maya przycupnęła tuż obok mamy na podłodze a wraz z nią Shane. Od czasu otrzymania listu nie odstępował ją na krok, bojąc się, że jej się coś stanie. Wolał ją mieć na oku i w razie czego odpowiednio zareagować.
    Na początku pani Shay przedstawiła, jak się sprawy mają. Następnie pokazała wszystkim list, który Maya dostała od Malcolma. Na koniec zapytała, czy ktoś ma jakiś pomysł. Wszyscy milczeli jak zaklęci. Nikt się nie odezwał.
    - Słuchajcie, sprawa wygląda tragicznie, to prawda, ale ze swojej strony mogę tylko powiedzieć, że Elessaru nie możemy oddać. Nawet za tak wysoką cenę jaką jest życie tego chłopca. Musi być inny sposób - powiedziała mama Mayi. W milczeniu zgodzili się z nią niemal wszyscy. Tylko drobna, chuda kobieta, wtulająca się w wysokiego mężczyznę siedziała, płacząc. Nie odezwała się ani słowem. Zdawała sobie sprawę, że tak należy postąpić, ale nie mogła przeżyć tego, że to jej syn, jedyny syn był, możliwe, że właśnie teraz, w tym momencie, kiedy oni naradzają się, co robić, torturowany. Nie mogła przeboleć tego, że nie było go z nią. Łudziła się nadzieją, że wkrótce wymyślą, jak mu pomóc, ale nie oczekiwała wiele. Jeżeli wróci to na pewno odmieniony. Jak bardzo? Tego się właśnie obawiała najbardziej.

    Długo zastanawiała się, czy powiedzieć Shane'owi w zaistniałych sytuacjach o tym, że znalazła sposób na odnalezienie dziedzica Elessaru. Przez pół nocy biła się z myślami. Zastanawiała się, czy to może w jakikolwiek sposób im pomóc. Czy zdołają dzięki temu odzyskać Adama, nie tracąc przy tym klejnotu? Może prawdziwy jego właściciel znajdzie na to sposób.
    Gdy już postanowiła, że porozmawia o tym z blondynem, sądziła, że w końcu zaśnie, że się nieco uspokoi. Lecz sen nie był jej dany. Nadal myśli zaprzątały jej głowę. Starała się nie dopuszczać do siebie wizji, w których pojawiał się poddawany torturom Adam. Jednak jej podświadomość co rusz podsuwała jej nowe obrazy, każdy jeszcze bardziej masakryczny od poprzedniego.
    W końcu dała sobie za wygraną, otworzyła oczy, włączyła lampkę nocną stojącą na stoliku. Usiadła na łóżku i założyła na zimne stopy kapcie. Podeszła do drzwi i otworzyła je cicho. Skrzypnęły delikatnie. Wyszła na korytarz i już miała zejść a dół, gdy usłyszała kroki na schodach. Zatrzymała się w pół kroku i czekała, aż ujrzała wspinającego się w jej stronę Shane'a.
    - Miałem nadzieję, że nie śpisz - szepnął, podchodząc do niej jak najciszej. - Pogadamy? - Skinął głową w stronę jej pokoju. Dziewczyna zgodziła się. Przyjrzała mu się uważnie. Miał na sobie czarne spodenki, te same, które Adam kiedyś założył tył na przód i dziewczyny na wycieczce się z niego śmiały. Od razu wróciły wspomnienia, lecz Maya szybko wyrzuciła je z głowy. Zaczynała myśleć o Adamie jak o kimś zmarłym, a tego naprawdę nie chciała. Oprócz tego Shane nosił białą koszulkę z napisem na piersi. Minę miał nietęgą, chodził również lekko przygarbiony, Ta sytuacja naprawdę go przytłoczyła. Nie miała się czemu dziwić, bądź co bądź byli najlepszymi przyjaciółmi.
    Usiedli na jej łóżku w żółtym świetle lampki nocnej. Blondynka przykryła ich kołdrą, bo nagle zrobiło jej się zimno. Zerknęła na chłopaka. Już niejednokrotnie byli naprawdę blisko siebie, kilka razy spali w jednym łóżku, lecz dopiero w tamtym momencie poczuła się... dziwnie. Jakby to już nie było przypadkowe. Serce zabiło jej szybciej, kiedy patrzyła, jak siada naprzeciwko niej po turecku. Włosy miał zmierzwione, sterczały we wszystkie strony. Twarz tak samo jak oczy zdawały się zmęczone, ale gdy ich spojrzenia się spotkały, dostrzegła w nich błysk wesołości a wtedy zmęczenie od razu zniknęło.
    Aby nie zaprzątać sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami,skupiła się na tym, by opowiedzieć mu, czego się dowiedziała.
    - Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła poważnie, na chwilę odwracając od niego wzrok. Nadal czuła się delikatnie skrępowana, ale starała się nie myśleć o tym,dlaczego tak nagle coś jej przeszkadzało w bliskości chłopaka. A raczej, dlaczego było jej tak przyjemnie czuć jego oddech na swojej skórze... Przymknęła na chwilę powieki, by się skupić i kontynuowała. - Kiedyś, kilka dni po tym, jak tutaj zamieszkałam, znalazłam ukrytą bibliotekę. Nie mam pojęcia, czy wiesz, że w ogóle coś takiego jest tutaj, ale nieważne. Po tym, jak śnił mi się naprawdę dziwny stwór, zaczęłam szukać w niej informacji, co to mogło znaczyć. Oczywiście nie natknęłam się nigdzie na nic, co mogłoby mi się w tej kwestii przydać, ale ostatnio doszukałam się czegoś interesującego. - Sięgnęła po kartkę, którą schowała pod poduszką i wręczyła ją chłopakowi, nakazując mu czytać. Sama przeszła do kolejnych wyjaśnień. - Są to wskazówki, w jaki sposób znaleźć dziedzica Elessaru. Chciałabym... Chcę cię prosić o pomoc... Czy mógłbyś....? - zawahała się na koniec.
    Chłopak oniemiał. Nie był w stanie wydobyć ani jednego dźwięku. Był pod wrażeniem; tego, że znalazła ukryte pomieszczenie w domu, w którym mieszkał od dziecka, a o którym nie miał pojęcia aż dotąd; tego, że sama podjęła się prób szperania w starych księgach, że odnalazła tą kartkę i przetłumaczyła ją jak najwierniej, by móc zrozumieć sens zapisanych słów i nie pomylić się przy przeprowadzaniu eksperymentu.
    - Ty jesteś... Niesamowita! - zawołał, uśmiechając się od ucha do ucha. Oczy mu błyszczały od ekscytacji. Pochylił się niebezpiecznie w jej stronę. Centymetry dzieliły ich twarze. - Kiedy zaczynamy?

    Niestety, mogli zacząć dopiero w środę, ponieważ w tę noc wypadała odpowiednia do przeprowadzenia całej operacji kwadra księżyca. Wtedy to znów spotkali się w pokoju dziewczyny, usiedli na podłodze otoczeni zebranymi wcześniej poduszkami i kocami. Przynieśli ze sobą kawałek czystej kartki, na której narysowali koło i podzielili je na cztery części. Wskazując północ i południe, ułożyli kawałek gałązki z cisu wyciosanej wcześniej. Pod kartką położyli mapę Stanów Zjednoczonych a obok siebie postawili duży globus. Nie mieli pojęcia, na jakim kontynencie może znajdować się szukana osoba. Maya przeczuwała, że jest blisko, więc sądzili, że znajduje się w tym samym kraju co oni, ale nie mogli mieć pewności. Następnie złapali się za ręce i dziewczyna przeczytała następujące słowa z kartki:
Maya
    - Kie estas la heredonto Elessar? - I powtórzyła trzykrotnie.
    Na początku nic się nie stało. Siedzieli w milczeniu dobrych kilka minut i Shane zwątpił już, że uda im się cokolwiek zdziałać tej nocy. Gdy zerknął na Mayę, okazało się, że ta ma zamknięte oczy i skupiony wyraz twarzy. Nie ruszył się więc, zaufał dziewczynie i jej intuicji.
    Maya poczuła, jak Elessar robi się przyjemnie ciepły. Rozgrzewał całą jej szyję. Uśmiechnęła się sama do siebie. Wiedziała, że jest na dobrej drodze.
    W pewnym momencie naszyjnik zaczął odrywać się od jej ciała i unosił się w powietrzu. Szarpnęło nim tak mocno, że zerwał się z jej szyi i upadł na kartkę. Maya otworzyła oczy i spojrzała na patyk, który kręcił się dookoła jak szalony. Jej naszyjnik leżał pośrodku mapy zwrócony w stronę chłopaka. Z zafascynowaniem śledziła, jak gałązka powoli zatrzymuje się skierowana w tą samą stronę co Elessar.
    - I co, nie udało się? - zapytał Shane, który również uważnie przyglądał się temu, co działo się na podłodze. Maya spojrzała na niego uradowana.
    - Wręcz przeciwnie. Już wiem, kto sprawuje władzę nad Elessarem.
    - No więc kto to? - ponaglił ją.
    - Ty - odpowiedziała po prostu.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, mam nadzieję, że zaskoczyłam Was wyborem dziedzica Elessaru :) Piszcie, kto był waszym faworytem ;) No i ogólnie, co sądzicie. Rozdział niesprawdzany, uprzedzam ;)
    No i Mia, jeśli nie zobaczyłaś odpowiedzi, to odpowiadam Ci tutaj, że do końca zostało góra sześć rozdziałów ;) To już tak naprawdę maksymalnie :)
Pozdrawiam Was serdecznie! <3

sobota, 11 kwietnia 2015

Fakt autentyczny,

czyli jak szybko stracić najlepsze przyjaciółki. 

Od bardzo dawna zastanawiałam się, jak ukazać postacie Chloe i Wendy w tym opowiadaniu. Bo historia ta okazała się odbiegać od wątku ich przyjaźni z Mayą (i bardzo dobrze, bo nie o to mi chodziło), ale wydaje mi się, że pewne sprawy potrzebują wyjaśnienia; czuję, że powinnam coś do tego dopowiedzieć. Odrębnego rozdziału nie chciałabym tworzyć, dlatego postanowiłam napisać króciutkie miniaturki, które, mam nadzieję, postawią w odpowiednim świetle przyjaźń dziewcząt i to, dlaczego stało się tak a nie inaczej.

A do stworzenia jednej z nich, zainspirowała mnie rozmowa z jedną dziewczyną, nie wiem, czy się pomylę, jeżeli powiem, że moją byłą przyjaciółką. Dzięki niej zauważyłam, dlaczego tak silna więź może tak nagle zniknąć. A może tej silnej więzi wcale nie było?

Zapraszam serdecznie do przeczytania miniaturek! ;)


Strach się bać! 


