Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scream. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

~44~


    Pół nocy przegadali, by cały plan dopiąć na ostatni guzik. Oboje zgodzili się, że lepiej, by nikt inny nie wiedział, co zamierzają zrobić. Oznajmili im tylko, że chcą oddać Elessar. Co prawda każdy, kto wiedział, jak ważny jest dla całego świata, sprzeciwiał się temu. Jednak Maya przekonała ich, że wie, co robi,  by jej choć w tej sprawie zaufali. Jej i Joshowi. Niechętnie wszyscy zebrani stwierdzili, że nie mają innego wyboru, jak zawierzyć im życie.
    Mama Mayi, najbardziej sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia, podeszła na sam koniec zebrania do swojej córki i odciągnęła ją na bok.
    - Jesteś pewna, że ten chłopak znaczy dla ciebie więcej niż Elessar? - zapytała. - Że jest wart takiego poświęcenia?
    - Mamo! - zawołała oburzona. - Nie możesz mnie stawiać w takiej sytuacji. Dobrze wiesz, że Adam to mój przyjaciel. Oddałabym życie, by móc go ratować. A Elessar... Wiem, ile znaczy i nie zamierzam go tak łatwo stracić... Po prostu mi ufaj, mamo.
    Kobieta przytuliła mocno blondynkę i pocałowała delikatnie w czoło.
    - Obiecaj, że będziesz ostrożna!
    - Zawsze, mamo. Zawsze.
    Rada nie pozwoliła wziąć jej udziału w wyprawie, więc pożegnały się i wróciła do swojego domu. Josh natomiast został dopuszczony, na osobistą prośbę Mayi, do eskapady, więc mógł zostać. Pani Shay przydzieliła mu pokój, który sąsiadował z pokojem blondynki, więc po zakończeniu narad razem udali się na górę. Stanęli na korytarzu i spoglądali sobie w oczy w wątłym świetle lampy.
    - Boisz się? - zapytała cicho. Josh, zaskoczony, uniósł do góry brwi i uśmiechnął się lekko.
    - Trochę - przyznał.
    - Czego? - Chciała wiedzieć.
    - Najbardziej chyba tego, że mój plan nie wypali albo, że nas zaatakują, zanim powiemy pierwsze słowo, które pozwoliłoby nam na rozmowę z Malcolmem. A ty?
    - Że stracę was wszystkich - szepnęła i przytuliła się do niego. Doskonale wiedziała, do czego zdolny był Malcolm. Mógł zrobić niemalże wszystko. Nie miał skrupułów. Robił wszystko, by osiągnąć swój zamierzony cel. A jego celem był Elessar.
    "Po trupach do celu." - Zaśmiała się gorzko w myślach. Miała nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie.

    Maya obudziła się przed budzikiem. Spała z trzy godziny, ale nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie, była gotowa do działania.
Maya
    W kuchni spotkała już jedzącego śniadanie Josha oraz pół żywego Shane'a, który próbował obudzić się mocną kawą. Po upływie kolejnych kilkunastu minut zjawili się już wszyscy, którzy brali udział w wyprawie. Oprócz nich mieli jechać mama Shane'a i kilku innych członków Zakonu, których blondynka nigdy w życiu nie widziała na oczy. Uzbrojeni w urządzenia, dzięki którym mogli się bez problemu komunikować, powsiadali do trzech aut. Do pierwszego załadowali się Josh, Maya i Shane a kierował jakiś nieznany jej członek Zakonu. Do kolejnych dwóch wsiedli wszyscy, których Maya nie znała oraz matka blondyna. Na dany im znak, ruszyli.
    Ich samochód jechał w środku, jakby pod eskortą pozostałych dwóch. Maya nie pamiętała, jaką drogę obrali jej porywcze, ponieważ przez przyciemnione szyby niczego nie widziała, ale wydawało jej się, że podróż trwała kilka godzin. Zastanawiała się teraz, czy siedziba Malcolma znajduje się gdzieś daleko od nich. Zgadywała, że tak. Wokół dworu widziała las i gęste zarośla, a czegoś takiego w ich okolicy nie było.
    Czując narastające przerażenie, starała się przestać myśleć choć na chwilę o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Skupiła uwagę na rozciągającym się dokoła pięknym widoku, który z każdym metrem zmieniał się. Za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiały się drzewa, coś ściskało ją w środku. Bała się, że już dotarli na miejsce, a ona nie była nadal gotowa na to spotkanie. Nie potrafiła wolno oddychać, momentami w ogóle brakowało jej tchu i myślała, że za chwilę się udławi. Serce biło jej jak oszalałe a dłonie zaczęły się pocić. Denerwowała się, mimo, że nie zaprzątała sobie myśli Gwardią.
    Shane siedział obok blondynki i spoglądał na nią co jakiś czas. Chciał coś powiedzieć, ale nie do końca wiedział co. Bał się, bo tuż przed nim znajdował się jej najlepszy przyjaciel, który wiedział o niej wszystko, nie chciał więc wyjść na głupka, palnąć jakąś gafę. I niby co miał powiedzieć? Pocieszyć? Zapytać, jak się czuje? To nie miałoby sensu. Więc zrobił najzwyklejszą rzecz na świecie - chwycił ją za rękę i uścisnął ją, dając jej tym samym do zrozumienia, że jest z nią. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Widząc całą sytuację  w lusterku, Josh już wiedział, że tych dwoje ma się ku sobie.
    Podróż okazała się wystarczająco długa, by ich dostatecznie wyczerpać. Gdy w końcu się zatrzymali, Mayę bolały plecy a kiedy się rozciągnęła, słyszała chrupnięcia w stawach. Rozejrzała się dokoła. Nic się nie zmieniło. Wielki dwór, górujący nad całą resztą otoczony gęstymi zaroślami, masywna brama i podjazd wyłożony płytami i kamieniami.
    Nie miała pojęcia, czego się spodziewała, ale widok tylu osób, zaskoczył ją. Wyglądali jak komitet powitalny. Z bronią skierowaną w ich stronę oraz zacieśniającym się kręgiem uzbrojonych gwardzistów. W tłumie nie dostrzegła Malcolma, ale kiedy pani Shay poprosiła o rozmowę z nim, pojawił się na schodach swojej twierdzy, mając u boku Nate'a i Toma. Wzdrygnęła się, przypominając sobie każdy sen z ich udziałem.
    - Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? - Malcolm mówił cicho, ale i tak rozumiała każde jego słowo, mimo tak wielkiej odległości, która ich dzieliła. Powoli schodził w dół a za nim jego strażnicy oraz jedna zakapturzona postać, której sylwetka wyglądała znajomo. Intuicja podpowiadała jej, że doskonale zna tę postać, lecz nie potrafiła jej zidentyfikować. - Maya, kochana, stęskniłem się za tobą! - pożalił się tak naturalnie, że uwierzyłaby to. W innych okolicznościach uwierzyłaby we wszystko, cokolwiek by powiedział takim tonem. - Tak dawno się nie widzieliśmy! - Wyraził swój żal. Stał już u podnóża schodów. Maya i reszta jej towarzystwa zostali zmuszeni to tego, by zbliżyć się do niego, ponieważ krąg wokół nich robił się coraz mniejszy. Strażnicy stojący za nimi przysuwali się coraz bliżej. - Przyjechaliście odebrać Adama, prawda? - zapytał. Zabrzmiało to, jakby chłopak był małym dzieckiem na wakacjach, które się gdzieś zgubiło i teraz zmartwieni rodzice przyjeżdżają do ludzi, u których przebywał.
    - Gdzie on jest? - zawołała, stając naprzeciwko niego. Musiała unieść głowę do góry, ponieważ Malcolm był naprawdę dobrze zbudowany i niezwykle wysoki. W jego oczach dostrzegła błysk wrodzonej skłonności do bycia złym.
    - Nie tak szybko, skarbie. - Zaśmiał się. - Najpierw pokaż mi Elessar, Chcę mieć pewność, że mnie nie oszukasz.
    Maya niechętnie zdjęła wisiorek z szyi i, trzymając łańcuszek w zaciśniętej pięści, pokazała go mężczyźnie. Jak zahipnotyzowany, pochylił się ku niemu. Wyciągnął do niego rękę, chcąc go dotknąć, lecz blondynka zareagowała błyskawicznie. Zabrała mu sprzed nosa naszyjnik i schowała za plecami. Była pewna, że na razie będzie tam bezpieczny, ponieważ czuła ciepło bijące od ciał Shane'a i Josha, którzy stali tuż za nią.
    - Nie tak szybko - powtórzyła jego słowa, uśmiechając się. Cały strach nagle wyparował. Wreszcie poczuła się na miejscu, wiedziała, co robi, widziała cel, jaki jej przyświecał. Ryzykowała wiele, ale inaczej się nie dało, była tego świadoma. Odprężona i z błąkającym się uśmiechem na ustach, prowadziła z Malcolmem rozmowę. - Najpierw rozkaż swoim, by przyprowadzili tu Adama. Chcę wiedzieć, że nic mu nie zrobiłeś - zawahała się, choć miała nadzieję, że tego nie dostrzegł. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wypróbował na chłopaku działanie swojego pierścienia. Podając warunki, chodziło jej raczej o to, że musiała go zobaczyć, musiała wiedzieć, że żyje, że ma dla kogo ryzykować.
    Mężczyzna machnął niedbale ręką. Dwóch strażników zniknęło w dworze, by po jakimś czasie pojawić się z ledwo idącym między nimi Adamem. Powłóczył nogami, czasami ludzie Gwardii go ciągnęli, lecz starał się iść ostatkiem swoich sił. Od razu dostrzegła jak bardzo wymizerniał. Zatkała usta dłonią, by nie westchnąć głośno z przerażenia. Zapadnięte oczy wpatrywały się w ziemię a gdy na chwilę podniósł wzrok, ujrzała w nim czysty strach. Przypomniała sobie, jak ona wszystko przeżywała po jednym dniu spędzonym w ich siedzibie. Chłopak siedział tu już niemal tydzień.
    Wychudł, był brudny, poszarpany. Na ubraniu i włosach dostrzegła zakrzepłe ślady krwi. Opuchnięte wargi domagały się zwilżenia czystą wodą, a włosy niemal pragnęły, by zbliżył się do nich grzebień. łzy stanęły w oczach Mayi, widząc jego postać, tak bardzo jej znaną, a jednak całkiem odmienioną. W pierwszym odruchu chciała pobiec i przytulić go, pomóc mu iść. W ostatniej chwili Josh przytrzymał ją, łapiąc ją w pasie ramionami.
    - Nie możesz - szepnął jej do ucha. Pokiwała głową, rozumiejąc, co miał na myśli. - Jeszcze nie teraz.
    - Jesteś potworem, Malcolm - powiedziała, przełykając łzy i ból. Strażnicy zostawili Adama chwiejącego się na nogach pod eskortą Nate'a i Toma. Chłopcy nie pomogli mu jednak, kiedy upadł. Patrzyli na niego niemal drwiąco, z wyższością. - Kiedyś mi za to zapłacisz - warknęła.
    - Elessar, albo twój przyjaciel umrze. - Uśmiechnął się. Dostrzegła, że zakapturzona postać wyłowiła spod peleryny łuk i teraz celowała w leżącą postać Adama. Maya wyciągnęła powoli rękę zza pleców. Ruszający się delikatnie wisiorek hipnotyzował swoim zielonym kolorem. Dziewczyna uniosła ramię, a gdy Malcolm wysunął dłoń co przodu, upuściła na nią swój największy skarb. Malcolm nie posiadał się z radości. Uśmiechał się szaleńczo, ściskając w pięści zielony naszyjnik. Zachwyceni członkowie Gwardii zaczęli się schodzić do niego, opuszczając broń oraz tracąc czujność. Korzystając z okazji, Shane i Josh podnieśli Adama z ziemi i zanieśli do auta, gdzie położyli go między blondynem a Mayą. Potem z zawrotną prędkością popędzili do domu.
    - Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem Ad. Serce ścisnęło się Mayi w piersi, słysząc jego słaby głos.
    - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz -zapewniła go. - Malcolm nam za to wszystko zapłaci, już ja tego dopilnuje - odgroziła się.
   - Dlaczego oddałaś Elessar? - Adam odezwał się znów, jakby nie słyszał tego, co powiedziała przed chwilą Maya. Zaniepokojona, przejechała dłonią po jego włosach, próbując go uspokoić. Po chwili jego ciało się odprężyło, choć jeszcze kilka razy zadał to samo pytanie, na które Maya nie potrafiła odpowiedzieć.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, przyznam szczerze, że pierwszy raz od dłuższego czasu dobrze pisało mi się to opowiadanie ;) Sama nie wiem, jak wyszło, ocenę pozostawiam Wam, ale chyba jest dobrze ;)

