Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiss. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiss. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

~43~


    - To musi być jakaś pomyłka - stwierdził kategorycznie Shane, wpatrując się w zielony naszyjnik jakby był zaklęty. Zdążył już wyśmiać Mayę za tak absurdalną myśl, przejść kilka razy przez jej pokój, by w końcu usiąść na łóżku naprzeciwko niej. Wcześniej długo czekał, by przyzwyczaić się do myśli, że należy do Zakonu. Teraz dziewczyna mówi mu, że jest jakimś potomkiem wielkiego króla, którego do niedawna nie znał nawet z legend. To dla niego zdecydowanie za dużo w krótkim czasie.
    - Ale nie jest - powiedziała uspokajająco, nadal się uśmiechając. Odkąd dowiedziała się prawdy, uśmiech nie opuszczał jej ust. Od niemal godziny próbowała przetłumaczyć blondynowi, że jest tak, jak ona mówiła, lecz on nie chciał jej słuchać. Spojrzała na niego niemal błagalnie. - Musisz mi zaufać. Wiem, co mówię - zapewniała go. Mimowolnie przybliżyła się do niego i położyła dłonie na ciepłych policzkach. Poczuła jak ciało chłopaka zadrżało pod wpływem jej dotyku.
    - Ufam ci - szepnął delikatnie, przysuwając się w jej stronę. Gdy milimetry dzieliły ich nosy od siebie, przymknął na chwilę powieki. Gdy znów na nią spojrzał, dostrzegła w jego oczach pewien błysk, który nakazał jej zrobić to, co zrobiła. Pochyliła się i pocałowała go. Shane uśmiechnął się, lecz nie był jej dłużny, natychmiast oddał pieszczotę. Nie okazał się niewinnym całusem; wręcz przeciwnie - długi, namiętny, pełen pasji i oddania pocałunek, który mówił wszystko, nawet to, czego ani Maya, ani Shane do tej pory nie byli świadomi.
    - Ufam ci - powtórzył jeszcze raz, gdy się od siebie odsunęli. - Ale to nie oznacza, że uwierzę we wszystkie bzdury, jakie mi powiesz - odezwał się zaczepnie lecz z przekonaniem. Uderzyła go delikatnie w ramie.
    - To nie jest śmieszne - odpowiedziała, poważniejąc. Serce nadal łomotało jej w piersi po tym, co się wydarzyło między nimi. Owszem, wcześniej całowali się już, lecz to, co działo się przed chwilą, nie mogło się równać z poprzednim razem. Było całkowicie inaczej. Nie miała pojęcia, na czym mogła polegać zmiana, lecz czuła, że coś się zmieniło. Miała jedynie nadzieję, że na dobre.
    Zasnęli, gdy na dworze zaczęło robić się jasno. Resztę nocy przegadali, nie wracając na razie do sprawy dziedzica. Maya wręcz modliła się, by Shane jak najszybciej przyzwyczaił się do nowej roli w całym tym bałaganie. Miała nadzieję, że zaakceptuje to, kim jest tak, jak to ona zrobiła.

    Przez kolejne dni nie udało się niczego ustalić ani wymyślić. Wszyscy wokół chodzili smętni, chłopcy w szkole wypytywali o Adama, a Shane i Maya zmuszeni byli do kłamstw. Taki stan rzeczy ogromnie ciążył, więc gdy przyszedł weekend, odetchnęli z ulgą. Choć nie na długo. Nadal wisiała nad nimi sprawa z Adamem.
    Przez te kilka dni pomiędzy Shanem i Mayą nie doszło do niczego więcej. Nie rozmawiali o tym, co zdarzyło się w tamtą noc; po prostu żyli dalej, chociaż blondynka przyłapywała się na tym, że coraz częściej spogląda na chłopaka jak na kogoś więcej niż na przyjaciela. Zaczęła też o nim odrobinę więcej myśleć. Nadal starała się bronić przed przeznaczeniem rękami i nogami, więc nie dopuszczała do siebie myśli, że chłopak jej się podoba, że może się w nim zauroczyła, lub co gorsza, zakochała. Wzdrygała się na samą myśl o tym, lecz gdy tylko wspominała ich pocałunek, robiło jej się przyjemnie a na usta wypływał błogi uśmiech.