   Maya siedziała w pokoju i przeglądała zdjęcia, których miała mnóstwo na laptopie. Za oknem hulał chłodny wiatr, do tego od kilku minut padał ulewny deszcz. Atmosfera na dworze sprzyjała humorowi, jaki udzielił się dziewczynie. Blondynce wzięło się na wspomnienia. W jej głowie co rusz pojawiały się różne scenki, każda związana z innym wydarzeniem, które zostało uwiecznione na fotografii.
    Jedno zdjęcie szczególnie lubiła. Nie pamiętała, kiedy dokładnie zostało zrobione, ale wydawało jej się, że mogło to być w zeszłe wakacje lub jeszcze pod koniec roku szkolnego. Zawsze uwielbiały się wygłupiać, stroić śmieszne miny, zakładać na siebie to, w co normalnie by się nie ubrały. Robiły ostry makijaż, czasami przesadzony i tańczyły się, wygłupiały i uwieczniały te chwile na zdjęciach.
    Wspominając tamte czasy, jej myśli wybiegły do Wendy. Zaczęła zastanawiać się, co robiła koleżanka, jak się czuła, co chodziło jej po głowie. Pragnęła ją o to wszystko wypytać niemal od razu, lecz gdy sięgnęła po telefon, zamarła. Przeoczyła jeden mały szczegół. Przyjaciółka się do niej nie odzywała, pewnie nie chciała mieć już z nią nic wspólnego. Zawiedziona i smutna powróciła do przeglądania zdjęć lecz z o wiele mniejszą pasją niż wcześniej.
    Nie skupiała już tak wielkiej uwagi na tym, co widziała na monitorze laptopa. Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby jakoś inaczej pokierowała sprawą z dziewczynami. Czy byłoby tak, jak dawniej? Jak kiedyś? Czy chciała do tego wrócić?
    Zdecydowanie na wszystkie pytania odpowiedziała wielkie "NIE". Nic nigdy nie jest takie samo po pewnych wydarzeniach. I wiedziała, że i tym razem reguła sprawdziłaby się. Każde doświadczenie zmienia człowieka.
    Zdawała sobie również sprawę, że nie pragnęła tego, co było kiedyś. Owszem, chciałaby się dogadywać z Wen i Chloe, ale do tej pory tak wspaniale nie układało jej się z Shanem i Adamem oraz z resztą jej klasy. Uwielbiała te kontakty i nie zamieniłaby je na nic w świecie. Za bardzo czuła się w końcu zrozumiana i akceptowana.
    Mimo wszystko brakowało jej rozmów, zwłaszcza z Wen, z którą to potrafiły przegadać całe noce o wszystkim. To ona zawsze była przy niej, gdy ta potrzebowała wsparcia w związku z chłopcami. I teraz, gdy Maya miała dylemat, dziewczyny nie było przy niej. Czuła nieodpartą chęć opisania tego, co jej leży na sercu. Włączyła więc program do pisania w laptopie i zaczęła pisać to, co chciałaby powiedzieć Wendy.

   "Hej, przepraszam, że o tak późnej porze, ale mam dzisiaj taki wieczór przemyśleń i po prostu musiałam. 
    Nie wiem, czy zauważyła, ale się od siebie oddaliłyśmy. I to bardzo. Już nie jest tak, jak kiedyś. Obie się zmieniłyśmy. Tak dawno ze sobą nie rozmawiałyśmy... Coś się popsuło. Zaczęłam zastanawiać się nad przeszłością, nad tym, co było, co schrzaniłam. Nie mam pojęcia, kto w naszej relacji zawinił - zapewne wina leży gdzieś pośrodku, jak zwykle. Ale to przecież nie o to chodzi, by zwalać teraz na siebie nawzajem winę. Nie po to też piszę. Chciałabym Tobie, tak samo jak sobie same, przypomnieć, jak to było kiedyś. 
    Pamiętasz, jak było na początku? Zawsze mnie do wszystkiego motywowałaś, trwałaś i wspierałaś nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy popełniałam błędy. Zawsze we mnie wierzyłaś jak nikt inny. Dopełnialiście się z Alyss i Joshem. Mogłyśmy przegadać cały dzień a i tak miałybyśmy jeszcze mnóstwo tematów. Dzięki Tobie wiele się nauczyłam... I gdzie to wszystko? tak nagle zniknęło? 
    Nie mam pojęcia, w którym momencie tak naprawdę coś się zaczęło dziać. Pamiętam, że zaczęłaś interesować się Japonią i jak się cieszyłyśmy, że każda z nas ma jakieś państwo, które zwiedzi, jak będzie dorosła. Doskonale to pamiętam, a ty? 
    Potem przerzuciłaś się na Koreę a z czasem dołączyła do Ciebie Chloe. I wkrótce już w waszym towarzystwie czułam się niepotrzebna, niechciana. Jakbym komuś przeszkadzała... Więc zaczęłam więcej czasu spędzać z dziewczynami... a czasami wolałam być po prostu sama. 
    Ale ja spoglądam na to z mojej perspektywy, ty możesz mieć inne zdanie, chętnie dowiedziałabym się, jakie stanowisko zajęłabyś w tej sprawie. 
    To prawda, że czasami nie reagowałam na wyciągniętą dłoń, ale taka już jestem. Nie chciałam was zamartwiać, zepsuć dobrej zabawy, powiedzieć okrutnej prawdy, że czuję się odtrącona. Poza tym naprawdę nie potrafię rozmawiać o swoich uczuciach. Niewielu powiedziałam prawdę. Z pozoru może wydaję się otwartą dziewczyną, ale tak naprawdę rzadko i niechętnie przyznaję się, jak jest w rzeczywistości. A rzeczywistość jest szara i smutna. 
    Zdawałam sobie również sprawę, że nie widziałaś, że coś się działo. Może nie chciałaś widzieć. Nigdy wprost nie powiedziałaś mi, co ci się w moim zachowaniu nie podoba. Chyba nawet nie starałaś się ze mną szczerze pogadać, Teraz może jest już za późno. Wiedz jednak, że nie zapomniałam o Tobie. Prawie codziennie przed zaśnięciem zastanawiam się, co u Ciebie słychać, wiedząc, że gdybym napisała to odpisałabyś mi tylko to, co robisz aktualnie. A ja jestem ciekawa całego Twojego życia. Wszystkich uczuć. Mogłabyś mi godzinami opowiadać, a mnie by to nie znudziło, bo naprawdę ciekawi mnie, co u Ciebie. Ale nie napisałam też wcześniej do Ciebie, bo się bałam. Może tego, że mi nie odpiszesz, nadal będąc na mnie zła. Nie zniosłabym chyba, gdybyś jednak odpisała i zaczęła opowiadać o tych swoich koreańskich zespołach. Bo ja czuję do nich ogromny żal, bo, nie wiedząc, kogo obwiniać za nasz urwany kontakt, obwiniałam je. 
    Teraz już mi nie zależy. Po prostu się stęskniłam, tak najnaturalniej w świecie. A gdy słyszę od Diany, że o czymś tam pisałyście, przypomina mi się, że Ty zawsze miałaś dla mnie mało czasu... Nigdy długo nie pisałyśmy, nie rozmawiałyśmy, gdy nie byłyśmy blisko siebie.
    Myślisz czasami o mnie? Czy można być przyjaciółmi, mimo tego, że się z kimś w ogóle nie gada? Nie wie się, co u drugiej osoby? czy to ma jakiś sens, że ja Ci teraz wszystko opowiem? Nie mam zielonego pojęcia... Czy warto? 
    Chciałam Cię jedynie przeprosić za wszystkie błędy, które popełniłam. Tylko tyle..."

    Obiecała sobie, że nie uroni już ani jednej łzy. Niestety, nie dotrzymała obietnicy. Pisząc tę wiadomość zapłakała nie raz, nie dwa. Tak strasznie tęskniła za kimś, kto okazał się być niewart miłości, jaką go obdarzyła. Już nie łudziła się, że coś diametralnie się w ich stosunku zmieni. Musiałby się stać cud, żeby dziewczyny nagle schowały dumę do kieszeni i przyznały, że jednak czasami nie zauważały, że Maya po prostu nie lubi słuchać o tylko ich problemach, że nie interesują jej dylematy związane z kpopwymi zespołami. Że nie czuła się wśród nich już jak wśród najlepszych, niezastąpionych psiapsiółek. Jak się okazało, znalazły się inne osoby, które doceniły oddanie blondynki. I tylko ta myśl podtrzymywała ją na duchu.


Bo czasem trzeba odpłacić pięknym za nadobne


   Maya, jak chyba każdy prowadzący własnego bloga, miała swoje wzloty i upadki. Często dotyczyły po prostu braku motywacji do napisania kolejnej notki, czasami w ogóle nie było na nią pomysłu. W takich chwilach ważne jest, by mieć kogoś przy sobie, kto podniesie cię z dołka, powie, że masz dla kogo pisać i że nie możesz się poddać. W większości wypadkach są to czytelnicy bloga, odwiedzający, którzy swoimi komentarzami czy nawet samymi wyświetleniami, wspierają blogerkę.
    Przychodzi jednak taka chwila w życiu człowieka, że przyjaciel okazuje się niezbędny.
    I to właśnie spotkało dziewczynę. Zimny, ponury dzień. Nie ma się wtedy na nic ochoty a już zwłaszcza na pisanie; takie pisanie, które można by było pokazać na stronie. Martwiła się również ciągłym spadkiem statystyk. Nie wiedziała, dlaczego tak się działo, więc napisała do Chloe, która miała już jako takie pojęcie w blogowaniu, ponieważ miała o kilka miesięcy dłuższy staż niż Maya.
    - Hej, mam do ciebie pytanie - zaczęła ostrożnie swoją wiadomość. - Czy czytasz moje wpisy na stronce? - zapytała. Zastanawiała się nad tym już od dłuższego czasu - odkąd przestała komentować, choć zwykle to robiła po przeczytaniu notki. Czekała chwilę na odpowiedź, coraz bardziej się denerwując.
    - Wiesz, mam teraz tyle na głowie, że chyba nie znajdę czasu, żeby zajrzeć i przeczytać - przeczytała blondynka. Zaraz potem pojawiło się kolejne zdanie. - Oczywiście bardzo mi się podoba, jest super, opowiadanie bardzo wciąga i jest mega intrygujące, ale cóż...
    - Taa, jasne. Ile razy ja to już czytałam ostatnimi czasy... - odparła. Zrobiło jej się strasznie przykro. Maya starała się jak mogła, by zawsze zajrzeć na bloga przyjaciółki, by zostawić choć kilka dobrych słów, zachęcających do dalszej pracy.
    - Powinnaś prowadzić go dalej, jestem przekonana, że dasz radę - zapewniła.
    - Ja tak, ale po co, skoro i tak nikogo to nie interesuje? Po prostu przestało się podobać i tyle - westchnęła ciężko.
    - Jak mogło się przestać podobać? Oszalałaś? Opowiadanie jest cudowne!
    - Gdyby ci się naprawdę podobało, zostałabyś - stwierdziła zrezygnowana.
    - Przecież mówię ci, że nie mam czasu! - Maya aż za dobrze potrafiła sobie wyobrazić, jak dziewczyna krzyczy te słowa, minę temu towarzyszącą, wyrzut w głosie, który zawsze wzbudzał w blondynce poczucie winy, nieważne co by zrobiła. Wkurzyła się na nią. Za ten ton, który wyczuła w odpowiedzi, za to, że koleżanka jakby się od niej odwróciła. Postarała się jednak opanować, bo wiedziała, że złością niczego nie ugra. Poza tym chciała tylko wiedzieć, czy Chloe będzie odwiedzać jej bloga. A na to się nie zanosiło.
    - Wiesz, ja po prostu mam gorszy dzień - próbowała załagodzić sytuację. - Wydaje mi się, że ludziom przestało zależeć, mają gdzieś czy będę prowadziła bloga czy nie. I chciałam się tylko dowiedzieć, czy jest sens. Bo jeśli już twoja najlepsza przyjaciółka, która zawsze czytała wpisy na stronce, przestaje nagle się pojawiać, znaczy, że coś musi być na rzeczy. Ja tylko... myślałam, że mi w jakiś sposób pomożesz, coś doradzisz, może wesprzesz jakoś - postawiła sprawę jasno. Bardzo zależało jej na opinii Chloe na ten temat. Może akurat udałoby jej się coś wymyślić. Ale ona nadal była obrażona za to, że, być może Maya powiedziała wcześniej prawdę, trafiając w czuły punkt szatynki.
    - A dlaczego miałabym ci pomagać? Ty nie byłaś przy mnie, gdy ja potrzebowałam wsparcia. Tylko Alexsis ze mną była wiedziała, że coś się działo. Tylko ona wspierała mnie w najgorszym okresie mojego życia blogowego - zarzuciła jej. Maya osłupiała. Wpatrywała się w słowa, które pojawiały się na ekranie laptopa z niedowierzaniem i smutkiem. Ona, jej przyjaciółka chciała ją tak zranić, mówiąc, że jej nie pomagała? Pragnęła wypisać jej całą listę rzeczy, które dla niej zrobiła, ale nie miała siły udowadniać, że rzeczywistość przedstawiała się inaczej. Już dostrzegła, że dziewczyna nie chciała widzieć innego punktu widzenia, że pragnęła mieć w tej sprawie rację. Zamiast więc wypominać jej te słowa, uderzyła z innej strony.
    - To powiedz mi, skąd Alexisi wiedziała, kiedy cię pocieszyć? I dlaczego ja o tym nie wiedziałam? Ja znam odpowiedź. - Nie czekała, aż Chloe odpisze. - Nie powiedziałaś mi, że potrzebujesz pomocy, zawsze starałaś się być samowystarczalna i taka pewna siebie. Ale czasami się tak po prostu nie da. To smutne, że znalazłaś oparcie w jakiejś dziewczynie, której w życiu na oczy nie widziałaś i z którą prawdopodobnie za rok nie będziesz miała kontaktu. Ale może było ci tak łatwiej, wygadać się osobie, której nie znasz. Tylko teraz nie zarzucaj mi, że nie chciałam ci pomóc, bo gdybyś tylko okazała chwilę słabości, wiedziałabym, że mnie potrzebujesz i trwałabym przy tobie. Ale ty wolałaś ją ode mnie. Więc nie miej pretensji. Ja natomiast mam żal do ciebie, bo co to za przyjaźń, w której jedna osoba zwraca się o pomoc do drugiej i ta druga mówi ci, że cię nie wesprze, bo ty wcześniej również jej nie pomogłeś? A gdzie bezinteresowna pomoc? Takie coś, co jest w prawdziwej przyjaźni? - zapytała, ledwo hamując napływające do oczu łzy. Miała dosyć. Dosyć całego życia, dosyć tej chorej relacji z Chloe, dosyć wszystkiego. Więc nie czekając na odpowiedź, wyłączyła laptopa. Czuła jak serce mocno jej bije. Próbowała nad nim zapanować, ale nie potrafiła.
    Do późna w noc analizowała każde przeczytane słowo. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że Chloe ją tak potraktowała. Wydawało jej się, że zawsze mogła na nią liczyć. Myliła się jednak. I jak każda pomyłka, strasznie bolało.