czwartek, 2 kwietnia 2015

~39~


    We wtorek rano Tom i Nate wstali bardzo wcześnie. Wynajmowali mały pokoik w mieście niedaleko szkoły, do której chodziła Maya. Nie musieliby się spieszyć, gdyby nie poranny trening, który wszedł im w nawyk. Ćwiczyli codziennie, nieważne, czy było ciepło czy zimno, czy padało. Przywykli do fizycznego wysiłku i gdyby teraz z wygody go zaprzestali, ich ciała nie poradziłyby sobie przy wznowieniu treningu pod czujnym okiem Gundara.
    Chłopcy zdawali sobie z tego sprawy, więc jeszcze przed siódmą wyszli pobiegać. Bardzo dobrze im się ćwiczyło, ponieważ, dopiero co obudzone słońce, nie prażyło jeszcze tak mocno. Delikatny wiatr szumiał między zielonymi gałęziami drzew. Życie na ulicach powoli zaczęło ożywać. Ludzie, nie spiesząc się, szykowali się do pracy, dzieci wstawały do szkoły.
    Wróciwszy do mieszkania, wzięli prysznic i zjedli przyszykowane na szybko śniadanie i posprzątali sypialnie. Pozostawianie czystości po sobie również weszło im w krew, będąc uczniami Gwardii. Później obaj usiedli przy stole i jeszcze raz dokładnie przeanalizowali wszystkie fakty.
Diana
    Po pierwsze: nie byli mile widziani pod szkołą blondynki, choć nadal musieli jakoś mieć z nią kontakt. Po drugie: zdawali sobie sprawę, że Malcolm im nie ufał, więc wysłał za nimi ogon. Po trzecie: nie byli zachwyceni tym, że ktoś patrzył im na ręce, gdy wykonywali tak ważne zadanie. Mogło to się źle skończyć. Mieli jednak nadzieję, że jak zwykle dopisze im łut szczęścia. Choć maleńki.
    Na koniec powtórzyli wszystkie działania, które już wcześniej ustalili. Nate chciał mieć pewność, że jego brat już niczego nie zepsuje. Przebrali się w normalne ciuchy, by móc wtopić się w tłum i wyszli. Dochodziło południe, gdy zjawili się pod szkołą. Właśnie zaczynała się przerwa obiadowa, więc wokół szkoły zaległo się od uczniów, chcących te pół godziny spędzić na słońcu. Wśród nich chłopcy dostrzegli także Mayę wraz z Alex i Dianą. Uśmiechnięte od ucha do ucha, szły w stronę wolnej ławki niedaleko parkingu, na którym stali Nate i Tom. Niosły ze sobą drugie śniadanie, które zamierzały spokojnie zjeść w cieniu drzewa.
Maya
    Tom przyglądał się z uwagą dziewczynie, podczas gdy jego brat stał tyłem do niej. Udawali, że zawzięcie o czymś rozmawiali, lecz to była tylko przykrywka. Tak naprawdę przysłuchiwali się każdemu słowu, które padłyby z jej ust, analizowali i zapamiętywali każdy gest, by móc później wyciągnąć odpowiednie wnioski.

    Dziewczyny, całkowicie pochłonięte rozmową, nie zauważyły, że ktoś je podglądał. Siedziały do nich bokiem i ani myślały spojrzeć w stronę parkingu. Miały ważniejsze rzeczy do obgadania.
    - I jak, Adam odzywał się do ciebie ostatnio? - zapytała niepewnie Alex. Maya pokręciła głową smutno. Odkąd się rozstali, chłopak odpowiadał jedynie na jej "cześć" powiedziane w autobusie lub na korytarzu. Nawet nie spoglądał w jej stronę, gdy siedzieli obok siebie na lekcjach. Wiedziała, że było mu ciężko, sam to przecież przyznał, że potrzebuje czasu. Ale nie miała pojęcia, że to aż tyle zajmie! Bardzo chciała, by było, jak kiedyś. Żeby Ad nie chodził już taki smutny, by ją na każdym kroku rozśmieszał a nie doprowadzał do łez. Nie chciała go stracić, w końcu był jej przyjacielem, wiele mu zawdzięczała. A teraz, w trudnym dla niego okresie, nie potrafiła mu pomóc. Czuła się z tym nieswojo, bo przywykła do pomocy swoim przyjaciołom. A w tej sprawie nie mogła zrobić nic, kompletnie nic.
    - Rozmawiałam z nim ostatnio, tak jak mnie prosiłaś - zagadnęła po chwili Alex.
    - I co? - ożywiła się od razu Maya.
    - Twierdził, że jest w porządku. I wydawało mi się, że już naprawdę jest na dobrej drodze do tego, by w końcu się do ciebie odezwać, by odrzucić dumę na bok i znów zwrócić się do swoich znajomych. A zwłaszcza do ciebie i Shane'a. Gdy mu to wypomniałam, prychnął i stwierdził, że nie chce Shane'a widzieć na oczy, bo nadal jest zazdrosny. Zdziwiło mnie to, że się do tego przyznał. Dostrzegłam, że nie jest już tym, kim kiedyś był. Stał się dojrzalszy. Coś go zmieniło. I tu chyba nie tylko chodzi o tą relację miedzy wami. To chyba coś poważniejszego. Pewnie ty wiesz, bo to zaczęło się jeszcze zanim zerwaliście... - Alex spojrzała na Mayę, uważnie przypatrując się, jak zareaguje. Dziewczyna w jednej chwili spięła się, rozumiejąc, co mogło mieć wpływ na zmianę w zachowaniu Adama. Już po chwili jednak spróbowała udawać, że nie ma pojęcia, o co mogłoby chodzić. Alex jednak nie była głupia, nie dała się zwieść. - Rozumiem, że nie możesz mi powiedzieć, więc chociaż nie kłam. - Uśmiechnęła się serdecznie. Pokiwała tylko delikatnie głową, zgadzając się z koleżanką.