Maya
    Na szczęście nie miała wiele chwil dla siebie, by po marzyć o Shanie. Cały wolny czas poświęcała temu, by wymyślić plan, dzięki któremu mogliby sprowadzić Adama z powrotem do domu. W sobotę rano postanowiła skontaktować się z Joshem - osobą, która jeszcze na ten temat się nie wypowiadała a mogła wiele wnieść do ich położenia. Poprosiła go, by przyjechał do domu blondyna. Chłopak oczywiście się zgodził i godzinę później siedzieli oboje w jej pokoju. Bardzo cieszyła się z ponownego spotkania. Brakowało jej ich wspólnych pogawędek. Nigdy nie rozstawali się na długo. Zawsze któreś w końcu dzwoniło i wyżalało się na wszystko drugiemu. Jednak w sytuacji, której się znaleźli, nie mogli tak uczynić. Na początku dlatego, że Maya nie znała prawdy, potem ze względu na to, że zbyt wiele się działo, a dziewczyna nie chciała zdradzać nieswoich sekretów. Teraz jednak nie widziała innego wyjścia. Jeśli on im nie pomoże, nie poradzą sobie sami. Ulżyło jej, gdy wyjawiła mu wszystko, ponieważ nigdy dotąd nie miała przed nim tajemnic - nawet to, co gdzieś usłyszała, niekoniecznie związane z nią, musiała z nim omówić. Taka już była. Ufała mu jak nikomu innemu i wiedziała, że chłopak nie zdradzi jej sekretów.
    - I co o tym myślisz? - zapytała w końcu, gdy Josh nie odzywał się przez jakiś czas. Przyglądała mu się uważnie. Był zamyślony. Nie chciała mu przeszkadzać, ale nie potrafiła wytrzymać już napięcia.
    - Przepraszam, musiałem to wszytko przemyśleć - odezwał się. Spojrzał na nią i uśmiechnął się. Był dobrej myśli i to napawało dziewczynę nadzieją, ponieważ gdyby powiedział, że nie widzi wyjścia, jak tylko się poddać, blondynka załamałaby się całkowicie. - Wydaje mi się, że wiem, co robić - powiedział niepewnie. Dziewczyna zerknęła na niego, nie spodziewając się, że tak szybko znajdzie rozwiązanie z tej jakże dramatycznej sytuacji.
    - Naprawdę? - Nic chciała uwierzyć. Pokiwał delikatnie głową, śmiejąc się pod nosem. - No to mów! - nalegała.
    - Zdaje mi się, że trzeba będzie oddać Elessar Malcolmowi - wyjawił swój zamysł po jeszcze krótkim zastanowieniu. Zaskoczona Maya nie wiedziała, co powiedzieć. Siedziała ogłupiała, wpatrując się w niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Nie potrafiła uwierzyć w to, co jej zaproponował. Już chciała zaprotestować, gdy znów się odezwał. - Musimy to zrobić. Inaczej nie uratujemy Adama. A chyba na tym zależy ci najbardziej, prawda? To w końcu twój przyjaciel.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Możecie mnie zabić, pozwalam Wam! Przepraszam, że rozdział taki krótki (a właściwie to chyba nawet rozdziałem nie można nazwać :/), ale... Nie mam nic dla swojej obrony! I dlatego jest mi przykro. Słońce i ciepło nie służą pisaniu, a przynajmniej nie kończeniu tej historii :/ Mam nadzieję jednak, że post był w porządku ;)
    Jeżeli chcecie przeżyć historię jeszcze raz, wpadajcie na wattpada, tam zaczęłam poprawiać opowiadanie ;) Już od początku znacznie go zmieniam, by poszło później w zamierzony przeze mnie kierunek :) Link macie nad datą dodania nowego postu ;)

sobota, 14 marca 2015

~38~


    Przez całą noc nie mogła zmrużyć oka, zastanawiając się, czy nie zadzwonić do Josha, nie porozmawiać z nim. Kika razy już nawet wybierała jego numer, ale za każdym razem w ostatniej chwili coś ją powstrzymywało. Zastanawiała się, jak miałaby zacząć rozmowę, czy od razu powiedzieć, że wie o wszystkim? Czy może w ogóle nie wspominać? Bijąc się z myślami, non stop chodziła po pokoju, co chwila przyłapując się na obgryzaniu paznokci.