    Chciałam jeszcze na koniec zaznaczyć, że tytuł posta specjalnie napisałam z ogromnym błędem :D Ale tak właśnie miało być ;) Mam nadzieję, że się Wam podobało. Mam pomysł jeszcze na kilka takich krótkich scenek (zdradzę, że może pojawi się Gwardia oraz wymyśliłam małą akcję znad morza ;)) Ale to pojawi się później, między którymiś rozdziałami ;)
    Jestem ciekawa Waszych opinii, więc śmiało piszcie, co myślicie o obu scenkach :)

sobota, 17 stycznia 2015

~34~


    Kolejny dzień zapowiadał się zgoła inaczej, niż wcześniejszy. Niebo zakryły ciemne chmury, z których rano delikatnie siąpiło. Słońce, które towarzyszyło wszystkim przez ostatnie kilka tygodni, skryło się i ani na moment nie chciało się pokazać.
     Maya siedziała w autobusie i spoglądała na pogrążone w deszczu miasto. Widziała spieszących pieszych z parasolami, którzy uciekali przed rozchlapującą się wodą z kałuż, gdy przejechał obok nich jakiś samochód. Po szybie szybko spływały kropelki wody, ścigając się w nieoficjalnym wyścigu.
    Kolejny dzień, w którym Adam się do niej nie odezwał. Miała dosyć jego zachowania i postanowiła z nim porozmawiać, gdy tylko znajdą chwilę. A takiej chwili nie było aż do przerwy na lunch, kiedy to dopadła chłopaka, gdy szedł samotnie na stołówkę.
    - Poczekaj! - zawołała za nim. Brunet stanął, by Maya mogła się z nim zrównać i potem razem ruszyli w stronę jadalni. - Chciałabym z tobą porozmawiać.
    - Okej. - Wzruszył ramionami. - O czym?
    - O twoim zachowaniu - przyznała. Adam uniósł brwi, widocznie nierozumiejąc tematu. - Och, nie udawaj! - żachnęła się. - Doskonale wiesz, o co mi chodzi. Zachowujesz się jak dzieciak, odkąd dowiedziałeś się, że ten głupi znak jakoś łączy mnie z Shanem.
    Przystanął na chwilę, spojrzał jej głęboko w oczy. Zauważyła w nich odrobinę bólu, który chłopak starał się za wszelką cenę ukryć. Ale Maya znała go za dobrze, by tego nie zauważyć.
    Przyglądał jej się chwilę, po czym pociągnął dziewczynę za sobą, prowadząc ją w ustronne miejsce. Wiedział, że tak łatwo nie pozbędzie się Mayi, mówiąc jej byle co. Poza tym zasługiwała na prawdę. Ona go nigdy nie okłamywała. Więc powinien z nią szczerze porozmawiać, przyznać się.
    Zatrzymali się na końcu korytarza obok drzwi prowadzących do gabinetu szkolnego pedagoga. O tej porze wszyscy uczniowie znajdowali się lub jeszcze zmierzali do stołówki, więc w tej części szkoły było niewielu ich niewielu. Maya oparła się o zimny parapet. Zerknęła na Adama, który spacerował od jednej ściany do drugiej, zbierając myśli. Uważnie patrzył w podłogę, jakby ta miała mu coś doradzić. Dziewczyna odczekała chwilę, lecz nie mogąc się doczekać tego, aż Ad pierwszy się odezwie, zagaiła.
    - Więc, powiesz mi, dlaczego się tak zachowujesz? - zapytała ostrożnie, cały czas wodząc za nim wzrokiem. Zatrzymał się po chwili jakiś metr przed nią. Zachowywał się, jakby chciał podejść bliżej, ale coś mu w tym przeszkadzało.
    - Jest mi trudno - przyznał. - Niby twierdzisz, że przeznaczenie nic dla ciebie nie znaczy, że to ty podejmujesz decyzje, z kim zamierzasz się spotykać a z kim nie, ale ja wiem swoje. Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz. Rozmawiałem o tym z moją siostrą. Doradziła mi, bym się nie mieszał, bo i tak  będzie, jak miało być. Nikt tego nie zmieni - zamilkł na moment. Maya pomyślała, że powinna się jakoś odezwać, ale kompletnie nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Adam zaskoczył ją tak dorosłym podejściem do sprawy. Nie spodziewała się takich słów. Widząc, że dziewczyna nie wie, co powiedzieć, Adam znów się odezwał. - Ja po prostu nie mam siły rywalizować z przeznaczeniem. Zwłaszcza, że wiem, że i tak przegrałbym tę walkę.
    - Czy to znaczy, że... - Mayi nie chciały prześć te słowa przez gardło. Spojrzała przerażonym spojrzeniem w jego brązowe oczy pełne smutku. Pokiwał głową.
    - Przykro mi - powiedział szczerze. - Lepiej będzie, jak zostaniemy przyjaciółmi, choć nie wiem, czy dam radę. Bardzo mi na tobie zależy - wyznał.
    - Mi na tobie też - szepnęła.
    - Wiem. - Uśmiechnął się słabo. - Przepraszam, ale kiedyś zobaczysz, że tak będzie najlepiej.
    I odszedł. Tak po prostu ją zostawił pośrodku korytarza, naprawdę zdezorientowaną, smutną, wystraszoną. Stała tak jakiś czas, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Potem zorientowała się, że powinna iść coś zjeść, bo jeśli tego nie zrobi, będzie głodna. Ruszyła wiec chwiejnym krokiem naprzód.
    Gdy weszła do jadalni, rozejrzała się dokoła, szukając tego jedynego, którego chciała teraz zobaczyć. Był tam. Siedział ze zwieszoną głową przy stoliku razem z Shanem, Kevinem i resztą. Podniósł na nią wzrok, jakby wyczuł, że znajdowała się w tym samym pomieszczeniu co on. Od razu jednak wrócił spojrzeniem do blatu stołu.
Alex
    Idąc przez stołówkę, zauważyła Alex, która pomachała do niej. Maya ucieszyła się, bo koleżanka zaprosiła ją do jej stolika, gdzie siedziały już dziewczyny z jej klasy - Maggie i Jessie. Przywitała się z nimi cicho, po czym zaczęła jeść swoje drugie śniadanie. Jednocześnie przysłuchiwały się rozmowie, którą prowadziły dziewczyny. A dotyczyła ona nowego nauczyciela, który przyszedł na zastępstwo. Zaciekawiona blondynka spojrzała na koleżanki.
    - A co się stało z Wodzem? - zainteresowała się. Wodzu to przezwisko nadane lata temu ich nauczycielowi wychowania fizycznego.
    - Miał wypadek, był parę dni w szpitalu, ale mówią, że to nic poważnego. Zdziwiło nas to, że tak od razu znaleźli kogoś nowego, zwłaszcza, że nic nie wskazuje na to, by Wodzu zrezygnował z dalszego uczenia.
    - Jaki jest? - zapytała.
    - Nieziemsko przystojny! - zawołała ze śmiechem Margaret. - Jest bardzo wysportowany.
    - Zapomniałaś, że jest młody - dodała Jessie.
    - No tak - przyznała Alex. - Na imię ma Will, tak każe do siebie mówić.
    - Okej. - Uśmiechnęła się Maya. - A na zajęciach? Jest wymagający? Co robiliście?
    - Na pierwszej lekcji, kiedy się już przedstawił, graliśmy w siatkówkę. Potem na następnej lekcji biegaliśmy a później robiliśmy różne takie ćwiczenia. Nie było najgorzej - odpowiedziała Alex. - Zresztą, przekonasz się dzisiaj już po przerwie. A tak a propos, ćwiczysz?
    - Nie, mam zwolnienie do końca tygodnia. Zapomniałaś? Przecież jeszcze nie tak dawno byłam chora - powiedziała.