    Maya tego dnia skończyła lekcje wyjątkowo wcześniej. Postanowiła poczekać na Shane'a, który po zajęciach poszedł na trening. Obiecali sobie rano, że razem zrobią zakupy, o które poprosiłą ich pani Shay.
   Wyszła samotnie ze szkoły, kierując się na ławkę, na której jadła wraz z koleżankami drugie śniadanie. Usiadł na ławce, która pogrążona była jeszcze w cieniu wysokiego drzewa. Wyciągnęła z torby książkę. Zaczęła ją ostatnio czytać i tak ją zainteresowała, że nie mogła się od niej oderwać.
    Nie dokończyła nawet rozdziału, gdy poczuła, że ktoś się do niej zbliżał. Podniosła wzrok i zobaczyła dwóch chłopców zmierzających w jej stronę. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Obaj byli wysocy i niezwykle chudzi, ale jednocześnie silni. Jeden z nich palił papierosa, choć na terenie przy szkole nie wolno tego robić. Serce zabiło jej szybciej, gdy rozpoznała w nich swoich oprawców ze snów.
    - No, no, no, kogo my tu mamy! - zawołał Nate, siadając obok niej. - Dawno się nie widzieliśmy! Stęskniliśmy się za tobą, prawda? - zwrócił się do brata, nie odrywając od niej wzroku.
    - Jasne, strasznie brakowało mi widoku tej przerażonej twarzyczki. - Zaśmiał się.
    - Czego ode mnie chcecie? - szepnęła, przełykając narastającą w gardle gule.
    - Tego co zawsze. Oddaj nam Elessar a już nigdy w życiu nas nie zobaczysz.
    - Dla dobra twojego i wszystkich bliskich radziłbym ci to załatwić z nami od razu - zasugerował cicho Tom. - Malcolm powoli nudzi się tą grą w kotka i myszkę. I jeżeli nam nie dasz Elessaru, sam złoży ci wizytę. Albo raczej ty jemu, lecz od razu mogę ci zaświadczyć, że nie będzie to nic miłego. Chyba pamiętasz wasze ostatnie spotkanie? - Przyjrzał jej się uważnie, pochylając się delikatnie w jej kierunku.
    Maya mimowolnie zadrżała. Nie musieli jej przypominać tych strasznych dla niej chwil w domu Gwardii. Najgorsze sceny nadal pojawiały się w jej koszmarach, przywołując paraliżujący strach, z którym nic nie potrafiła zrobić.
    Chłopcy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że gdy ktoś raz spotkał Malcolma, nigdy już o nim nie zapomni. Wiedzieli, że miał ogromny wpływ na ludzi, bardzo zły wpływ, lecz dzięki temu załatwiał wiele spraw, które mogłyby się wydawać beznadziejne. Tym razem było jednak trochę inaczej. Przywódcy nigdy na niczym nie zależało tak bardzo jak na Elessarze. Nigdy również nie spotkał się z takimi silnymi osobami jak Maya czy matka Shane'a. To zadanie z niewykonalnego od początku, stawało się z każdą chwilą coraz bardziej tragiczne. Lecz nikt nie mógł się poddać.
    Dokładnie przyglądali się jej reakcji, więc upewnili się, że dokładnie pamiętała, co wydarzyło się w siedzibie Gwardii. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
    - Dajcie  mi święty spokój! - spróbowała krzyknąć, ale z jej ściśniętego gardła wydobył się tylko delikatny szept.
    - Damy, damy, gdy tylko załatwimy tę sprawę - zapewnił Nate. - To jak będzie, będziesz mądra i oddasz nam Elessar teraz, czy jednak chcesz się ponownie spotkać z Malcolmem? A może pragniesz, by poznał twoich przyjaciół? - zapytał. Przerażona dziewczyna spojrzała na niego. Do oczu cisnęły się jej łzy, lecz postanowiła sobie, że nie da im tej satysfakcji i nie podda się. Nie mogła. Musiała za wszelką cenę chronić naszyjnik. Przymknęła na chwilę powieki, by pozbyć się niechcianych łez a później spojrzała najpierw na jednego a następnie na drugiego z nich.
    - Niczego wam nie dam, a waszemu panu możecie powiedzieć, że się go nie boję! - zawołała opanowanym już głosem. - Mam gdzieś jego i jego zachcianki. Zostałam stworzona po to, by chronić Elessar i nie myślcie sobie, że go tak łatwo dam jakimś dwóm zwyrodniałym, przerośniętym chłystkom! Niedoczekanie! - prychnęła, wstała, szarpiąc za torbę i chciała odejść, lecz Tom zatrzymał ją. Chwycił mocno za jej nadgarstek a następnie odwrócił w swoją stronę. Próbowała wyswobodzić rękę z jego dłoni, lecz był dla niej zbyt silny. Warknęła tylko z bezsilności i spojrzała wrogo w oczy napastnika.
    - Nie masz prawa nas obrażać! - syknął Nate, podchodząc wolno do niej. Zatrzymał się milimetry od niej. Był zdecydowanie wyższy, więc Maya, chcąc spojrzeć mu w twarz, musiała zadrzeć głowę do góry. - Muszę ci jednak podziękować - powiedział cicho, pochylając się tak, że niemal musnął ustami jej ucho. - W końcu przyznałaś się, że jesteś Strażniczką. - Zaśmiał się. Dopiero wtedy dotarło do niej, co takiego się stało. Szantażując nią, nie mieli pewności, kim właściwie była w tym całym zamieszaniu. Dopiero jej słowa utwierdziły ich w przekonaniu, że dobrze robili, że natrafili na właściwą osobę. Przerażona zdawała sobie sprawę, że to już koniec tajemnic. Już wszyscy będą wiedzieli, skończy się beztroskie życie, które do tej pory wiodła.
    Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, tylko nad tym, by jak najszybciej stamtąd uciec, kopnęła, nadal pochylającego się nad nią Nate'a między nogi. Chłopak zachwiał się i odszedł kilka kroków do tyłu. Chwyt Toma na jej nadgarstku zelżał na chwilę, więc wyrwała rękę i puściła się biegiem w stronę szkoły, mając nadzieję, że tam znajdzie kogoś, kto jej pomoże.
    Niestety, nie doceniła chłopców. Wyszkoleni pod okiem Gundara, umieli szybko zareagować. W sekundę później już ruszyli za nią w pościg. Maya co prawa biegała codziennie, ale od niedawna, natomiast bracia ćwiczyli od najmłodszych lat. Byli wysportowani i niezwykle szybcy. Złapali dziewczynę jeszcze zanim dobiegła do końca chodnika. Tom zamknął ją w swoich ramionach, stojąc za nią. Nate z furią w oczach przechodził się tuż przed nią. Bała się go. W końcu uderzyła go dosyć boleśnie, miał prawo się wściekać. Nie miała pojęcia, co zamierzali jej zrobić, ale wiedziała, że nie czekało ją nic dobrego.
    W końcu, gdy starszy z nich stanął i blondynka z bijącym sercem oczekiwała najgorszego, stało się coś, czego w życiu by się nie spodziewała. Usłyszała głośny krzyk za jej plecami. Chłopcy jak jeden mąż odwrócili się. Ona również chciała zobaczyć, kto się zjawił, lecz mocny uścisk Toma jej to uniemożliwił. Tylko po głosie poznała, że wołał mężczyzna.
    - A co tu się dzieje? - zapytał, gdy był już bliżej. - Wy nie chodzicie do naszej szkoły, prawda? Już, puśćcie ją! - rozkazał. Maya poczuła, jak Tom zabiera od niej łapy. Zachwiała się delikatnie, lecz nauczyciel pomógł zachować jej równowagę. - Już ja się z wami rozprawię! - pogroził uciekającym. - Nic ci się nie stało? - zapytał, gdy blondynka z jego pomocą usiadła na ławce. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, w głowie jej szumiało. Mimo szoku, jakiego doznała, poczuła ciężar Elessaru. Resztką sił skupiła się na tym, by go nie dotknąć i nie zdemaskować się przed nowym belfrem uczącym wychowania fizycznego.
    - Nic mi nie jest. Dziękuję. - Spojrzała na niego nieufnie. Na jego ustach gościł uśmiech, lecz ciemne oczy wydawały się jej puste. Nie miała pojęcia, co o nim myśleć. Intuicja podpowiadała jej, żeby mu nie ufać. Z drugiej strony jednak ją uratował, więc może nie do końca był zły?
    - Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział. Maya chciała coś dodać, ale podbiegł do nich Shane, który właśnie skończył trening.
    - Co się stało? - zapytał nie mało przestraszony widząc przyjaciółkę w takim stanie.
    - Długo by opowiadać. - Machnęła ręką dziewczyna. - Chodźmy lepiej do domu. Później ci wszystko wyjaśnię - obiecała, pociągając chłopaka za sobą.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, jeszcze raz was strasznie przepraszam za takie opóźnienie, ale w weekend tak mnie palec bolał, że ledwo co pisałam :/ Wczoraj prawie dokończyłam rozdział, ale mi się coś zacięło i pół tego, co miałam napisane mi się usunęło i musiałam dzisiaj od połowy pisać jeszcze raz. Ale na szczęście już jest okej, palec jeszcze boli, ale już nie tak dokuczliwie no i laptop się odbraził :D
    Dzisiaj się dzieje, mam nadzieję, że choć trochę zrekompensuje wam to, że rozdział nie pojawił się na czas ;) Piszcie, co o nim myślicie, jestem straaasznie ciekawa waszego zdania! <3

piątek, 2 stycznia 2015

~33~


    Pojawienie się Mayi w szkole jakimś sposobem popsuło humor Adison. Gdy pakowała się rano do szkoły, miała przeczucie, że ten dzień będzie wyjątkowy. Uśmiechała się na samą myśl o tym, co mogłoby się dobrego jej przytrafić, wrzucając torbę do auta. Przez całą drogę uśmiechała się wesoło, wyglądając przez szybę. Była naprawdę piękna pogoda, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że dzień również będzie szczęśliwy. Dla niej.
    Jak zwykle przyjechała dosyć wcześnie pod szkołę. W szafce zostawiła książki, które miała na przerwie oddać do biblioteki szkolnej oraz swoje drugie śniadanie. Potem poszła pod klasę, gdzie jeszcze nikogo nie było. Usiadła na ławce i wyciągnęła podręcznik z matematyki, by powtórzyć materiał przed lekcją. Była dobrą uczennicą, poza tym w domu nauczyła się już wszystkiego, więc szybko przeczytała fragment z książki. Już miała zamknąć podręcznik i włożyć go z powrotem do torby, gdy usłyszała czyjś radosny krzyk. Podniosła szybko głowę i zauważyła Alex i kogoś, kogo się kompletnie nie spodziewała, mimo, że razem chodziły do jednej klasy. Mayę. Od razu dzień stał się jakiś inny. Jakby słońce nagle przesłoniły chmury a porywisty wiatr nagle wygonił wszystko, co sprawiało, że Ad czuła się szczęśliwa.
    Spojrzała na chłopców. Byli wyraźnie uradowani widokiem dziewczyny, co jeszcze bardziej wkurzyło blondynkę.  Wściekle spojrzała na podręcznik, leżący na jej kolanach. Utkwiła w nim wzrok, nie chcąc patrzeć na ich wesołe miny. Nie lubiła być smutna, gdy wszyscy wokół byli uśmiechnięci. Ale w tym wypadku nie potrafiła się inaczej poczuć.
    Gdyby się tak głębiej zastanowić, Adison nie miała powodów do tego, by nie lubić Mayi. Może tylko ze względu na Shane'a, Ad mogłaby być zazdrosna i czuć się nieco niekomfortowo. Ale i taki moment minął, ponieważ Maya miała chłopaka i Shane nie mógł jej już obchodzić. A przynajmniej tak powinna myśleć Adison, która nie wiedziała, co tak naprawdę siedziało w głowie koleżanki z klasy. Mimo to w pewnien sposób czuła się zagrożona. Widziała, jak chłopak na nią spoglądał. Adison wręcz marzyła, by blondyn uraczył ją takim spojrzeniem. Nie mogła więc znieść tego, że swój wzrok kieruje ku Mayi, która nawet tego nie zauważała. W jej przekonaniu to było niesprawiedliwe. Naprawdę niepojęte są nastolatki, jeżeli chodzi o chłopców!
    Lecz oprócz chłopców, Adison zazdrościła Mayi wielu innych rzeczy; przede wszystkim tego, że przez większość czasu była naprawdę miłą i uśmiechniętą dziewczyną, co Ad nie udawało się wyćwiczyć, choć praktykowała już kilka dobrych lat - zawsze była tą nieco wyniosłą, ale fajną laską, która się modnie ubiera i jest twarda, bo nikt nigdy nie widział, żeby miała jakiś kryzys. A rzeczywistość przedstawiała się kompletnie inaczej. Tak naprawdę zawsze starała się zachować swoje sprawy prywatne i sercowe zakopane gdzieś na samym końcu podświadomości, gdzie ewentualny dostęp miała tylko ona. Z prawdziwych uczuć nigdy nikomu się nie zwierzała. Koleżankom opowiadała zawsze to, co wydawało jej się, że jej nie zagrozi, gdy dowie się o tym ktoś inny. Wiele lat pracowała nad tym, by wszyscy widzieli w niej tego, kim chciała, by widzieli, więc teraz musiała uważać, by tego nie zepsuć jednym głupio wypowiedzianym słowem.
    Tylko ci, którzy zadawali się z nią dostatecznie długo, gdyby chcieli, zauważyliby moment, w którym stała się kimś kompletnie innym. Wyłącznie Cam znała ją taką, jaką była naprawdę - wrażliwą, nieco zakompleksioną, z mocnym charakterem dziewczyną. Bo miała specyficzny charakter. Nigdy nie była stuprocentowo wrażliwa. Nie dawała się nigdy nikomu podejść, zawsze stawiała na swoim. Charakteru nie da się zmienić. Ukryła tylko te cechy, których u siebie nie lubiła, a chciała wypracować takie, które chętnie by u siebie zobaczyła. Lecz nie do końca się jej to udało. Bo wyniosłości i lekkiej pogardy do niektórych osób czy tematów potrafiła się nauczyć. Ale bycie cały czas uśmiechniętą gryzło się z jej osobą. Nie chciała być przesadnie wesoła, bo takich ludzi również nie znosiła. Chciała umieć się cieszyć, gdy los ci sprzyja. Tylko tyle.