    "Cholera! Josh, to nadal mój przyjaciel. Powinnam do niego zadzwonić, mimo wszystko." - postanowiła.
    Wybrała więc numer chłopaka i czekała aż odbierze. Po piątym sygnale stwierdziła, że to jednak może nie był za dobry pomysł, by dzwonić do niego o tak późnej porze. Już miała się rozłączyć, gdy usłyszała w słuchawce zaspany głos przyjaciela.
    - Halo?
    - Josh! - odetchnęła z ulgą. - Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie zorientowałam się, która jest godzina, zanim wybrałam numer.
    - Nic się nie stało. - Ziewnął. - Co tam u ciebie? Coś się stało? - Wyczuła zaniepokojenie w jego głosie. Już całkowicie się rozbudził.
    - Nie, skąd - uspokoiła go. - Po prostu chciałam usłyszeć twój głos, pogadać. Stęskniłam się strasznie! - Westchnęła. Usiadła w końcu na łóżku, położyła sobie na kolanach poduszkę i zacisnęła pięść na jej rogu. - Co tam u was? - zapytała nieśmiało.
    - Maya, wiem, że rozmawiałaś z mamą i powiedziała ci wszystko o mnie - powiedział, nie owijając w bawełnę. - Jak się z tym czujesz?
    - Cóż... - zawahała się. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Nigdy nie była dobra w opisywaniu swoich emocji, czasami nawet nie orientowała się, co odczuwa. - Mam mętlik w głowie. Tyle się ostatnio wokół mnie dzieje, że nie wiem, czy czegoś ważnego nie ominę, nawet jakby to przeszło mi obok nosa. I niby teraz jest względnie spokojnie, to nadal wisi nade mną jakaś groza, napięcie. Wiem, że nie o to pytałeś, - dodała po chwili milczenia - ale potrzebuję się komuś zwierzyć. A komu, jak nie tobie? - Zaśmiała się smutno. - Gdzieś w głębi duszy wiem, że to tylko cisza przed prawdziwą burzą. I obawiam się, że nie przetrwam tego żywiołu, że może być zbyt mocny, bym utrzymała się na powierzchni ziemi...
    - Co ty wygadujesz? - zawołał Josh kompletnie oszołomiony.
    - Nie mówię, że umrę. Wydaje mi się jednak, że już długo nie uda mi się chronić Elessaru. Niedługo Gwardia przyjdzie po niego. A ja jestem zbyt słaba, by go obronić przed ich lepiącymi łapami. Dostaną to, czego pragną. Nie widzę innej przyszłości.
    - Nie pozwalam ci nawet tak mówić! - zagroził jej. - Co ty pleciesz? Jesteś bezpieczna, nic ci się nie stanie, obiecuję ci to ja, twój prywatny ochroniarz - powiedział z przekonaniem. Serce Mayi zabiło szybciej, gdy usłyszała jego zdeterminowanie. Prawie uwierzyła w jego słowa. Prawie. Intuicji nawet najlepsze kłamstwo nie dało zwieść.
    - On coraz częściej staje się gorący, czasami niemal nie do wytrzymania - szepnęła z przejęciem. - Wiem, że oznacza to tylko jedno. Że oni są już blisko. Elessar chce mi dać sygnał do działania, ale ja nie mam pojęcia, co robić.
    - Po pierwsze nie panikować!
    - Nie panikuję! - zaprzeczyła stanowczo, podnosząc nieco głos. Josh tylko prychnął cicho. - No może odrobinę. To mnie przerasta. Za dużo tego.
    - Poradzisz sobie, wierzę w ciebie. - Zamilkł na chwilę. - Co ty na to, bym przyjechał jutro po ciebie po szkole? Spotkalibyśmy się, porozmawiali. Dobrze nam to zrobi.
    - Tak, to świetny pomysł. - Dziewczyna uspokoiła się nieco, choć nadal miała złe przeczucia, wiedziała, że Josh jej pomoże.
    - Co do Elessaru... Nie znam się na tym zbyt dobrze, to nie moja działka. Masz z kim o tym porozmawiać? Bo słyszałem, że z mamą się pokłóciłaś... - powiedział niepewnie.