    Pod koniec przerwy dziewczyny poszły do szatni. Tam przebrały się w swoje stroje na wychowanie fizyczne i, gdy zadzwonił dzwonek, stanęły przed drzwiami, prowadzącymi do sali gimnastycznej, gdzie znajdowali się już chłopcy z ich klasy. Maya nie miała pojęcia, jak zachowywać się w obecności Adama. Czy powinna się z nim przywitać, czy może raczej w ogóle na niego nie patrzeć?
    Nie musieli długo czekać. Nim upłynęły dwie minuty z magazynku sportowego wyszedł wysoki, młody mężczyzna. Miał brązowe włosy, które sterczały mu na wszystkie strony, jednodniowy zarost, który przykrył żuchwę. Swoimi brązowymi, mądrymi oczami rozejrzał się po twarzach zebranych. Zauważywszy Mayę, jakaś dziwna iskierka zabłyszczała mu w oczach. Gdy dziewczyna to dostrzegła, wystraszyła się. Nie było to miłe spojrzenie, choć z pozoru mogło się takie wydawać. Patrzył na nią przenikliwie, jakby chciał dosięgnąć jej myśli.
    Co dziwniejsze, Maya poczuła nagle, że jej naszyjnik staje się naprawdę ciężki i gorący. Zdziwiła się, bo bardzo rzadko coś takiego się działo. Tylko, gdy w pobliżu znajdował się ktoś zły. Ktoś, kto chciałby zabrać Elessar i użyć go dla własnych celów.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej. Tak, wiem, rozdział króciutki, ale tak właśnie chciałam go zakończyć. Poza tym, nie wiedziałabym, co jeszcze mogłabym w nim opisać. Ostatnio rozpisałam sobie wszystkie rozdziały aż do epilogu i w tym było właśnie tylko to. Sądziłam, że zajmie mi to trochę więcej notki, ale wydaje mi się, że tak też może być.
    Co o nim sądzicie? Co myślicie o zachowaniu Adama? A co o nowym nauczycielu? Macie jakieś sugestie, pytania, albo może podejrzewacie, co będzie działo się dalej? Jestem ciekawa waszych pomysłów ;)
    Kiedy zaczynacie ferie? A może ktoś z Was już ma wolne? ^^ Ja zaczynam z początkiem lutego, czyli jeszcze trochę czasu :)
    Pozdrawiam serdecznie!

sobota, 6 grudnia 2014

~31~


    Resztę dnia spędziła za zamkniętymi na klucz drzwiami. Nie otwierała nikomu. A ktoś pukał kilka razy. Spodziewała się tego i dlatego założyła słuchawki na uszy i włączyła głośno muzykę. Wtedy mogła udawać, że nic się nie dzieje.
    A do drzwi pukała matka Shane'a. Chciała zobaczyć, co u Mayi. Miała nadzieję, że porozmawia z dziewczyną, dowie się, co myśli o zaistniałej sytuacji. Gdy jednak zobaczyła, że blondynka nie chciała się z nikim widzieć, dała sobie spokój.
    Maya starała się nie myśleć o wydarzeniach z tego dnia. Ale nie udawało jej się. Niektóre słowa, pewne sceny po prostu pojawiały jej się w głowie i zostawały tam na długo. Chyba najdłużej analizowała wypowiedź Shane'a i ich pocałunek. Była rozdarta. Jedna jej część uważała, że tak jak było do tej pory to dobre wyjście. Lecz w głębi duszy czuła, że tak do końca nie jest wszystko okej. Coś nie pasowało do całości. I najbardziej obawiała się tego, że to ona była tym niepasującym do tej układanki elementem.
    "Ale czy wtedy nie było by dla mnie lepiej? Prościej? Gdyby okazało się, że to wszystko to jedna wielka pomyłka?" - zastanawiała się. Zdawała sobie sprawy, że nie może być mowy o żadnej pomyłce. Mimo to łudziła się.
    Tak bardzo chciała zadzwonić do którejś z przyjaciółek i pożalić się jej. Już sięgała po telefon, gdy uzmysłowiła sobie, że nie miała do kogo zadzwonić. Z Dianą nigdy nie były na tyle blisko, by powierzać jej tak ważne dla niej sprawy. Oczywiście, mogła na nią liczyć i bardzo się lubiły, ale to z Wendy zawsze wszystko dokładnie omawiała, jeśli w grę wchodzili chłopcy. To ona wiedziała, kiedy Maya potrzebowała mocnego kopniaka w tyłek a kiedy pocieszenia. To ona  była przy niej, kiedy pierwszy raz się zakochała. Więc co się stało, że ta więź tak nagle zniknęła? Że Wendy już nie potrafiła zauważyć złego nastroju przyjaciółki? Pojawiła się osoba trzecia - Chloe - która wtrąciła się między nie i tak długo przekonywała do siebie Wen, aż omamiła ją sobie wokół palca, żeby mieć ją tylko dla siebie.
    Przed oczami Mayi stanęła jej scena, gdy w czwórkę były na lodach w urodziny Diany. Siedziały w ogrodzie przy kawiarni pod szerokim parasolem i śmiały się, jedząc desery lodowe. Wtedy też Maya chciała opowiedzieć przyjaciółkom o tym, że dziewczyna Josha ją wkurzała swoim zachowaniem. Już zaczęła o niej opowiadać, gdy nagle Chloe wtrąciła się, mówiąc jakąś "ważną" informację, dotyczącą zespołu koreańskiego, czy diabli wiedzą jakiego jeszcze. Zainteresowana Wendy szybko odwróciła się od Mayi, przepraszając ją. Kiedy Chloe, Diana i Wen przestały się podniecać, myślała, że będzie mogła dokończyć, lecz myliła się. Te zaczęły już niwy temat, nie dając jej nawet dojść do głosu. Dziewczyna poczuła się odrzucona i potem już mało kiedy się odzywała.
    Tak bardzo starała się utrzymać z nimi dobry kontakt. Znosiła wiele - ignorowanie, lekceważenie, niezauważanie; często czuła się niewidzialna dla nich. Ale stając się niewidzialną dla nich, robiła się coraz bardziej widzialna dla reszty klasy, z którą Wed i Chloe nie za bardzo się dogadywały w ostatnim roku. To właśnie wtedy Maya znów zaczęła spędzać czas z Alex i Abby. Coraz częściej śmiała się i gadała z chłopakami. Zbliżyła się do wszystkich. A oddaliła od przyjaciółek.
    Maya, zmęczona całym dniem wrażeń, zasnęła.
    Gdy otworzyła oczy, czuła się nadzwyczaj wypoczęta. Rozejrzała się dokoła i zmarszczyła brwi. Nie znajdowała się już w pokoju, który zajmowała w domu Shane'a. Stała pośrodku wielkiej polany, na której rosło mnóstwo kolorowych kwiatów. W oddali widziała cienie wielkich, rozłożystych drzew. W jej polu widzenia nie znajdowało się nic innego. Ruszyła więc w stronę, w której widziała rosnące drzewa. Idąc, spojrzała w górę. Niebo było błękitne bez ani jednej chmurki. Nie czuła na odsłoniętej skórze ramiona powiewu wiatru, mimo to zrobiło jej się zimno. Potarła dłońmi zmarznięte ramiona, rozglądając się za przyczyną tak nagłego spadku temperatury. Niczego niepokojącego nie zauważyła, ale mimo wszystko przyspieszyła, nie czując się bezpiecznie na odsłoniętym terenie.
    Cały czas szukała czegoś, co nie pasowałoby do tak pięknego krajobrazu, idąc coraz szybciej. Niemal wbiegła pomiędzy drzewa, zerkając za siebie. Wydawało jej się, że na horyzoncie coś zauważyła. Zbliżało się do niej. Serce przyspieszyło na chwilę swoją pracę. Zniekształcony na początku cień, z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy. Nie czekając, aż zbliży się jeszcze bardziej do dziewczyny, ruszyła przed siebie w głąb lasku.
    Biegła, słysząc za sobą dyszenie tego czegoś, co za nią biegło. Od czasu do czasu złamało gałązkę czy nadepnęło na suche liście. Nie miała pojęcia, co to było. I nawet nie chciała przystanąć, by przekonać się, jak wyglądał ten stwór, który ją gonił.
    Raz zdawało jej się, że był tuż za nią, a następnym razem, że nagle przestał ją gonić. Dziewczyna jednak nie zwolniła. Czuła, że gdyby się zatrzymała, straciłaby szansę na ucieczkę. Więc biegła przez ciemny las, który zdawał się nie mieć końca, a z pozoru był zaledwie kilkoma drzewkami.
    Zwolniła nieco, bo mimo ćwiczeń, jakie zafundowała jej pani Shay, jej kondycja była daleka od dobrej. Już po tych kilkudziesięciu metrach brakowało jej tchu, a serce niemiłosiernie waliło w żebra. Ale nie poddawała się. Biegła dalej.
    Zrobiło się znacznie ciemniej i zimniej. Zastanawiając się nad przyczynami, nie zauważyła wystającego z ziemi grubego korzenia. Upadła, zdzierając sobie skórę z dłoni i tłukąc kolano. Gdy stanęła z powrotem na nogach, zabolało. Zaczęła kuśtykać, lecz to nie było to samo co bieg. Nagle tuż za sobą usłyszała cichy warkot. Przerażona, mimo bólu ruszyła biegiem pod górę.
    Łzy bólu i strachu strumieniami spływały jej po policzkach. Nie szlochała ani nie krzyczała. Była na tyle opanowana, by pamiętać o tym, że nawet najmniejszy szelest może spowodować, że się ujawni. Starała się też nie nadeptywać na suche liście czy gałęzie, ale w lesie było to wręcz niewykonalne przy takiej prędkości. Co raz skrzywiała się, słysząc pod jej stopami dźwięk łamanej gałązki.
    Zerknęła przez ramię do tyłu, by zorientować się, czy ktoś za nią biegnie. Między drzewami zauważyła jakby wielkiego czarnego psa o dwóch głowach. Tyle że te dwie głowy nie należały do jej ulubionych zwierząt. Łby stworzenia były ptasie. Miały dziób i dwoje oczu po jednej i po drugiej stronie czaszki. Monstrum obrośnięte było ciemną, długą sierścią, gdzieniegdzie oblepioną czymś jasnym. Ślepia wpatrywały się w nią z czerwono złotym błyskiem. Dzioby kłapały. Od czasu do czasu wysuwały się z nich różowe języki. Cienki ogon zakończony czymś podobnym do ptasiego pióra ruszał się niespokojnie. Wielkie, ciężkie łapy ze schowanymi ostrymi pazurami nie wydawały głośnych dźwięków przy kontakcie z ziemią. Słychać było delikatne stąpnięcia i łamanie gałązek gdy akurat stwór na nie nadepnął.
    Przerażona widokiem nadzwyczajnego monstrum, przyspieszyła. Niestety nie udało jej się biec wystarczająco szybko. Zwierzę w pewnym momencie skoczyło na nią i powaliło na ziemię. Oddychając ciężko, próbowała się wydostać spod jego cielska, lecz on okazał się zbyt wielki i ciężki. I śmierdział mokrym psem. Warknął cicho na nią po czym usłyszała w swojej głowie pomruk, który dopiero po chwili zrozumiała.
    - Niepotrzebnie przede mną uciekałaś. I tak cię dopadłem. Ja zawsze znajduję tych, na których mi zależy. A na tobie zależało mi od początku. Jesteś krucha, słaba. Od razu wiedziałem, że kiedy przejmiesz pieczę nad Elessarem, zdołam do ciebie dotrzeć. I mi się udało. - Charknął, co tylko trochę przypominało śmiech.
    - Kkim jesteśś? - wyjąkała, starając się zaczerpnąć powietrza, nieskażonego jego zapachem.
    - Złem - odparł po prostu. I tym razem najpierw usłyszała zwierzęcy pomruk, a dopiero potem zmienił się on w jej głowie w słowa wypowiedziane męskim głosem.
    - Jesteś prawdziwy? - zapytała cicho. Zwierzę zaśmiało się.
    - Teraz? Oczywiście, że nie. To tylko twój sen. Ale czy to, że jestem w twoim śnie, nie oznacza, że nie istnieję naprawdę? - odezwał się filozoficznie. Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu umilkł zupełnie...

    Maya obudziła się zlana potem. Usiadła i zapaliła nocną lampkę, bo jak się okazało, na dworze zrobiło się już całkowicie ciemno. Na chwiejnych nogach podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i wciągnęła głęboko czyste, nocne powietrze. Poczuła się nieco lepiej. Serce przestało tak szybko bić, choć nadal się bała. Nie potrafiła określić czego dokładnie. Dlatego postanowiła, że rano pójdzie do biblioteki i będzie szukała tak długo, dopóki nie znajdzie czegoś na temat stworzenia, które ją goniło w lesie we śnie.
    Leżąc z powrotem w łóżku zastanawiała się nad ostatnimi słowami zwierzęcia. Niby wszystko rozumiała, ale tak naprawdę niczego nie wiedziała. Miała dość niewiadomych, tajemnic, niedopowiedzeń. Całe jej życie to jedno wielkie kłamstwo i sekret, które zamierzała już wkrótce odkryć. Z czyjąś pomocą lub bez znajdzie odpowiedzi na resztę pytań. A było ich sporo. Tylko najpierw musi się porządnie wyspać.