    Adison od razu po lekcjach miała trening. Od rana była zabiegana, bo jako zastępczyni przewodniczącej szkoły miała mnóstwo spraw do załatwienia z związku ze zbliżającym się wielkimi krokami końcem roku szkolnego. Musiała załatwić wiele spraw w ciągu tygodnia. Chciała mieć wszystko z głowy jak najszybciej, więc za pracę zabrała się od razu w poniedziałek. Nic więc dziwnego, że do szatni weszła jako ostatnia, pięć minut przed rozpoczęciem zajęć. W mgnieniu oka przebrała się w swój strój i wybiegła na boisko do piłki nożnej jako ostatnia. Dziewczęta z jej drużyny już się rozciągały, robiąc przeróżne ćwiczenia. Niedaleko, bo po drugiej stronie trawiastego boiska, rozgrzewali się chłopcy z siatkówkowej reprezentacji szkoły. Wśród nich Adison od razu dostrzegła Shane'a. Właśnie zaczął biec truchtem wokół boiska.
    Gdy był najbliżej ćwiczących dziewczyn, blondynka zapatrzyła się na niego o chwilę za długo. Przez to nie usłyszała, co mówiła do niej trenerka i ta nakrzyczała na nią. Ale na blondynce nie zrobiło to większego znaczenia; kompletnie się tym nie przejęła. Ukradkiem zerkając na biegnącego chłopaka, wykonywała swoje zadania.
    Po intensywnej rozgrzewce przyszedł i czas na trening. Zbliżyły się nieco do boiska do siatkówki, więc Adison mogła z bliska podziwiać grę chłopców. A była naprawdę dobra. Od kilku lat nie grali tak fantastycznie jak w ostatnim sezonie. Mieli nadzieję wygrać najważniejsze dla nich międzyszkolne rozgrywki. Niedługo czekał ich mecz w półfinale z zeszłorocznym zwycięzcą zawodów. Wszyscy czuli ogromną presję, ale nie poddawali się jej. Ćwiczyli tak, jakby to miał być zwykły mecz, który powinni zakończyć jak najlepiej.


    Cheerleaderki również musiały się przygotowywać do półfinałowego meczu. Zostało niewiele czasu, więc ich trenerka zarządziła dłuższe spotkania, na których szlifowały swoje umiejętności. Były elementem bardzo ważnym w meczu, zwłaszcza, że ten drużyna miała zagrać na boisku przeciwnika. A co za tym szło, szacowano, że większa część kibiców będzie po stronie gospodarzy. Z resztą jak zwykle. Więc dziewczyny musiały kibicować nie tylko za siebie, ale i za tych wszystkich, którzy bardzo chcieliby zobaczyć mecz, ale z różnych powodów po prostu by im się to nie udało.
    Właśnie ćwiczyły piramidę. Adison, jako jedna z najniższych i najlżejszych dziewczyn, stawała zawsze na jej szczycie, więc czekała, aż cała drużyna się ustawi. Gdy już każda była na swoim miejscu, blondynka wskoczyła na samą górę i, nieco się chwiejąc, podniosła ręce do góry i zamachała pomponami. Uśmiechnęła się przy tym szeroko.
    - Dobra, dziewczęta! - zawołała trenerka. - A teraz wszystko razem z muzyką! - rozporządziła. Wszystkie zajęły więc swoje miejsca i zaczęły tańczyć, wymachując pomponami, wykrzykując dopingujące słowa. W układzie znalazło się dużo szpagatów, gwiazd, przewrotów, stania na ręce czy innych wymyślnych figur. A piramida była uwieńczeniem całego układu i wykonywały ją na końcu. Zbliżał się właśnie moment, w którym Adison miała podskoczyć i stanąć na ramionach swoich koleżanek. Odbiła się więc i chwiejnie wylądowała na szczycie piramidy. Starała się zachować równowagę, lecz nie udało jej się to. Noga ugięła się jej w kolanie. Krzyknęła głośno przerażona. Ostatkiem świadomości wybiła się delikatnie i ugięła kolana jeszcze bardziej, by w locie nie zahaczyć ani nie strącić którejś z dziewczyn, które ją podtrzymywały. Serce w piersi zatrzymało się na ten moment ze strachu. Poleciała na dół, a głos uwiązł jej w gardle.

    - Dobra robota, chłopcy! - pochwalił swoich podopiecznych trener, patrząc każdemu w oczy. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni i uśmiechnięci. Wiedzieli, że odwalili kawał dobrej roboty, że są gotowi na półfinałowy mecz. - Jeśli będziecie grać tak, jak na dzisiejszym treningu, nie muszę się o was martwić - zapewnił. Chłopcy pokiwali głowami, któryś z tył coś krzyknął radośnie, rozśmieszając tym zgromadzonych. - Dzisiaj puszczę was wcześniej, ale kolejnych treningów wam nie odpuszczę - powiedział. - Do zobaczenia! - pożegnał się, poklepując stojącego najbliżej niego Shane'a po plecach. Blondyn uśmiechnął się do niego zmęczony. Już mieli się rozchodzić, nawet niektórzy już się odwrócili i zaczęli iść w stronę szatni, gdy usłyszeli przeraźliwy krzyk. Jak na komendę odwrócili się w stronę dziewczyn, które parę metrów dalej ćwiczyły swój układ. Teraz wszystkie stały jak zaczarowane, z przerażeniem spoglądając na upadającą Adison.
    Czas jakby spowolnił swój bieg. Shane'owi wydawało się, że dziewczyna już dawno powinna spaść na ziemię, lecz ona nadal znajdowała się w powietrzu. Udało jej się nawet zrobić przewrót. Gdyby nie jej krzyk przed ułamkiem sekundy, nikt może nie zorientowałby się, że tego elementu nie było w planie. Spadała naprawdę z gracją. Nawet wtedy pamiętała o wszystkich szczegółach. A może to nie pamięć tylko przyzwyczajenie?
    Nie zastanawiając się już dłużej nad niczym, w mgnieniu oka podbiegł do dziewczyn i stanął tuż pod spadającą Adison z wyciągniętymi ramionami. Nie musiał na nią długo czekać. Już po chwili wylądowała bezpiecznie w jego rękach. Nadal zaciskała oczy z przerażenia, nie wiedząc, co się stało. Shane usłyszał gdzieś obok siebie westchnienia ulgi.
    - Jak się czujesz? - Ktoś zapytał blondynki, lecz ta nie odpowiedziała. Jej klatka piersiowa szybko falowała, gdy nabierała głośno powietrza. Dopiero po jakimś czasie poczuła, że nie leży cała połamana na trawie tylko, że ktoś ją trzyma. Otworzyła więc szybko oczy, by zobaczyć, co się stało.
    - Wszystko okej? - szepnął Shane, przyglądając jej się uważnie. Bał się położyć ją na ziemi, więc trzymał ją w ramionach. Pokiwała niepewnie głową, próbując coś z siebie wydusić. Czuła tylko mocne i szybkie bicie jej serca, nie tylko spowodowane upadkiem, ale i bliskością blondyna. Poczuła, że policzki zaczynają ją piec.
    - Dz...Dziękuję - mruknęła cicho. - Możesz mnie już postawić? - zapytała nico onieśmielona. Choć chciała to jakoś ukryć, ale zdawała sobie sprawy, że jej się to nie udawało i że Shane doskonale wiedział, jak na nią zadział. Zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio.
    - Jeśli nie kręci ci się w głowie - powiedział, chcąc się upewnić, że z koleżanką wszystko okej.
    - Nie, naprawdę wszystko w porządku - zapewniła. Postawił więc ją delikatnie na ziemi. Nie zachwiała się, więc odetchnął z ulgą. Zrobił kilka kroków w tył a potem już się prawie odwrócił z zamiarem pójścia do szatni, usłyszał, że Adison go zawołała.
    - Shane! - Zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie. - Dziękuję jeszcze raz - powiedziała szczerze otoczona zewsząd zmartwionymi koleżankami z drużyny. Siatkarz zasalutował tylko z uśmiechem i odszedł.
    Serce Adison jeszcze długo po tym wydarzeniu nie mogło dojść do siebie. Ciągle wspominała, jak chłopak rzucił się jej na pomoc. Był jej bohaterem. Zauważył ją i już nie była zwykłą dziewczyną, którą mija się obojętnie na ulicy. Była tą, którą uratował. A takiego wydarzenia nie zapomina się tak szybko. Więc Ad miała nadzieję, że jej osoba będzie siedzieć w głowie blondyna jeszcze długo po tym, jak umilkną plotki o tym zdarzeniu. A to na pewno pomoże jej w poderwaniu go. Tego była pewna.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, hej :) Rozdział odbiegający od głównego wątku. Mam nadzieję, że się spodobał. Część tego, co była powiedziana, zawarłam w miniaturce, którą napisałam na urodziny bloga, ale to było co innego, więc tutaj też trochę o tym musiałam wspomnieć. Temat z łapaniem, gdy dziewczyna upada oklepany, wiem o tym, ale to mi tak tutaj pasowało, że nie mogłam się oprzeć :p Mam nadzieję, że to was nie zniechęci :D
    Jak tam po Sylwestrze? Dobrze się bawiliście? Bo ja muszę przyznać, że świetnie! <3