    - Nie tyle pokłóciłam, co obraziłam. Nie mogłam uwierzyć, że po tym wszystkim skrywała przede mną jeszcze prawdę o tobie. Swoją drogą to na ciebie też byłam zła, ale już mi przeszło. Zdałam sobie sprawę, że nie mogłeś mi o niczym powiedzieć. Tak samo jak ja muszę zachować swoje prawdziwe ja w sekrecie przed resztą normalnego świata. Co do reszty to myślę, że mogłabym zagadać panią Shay. Kto wie, może będzie coś wiedzieć. - Wzruszyła ramionami. Nagle poczuła się naprawdę zmęczona. Ziewnęła i zamrugała kilka razy ciężkimi powiekami, pod którymi czuła piasek. Usłyszała śmiech chłopaka.
    - Idź spać. Niewiele godzin zostało ci do rana, ale powinnaś się położyć. Zobaczymy się jutro. Dobranoc! - pożegnał się z nią i rozłączył.
Maya

    Rano Maya rzeczywiście wstała niewyspana. Ale całkowicie tego nie żałowała. Cieszyła się, że w końcu przemogła się i zadzwoniła do Josha. Po rozmowie z nim ulżyło jej trochę. Nie wyzbyła się ani jednego niepokoju, ale starała się o niczym złym nie myśleć choć przez chwilę. Pomogło. Oczyściła umysł i gdy pozbyła się czarnych scenariuszy z głowy, świat stał się piękniejszy.
    Jedząc śniadanie, wyglądała przez okno. Pogoda była przepiękna. Słońce grzało mocno już od kilku godzin, delikatny, ciepły wiatr rozwiewał duchotę i szumiał między drzewami, poruszając zielonymi liśćmi. Aż chciało się wyjść na dwór, pooddychać świeżym powietrzem, skorzystać z przecudownego słońca i opalić się choć odrobinę. Niestety tak ładny dzień musiała spędzić w zimnych murach szkoły.
Alex
    Wychodząc z autobusu, rozejrzała się uważnie. Przed szkołą tłoczył się spory tłum. Jedni wchodzili do budynku, inni z niego wychodzili, chcąc zażyć darmowych, naturalnych witamin w porannych promieniach słońca. Gdzieś w oddali dostrzegła, dopiero zmierzające ku placówce po chodniku, Alex i Sam. Pomachała im z daleka. Dziewczyny uśmiechnęły się do niej szeroko, rozmawiając o czymś zawzięcie między sobą.
    Aby wejść głównymi drzwiami, Maya musiała przejść obok małego parkingu. Mijając ogrodzenie, zauważyła nowego nauczyciela. Stał w najodleglejszym kącie parkingu z dwoma chłopakami. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na zwykłą rozmowę pomiędzy uczniami a ich wychowawcą. Dziewczyna jednak wiedziona instynktem zatrzymała się w pobliżu i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torebce. Tak naprawdę jednak uważnie przyglądała się mężczyznom. Wydawało jej się, że o coś się kłócą. Starała się przypomnieć sobie imiona chłopców, lecz nie potrafiła. Ich szkoła nie była duża, każdy znał każdego chociażby z widzenia. I choć wyglądali znajomo, za nic nie mogła dopasować tych osób do nazwisk. Już miała odejść, gdy jeden z chłopaków odwrócił się w jej stronę i spojrzał jej prosto w oczy. Serce na moment jej stanęło. Dłonie spociły się tak, że niemal nie upuściła torebki na chodnik. Zobaczyła kogoś, kogo najmniej się spodziewała. Prześladowca ze snów pojawił się w jej rzeczywistości!

    Do końca zajęć próbowała sobie wmówić, że tam, na parkingu stał ktoś bardzo podobny do Toma. Że to nie był chłopak z jej koszmarów. Więc gdy wychodziła ze szkoły, niemal uwierzyła w swoje zapewnienia i nieco się uspokoiła. Już prawie zapomniała, że umówiła się z Joshem. Zdziwiła się, widząc przyjaciela czekającego na nią przed szkołą opartego o swój samochód. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, podbiegła szybko i uściskała go mocno. Na koniec delikatnie musnęła jego policzek ustami.