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Jedno malutkie pytanie do Was: dlaczego uważacie, że Adam jest wredny? Bo ja na przykład tego nie widzę, bo patrzę subiektywnie na jego postać, a bardzo jestem ciekawa, co takiego zrobił, że macie go za złą postać. Pytam z czystej ciekawości, bynajmniej nie chcę zmienić jego charakteru, bo może czasami faktycznie mi nie wyszedł, ale według mnie jest taki, jaki powinien być. Tylko zastanawia mnie, co spowodowało, że go nie lubicie. I bardzo proszę o odpowiedź, bo naprawdę to dla mnie ważne.

    A teraz życzenia Mikołajkowe! Wszystkiego najlepszego! Śniegu na Święta! No i wszystkiego, czego sobie życzycie. Dostaliście coś, czy Mikołaj nie przyszedł szóstego grudnia i nadal czekacie na Wigilię? :)

    Pozdrawiam serdecznie! I ZAPRASZAM DO GŁOSOWANIA W ANKIECIE!

sobota, 22 listopada 2014

~30~


    Mayę przeszył dziwny dreszcz. Złapała się lewego przedramienia, które nagle ją zapiekło. Ten sam gest uczynił Shane, tyle że złapał się za własne ramię. I wtedy dziewczyna zrozumiała. Kręcąc głową, spojrzała w nieco wystraszone jeszcze oczy blondyna.
     - Nie, nie, nie! - zawołała szybko. Chciała, by chłopak też zaprzeczył, ale ten nie potrafił. Nie mógł skłamać. Kiwnął tylko głową. - Wiedziałeś o tym? - naskoczyła na niego.
    - Nie, oczywiście, że nie. Na początku, jasne, miałem przeczucie, że to jest trochę dziwne, ale wmówiłem sobie, że to tylko przypadek, a tobie naprawdę została taka dziwna blizna po skaleczeniu. Dopiero dzisiaj podczas obiadu zobaczyłem, że nasze znaki są identyczne. Nie do końca rozumiałem, co to miałoby oznaczać dla nas, ale poczułem, że to coś ważnego.
    Nie powiedział najistotniejszego - że w momencie, gdy zobaczył znamię przyjaciółki, zrozumiał, że są sobie bliscy, może nie stworzeni dla siebie, jak twierdziła jego mama, ale czuł, że Maya była ważna w jego życiu. Nie chciał jej tego powiedzieć, by bardziej dziewczyny nie wystraszyć. Już w tamtej chwili wyglądała na nieźle wkurzoną i smutną jednocześnie. Coś jednak w jej oczach podpowiadało Shane'owi, że nie może jednak wszystkiego od razu przekreślać. Bo tęczówki Mayi w pewnym momencie na ułamek sekundy zabłyszczały, gdy dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Spojrzenie jej złagodniało i choć jej mina i słowa wyrażały coś innego, to oczy wiedziały swoje.
    - Może mi ktoś wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? - zapytała ponownie mama Shane'a.
    - To proste - rzucił z przekąsem Adam. - Shane chce odbić mi dziewczynę! - warknął w stronę chłopaka.
    - Stary, pogięło cię? Nikt ci nie chce niczego odbijać. To po pierwsze. Po drugie chyba Mayi zdanie też się liczy w tym wszystkim. A skoro wybrała ciebie, to ja nie mam w tym nic do gadania. Więc zejdź ze mnie w końcu. Ja naprawdę chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Poza tym, nie mam w zwyczaju zarywać do dziewczyny mojego kumpla. Znasz mnie tyle lat, powinieneś się już ogarnąć.
    - Możecie jaśniej? - wtrąciła się pani Shay, powoli tracą cierpliwość.
    - Maya ma taki sam znak na lewym przedramieniu co ja - powiedział niemal szeptem Shane. Jego mama wciągnęła głośno powietrze. Wyciągnęła w stronę Mayi swoją rękę, by ta podała jej swoją. Dziewczyna z ociąganiem pokazała jej czarną ósemkę.
    - Wiecie, co oznacza ten symbol? - zapytała kobieta. Młodzi pokręcili przecząco głowami. - To znak nieskończoności. W Zakonie oznacza rodzinę przywódców, pierwszy klan, który założył całą tę organizację. Dla mnie to oznacza tylko jedno. - Spojrzała wymownie najpierw na swojego syna, potem na Mayę.
    - Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, w to, że coś oprócz nas samych może kierować naszym życiem. A nawet jeśli jakaś taka siła istnieje, to na pewno daje nam jakieś pole, na którym my sami możemy podejmować decyzje. To nie może być tak, że ta i ta osoba jest komuś przeznaczona i z nią musi się pobrać, z nią musi mieć dzieci, z nią musi spędzić resztę swojego życia. Musimy mieć w tej kwestii jakiś wybór. Przecież ludzie powinni się kochać, gdy chcą wziąć ślub, gdy chcą być razem. Nikt nas do tego nie może zmusić. A teraz wszyscy nagle mi wmawiacie, że przez jakieś małe coś na mojej ręce muszę być z Shanem. Nawet jeśli go nie kocham? To jakiś absurd! - zwołała, wstając od stołu. - Przepraszam, ale muszę stąd odejść. - Po czym wyszła z salonu. Zgromadzeni wokół stołu słyszeli jej kroki na schodach, które po chwili ucichły.
    - W takim razie ja też już pójdę. To chyba już koniec naszego uroczego spotkania - odezwał się Adam, również wstając od stołu. I on w mgnieniu oka zniknął z salonu.
    Kobieta spojrzała na swojego syna. Zauważyła w jego oczach ból. Nie do końca wiedziała, czy związany był z tym, że jego najlepszy przyjaciel posądził go o coś tak głupiego, czy o to, że kochał inną dziewczynę i właśnie dowiedział się, że przeznaczona mu była inna, czy raczej dlatego, że zakochał się w Mayi, która przed chwilą powiedziała, że ona nic do niego nie czuje.
    Położyła mu rękę na ramieniu, chcąc dodać mu otuchy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie była w takich sprawach dobra. A nawet, gdyby umiała prowadzić rozmowę z synem, nie wiedziałaby, co w tej sprawie powiedzieć. Trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, gdy nie wie się, czego powinny dotyczyć.
    - Jeszcze się wszystko ułoży, zobaczysz - rzekła wreszcie. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka. - Jeśli chciałbyś pogadać... - nie dokończyła. Nagle poczuła się jakoś dziwnie zmęczona i stara. Miała tylko nadzieję, że syn zrozumiał, co chciała powiedzieć.
    Shane został sam. Nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił usiedzieć w salonie, więc i on go opuścił. Udał się do ogrodu. Położył na trawie, w cieniu rozłożystych drzew i pnących się winorośli. Zamknął oczy, próbując skupić myśli.
    Prawda była taka. Maya bardzo mu się podobała. W głębi duszy czuł, że on dziewczynie również nie jest obojętny, lecz nie miał pojęcia, dlaczego blondynka nadal się oszukuje, twierdząc, że nic do niego nie czuje. Może nie chciała zranić Adama. Może, może może... Za dużo było niewiadomych, by wiedzieć coś na pewno w tej sprawie.

    Maya wparowała do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego aż tak bardzo się zdenerwowała. Przecież nikt nie miał wpływu na to, że jakieś tam znamię pojawiło się na jej ręce i związało ją z Shanem jakimś pradawnym zwyczajem. Mimo to czuła się oszukana.
    Do tej pory myślała, że naprawdę kocha Adama. Że mogą stworzyć jakiś poważny związek z przyszłością. Dzisiaj dowiedziała się, że przeznaczenie naszykowało dla niej inną ścieżkę, krzyżując plany wszystkim, nie tylko jej. Poczuła, że Shane jest jej równie bliski. Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości, bo nienawidziła, gdy nie miała pełnej kontroli nad swoim życiem. I dopóki się z tym nie pogodzi, nie dotrze do niej najbardziej oczywista rzecz na świecie - że w Adamie tylko się zadurzyła, że nie byłaby z nim szczęśliwa na dłuższą metę. Że to przy Shanie czuła się bezpiecznie, uwielbiała z nim spędzać czas, śmiać się z nim. Ale i te złe chwile przy blondynie stawały się lepsze.
    Nagle przypomniała sobie, jak Shane szybko zareagował, gdy dziewczyna obudziła się w nocy po tym, jak Gwardia ją porwała. Wtedy miała zły sen, straszny. Ale gdy chłopak przyszedł do niej i ją przytulił, poczuła się lepiej. Dużo lepiej. Wspomnienie tamtej chwili zawładnęło nią na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo potem przypomniała sobie, że ona przecież wybrała Adama. Shane'a wybrało dla niej przeznaczenie, a ona nie chciała mieć z tą siłą nic do czynienia. Potrząsnęła głową, by pozbyć się tego wspomnienia sprzed oczu.
    Potrzebowała tlenu, potrzebowała świeżego powietrza, bo nagle poczuła, jak jej klaustrofobia wraca. Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej w czterech ścianach. Powinna wszystko przemyśleć, będąc bliżej natury, która zawsze pomagała jej podjąć właściwą decyzję. Zbiegła więc po schodach i wyszła na zewnątrz. Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu.
    Na początku nie zauważyła leżącego w cieniu chłopaka. Gdy się już zorientowała, że nie jest sama, było za późno, by się wycofać. Shane ją również zobaczył. Już zamierzała zrobić krok w tył, lecz chłopak wstał szybko z ziemi.
    - Nie odchodź - poprosił. Więc została. - Wiem, że jesteś na mnie zła - zaczął, gdy oboje usiedli pod drzewem. Dziewczyna starała się trzymać od niego na dystans. - Ale musisz wiedzieć, że nikt nie miał na to wpływu. Jesteś mądrą dziewczyną, więc powinnaś to zrozumieć. Ja sam... Nie chciałem dzielić się z tobą moimi spostrzeżeniami, bo wiedziałem, jak byś zareagowała. Wystraszyłaś się. Nie chciałem, byś poczuła, że wywieram na tobie jakąś presję, że nie masz w tej kwestii nic do gadania. Jest mi przykro, że tak to się wszystko potoczyło. - Spojrzał jej prosto w oczy. Była spokojna. Niemal się uśmiechnęła do niego. Ale nie. Gniew nadal brał górę nad innymi emocjami. - Chciałbym ci jakoś pokazać, że przeznaczenie nie musi oznaczać dla ciebie nieszczęścia. Wszystkie pary, które są dzięki niemu związane wiodą wspaniałe życie. Po prostu ty jesteś uprzedzona i tyle. I bardzo dobrze cię rozumiem. Chcesz decydować sama za siebie. Ale to, że jesteśmy sobie przeznaczeni nie oznacza braku wyboru. Masz wybór. Możesz zdecydować. Czy być ze mną czy z Adamem, a może jeszcze z kimś innym. Przeznaczenie jakby proponuje nam, ułatwia decyzję. Pokazuje, przy czyim boku możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Przynajmniej ja to tak rozumiem. I chciałbym, żebyś choć na chwilę spojrzała tak samo jak ja na tę sytuację.
    Podczas jego monologu ich twarze zbliżały się powoli do siebie. Nieświadomie przysunęli swoje ciała bliżej siebie. Maya słuchała go uważnie, zastanawiając się, czy chłopak może mieć racje. Stwierdziła, że może po części. Starała się zobaczyć całą sytuację z jego perspektywy, ale jakoś nie potrafiła się dostatecznie skupić. Może dlatego, że pełne usta blondyna były coraz bliżej jej warg?
    Ich pocałunek był krótki, ale przepełniony uczuciami. Różnił się od tych z Adamem. Tamte zdawały się być niewinne, w tym czuła pasję, z jaką blondyn ją całował. Jakby chciał pokazać, że zależy mu na Mayi. Bardzo jej się podobał, więc uśmiechnęła się mimowolnie.
    Oderwawszy się od siebie, nie odsunęli się. Nadal siedzieli milimetry od siebie. Shane przyglądał się dziewczynie uważnie. Nie potrafił jednak odczytać z jej twarzy wiele emocji. Nadal nie wiedział, co sądziła o tym, o czym jej powiedział przed pocałunkiem. Czy zgadzając się na pocałunek i oddając mu go, zrozumiała, że myliła się co do ich przeznaczenia?
    - Przepraszam - odezwała się, przerywając milczenie.
    - Za co? - zdziwił się Shane.
    - Po prostu przepraszam. Ja nie mogę być z tobą, nie mogę cię całować, bo mam chłopaka! - krzyknęła zrozpaczona.
    - W każdej chwili możesz z nim zerwać - zauważył.
    - I złamać mu serce? Nie chcę go zranić - chlipnęła.
    - W końcu będziesz musiała wybrać - stwierdził, wzruszając ramionami.
    - Wiem! - zawołała. - Ale to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje!
    - To jest proste - powiedział. - Po prostu musisz zaufać intuicji. Wsłuchaj się w to, co dyktuje ci serce, a wybierzesz mądrze.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej! :) I jak, podoba Wam się rozdział? jeśli macie jakieś pytania, zażalenia, skargi, coś się nie zgadza, piszcie śmiało. Jestem tylko człowiekiem i też mogę się pomylić.
    Pozdrawiam serdecznie!
Zuza <3