sobota, 6 grudnia 2014

~31~


    Resztę dnia spędziła za zamkniętymi na klucz drzwiami. Nie otwierała nikomu. A ktoś pukał kilka razy. Spodziewała się tego i dlatego założyła słuchawki na uszy i włączyła głośno muzykę. Wtedy mogła udawać, że nic się nie dzieje.
    A do drzwi pukała matka Shane'a. Chciała zobaczyć, co u Mayi. Miała nadzieję, że porozmawia z dziewczyną, dowie się, co myśli o zaistniałej sytuacji. Gdy jednak zobaczyła, że blondynka nie chciała się z nikim widzieć, dała sobie spokój.
    Maya starała się nie myśleć o wydarzeniach z tego dnia. Ale nie udawało jej się. Niektóre słowa, pewne sceny po prostu pojawiały jej się w głowie i zostawały tam na długo. Chyba najdłużej analizowała wypowiedź Shane'a i ich pocałunek. Była rozdarta. Jedna jej część uważała, że tak jak było do tej pory to dobre wyjście. Lecz w głębi duszy czuła, że tak do końca nie jest wszystko okej. Coś nie pasowało do całości. I najbardziej obawiała się tego, że to ona była tym niepasującym do tej układanki elementem.
    "Ale czy wtedy nie było by dla mnie lepiej? Prościej? Gdyby okazało się, że to wszystko to jedna wielka pomyłka?" - zastanawiała się. Zdawała sobie sprawy, że nie może być mowy o żadnej pomyłce. Mimo to łudziła się.
    Tak bardzo chciała zadzwonić do którejś z przyjaciółek i pożalić się jej. Już sięgała po telefon, gdy uzmysłowiła sobie, że nie miała do kogo zadzwonić. Z Dianą nigdy nie były na tyle blisko, by powierzać jej tak ważne dla niej sprawy. Oczywiście, mogła na nią liczyć i bardzo się lubiły, ale to z Wendy zawsze wszystko dokładnie omawiała, jeśli w grę wchodzili chłopcy. To ona wiedziała, kiedy Maya potrzebowała mocnego kopniaka w tyłek a kiedy pocieszenia. To ona  była przy niej, kiedy pierwszy raz się zakochała. Więc co się stało, że ta więź tak nagle zniknęła? Że Wendy już nie potrafiła zauważyć złego nastroju przyjaciółki? Pojawiła się osoba trzecia - Chloe - która wtrąciła się między nie i tak długo przekonywała do siebie Wen, aż omamiła ją sobie wokół palca, żeby mieć ją tylko dla siebie.
    Przed oczami Mayi stanęła jej scena, gdy w czwórkę były na lodach w urodziny Diany. Siedziały w ogrodzie przy kawiarni pod szerokim parasolem i śmiały się, jedząc desery lodowe. Wtedy też Maya chciała opowiedzieć przyjaciółkom o tym, że dziewczyna Josha ją wkurzała swoim zachowaniem. Już zaczęła o niej opowiadać, gdy nagle Chloe wtrąciła się, mówiąc jakąś "ważną" informację, dotyczącą zespołu koreańskiego, czy diabli wiedzą jakiego jeszcze. Zainteresowana Wendy szybko odwróciła się od Mayi, przepraszając ją. Kiedy Chloe, Diana i Wen przestały się podniecać, myślała, że będzie mogła dokończyć, lecz myliła się. Te zaczęły już niwy temat, nie dając jej nawet dojść do głosu. Dziewczyna poczuła się odrzucona i potem już mało kiedy się odzywała.
    Tak bardzo starała się utrzymać z nimi dobry kontakt. Znosiła wiele - ignorowanie, lekceważenie, niezauważanie; często czuła się niewidzialna dla nich. Ale stając się niewidzialną dla nich, robiła się coraz bardziej widzialna dla reszty klasy, z którą Wed i Chloe nie za bardzo się dogadywały w ostatnim roku. To właśnie wtedy Maya znów zaczęła spędzać czas z Alex i Abby. Coraz częściej śmiała się i gadała z chłopakami. Zbliżyła się do wszystkich. A oddaliła od przyjaciółek.
    Maya, zmęczona całym dniem wrażeń, zasnęła.
    Gdy otworzyła oczy, czuła się nadzwyczaj wypoczęta. Rozejrzała się dokoła i zmarszczyła brwi. Nie znajdowała się już w pokoju, który zajmowała w domu Shane'a. Stała pośrodku wielkiej polany, na której rosło mnóstwo kolorowych kwiatów. W oddali widziała cienie wielkich, rozłożystych drzew. W jej polu widzenia nie znajdowało się nic innego. Ruszyła więc w stronę, w której widziała rosnące drzewa. Idąc, spojrzała w górę. Niebo było błękitne bez ani jednej chmurki. Nie czuła na odsłoniętej skórze ramiona powiewu wiatru, mimo to zrobiło jej się zimno. Potarła dłońmi zmarznięte ramiona, rozglądając się za przyczyną tak nagłego spadku temperatury. Niczego niepokojącego nie zauważyła, ale mimo wszystko przyspieszyła, nie czując się bezpiecznie na odsłoniętym terenie.
    Cały czas szukała czegoś, co nie pasowałoby do tak pięknego krajobrazu, idąc coraz szybciej. Niemal wbiegła pomiędzy drzewa, zerkając za siebie. Wydawało jej się, że na horyzoncie coś zauważyła. Zbliżało się do niej. Serce przyspieszyło na chwilę swoją pracę. Zniekształcony na początku cień, z każdą chwilą stawał się coraz wyraźniejszy. Nie czekając, aż zbliży się jeszcze bardziej do dziewczyny, ruszyła przed siebie w głąb lasku.
    Biegła, słysząc za sobą dyszenie tego czegoś, co za nią biegło. Od czasu do czasu złamało gałązkę czy nadepnęło na suche liście. Nie miała pojęcia, co to było. I nawet nie chciała przystanąć, by przekonać się, jak wyglądał ten stwór, który ją gonił.
    Raz zdawało jej się, że był tuż za nią, a następnym razem, że nagle przestał ją gonić. Dziewczyna jednak nie zwolniła. Czuła, że gdyby się zatrzymała, straciłaby szansę na ucieczkę. Więc biegła przez ciemny las, który zdawał się nie mieć końca, a z pozoru był zaledwie kilkoma drzewkami.
    Zwolniła nieco, bo mimo ćwiczeń, jakie zafundowała jej pani Shay, jej kondycja była daleka od dobrej. Już po tych kilkudziesięciu metrach brakowało jej tchu, a serce niemiłosiernie waliło w żebra. Ale nie poddawała się. Biegła dalej.
    Zrobiło się znacznie ciemniej i zimniej. Zastanawiając się nad przyczynami, nie zauważyła wystającego z ziemi grubego korzenia. Upadła, zdzierając sobie skórę z dłoni i tłukąc kolano. Gdy stanęła z powrotem na nogach, zabolało. Zaczęła kuśtykać, lecz to nie było to samo co bieg. Nagle tuż za sobą usłyszała cichy warkot. Przerażona, mimo bólu ruszyła biegiem pod górę.
    Łzy bólu i strachu strumieniami spływały jej po policzkach. Nie szlochała ani nie krzyczała. Była na tyle opanowana, by pamiętać o tym, że nawet najmniejszy szelest może spowodować, że się ujawni. Starała się też nie nadeptywać na suche liście czy gałęzie, ale w lesie było to wręcz niewykonalne przy takiej prędkości. Co raz skrzywiała się, słysząc pod jej stopami dźwięk łamanej gałązki.
    Zerknęła przez ramię do tyłu, by zorientować się, czy ktoś za nią biegnie. Między drzewami zauważyła jakby wielkiego czarnego psa o dwóch głowach. Tyle że te dwie głowy nie należały do jej ulubionych zwierząt. Łby stworzenia były ptasie. Miały dziób i dwoje oczu po jednej i po drugiej stronie czaszki. Monstrum obrośnięte było ciemną, długą sierścią, gdzieniegdzie oblepioną czymś jasnym. Ślepia wpatrywały się w nią z czerwono złotym błyskiem. Dzioby kłapały. Od czasu do czasu wysuwały się z nich różowe języki. Cienki ogon zakończony czymś podobnym do ptasiego pióra ruszał się niespokojnie. Wielkie, ciężkie łapy ze schowanymi ostrymi pazurami nie wydawały głośnych dźwięków przy kontakcie z ziemią. Słychać było delikatne stąpnięcia i łamanie gałązek gdy akurat stwór na nie nadepnął.
    Przerażona widokiem nadzwyczajnego monstrum, przyspieszyła. Niestety nie udało jej się biec wystarczająco szybko. Zwierzę w pewnym momencie skoczyło na nią i powaliło na ziemię. Oddychając ciężko, próbowała się wydostać spod jego cielska, lecz on okazał się zbyt wielki i ciężki. I śmierdział mokrym psem. Warknął cicho na nią po czym usłyszała w swojej głowie pomruk, który dopiero po chwili zrozumiała.
    - Niepotrzebnie przede mną uciekałaś. I tak cię dopadłem. Ja zawsze znajduję tych, na których mi zależy. A na tobie zależało mi od początku. Jesteś krucha, słaba. Od razu wiedziałem, że kiedy przejmiesz pieczę nad Elessarem, zdołam do ciebie dotrzeć. I mi się udało. - Charknął, co tylko trochę przypominało śmiech.
    - Kkim jesteśś? - wyjąkała, starając się zaczerpnąć powietrza, nieskażonego jego zapachem.
    - Złem - odparł po prostu. I tym razem najpierw usłyszała zwierzęcy pomruk, a dopiero potem zmienił się on w jej głowie w słowa wypowiedziane męskim głosem.
    - Jesteś prawdziwy? - zapytała cicho. Zwierzę zaśmiało się.
    - Teraz? Oczywiście, że nie. To tylko twój sen. Ale czy to, że jestem w twoim śnie, nie oznacza, że nie istnieję naprawdę? - odezwał się filozoficznie. Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu umilkł zupełnie...