    - Hmm jakie miłe powitanie. - Zaśmiał się cicho.
    - Zasłużyłeś - odparła wesoło, wsiadając do auta po stronie pasażera. - To dokąd mnie zabierasz? - zapytała zaciekawiona.
    - Cóż... Sam nie wiem, może masz jakiś pomysł?
    - Mam ochotę na dużego truskawkowego loda, co ty na to?
    - Z przyjemnością.
    - No to ruszamy!
    Maya bardzo dobrze bawiła się z przyjacielem. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był jej obrońcą. Przed wszystkim - nawet przed złymi myślami, które, gdy tylko go zauważyła, zniknęły. Nie pamiętała już, kiedy spędzili ze sobą tyle czasu sami. Zawsze towarzyszył im albo brat blondynki, albo Alyss. Tym razem mogli pobyć po prostu we dwoje, porobić to, na co mieli tylko oni ochotę.
    Po lodach poszli na spacer, a gdy po południu ciemne chmury zakryły słońce i zaczęło z nich padać, schowali się w kinie. Josh kupił bilety na nową komedię.
    Wieczorem, gdy Josh stanął pod domem Shane'a, Mayi żal było z niego wychodzić.
    - Dziękuję ci - powiedziała. - Strasznie się za tobą stęskniłam. I dawno się tak dobrze nie bawiłam - przyznała.
    - Nie ma za co. - Uśmiechnął się do niej czule. - Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda?
    - Jasne, że tak. Ty na mnie też - odezwała się, łapiąc ręką za klamkę. - Muszę już iść. Do zobaczenia! - Cmoknęła go w policzek i wyszła z auta. Przebiegła te kilka metrów dzielących ją od drzwi. Stanąwszy na schodach, pomachała do odjeżdżającego chłopaka. Z uśmiechem na ustach weszła do środka.
    Mijając kuchnię, poczuła, ze naszyjnik robi się ciepły. Nie było to jakieś nieznośne gorąco, wręcz przeciwnie. Nagle zrobiło jej się przyjemnie i spokój ogarnął jej ciało. Zdziwiona zajrzała do kuchni. Zastała tam panią Shay, czytającą książkę i pijącą herbatę. Przywitała się z nią i usiadła na przeciwko.
    - Mam do pani pytanie - odezwała się po chwili, gdy kobieta odłożyła na bok książkę i ściągnęła z oczu okulary,by móc lepiej widzieć dziewczynę.
    - Słucham. - Uśmiechnęła się do niej zachęcająco.
    - Chodzi o Elessar. Coraz częściej czuję, jak staje się ciężki, czasami jest nie do zniesienia. Nieraz jest tak gorący, że pragnę go od razu zdjąć i rzucić gdzieś daleko. Myślę, że chce mnie przestrzec przed złem, które czai się niedaleko. Że niedługo zaatakują... - wyrzuciła z siebie szybko. - Ale przed chwilą naszyjnik stał się dziwnie przyjemnie ciepły. Jakby... jakby się ucieszył? - odpowiedziała pytająco. Nie była pewna, czy dobrze określiła to, co czuła. Wydawało jej się, że tak właśnie było, ale gdy tylko to powiedziała, stwierdziła, że to niedorzeczne.
    - Mądra z ciebie dziewczyna - pochwaliła ją kobieta. - Elessar wyczuwa niebezpieczeństwo i daje ci znać, ze nadchodzi. Jestem niema pewna, że to, czego dzisiaj doświadczyłaś, ma coś wspólnego z jego prawdziwym panem. Może jest już blisko i dlatego klejnot się cieszy? Wiesz, może to zabrzmi głupio, ale ja traktuję go niemal tak, jakby był żywą istotą. Kiedyś uzdrawiał ludzi, może dać władzę. Ma wiele przymiotów ludzkich. Czuje, chce chronić rodzinę, do której na pewno się zaliczasz. Zupełnie jak człowiek, nie sądzisz? - zapytała, przyglądając się jej uważnie.
    Maya dotknęła ostrożnie wisiorka. Pod palcami poczuła ciepło, które przekonało ją, że pani Shay ma rację. Dziedzić Elessary był już bardzo blisko!