sobota, 7 czerwca 2014

~19~


    Po południu całą grupą wyszli na spacer. Było bardzo gorąco. Słońce przygrzewało mocno, jak w samo południe. Wiatru między zabudowaniami nie czuli. Dopiero, gdy wyszli na teren za budynkami, poczuli zbawienną bryzę, która rozwiała ich włosy ze spoconego czoła.
    Część dziewcząt porozsiadało się na przyniesionych kocach. Zamierzały się jeszcze trochę opalić, wykorzystując te ostatnie dni nad morzem. Wśród nich znalazły się Natalie, Caroline i Laura. Ściągnęły bluzki i krótkie spodenki, w których przyszły i, w samym bikini, położyły się na brzuchu, zakładając na nosy okulary.
    Adison razem z Alex robiły zdjęcia swoim przyjaciółkom, morzu, mewom, które przysiadywały na drewnianych belkach.Wszystkiemu dookoła.
    Chloe, Diana, Wen, Abby i Eve stały na mokrym piasku, który od czasu do czasu zalewały fale. Chłodziły sobie stopy w zimnej wodzie i podziwiały wspaniały widok, jaki rozciągał się wokół. Piękne, niebieskie, spokojne morze. Błękitne niebo z kilkoma bielutkimi chmurami, spokojnie płynącymi nad nimi. Jakieś żaglówki daleko na horyzoncie, surferzy, inni turyści, latające wszędzie ptaki. Było wspaniale.
    Chłopcy najpierw pochodzili trochę wzdłuż brzegu, co jakiś czas próbując wrzucić się nawzajem do wody. Gdy już oswoili się z temperaturą, weszli nieco dalej. Chlapali się, popychali, śmiali. Potem przez kilkanaście minut odbijali piłkę do siatki.
    Maya usiadła na piasku i patrzyła na całą ich wycieczkę. Uśmiechała się pod nosem co chwila, widząc, jak chłopcy zachowywali się jak dzieci. Po chwili podeszła do niej Alex.
    - Chodź, zrobimy sobie parę fotek, bo z tobą jeszcze żadnej nie mam! - zawołała, ciągnąc blondynkę za rękę. Wstała więc i pobiegła za koleżanką. Alex podała aparat Sam po czym przytuliła Mayę. Sam zdążyła zrobić jedno zdjęcie nim do dziewczyn przybiegł Adam. Wszedł w kadr, pomiędzy Alex a Mayę.
    - Też chcę z wami zdjęcie, ślicznotki! - Uśmiechnął się, obejmując obie koleżanki w talii. Dziewczyny próbowały go odepchnąć, lecz był dla nich zbyt silny.
    - Nikt cię tu nie zapraszał! - krzyknęła Alex. - Idź stąd, bo jesteś cały mokry!
    - Niemożliwe! Wyganiacie mnie? - Pokiwały głowami. - Zapamiętam to sobie - mruknął do siebie, spuszczając głowę.
    - Och, no dobra, jedno zdjęcie, niech ci będzie! - powiedziała Maya. Chłopak wyszczerzył się do niej jak głupi do sera.
    - Wiedziałem, ze mnie nie odmówisz - rzekł.
    - Ja i to moje dobre serce! - westchnęła blondynka teatralnie. Zaśmiali się we czwórkę.

    Do hotelu wrócili o zachodzie słońca. Zamiast zwykłej kolacji, mieli mieć duże ognisko, więc gdy tylko weszli do pokoi, szybko przebrali zmoczone ciuchy, oczyścili się z piasku, który poprzyklejał im się do ciał i poszli do ogrodu. Tam czekało już na nich sporych rozmiarów ognisko, poustawiane wokół niego ławki, kije oparte o wysokie drzewo, kiełbaski, pieczywo i talerzyki leżące na stole nieco dalej od ogniska.
    Pierwsi na jedzenie rzucili się chłopcy. Porozsiadali się na ławkach, zaczynając piec kiełbaski nadziane na kije. Dziewczyny, nie chcąc im przeszkadzać, podzieliły się na kilka grup i każda przycupnęła gdzie indziej. Jedna tuż przy ognisku, grzejąc się przy jego płomieniach, dwie kolejne na długich huśtawkach stojących nieco na uboczu.
Maya
    Maya należała do tej pierwszej grupy. Wpatrywała się w pomarańczowe iskierki ulatujące do nieba znad ogniska jak i na samo niebo - granatowe, bezchmurne, ale i bezgwiezdne. Zastanawiała się, jak to będzie, jak już wrócą do domu. Czy nadal będzie się kolegować z chłopakami? Miała taką nadzieję. Czy pogodzi się z dziewczynami? Wątpiła w to, ale bardzo tego pragnęła. Czy wszystko będzie w porządku? Teraz już na pewno nie, bo jej życie zmieni fakt, że dowiedziała się o swoim przeznaczeniu.
    "Ciekawe, co oznacza bycie Strażniczką. - zastanawiała się. - Co będę musiała robić? Co poznać? Coś zmienić? Na pewno! Ale się boję!"
    Bała się, choć sama jeszcze nie wiedziała, czego.