    Maya obudziła się zlana potem. Usiadła i zapaliła nocną lampkę, bo jak się okazało, na dworze zrobiło się już całkowicie ciemno. Na chwiejnych nogach podeszła do okna. Otworzyła je na oścież i wciągnęła głęboko czyste, nocne powietrze. Poczuła się nieco lepiej. Serce przestało tak szybko bić, choć nadal się bała. Nie potrafiła określić czego dokładnie. Dlatego postanowiła, że rano pójdzie do biblioteki i będzie szukała tak długo, dopóki nie znajdzie czegoś na temat stworzenia, które ją goniło w lesie we śnie.
    Leżąc z powrotem w łóżku zastanawiała się nad ostatnimi słowami zwierzęcia. Niby wszystko rozumiała, ale tak naprawdę niczego nie wiedziała. Miała dość niewiadomych, tajemnic, niedopowiedzeń. Całe jej życie to jedno wielkie kłamstwo i sekret, które zamierzała już wkrótce odkryć. Z czyjąś pomocą lub bez znajdzie odpowiedzi na resztę pytań. A było ich sporo. Tylko najpierw musi się porządnie wyspać.


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Jedno malutkie pytanie do Was: dlaczego uważacie, że Adam jest wredny? Bo ja na przykład tego nie widzę, bo patrzę subiektywnie na jego postać, a bardzo jestem ciekawa, co takiego zrobił, że macie go za złą postać. Pytam z czystej ciekawości, bynajmniej nie chcę zmienić jego charakteru, bo może czasami faktycznie mi nie wyszedł, ale według mnie jest taki, jaki powinien być. Tylko zastanawia mnie, co spowodowało, że go nie lubicie. I bardzo proszę o odpowiedź, bo naprawdę to dla mnie ważne.

    A teraz życzenia Mikołajkowe! Wszystkiego najlepszego! Śniegu na Święta! No i wszystkiego, czego sobie życzycie. Dostaliście coś, czy Mikołaj nie przyszedł szóstego grudnia i nadal czekacie na Wigilię? :)

    Pozdrawiam serdecznie! I ZAPRASZAM DO GŁOSOWANIA W ANKIECIE!

sobota, 22 listopada 2014

~30~


    Mayę przeszył dziwny dreszcz. Złapała się lewego przedramienia, które nagle ją zapiekło. Ten sam gest uczynił Shane, tyle że złapał się za własne ramię. I wtedy dziewczyna zrozumiała. Kręcąc głową, spojrzała w nieco wystraszone jeszcze oczy blondyna.
     - Nie, nie, nie! - zawołała szybko. Chciała, by chłopak też zaprzeczył, ale ten nie potrafił. Nie mógł skłamać. Kiwnął tylko głową. - Wiedziałeś o tym? - naskoczyła na niego.
    - Nie, oczywiście, że nie. Na początku, jasne, miałem przeczucie, że to jest trochę dziwne, ale wmówiłem sobie, że to tylko przypadek, a tobie naprawdę została taka dziwna blizna po skaleczeniu. Dopiero dzisiaj podczas obiadu zobaczyłem, że nasze znaki są identyczne. Nie do końca rozumiałem, co to miałoby oznaczać dla nas, ale poczułem, że to coś ważnego.
    Nie powiedział najistotniejszego - że w momencie, gdy zobaczył znamię przyjaciółki, zrozumiał, że są sobie bliscy, może nie stworzeni dla siebie, jak twierdziła jego mama, ale czuł, że Maya była ważna w jego życiu. Nie chciał jej tego powiedzieć, by bardziej dziewczyny nie wystraszyć. Już w tamtej chwili wyglądała na nieźle wkurzoną i smutną jednocześnie. Coś jednak w jej oczach podpowiadało Shane'owi, że nie może jednak wszystkiego od razu przekreślać. Bo tęczówki Mayi w pewnym momencie na ułamek sekundy zabłyszczały, gdy dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Spojrzenie jej złagodniało i choć jej mina i słowa wyrażały coś innego, to oczy wiedziały swoje.
    - Może mi ktoś wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? - zapytała ponownie mama Shane'a.
    - To proste - rzucił z przekąsem Adam. - Shane chce odbić mi dziewczynę! - warknął w stronę chłopaka.
    - Stary, pogięło cię? Nikt ci nie chce niczego odbijać. To po pierwsze. Po drugie chyba Mayi zdanie też się liczy w tym wszystkim. A skoro wybrała ciebie, to ja nie mam w tym nic do gadania. Więc zejdź ze mnie w końcu. Ja naprawdę chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Poza tym, nie mam w zwyczaju zarywać do dziewczyny mojego kumpla. Znasz mnie tyle lat, powinieneś się już ogarnąć.
    - Możecie jaśniej? - wtrąciła się pani Shay, powoli tracą cierpliwość.
    - Maya ma taki sam znak na lewym przedramieniu co ja - powiedział niemal szeptem Shane. Jego mama wciągnęła głośno powietrze. Wyciągnęła w stronę Mayi swoją rękę, by ta podała jej swoją. Dziewczyna z ociąganiem pokazała jej czarną ósemkę.
    - Wiecie, co oznacza ten symbol? - zapytała kobieta. Młodzi pokręcili przecząco głowami. - To znak nieskończoności. W Zakonie oznacza rodzinę przywódców, pierwszy klan, który założył całą tę organizację. Dla mnie to oznacza tylko jedno. - Spojrzała wymownie najpierw na swojego syna, potem na Mayę.
    - Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, w to, że coś oprócz nas samych może kierować naszym życiem. A nawet jeśli jakaś taka siła istnieje, to na pewno daje nam jakieś pole, na którym my sami możemy podejmować decyzje. To nie może być tak, że ta i ta osoba jest komuś przeznaczona i z nią musi się pobrać, z nią musi mieć dzieci, z nią musi spędzić resztę swojego życia. Musimy mieć w tej kwestii jakiś wybór. Przecież ludzie powinni się kochać, gdy chcą wziąć ślub, gdy chcą być razem. Nikt nas do tego nie może zmusić. A teraz wszyscy nagle mi wmawiacie, że przez jakieś małe coś na mojej ręce muszę być z Shanem. Nawet jeśli go nie kocham? To jakiś absurd! - zwołała, wstając od stołu. - Przepraszam, ale muszę stąd odejść. - Po czym wyszła z salonu. Zgromadzeni wokół stołu słyszeli jej kroki na schodach, które po chwili ucichły.
    - W takim razie ja też już pójdę. To chyba już koniec naszego uroczego spotkania - odezwał się Adam, również wstając od stołu. I on w mgnieniu oka zniknął z salonu.
    Kobieta spojrzała na swojego syna. Zauważyła w jego oczach ból. Nie do końca wiedziała, czy związany był z tym, że jego najlepszy przyjaciel posądził go o coś tak głupiego, czy o to, że kochał inną dziewczynę i właśnie dowiedział się, że przeznaczona mu była inna, czy raczej dlatego, że zakochał się w Mayi, która przed chwilą powiedziała, że ona nic do niego nie czuje.
    Położyła mu rękę na ramieniu, chcąc dodać mu otuchy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie była w takich sprawach dobra. A nawet, gdyby umiała prowadzić rozmowę z synem, nie wiedziałaby, co w tej sprawie powiedzieć. Trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, gdy nie wie się, czego powinny dotyczyć.
    - Jeszcze się wszystko ułoży, zobaczysz - rzekła wreszcie. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka. - Jeśli chciałbyś pogadać... - nie dokończyła. Nagle poczuła się jakoś dziwnie zmęczona i stara. Miała tylko nadzieję, że syn zrozumiał, co chciała powiedzieć.
    Shane został sam. Nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił usiedzieć w salonie, więc i on go opuścił. Udał się do ogrodu. Położył na trawie, w cieniu rozłożystych drzew i pnących się winorośli. Zamknął oczy, próbując skupić myśli.
    Prawda była taka. Maya bardzo mu się podobała. W głębi duszy czuł, że on dziewczynie również nie jest obojętny, lecz nie miał pojęcia, dlaczego blondynka nadal się oszukuje, twierdząc, że nic do niego nie czuje. Może nie chciała zranić Adama. Może, może może... Za dużo było niewiadomych, by wiedzieć coś na pewno w tej sprawie.