~~~*~~~*~~~*~~~

    Cześć! Nie marudząc dzisiaj, piszcie tylko, co myślicie o rozdziale ;) Dla mnie jest okej, tak mi się przynajmniej wydaje :D

sobota, 22 listopada 2014

~30~


    Mayę przeszył dziwny dreszcz. Złapała się lewego przedramienia, które nagle ją zapiekło. Ten sam gest uczynił Shane, tyle że złapał się za własne ramię. I wtedy dziewczyna zrozumiała. Kręcąc głową, spojrzała w nieco wystraszone jeszcze oczy blondyna.
     - Nie, nie, nie! - zawołała szybko. Chciała, by chłopak też zaprzeczył, ale ten nie potrafił. Nie mógł skłamać. Kiwnął tylko głową. - Wiedziałeś o tym? - naskoczyła na niego.
    - Nie, oczywiście, że nie. Na początku, jasne, miałem przeczucie, że to jest trochę dziwne, ale wmówiłem sobie, że to tylko przypadek, a tobie naprawdę została taka dziwna blizna po skaleczeniu. Dopiero dzisiaj podczas obiadu zobaczyłem, że nasze znaki są identyczne. Nie do końca rozumiałem, co to miałoby oznaczać dla nas, ale poczułem, że to coś ważnego.
    Nie powiedział najistotniejszego - że w momencie, gdy zobaczył znamię przyjaciółki, zrozumiał, że są sobie bliscy, może nie stworzeni dla siebie, jak twierdziła jego mama, ale czuł, że Maya była ważna w jego życiu. Nie chciał jej tego powiedzieć, by bardziej dziewczyny nie wystraszyć. Już w tamtej chwili wyglądała na nieźle wkurzoną i smutną jednocześnie. Coś jednak w jej oczach podpowiadało Shane'owi, że nie może jednak wszystkiego od razu przekreślać. Bo tęczówki Mayi w pewnym momencie na ułamek sekundy zabłyszczały, gdy dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Spojrzenie jej złagodniało i choć jej mina i słowa wyrażały coś innego, to oczy wiedziały swoje.
    - Może mi ktoś wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? - zapytała ponownie mama Shane'a.
    - To proste - rzucił z przekąsem Adam. - Shane chce odbić mi dziewczynę! - warknął w stronę chłopaka.
    - Stary, pogięło cię? Nikt ci nie chce niczego odbijać. To po pierwsze. Po drugie chyba Mayi zdanie też się liczy w tym wszystkim. A skoro wybrała ciebie, to ja nie mam w tym nic do gadania. Więc zejdź ze mnie w końcu. Ja naprawdę chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Poza tym, nie mam w zwyczaju zarywać do dziewczyny mojego kumpla. Znasz mnie tyle lat, powinieneś się już ogarnąć.
    - Możecie jaśniej? - wtrąciła się pani Shay, powoli tracą cierpliwość.
    - Maya ma taki sam znak na lewym przedramieniu co ja - powiedział niemal szeptem Shane. Jego mama wciągnęła głośno powietrze. Wyciągnęła w stronę Mayi swoją rękę, by ta podała jej swoją. Dziewczyna z ociąganiem pokazała jej czarną ósemkę.
    - Wiecie, co oznacza ten symbol? - zapytała kobieta. Młodzi pokręcili przecząco głowami. - To znak nieskończoności. W Zakonie oznacza rodzinę przywódców, pierwszy klan, który założył całą tę organizację. Dla mnie to oznacza tylko jedno. - Spojrzała wymownie najpierw na swojego syna, potem na Mayę.
    - Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, w to, że coś oprócz nas samych może kierować naszym życiem. A nawet jeśli jakaś taka siła istnieje, to na pewno daje nam jakieś pole, na którym my sami możemy podejmować decyzje. To nie może być tak, że ta i ta osoba jest komuś przeznaczona i z nią musi się pobrać, z nią musi mieć dzieci, z nią musi spędzić resztę swojego życia. Musimy mieć w tej kwestii jakiś wybór. Przecież ludzie powinni się kochać, gdy chcą wziąć ślub, gdy chcą być razem. Nikt nas do tego nie może zmusić. A teraz wszyscy nagle mi wmawiacie, że przez jakieś małe coś na mojej ręce muszę być z Shanem. Nawet jeśli go nie kocham? To jakiś absurd! - zwołała, wstając od stołu. - Przepraszam, ale muszę stąd odejść. - Po czym wyszła z salonu. Zgromadzeni wokół stołu słyszeli jej kroki na schodach, które po chwili ucichły.