    Siedzieli przy ognisku, rozkoszując się ciepłem bijącym od płomieni. Wen, Chloe i Diana poszły już do pokoju. Maya kuliła się między Abby, a Eve. Naprzeciwko siedzieli Shane, Adam, Kevin i Mark, a obok nich uśmiechnięte od ucha do ucha trzy przyjaciółeczki: Natalie, Caroline i Laura. Śmiali się na całe gardło, a Natalie i Caroline nawet z nimi flirtowały. Bawili się wyśmienicie co chwila popijając z kartonowego pudełka od soku. Tylko Shane nie brał tego do ust.
    Maya patrzyła na nich spode łba. Była zazdrosna, choć nie dopuszczała do siebie tej wiadomości. Nie chciała być zazdrosna o chłopaków. Przecież nie byli jej własnością. Mogli robić co chcieli, z kim i gdzie chcieli. A jednak. Zazdrościła im tego, że potrafili się dobrze bawić. Ona nie potrafiła. Miała ochotę rozszarpać na strzępy te pożal się Boże psiapsiółki, ale jak na razie trzymała emocje na wodzy. Humor zepsuł się jej właśnie przez ten widok i zazdrość.
    Zaciskała mocno pięści. Czuła się chora. Nie miała ochoty na kiełbaskę czy chleb, które piekły się przed nią.
    Chciała iść do pokoju razem z Abby i Eve, lecz coś mówiło jej, że powinna jeszcze chwilę posiedzieć. Posłuchała tego wewnętrznego głosu lecz później bardzo tego żałowała i nie mogła przez to zasnąć.
    Gdy jednak wstała, by pójść do hotelu, na jej drodze stanął roześmiany Adam. Próbowała go wyminąć, ale jej nie pozwolił.
    - Hej! - zawołała. - Chcę przejść! - Gdy zrobiła krok w prawo, on szedł za nią. Śmiał się przy tym jak opętany. Parę razy powtórzyli te ruchy, lecz po chwili chłopaka znudziła ta gierka. Złapał Mayę za ramiona, pochylił się i złożył na jej ustach mokry pocałunek, przesiąknięty tanim alkoholem.
    Dziewczyna próbowała się wyrwać z jego uścisku, lecz nie dała rady. W końcu chłopak był od niej wyższy i silniejszy. Postanowiła przeczekać ten nagły przypływ namiętności, kładąc mu dłonie na klatce piersiowej.
    Po paru chwilach chłopak oderwał się od niej, uśmiechnął się, widząc jej zszokowaną minę i odwrócił się na pięcie, podśpiewując piosenkę ze Smerfów.
    Maya odprowadziła go wzrokiem. Podszedł do Shane'a i Marka, usiadł obok nich. Wyglądali na równie zaskoczonych co niebieskooka. Gdy jej wzrok napotkał spojrzenie blondyna, otrząsnęła się, widząc w jego oczach żal i smutek. Mechanicznym krokiem ruszyła w stronę wejścia do hotelu, mając pustkę w głowie i przygryzając dolną wargę.
    Gdy weszła do pokoju, nie było w nim Chloe. Diana i Wen siedziały z tabletem blondynki w rękach i rozmawiały o czymś zawzięcie. Maya usiadła na swoim łóżku. Dziewczyny zamilkły i podniosły na nią swoje spojrzenia.
    - Coś się stało? - zapytała Diana, która za wszelką cenę starała się pomóc przyjaciółce. Już przy śniadaniu wymieniły kilka uwag, więc pomyślała, że może i teraz się do niej odezwie.
    Maya pokręciła tylko głową, a gdy Chloe wyszła z łazienki, dziewczyna się w niej schowała. Ukucnęła, oparta plecami o białe drzwi. Dotknęła dłonią ust. Nadal czuła smak jego pełnych ust. Nie mogła o tym zapomnieć.
    Kiedyś jej się podobał. Ale to było dawno. Ponad dwa lata temu. Teraz nie wiedziała, co o tym myśleć. Był pijany, a ludzie pod wpływem alkoholu robią różne rzeczy, ale i mówią dużo prawdy. Przypomniała sobie, jak jej ojciec przychodził upity do domu i jak ją wyzywał i mówił, że jest do niczego.
    Zamknęła oczy, a pod powiekami zapiekły ją słone łzy. Pozwoliła im polecieć po policzkach. Wiedziała, że lepiej wyrzucić smutek niż tłumić go w sobie. Podkuliła nogi i zakryła dłońmi twarz. Siedziała tak dobrych parę minut. Z otępienia wyrwał ją dźwięk telefonu. Drżąca ręką wyciągnęła go z kieszeni i spojrzała na wyświetlacz. Miała nową wiadomość. Otworzyła ją i zaczęła czytać:
    "Tu wróżka Zefira! Znam Twoją przyszłość..!"
    Kliknęła szybko "usuń". Westchnęła, wstając. Podeszła do umywalki, spojrzała w lustro i się przeraziła. Wyglądała masakrycznie. Czerwone, opuchnięte oczy, rozmazany tusz, tworzący czarne podkówki pod oczami. Odkręciła kran i ochlapała zimną wodą twarz. Potem zmyła resztki makijażu. Wyglądała nieco lepiej. Potem rozebrała się i weszła pod prysznic, gdzie gorące krople wody spływały wzdłuż jej ciała, powodując, że dziewczyna drżała. Nieco się odprężyła.
    Gdy zakręciła wodę, na jej skórę wstąpiła gęsia skórka. Owinęła się puchatym ręcznikiem. Wysuszyła włosy i rozczesała je, układając odpowiednio grzywkę. Nałożyła na całe ciało krem i dopiero wtedy rozejrzała się w poszukiwaniu piżamy, lecz jej nie znalazła. Westchnęła i niechętnie otworzyła drzwi. Wyszła owinięta ręcznikiem, który minimalnie zakrywał jej uda. Podeszła do szafy, a rozmowy w pokoju ucichły.
    - Serio, nie krępujcie się, rozmawiajcie sobie o mnie, obgadujcie mnie, ja już sobie idę. - Wyrzuciła z siebie żal w tych kilku beznamiętnych słowach. Znalazła świeżą bieliznę i piżamę i już miała wracać, gdy zamarła, stojąc twarzą do pokoju. Na łóżku Diany siedziały jej koleżanki, a na jej materacu rozłożył się Shane, a obok niego Abby i Eve. Wszyscy patrzyli na nią. Ze zdziwieniem i rozbawieniem, zależnie od płci. Maya zarumieniła się i chciała uciec do łazienki, lecz Shane zwinnym ruchem zerwał się z łóżka i złapał ją za nadgarstek.
    - Przyszedłem zobaczyć, jak się czujesz - odezwał się, patrząc jej prosto w oczy. Zobaczyła w nich troskę i łobuzerskie iskierki.
    - Serio? - Chrząknęła, bo miała zachrypnięty głos. - Serio teraz chcesz o tym gadać? - Zerknęła przelotnie w dół.
    - Mnie to nie przeszkadza - mruknął.
    - Ale mnie tak, więc jeśli pozwolisz to przełożymy tę rozmowę na jutro, a najlepiej przełóżmy ją na takie tam nigdy - odparła, próbując wyrwać rękę z jego uścisku. Bezskutecznie.
    - Jak chcesz. - Wzruszył ramionami. - Ale serio - pochylił się do przodu - wszystko dobrze? Bo uciekłaś tak nagle z ogrodu...
    Maya wiedziała, że Shane widział to jak Adam ją pocałował i w duchu dziękowała mu za to, że nie wspomniał o tym przy dziewczynach. Pewnie i tak się o tym dowiedzą, ale teraz nie miała ochoty na dociekliwe pytania. Mimo wszystko nie zamierzała się mu zwierzać. Co miałaby mu powiedzieć? Że jego najlepszy przyjaciel pocałował ją bez jej zgody i że było jej źle? Miała kłamać?
    - Jest dobrze - powiedziała. - A teraz mnie puść, bo chcę się ubrać.
    - Nie wierzę ci. Widzę, że coś jest nie tak - szepnął jej do ucha. - Ale jest ci zimno, więc dokończymy tę rozmowę kiedy indziej.
    Musnął ustami jej policzek i ruszył do drzwi, uśmiechając się pod nosem.
    Maya dopiero po chwili otrząsnęła się z zadumy. Szybko wbiegła do łazienki i się ubrała. Gdy wróciła do pokoju, położyła się na łóżku i udawała, że śpi. Tak naprawdę myślała o wszystkim, co się wydarzyło. O pocałunku, o wspomnieniach, które tak nagle do niej wróciły, choć nigdy nie rozmyślała o ojcu, a tym bardziej nie płakała z jego powodu, już nie. O wizycie Shane'a. Nic z tego nie rozumiała. Ale czy była gotowa, by zrozumieć?

~~~*~~~*~~~*~~~


czwartek, 24 kwietnia 2014

~16~


    Nie widziała, dokąd idzie. Łzy zasłoniły jej drogę. Zauważała jedynie zamazane kształty. To dlatego bez przeszkód przeszła przez drzwi. Dalej było już gorzej. Zaczęła szybciej mrugać, by pozbyć się słonych kropelek. Trochę pomogło.
    Nogi poprowadziły ją do drewnianej huśtawki. Usiadła na niej, kuląc się. Niewidzącym wzrokiem spoglądała na płot przed nią. Łzy spływały po jej zimnych policzkach. Pragnęła oczyścić umysł z wszelkich złych myśli, lecz na próżno się starała. Gdy pozbyła się jednej na jej miejsce pojawiały się dwie kolejne.
    Po chwili wyciągnęła telefon. Żałowała, że nie miała przy sobie swojego zeszytu i ulubionego, różowego długopisu. Został jej tylko notatnik w telefonie. Ale to jej wystarczyło. Odblokowała go. Zaczęła pisać, to co leżało jej na sercu.

    "Czuję taką ogromną pustkę, której nie potrafię niczym zapełnić. Samotność mi dokucza, choć gdy jestem z kimś to pragnę zostać sama. Pogubiłam się. Straciłam sens życia, straciłam, sama nie wiem dlaczego, kiedy i przez co, część siebie. Czuję jakby ubywało mnie jeszcze bardziej z każdym dniem. Nie oczekuję, że ktoś mnie zrozumie. Pragnę tylko odrobiny współczucia, wsparcia w tych trudnych chwilach. Niestety, nie doświadczam tego za dużo, a nie jestem osobą, która domaga się czegoś, zwierza się ze swych problemów ot tak. Nie lubię mówić o sobie, ale czasami trzeba. 
    Czy ja tak wiele chcę??


Krwawię, cicho płacząc.
Płaczę, cicho krwawiąc.

    Jest mi źle, a najbliższe mi osoby, z którymi mogłabym porozmawiać szczerze i na żywo się do mnie nie odzywają. Nie obchodzi ich mój ból. To takie niesprawiedliwe! Ja starałam się być przy nich, gdy coś szło nie tak jak powinno. Wspierałam je, złorzeczyłam tym, którzy nadepnęli im na odcisk. Czasami zastanawiam się, czy moje serce nie jest jakieś zepsute. To najprostsze wytłumaczenie. Zawsze muszę trafić na kogoś, kto złamie mi serce. Po ostatnim razie myślałam, że to już niemożliwe, że już jestem uodporniona na takie wstrząsy. Okazało się jednak, że Bóg napisał dla mnie nową historię życia. A każda następna jest gorsza, boleśniejsza od poprzedniej. 


Na samotność skazują człowieka nie wrogowie, lecz przyjaciele. 

    Próbuję cierpienie zagłuszyć muzyką tak głośną, że aż uszy bolą, ale to nic nie daje. Nadal płaczę, tęskniąc za czymś, czego nie miałam i nie dane mi jest mieć. Nie potrafię pojąć, co mi jest. Po prostu płaczę, a nikt obok nie widzi, co się ze mną dzieje. Przynajmniej nie widzą ci, na których mi najbardziej zależy. Ślepcy!
    Ale może i ja jestem ślepa i głucha na ich ból? Jeśli tak to przepraszam was! Jestem tak głupia! Tak zagubiona w tym wielkim świecie! Samotna wśród tylu ludzi! Tak mała w ogromie zabudowań, tłumów! Tak naiwnie kochająca wśród kłamstwa i zdrady! Nieostrożna wśród drapieżników czyhających na moją pomyłkę! Po prostu jestem sobą i to mnie zabija od wewnątrz! 
    Jeśli ktoś to przeczyta, nim będzie za późno, krzyczę do Ciebie!
    Pomocy!
    Proszę..."

    Gdy skończyła, poczuła się nieco lepiej. Wyrzuciła z siebie część smutków, lecz to nie było to samo, co wyżalenie się komuś. Nie usłyszała od telefonu słowa pocieszenia, którego w obecnej sytuacji najbardziej potrzebowała.
    Po chwili usłyszała czyjś głos, który zbliżał się do niej z każdym kolejnym krokiem. Spróbowała doprowadzić się do porządku, lecz nim upłynęła sekunda, zdała sobie sprawę, że tylko niepotrzebnie się trudzi. Starła tylko łzy, które nagromadziły jej się w oczach i czekała z bijącym sercem na gościa.
    - Też się cieszę!
Alex
    Gdy Maya rozpoznała głos Alex, nieco się uspokoiła. Wyłoniwszy się zza rogu budynku, blondynka dostrzegła, że koleżanka rozmawiała z kimś przez telefon, śmiejąc się głośno.

    Alex, widząc dziewczynę, pomachała do niej. Gdy ta nie odwzajemniła gestu, nieco się zaniepokoiła.
    "Przecież zawsze tak robiłyśmy..."
    Pożegnała się ze swoim chłopakiem, wyłączyła komórkę i podeszła do Mayi. Usiadła obok niej na huśtawce i zaczęła się jej bacznie przyglądać. Zauważyła rozmazany nieco tusz pod oczami, pozostałości po płynących łzach, przekrwione oczy, delikatnie drżące dłonie. Położyła swoją rękę na jej i lekko ścisnęła. Zwróciła tym na siebie uwagę blondynki. Uśmiechnęła się do niej delikatnie. Nie wiedziała do końca, jak zacząć. Nigdy ze sobą tak szczerze nie rozmawiały o swoich prywatnych sprawach, ale w końcu musiał przyjść ten pierwszy raz.