    Maya wparowała do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego aż tak bardzo się zdenerwowała. Przecież nikt nie miał wpływu na to, że jakieś tam znamię pojawiło się na jej ręce i związało ją z Shanem jakimś pradawnym zwyczajem. Mimo to czuła się oszukana.
    Do tej pory myślała, że naprawdę kocha Adama. Że mogą stworzyć jakiś poważny związek z przyszłością. Dzisiaj dowiedziała się, że przeznaczenie naszykowało dla niej inną ścieżkę, krzyżując plany wszystkim, nie tylko jej. Poczuła, że Shane jest jej równie bliski. Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości, bo nienawidziła, gdy nie miała pełnej kontroli nad swoim życiem. I dopóki się z tym nie pogodzi, nie dotrze do niej najbardziej oczywista rzecz na świecie - że w Adamie tylko się zadurzyła, że nie byłaby z nim szczęśliwa na dłuższą metę. Że to przy Shanie czuła się bezpiecznie, uwielbiała z nim spędzać czas, śmiać się z nim. Ale i te złe chwile przy blondynie stawały się lepsze.
    Nagle przypomniała sobie, jak Shane szybko zareagował, gdy dziewczyna obudziła się w nocy po tym, jak Gwardia ją porwała. Wtedy miała zły sen, straszny. Ale gdy chłopak przyszedł do niej i ją przytulił, poczuła się lepiej. Dużo lepiej. Wspomnienie tamtej chwili zawładnęło nią na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo potem przypomniała sobie, że ona przecież wybrała Adama. Shane'a wybrało dla niej przeznaczenie, a ona nie chciała mieć z tą siłą nic do czynienia. Potrząsnęła głową, by pozbyć się tego wspomnienia sprzed oczu.
    Potrzebowała tlenu, potrzebowała świeżego powietrza, bo nagle poczuła, jak jej klaustrofobia wraca. Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej w czterech ścianach. Powinna wszystko przemyśleć, będąc bliżej natury, która zawsze pomagała jej podjąć właściwą decyzję. Zbiegła więc po schodach i wyszła na zewnątrz. Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu.
    Na początku nie zauważyła leżącego w cieniu chłopaka. Gdy się już zorientowała, że nie jest sama, było za późno, by się wycofać. Shane ją również zobaczył. Już zamierzała zrobić krok w tył, lecz chłopak wstał szybko z ziemi.
    - Nie odchodź - poprosił. Więc została. - Wiem, że jesteś na mnie zła - zaczął, gdy oboje usiedli pod drzewem. Dziewczyna starała się trzymać od niego na dystans. - Ale musisz wiedzieć, że nikt nie miał na to wpływu. Jesteś mądrą dziewczyną, więc powinnaś to zrozumieć. Ja sam... Nie chciałem dzielić się z tobą moimi spostrzeżeniami, bo wiedziałem, jak byś zareagowała. Wystraszyłaś się. Nie chciałem, byś poczuła, że wywieram na tobie jakąś presję, że nie masz w tej kwestii nic do gadania. Jest mi przykro, że tak to się wszystko potoczyło. - Spojrzał jej prosto w oczy. Była spokojna. Niemal się uśmiechnęła do niego. Ale nie. Gniew nadal brał górę nad innymi emocjami. - Chciałbym ci jakoś pokazać, że przeznaczenie nie musi oznaczać dla ciebie nieszczęścia. Wszystkie pary, które są dzięki niemu związane wiodą wspaniałe życie. Po prostu ty jesteś uprzedzona i tyle. I bardzo dobrze cię rozumiem. Chcesz decydować sama za siebie. Ale to, że jesteśmy sobie przeznaczeni nie oznacza braku wyboru. Masz wybór. Możesz zdecydować. Czy być ze mną czy z Adamem, a może jeszcze z kimś innym. Przeznaczenie jakby proponuje nam, ułatwia decyzję. Pokazuje, przy czyim boku możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Przynajmniej ja to tak rozumiem. I chciałbym, żebyś choć na chwilę spojrzała tak samo jak ja na tę sytuację.
    Podczas jego monologu ich twarze zbliżały się powoli do siebie. Nieświadomie przysunęli swoje ciała bliżej siebie. Maya słuchała go uważnie, zastanawiając się, czy chłopak może mieć racje. Stwierdziła, że może po części. Starała się zobaczyć całą sytuację z jego perspektywy, ale jakoś nie potrafiła się dostatecznie skupić. Może dlatego, że pełne usta blondyna były coraz bliżej jej warg?
    Ich pocałunek był krótki, ale przepełniony uczuciami. Różnił się od tych z Adamem. Tamte zdawały się być niewinne, w tym czuła pasję, z jaką blondyn ją całował. Jakby chciał pokazać, że zależy mu na Mayi. Bardzo jej się podobał, więc uśmiechnęła się mimowolnie.
    Oderwawszy się od siebie, nie odsunęli się. Nadal siedzieli milimetry od siebie. Shane przyglądał się dziewczynie uważnie. Nie potrafił jednak odczytać z jej twarzy wiele emocji. Nadal nie wiedział, co sądziła o tym, o czym jej powiedział przed pocałunkiem. Czy zgadzając się na pocałunek i oddając mu go, zrozumiała, że myliła się co do ich przeznaczenia?
    - Przepraszam - odezwała się, przerywając milczenie.
    - Za co? - zdziwił się Shane.
    - Po prostu przepraszam. Ja nie mogę być z tobą, nie mogę cię całować, bo mam chłopaka! - krzyknęła zrozpaczona.
    - W każdej chwili możesz z nim zerwać - zauważył.
    - I złamać mu serce? Nie chcę go zranić - chlipnęła.
    - W końcu będziesz musiała wybrać - stwierdził, wzruszając ramionami.
    - Wiem! - zawołała. - Ale to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje!
    - To jest proste - powiedział. - Po prostu musisz zaufać intuicji. Wsłuchaj się w to, co dyktuje ci serce, a wybierzesz mądrze.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej! :) I jak, podoba Wam się rozdział? jeśli macie jakieś pytania, zażalenia, skargi, coś się nie zgadza, piszcie śmiało. Jestem tylko człowiekiem i też mogę się pomylić.
    Pozdrawiam serdecznie!
Zuza <3

czwartek, 24 kwietnia 2014

~16~


    Nie widziała, dokąd idzie. Łzy zasłoniły jej drogę. Zauważała jedynie zamazane kształty. To dlatego bez przeszkód przeszła przez drzwi. Dalej było już gorzej. Zaczęła szybciej mrugać, by pozbyć się słonych kropelek. Trochę pomogło.
    Nogi poprowadziły ją do drewnianej huśtawki. Usiadła na niej, kuląc się. Niewidzącym wzrokiem spoglądała na płot przed nią. Łzy spływały po jej zimnych policzkach. Pragnęła oczyścić umysł z wszelkich złych myśli, lecz na próżno się starała. Gdy pozbyła się jednej na jej miejsce pojawiały się dwie kolejne.
    Po chwili wyciągnęła telefon. Żałowała, że nie miała przy sobie swojego zeszytu i ulubionego, różowego długopisu. Został jej tylko notatnik w telefonie. Ale to jej wystarczyło. Odblokowała go. Zaczęła pisać, to co leżało jej na sercu.

    "Czuję taką ogromną pustkę, której nie potrafię niczym zapełnić. Samotność mi dokucza, choć gdy jestem z kimś to pragnę zostać sama. Pogubiłam się. Straciłam sens życia, straciłam, sama nie wiem dlaczego, kiedy i przez co, część siebie. Czuję jakby ubywało mnie jeszcze bardziej z każdym dniem. Nie oczekuję, że ktoś mnie zrozumie. Pragnę tylko odrobiny współczucia, wsparcia w tych trudnych chwilach. Niestety, nie doświadczam tego za dużo, a nie jestem osobą, która domaga się czegoś, zwierza się ze swych problemów ot tak. Nie lubię mówić o sobie, ale czasami trzeba. 
    Czy ja tak wiele chcę??


Krwawię, cicho płacząc.
Płaczę, cicho krwawiąc.

    Jest mi źle, a najbliższe mi osoby, z którymi mogłabym porozmawiać szczerze i na żywo się do mnie nie odzywają. Nie obchodzi ich mój ból. To takie niesprawiedliwe! Ja starałam się być przy nich, gdy coś szło nie tak jak powinno. Wspierałam je, złorzeczyłam tym, którzy nadepnęli im na odcisk. Czasami zastanawiam się, czy moje serce nie jest jakieś zepsute. To najprostsze wytłumaczenie. Zawsze muszę trafić na kogoś, kto złamie mi serce. Po ostatnim razie myślałam, że to już niemożliwe, że już jestem uodporniona na takie wstrząsy. Okazało się jednak, że Bóg napisał dla mnie nową historię życia. A każda następna jest gorsza, boleśniejsza od poprzedniej. 


Na samotność skazują człowieka nie wrogowie, lecz przyjaciele. 

    Próbuję cierpienie zagłuszyć muzyką tak głośną, że aż uszy bolą, ale to nic nie daje. Nadal płaczę, tęskniąc za czymś, czego nie miałam i nie dane mi jest mieć. Nie potrafię pojąć, co mi jest. Po prostu płaczę, a nikt obok nie widzi, co się ze mną dzieje. Przynajmniej nie widzą ci, na których mi najbardziej zależy. Ślepcy!
    Ale może i ja jestem ślepa i głucha na ich ból? Jeśli tak to przepraszam was! Jestem tak głupia! Tak zagubiona w tym wielkim świecie! Samotna wśród tylu ludzi! Tak mała w ogromie zabudowań, tłumów! Tak naiwnie kochająca wśród kłamstwa i zdrady! Nieostrożna wśród drapieżników czyhających na moją pomyłkę! Po prostu jestem sobą i to mnie zabija od wewnątrz! 
    Jeśli ktoś to przeczyta, nim będzie za późno, krzyczę do Ciebie!
    Pomocy!
    Proszę..."

    Gdy skończyła, poczuła się nieco lepiej. Wyrzuciła z siebie część smutków, lecz to nie było to samo, co wyżalenie się komuś. Nie usłyszała od telefonu słowa pocieszenia, którego w obecnej sytuacji najbardziej potrzebowała.
    Po chwili usłyszała czyjś głos, który zbliżał się do niej z każdym kolejnym krokiem. Spróbowała doprowadzić się do porządku, lecz nim upłynęła sekunda, zdała sobie sprawę, że tylko niepotrzebnie się trudzi. Starła tylko łzy, które nagromadziły jej się w oczach i czekała z bijącym sercem na gościa.
    - Też się cieszę!
Alex
    Gdy Maya rozpoznała głos Alex, nieco się uspokoiła. Wyłoniwszy się zza rogu budynku, blondynka dostrzegła, że koleżanka rozmawiała z kimś przez telefon, śmiejąc się głośno.