    - W takim razie ja też już pójdę. To chyba już koniec naszego uroczego spotkania - odezwał się Adam, również wstając od stołu. I on w mgnieniu oka zniknął z salonu.
    Kobieta spojrzała na swojego syna. Zauważyła w jego oczach ból. Nie do końca wiedziała, czy związany był z tym, że jego najlepszy przyjaciel posądził go o coś tak głupiego, czy o to, że kochał inną dziewczynę i właśnie dowiedział się, że przeznaczona mu była inna, czy raczej dlatego, że zakochał się w Mayi, która przed chwilą powiedziała, że ona nic do niego nie czuje.
    Położyła mu rękę na ramieniu, chcąc dodać mu otuchy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie była w takich sprawach dobra. A nawet, gdyby umiała prowadzić rozmowę z synem, nie wiedziałaby, co w tej sprawie powiedzieć. Trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, gdy nie wie się, czego powinny dotyczyć.
    - Jeszcze się wszystko ułoży, zobaczysz - rzekła wreszcie. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka. - Jeśli chciałbyś pogadać... - nie dokończyła. Nagle poczuła się jakoś dziwnie zmęczona i stara. Miała tylko nadzieję, że syn zrozumiał, co chciała powiedzieć.
    Shane został sam. Nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił usiedzieć w salonie, więc i on go opuścił. Udał się do ogrodu. Położył na trawie, w cieniu rozłożystych drzew i pnących się winorośli. Zamknął oczy, próbując skupić myśli.
    Prawda była taka. Maya bardzo mu się podobała. W głębi duszy czuł, że on dziewczynie również nie jest obojętny, lecz nie miał pojęcia, dlaczego blondynka nadal się oszukuje, twierdząc, że nic do niego nie czuje. Może nie chciała zranić Adama. Może, może może... Za dużo było niewiadomych, by wiedzieć coś na pewno w tej sprawie.

    Maya wparowała do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego aż tak bardzo się zdenerwowała. Przecież nikt nie miał wpływu na to, że jakieś tam znamię pojawiło się na jej ręce i związało ją z Shanem jakimś pradawnym zwyczajem. Mimo to czuła się oszukana.
    Do tej pory myślała, że naprawdę kocha Adama. Że mogą stworzyć jakiś poważny związek z przyszłością. Dzisiaj dowiedziała się, że przeznaczenie naszykowało dla niej inną ścieżkę, krzyżując plany wszystkim, nie tylko jej. Poczuła, że Shane jest jej równie bliski. Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości, bo nienawidziła, gdy nie miała pełnej kontroli nad swoim życiem. I dopóki się z tym nie pogodzi, nie dotrze do niej najbardziej oczywista rzecz na świecie - że w Adamie tylko się zadurzyła, że nie byłaby z nim szczęśliwa na dłuższą metę. Że to przy Shanie czuła się bezpiecznie, uwielbiała z nim spędzać czas, śmiać się z nim. Ale i te złe chwile przy blondynie stawały się lepsze.
    Nagle przypomniała sobie, jak Shane szybko zareagował, gdy dziewczyna obudziła się w nocy po tym, jak Gwardia ją porwała. Wtedy miała zły sen, straszny. Ale gdy chłopak przyszedł do niej i ją przytulił, poczuła się lepiej. Dużo lepiej. Wspomnienie tamtej chwili zawładnęło nią na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo potem przypomniała sobie, że ona przecież wybrała Adama. Shane'a wybrało dla niej przeznaczenie, a ona nie chciała mieć z tą siłą nic do czynienia. Potrząsnęła głową, by pozbyć się tego wspomnienia sprzed oczu.
    Potrzebowała tlenu, potrzebowała świeżego powietrza, bo nagle poczuła, jak jej klaustrofobia wraca. Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej w czterech ścianach. Powinna wszystko przemyśleć, będąc bliżej natury, która zawsze pomagała jej podjąć właściwą decyzję. Zbiegła więc po schodach i wyszła na zewnątrz. Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu.