    "Po prostu spytaj!" - nakazała sobie. Wzięła jeden głębszy wdech i odezwała się.
    - Co się stało?
    Maya spojrzała na nią, nieco zdezorientowana. Musiała minąć chwila, nim dotarł do niej sens zadanego pytania. Nie wahała się. Czuła, że może zaufać Alex, więc wyjawiła jej całą prawdę.
    - Szczerze to nie mam pojęcia. Dziewczyny sobie siedzą w pokoju, śmieją się, gadają o czymś, nie mam pojęcia o czym, jarają się Koreańczykami. Nie słuchają mnie. A ja chciałam im powiedzieć coś dla mnie ważnego, ale nawet nie zwróciły na mnie uwagi. Już nie czuję, że im na mnie zależy. Tak jakby ktoś przebił szpilką otaczający nas balon. Jakby do niedawna coś kurczowo trzymało mnie blisko nich i teraz ta siła nagle przestała działać i odepchnęła mnie daleko od nich. Sama do końca  tego nie rozumiem, więc nie wiem, jak ci to wytłumaczyć.
    - Czujesz się, jakbyś straciła przyjaciela... - podpowiedziała.
    - Czuję, jakby nigdy nie były moimi przyjaciółkami. Jeśli się pomyliłam to... To co? Tyle lat żyłam, myśląc, że mogę na nich polegać, wyjawiając im swoje tajemnice. Nie mam pojęcia, co ja teraz zrobię. Niby mam Josha i Alyss, ale to nie to samo. Oni są starsi, no i czasami fajnie jest mieć kogoś, na kim można polegać w szkole. Josh, jako chłopak, nie rozumie czasami moich decyzji i muszę mu tłumaczyć, dlaczego zrobiłam tak a nie inaczej. Z dziewczyną byłoby inaczej.
    - Wiesz, zawsze możesz na mnie liczyć - uśmiechnęła się.
    - Pewnie, ale ty masz swoją grupkę przyjaciół, ja miałam swoją. Jakoś nieswojo się czuję na samą myśl o tym, że mogłabym się zacząć kolegować z kimś innym.
    - To kwestia przyzwyczajenia. Ale do przyjaźni nie można nikogo zmusić.
    - Tak, to chyba dlatego, że się przyzwyczaiłam, że mogłam na nie liczyć i teraz nagle taki zawód...
    - Nie kolegowałam się z nimi jakoś mocno, ale mnie też powoli zaczynały wkurzać tą swoją gadką o Japonii, Korei, o tych "ślicznych" chłopakach. Każdy ma swój gust i to nawet nie o to chodzi, że mnie się nie podobają, bo na pewno jakiś jest ładny. Tylko że ja się koleguję z Adamem, Żabą, a one tak bardzo obnoszą się z tym, że są nietolerowane w klasie, że to jest... Robią z siebie takie ofiary losu - zaśmiała się cicho. - Przepraszam, to ty miałaś się wyżalać mi a nie ja tobie. Już cię słucham.
    - Nie masz za co przepraszać. To ja ci powinnam podziękować. Dobrze jest usłyszeć, że się nie zwariowało, że ktoś inny myśli podobnie, że wie, jak się czuję. Kochana jesteś! - Maya pocałowała Alex delikatnie w policzek.
    - Nie ma za co. Polecam się na przyszłość. To co, idziemy? Chłopaki prosili, bym namówiła cię na jakąś grę u nich. Co ty na to? Musisz iść, bo mi nie odpuszczą, gdy przyjdę sama! - zawołała Alex, ciągnąc koleżankę za rękę.
    - Za chwilę, ok? Powinnam zadzwonić do mamy. I może do Josha. Pewnie się martwią. Dawno z nimi nie rozmawiałam.
    - Ale widzimy się u Adama i Marka?!
    - Niech ci będzie! Choć myślałam, że mają mnie już serdecznie dość.
    - No coś ty! Uwierz mi! Na pewno nie mają cię dosyć! - uśmiechnęła się łobuzersko.
    - Ty coś wiesz - wytknęła jej Maya. - I mi nie powiesz? Swojej nowej najlepszej przyjaciółce?
    - Wybacz, nie mogę. Ale niedługo sama się dowiesz - krzyczała, oddalając się od nie. - Tylko pamiętaj, obiecałaś przyjść!
    - Wiem, wiem! - pomachała jej. Wyciągnęła telefon, gdy Alex odwróciła się i pobiegła w kierunku wejścia  do hotelu.
    Zawahała się. Czy była gotowa zmierzyć się z prawdą, która czekała na nią tak blisko, a jednak tak daleko? Czy potrafiłaby zapytać mamę o najistotniejsze rzeczy? I najważniejsze. Czy zrozumiałaby tok myślenia rodzicielki, który kazał jej Mayę okłamywać od samego początku.
    "Nie okłamywać, głupia!" - usłyszała cichy głosik w głowie. - "Po prostu nie powiedziała ci tej rzeczy. Na pewno miała ku temu powody."
    Mimo wszystko pierwszy wybrała numer Josha. Co się odwlecze, to nie uciecze. I tak czekała ją konfrontacja z mamą. Teraz wolała usłyszeć kojący głos przyjaciela.
    Odebrał niemal natychmiast. Jakby siedział przy telefonie od dłuższego czasu i czekał aż zadzwoni. To byłoby do niego podobne. Zawsze przejawiał wobec niej nadopiekuńczość. Czuł się w obowiązku ją chronić przed całym złem świata. Oczywiście przed wszystkim nie potrafił jej ochronić - tak jak to było teraz - i tym bardziej się zadręczał. To, że nie dawała znaku życia przez parę dni, było do niej kompletnie niepodobne.
    - No nareszcie! Już myślałem, że ci się coś stało! - zawołał na powitanie.
    - Hej - odezwała się cichutko. Nieważne, czy na nią krzyczał, był zły czy okazywał swą przyjacielską miłość - zawsze jego głos ją uspokajał. I tak było tym razem. Gdy tylko go usłyszała, lżej się jej zrobiło na sercu. Mimowolnie uśmiechnęła się i westchnęła prawie niesłyszalnie. - Co tam? Wszystko w porządku?
    - Co? To raczej ja powinienem zadawać te pytania! To ty nie odpisywałaś na moje smsy, nie oddzwaniałaś! Wiesz jak się martwiłem?
    - Przepraszam. Po prostu potrzebowałam czasu, by wszystko sobie poukładać. Rozmawiałam z Alex i stwierdziłam, że kto jak kto, ale ty jesteś moim przyjacielem. Bo jesteś, co nie? Nigdy byś mnie nie zdradził?
    - Co to w ogóle za pytanie? - oburzył się. - No jasne, że nie! Prawdziwi przyjaciele tak nie robią, przecież wiesz.
    - Ja tylko potrzebowałam potwierdzenia - szepnęła. - Dziękuję. Ja ciebie też nigdy nie zawiodę.
    - Wiem o tym i bez twoich zapewnień - zaśmiał się krótko. - To co, powiesz mi wreszcie co u ciebie?
    - A jak ma być? Nie słychać? Siedzę sobie na huśtawce i przed chwilą wypłakiwałam oczy przez takie jedne, ale już wszystko w porządku. Jak wspominałam, przyszła Alex, trochę pogadałyśmy. Czuję, że stoi za mną murem. Nie żebym zbierała armię, po prostu stara się mnie zrozumieć. Kto wie, może nawet rozumie mnie bardziej niż ja sama? Bo szczerze to od pewnego czasu siebie kompletnie nie ogarniam!
    - Szczerze? Ja również. Ale cieszę się, że już przestałaś się tak przejmować. Mówiłem, że nie warto.
    - Serio? Nie przypominam sobie.
    - No jak nie? Dokładnie tak mówiłem! Słowo w słowo!
    - Niech ci będzie. Nie mam siły na kłótnie - powiedziała pojednawczym tonem. - Lepiej opowiadaj, co u was!
    - Całkiem całkiem. Trochę nudno bez ciebie, ale dajemy radę. Alyss drażni się z Mayą, bo akurat jest u nas.
    - Och, czyli ci przeszkadzam? Czemu nie mówisz? Przecież Maya to święta rzecz! Nie może czekać na swojego księcia! - zawołała.
    - Przestań się wydurniać. Ona doskonale rozumie, że jesteś dla mnie jak siostra, tylko że trochę lepsza. Wie, że zamieniłbym się; Alyss odesłałbym twojej mamie a ciebie sobie przywłaszczył. Z tamtej nie ma za grosz pożytku! Au! To bolało!
    - Miało boleć! - W tle rozróżniła głos swojej blond przyjaciółki! - Wszystko słyszałam! Wiesz, też bym się zamieniła. Wolałabym mieć siostrę niż takiego brata jak ty! Hej, Maya! - Wyrwała telefon Joshowi i krzyczała teraz do słuchawki. - Ta dziewucha jest nie do zniesienia! Szarogęsi się tu już drugi dzień, doprowadza mnie do szału, a Josh ma do mnie ciągle pretensje, że się źle zachowuję! Gdybyś tylko tu była! Ty wiesz, co ona zrobiła? "Przez przypadek" przewróciła moje perfumy, które spadły na podłogę i roztrzaskały się w drobny mak! Te różowe! Słyszysz? A mój braciszek stwierdził, że i tak było ich niewiele, więc to żadna szkoda! Jednak mężczyzna nie zrozumie nigdy kobiety! - zakończyła z bólem.
    - Przykro mi. Wiem, że bardzo je lubiłaś. Ale przynajmniej będziemy miały pretekst, by jechać na kolejne zakupy - uśmiechnęła się Maya.
    - Oo tak! Zdecydowanie musimy się na nie wybrać! I Josh razem z nami! Tak tak, kochaniutki, będziesz odpokutowywał swoje winy jako tragarz i szofer. Gdy tylko Maya wróci! Właśnie, kiedy wracasz? - zaciekawiła się Alyss. Maya podliczyła szybko kolejne dni wycieczki. Nie wiedziała kiedy, straciła poczucie czasu. Czyżby minęło już tyle dni? Kiedy? Gdzie? Jeszcze raz wykonała rachunek. Tak, wszystko się zgadzało. - Za cztery dni.
    - To dobrze! Stęskniłam się, wiesz? Powinnam się na ciebie obrazić, bo obiecałaś dzwonić, a jak na razie to to jest twój pierwszy raz! Ale nie będę taka. Doskonale rozumiem, że masz inne zajęcia, na pewno ciekawsze - zaśmiała się pod nosem.
    - Muszę ci przypomnieć, że Maya nie jest taka jak ty - odezwał się Josh.
    - Och, proszę cię! Chyba tylko chory na umyśle nie bawiłby się na takiej wycieczce!
    "Ach, no tak, bo ja jestem chora na umyśle. Dlatego się nie potrafię bawić i cieszyć. Taak, to zdecydowanie o to chodziło." - westchnęła Maya.
    - Wiecie co, powinnam kończyć. Muszę jeszcze zadzwonić do mamy, a obiecałam kolegom, że wpadnę do nich i w coś zagramy. Jeśli znajdę czas to się jeszcze odezwę. Jeśli nie, to widzimy się za cztery dni. Pa! Kocham was!
    - My ciebie też! Cześć! - rozłączyła się. Odetchnęła głęboko. Jak dobrze było usłyszeć ich roześmiane głosy, te nad wyraz normalne problemy! Tak bardzo chciała mieć podobne rozterki! Jednak nie takie życie jej było pisane. Wzięła jeszcze jeden głęboki wdech i wybrała numer mamy. Spodziewała się tej samej bury, może nawet gorszej, co od Josha. Jednak nie. Jej rodzicielka przywitała się grzecznie po czym stwierdziła, że nie ma do niej żalu, że się nie odzywała. Po to przecież wyjechała. By cieszyć się wolnością. Maya zaśmiała się gorzko.
    - Wolnością powiadasz? No to posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. - I opowiedziała jej wszystko. O porwaniu, o torturowaniu. Nie wspominała o kłótni z przyjaciółkami. Na to jeszcze przyjdzie pora. Teraz najważniejsze były inne pytania. - Więc jak, wiesz, kim są Strażniczki? I czy mają coś wspólnego z moim naszyjnikiem? Bo tylko tyle zdołałam wywnioskować. Zawsze powtarzałaś, bym strzegła go jak oka w głowie.
    - Tak - szepnęła.
    - To dlaczego mi nic o nich nie powiedziałaś? - wyrzuciła jej Maya.
    - Bo byłaś jeszcze za młoda! Naprawdę chcesz znać prawdę?
    - Jeszcze się pytasz? Oczywiście, że tak. Skoro mam za to coś zginąć, to chyba powinnam wiedzieć, ile warta byłaby moja śmierć. Czy w ogóle warto ginąć za taką małą rzecz.
    - Nie ocenia się rzeczy po pozorach! - upomniała ją mama. - I co ty wygadujesz? Nie umrzesz!
    - Tak? To ciekawe, bo już raz otarłam się o śmierć przez ten naszyjnik! Powiesz mi wreszcie, dlaczego jest taki ważny?
    - Tak, ale jeśli stoisz, to lepiej usiądź. I proszę, nie przerywaj mi, bo to długa historia i nie chcę niczego pominąć. Szkoda tylko, że musisz dowiedzieć się w ten sposób...


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Macie wcześniej, bo tak. Długo musieliście na ten czekać, więc mogę trochę wcześniej dodać. Szkoda tylko, że jest coraz mnie wyświetleń i komentarzy. No nic, ale po dzisiejszej chemii i fizyce nic mnie już nie zdołuje ;p
    Nie wydaje Wam się czasami, że Maya ma jakieś dziwne huśtawki nastroju? :D Bo mnie to się zdaje co najmniej dziwne :D No ale to jest taka bohaterka, której szybko nie ujarzmię, dlatego za wszystkie niestosowne ustępstwa od normy przepraszam. No i koniecznie komentujcie. Może macie jakieś sugestie do tego, co miałoby się wydarzyć? :) Bo bardzo lubię czytać Wasze pomysły nawet jeśli miałabym ich nie użyć, ale może akurat, któryś mi się spodoba? :)
    Ściskam Was mocno!
Mrs Black bajkowe-szablony