    Na początku nie zauważyła leżącego w cieniu chłopaka. Gdy się już zorientowała, że nie jest sama, było za późno, by się wycofać. Shane ją również zobaczył. Już zamierzała zrobić krok w tył, lecz chłopak wstał szybko z ziemi.
    - Nie odchodź - poprosił. Więc została. - Wiem, że jesteś na mnie zła - zaczął, gdy oboje usiedli pod drzewem. Dziewczyna starała się trzymać od niego na dystans. - Ale musisz wiedzieć, że nikt nie miał na to wpływu. Jesteś mądrą dziewczyną, więc powinnaś to zrozumieć. Ja sam... Nie chciałem dzielić się z tobą moimi spostrzeżeniami, bo wiedziałem, jak byś zareagowała. Wystraszyłaś się. Nie chciałem, byś poczuła, że wywieram na tobie jakąś presję, że nie masz w tej kwestii nic do gadania. Jest mi przykro, że tak to się wszystko potoczyło. - Spojrzał jej prosto w oczy. Była spokojna. Niemal się uśmiechnęła do niego. Ale nie. Gniew nadal brał górę nad innymi emocjami. - Chciałbym ci jakoś pokazać, że przeznaczenie nie musi oznaczać dla ciebie nieszczęścia. Wszystkie pary, które są dzięki niemu związane wiodą wspaniałe życie. Po prostu ty jesteś uprzedzona i tyle. I bardzo dobrze cię rozumiem. Chcesz decydować sama za siebie. Ale to, że jesteśmy sobie przeznaczeni nie oznacza braku wyboru. Masz wybór. Możesz zdecydować. Czy być ze mną czy z Adamem, a może jeszcze z kimś innym. Przeznaczenie jakby proponuje nam, ułatwia decyzję. Pokazuje, przy czyim boku możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Przynajmniej ja to tak rozumiem. I chciałbym, żebyś choć na chwilę spojrzała tak samo jak ja na tę sytuację.
    Podczas jego monologu ich twarze zbliżały się powoli do siebie. Nieświadomie przysunęli swoje ciała bliżej siebie. Maya słuchała go uważnie, zastanawiając się, czy chłopak może mieć racje. Stwierdziła, że może po części. Starała się zobaczyć całą sytuację z jego perspektywy, ale jakoś nie potrafiła się dostatecznie skupić. Może dlatego, że pełne usta blondyna były coraz bliżej jej warg?
    Ich pocałunek był krótki, ale przepełniony uczuciami. Różnił się od tych z Adamem. Tamte zdawały się być niewinne, w tym czuła pasję, z jaką blondyn ją całował. Jakby chciał pokazać, że zależy mu na Mayi. Bardzo jej się podobał, więc uśmiechnęła się mimowolnie.
    Oderwawszy się od siebie, nie odsunęli się. Nadal siedzieli milimetry od siebie. Shane przyglądał się dziewczynie uważnie. Nie potrafił jednak odczytać z jej twarzy wiele emocji. Nadal nie wiedział, co sądziła o tym, o czym jej powiedział przed pocałunkiem. Czy zgadzając się na pocałunek i oddając mu go, zrozumiała, że myliła się co do ich przeznaczenia?
    - Przepraszam - odezwała się, przerywając milczenie.
    - Za co? - zdziwił się Shane.
    - Po prostu przepraszam. Ja nie mogę być z tobą, nie mogę cię całować, bo mam chłopaka! - krzyknęła zrozpaczona.
    - W każdej chwili możesz z nim zerwać - zauważył.
    - I złamać mu serce? Nie chcę go zranić - chlipnęła.
    - W końcu będziesz musiała wybrać - stwierdził, wzruszając ramionami.
    - Wiem! - zawołała. - Ale to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje!
    - To jest proste - powiedział. - Po prostu musisz zaufać intuicji. Wsłuchaj się w to, co dyktuje ci serce, a wybierzesz mądrze.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej! :) I jak, podoba Wam się rozdział? jeśli macie jakieś pytania, zażalenia, skargi, coś się nie zgadza, piszcie śmiało. Jestem tylko człowiekiem i też mogę się pomylić.
    Pozdrawiam serdecznie!
Zuza <3
Mrs Black bajkowe-szablony