    Alex, widząc dziewczynę, pomachała do niej. Gdy ta nie odwzajemniła gestu, nieco się zaniepokoiła.
    "Przecież zawsze tak robiłyśmy..."
    Pożegnała się ze swoim chłopakiem, wyłączyła komórkę i podeszła do Mayi. Usiadła obok niej na huśtawce i zaczęła się jej bacznie przyglądać. Zauważyła rozmazany nieco tusz pod oczami, pozostałości po płynących łzach, przekrwione oczy, delikatnie drżące dłonie. Położyła swoją rękę na jej i lekko ścisnęła. Zwróciła tym na siebie uwagę blondynki. Uśmiechnęła się do niej delikatnie. Nie wiedziała do końca, jak zacząć. Nigdy ze sobą tak szczerze nie rozmawiały o swoich prywatnych sprawach, ale w końcu musiał przyjść ten pierwszy raz.
    "Po prostu spytaj!" - nakazała sobie. Wzięła jeden głębszy wdech i odezwała się.
    - Co się stało?
    Maya spojrzała na nią, nieco zdezorientowana. Musiała minąć chwila, nim dotarł do niej sens zadanego pytania. Nie wahała się. Czuła, że może zaufać Alex, więc wyjawiła jej całą prawdę.
    - Szczerze to nie mam pojęcia. Dziewczyny sobie siedzą w pokoju, śmieją się, gadają o czymś, nie mam pojęcia o czym, jarają się Koreańczykami. Nie słuchają mnie. A ja chciałam im powiedzieć coś dla mnie ważnego, ale nawet nie zwróciły na mnie uwagi. Już nie czuję, że im na mnie zależy. Tak jakby ktoś przebił szpilką otaczający nas balon. Jakby do niedawna coś kurczowo trzymało mnie blisko nich i teraz ta siła nagle przestała działać i odepchnęła mnie daleko od nich. Sama do końca  tego nie rozumiem, więc nie wiem, jak ci to wytłumaczyć.
    - Czujesz się, jakbyś straciła przyjaciela... - podpowiedziała.
    - Czuję, jakby nigdy nie były moimi przyjaciółkami. Jeśli się pomyliłam to... To co? Tyle lat żyłam, myśląc, że mogę na nich polegać, wyjawiając im swoje tajemnice. Nie mam pojęcia, co ja teraz zrobię. Niby mam Josha i Alyss, ale to nie to samo. Oni są starsi, no i czasami fajnie jest mieć kogoś, na kim można polegać w szkole. Josh, jako chłopak, nie rozumie czasami moich decyzji i muszę mu tłumaczyć, dlaczego zrobiłam tak a nie inaczej. Z dziewczyną byłoby inaczej.
    - Wiesz, zawsze możesz na mnie liczyć - uśmiechnęła się.
    - Pewnie, ale ty masz swoją grupkę przyjaciół, ja miałam swoją. Jakoś nieswojo się czuję na samą myśl o tym, że mogłabym się zacząć kolegować z kimś innym.
    - To kwestia przyzwyczajenia. Ale do przyjaźni nie można nikogo zmusić.
    - Tak, to chyba dlatego, że się przyzwyczaiłam, że mogłam na nie liczyć i teraz nagle taki zawód...
    - Nie kolegowałam się z nimi jakoś mocno, ale mnie też powoli zaczynały wkurzać tą swoją gadką o Japonii, Korei, o tych "ślicznych" chłopakach. Każdy ma swój gust i to nawet nie o to chodzi, że mnie się nie podobają, bo na pewno jakiś jest ładny. Tylko że ja się koleguję z Adamem, Żabą, a one tak bardzo obnoszą się z tym, że są nietolerowane w klasie, że to jest... Robią z siebie takie ofiary losu - zaśmiała się cicho. - Przepraszam, to ty miałaś się wyżalać mi a nie ja tobie. Już cię słucham.
    - Nie masz za co przepraszać. To ja ci powinnam podziękować. Dobrze jest usłyszeć, że się nie zwariowało, że ktoś inny myśli podobnie, że wie, jak się czuję. Kochana jesteś! - Maya pocałowała Alex delikatnie w policzek.
    - Nie ma za co. Polecam się na przyszłość. To co, idziemy? Chłopaki prosili, bym namówiła cię na jakąś grę u nich. Co ty na to? Musisz iść, bo mi nie odpuszczą, gdy przyjdę sama! - zawołała Alex, ciągnąc koleżankę za rękę.
    - Za chwilę, ok? Powinnam zadzwonić do mamy. I może do Josha. Pewnie się martwią. Dawno z nimi nie rozmawiałam.
    - Ale widzimy się u Adama i Marka?!
    - Niech ci będzie! Choć myślałam, że mają mnie już serdecznie dość.
    - No coś ty! Uwierz mi! Na pewno nie mają cię dosyć! - uśmiechnęła się łobuzersko.
    - Ty coś wiesz - wytknęła jej Maya. - I mi nie powiesz? Swojej nowej najlepszej przyjaciółce?
    - Wybacz, nie mogę. Ale niedługo sama się dowiesz - krzyczała, oddalając się od nie. - Tylko pamiętaj, obiecałaś przyjść!
    - Wiem, wiem! - pomachała jej. Wyciągnęła telefon, gdy Alex odwróciła się i pobiegła w kierunku wejścia  do hotelu.
    Zawahała się. Czy była gotowa zmierzyć się z prawdą, która czekała na nią tak blisko, a jednak tak daleko? Czy potrafiłaby zapytać mamę o najistotniejsze rzeczy? I najważniejsze. Czy zrozumiałaby tok myślenia rodzicielki, który kazał jej Mayę okłamywać od samego początku.
    "Nie okłamywać, głupia!" - usłyszała cichy głosik w głowie. - "Po prostu nie powiedziała ci tej rzeczy. Na pewno miała ku temu powody."
    Mimo wszystko pierwszy wybrała numer Josha. Co się odwlecze, to nie uciecze. I tak czekała ją konfrontacja z mamą. Teraz wolała usłyszeć kojący głos przyjaciela.
    Odebrał niemal natychmiast. Jakby siedział przy telefonie od dłuższego czasu i czekał aż zadzwoni. To byłoby do niego podobne. Zawsze przejawiał wobec niej nadopiekuńczość. Czuł się w obowiązku ją chronić przed całym złem świata. Oczywiście przed wszystkim nie potrafił jej ochronić - tak jak to było teraz - i tym bardziej się zadręczał. To, że nie dawała znaku życia przez parę dni, było do niej kompletnie niepodobne.
    - No nareszcie! Już myślałem, że ci się coś stało! - zawołał na powitanie.
    - Hej - odezwała się cichutko. Nieważne, czy na nią krzyczał, był zły czy okazywał swą przyjacielską miłość - zawsze jego głos ją uspokajał. I tak było tym razem. Gdy tylko go usłyszała, lżej się jej zrobiło na sercu. Mimowolnie uśmiechnęła się i westchnęła prawie niesłyszalnie. - Co tam? Wszystko w porządku?
    - Co? To raczej ja powinienem zadawać te pytania! To ty nie odpisywałaś na moje smsy, nie oddzwaniałaś! Wiesz jak się martwiłem?
    - Przepraszam. Po prostu potrzebowałam czasu, by wszystko sobie poukładać. Rozmawiałam z Alex i stwierdziłam, że kto jak kto, ale ty jesteś moim przyjacielem. Bo jesteś, co nie? Nigdy byś mnie nie zdradził?
    - Co to w ogóle za pytanie? - oburzył się. - No jasne, że nie! Prawdziwi przyjaciele tak nie robią, przecież wiesz.
    - Ja tylko potrzebowałam potwierdzenia - szepnęła. - Dziękuję. Ja ciebie też nigdy nie zawiodę.
    - Wiem o tym i bez twoich zapewnień - zaśmiał się krótko. - To co, powiesz mi wreszcie co u ciebie?
    - A jak ma być? Nie słychać? Siedzę sobie na huśtawce i przed chwilą wypłakiwałam oczy przez takie jedne, ale już wszystko w porządku. Jak wspominałam, przyszła Alex, trochę pogadałyśmy. Czuję, że stoi za mną murem. Nie żebym zbierała armię, po prostu stara się mnie zrozumieć. Kto wie, może nawet rozumie mnie bardziej niż ja sama? Bo szczerze to od pewnego czasu siebie kompletnie nie ogarniam!
    - Szczerze? Ja również. Ale cieszę się, że już przestałaś się tak przejmować. Mówiłem, że nie warto.
    - Serio? Nie przypominam sobie.
    - No jak nie? Dokładnie tak mówiłem! Słowo w słowo!
    - Niech ci będzie. Nie mam siły na kłótnie - powiedziała pojednawczym tonem. - Lepiej opowiadaj, co u was!
    - Całkiem całkiem. Trochę nudno bez ciebie, ale dajemy radę. Alyss drażni się z Mayą, bo akurat jest u nas.
    - Och, czyli ci przeszkadzam? Czemu nie mówisz? Przecież Maya to święta rzecz! Nie może czekać na swojego księcia! - zawołała.
    - Przestań się wydurniać. Ona doskonale rozumie, że jesteś dla mnie jak siostra, tylko że trochę lepsza. Wie, że zamieniłbym się; Alyss odesłałbym twojej mamie a ciebie sobie przywłaszczył. Z tamtej nie ma za grosz pożytku! Au! To bolało!
    - Miało boleć! - W tle rozróżniła głos swojej blond przyjaciółki! - Wszystko słyszałam! Wiesz, też bym się zamieniła. Wolałabym mieć siostrę niż takiego brata jak ty! Hej, Maya! - Wyrwała telefon Joshowi i krzyczała teraz do słuchawki. - Ta dziewucha jest nie do zniesienia! Szarogęsi się tu już drugi dzień, doprowadza mnie do szału, a Josh ma do mnie ciągle pretensje, że się źle zachowuję! Gdybyś tylko tu była! Ty wiesz, co ona zrobiła? "Przez przypadek" przewróciła moje perfumy, które spadły na podłogę i roztrzaskały się w drobny mak! Te różowe! Słyszysz? A mój braciszek stwierdził, że i tak było ich niewiele, więc to żadna szkoda! Jednak mężczyzna nie zrozumie nigdy kobiety! - zakończyła z bólem.
    - Przykro mi. Wiem, że bardzo je lubiłaś. Ale przynajmniej będziemy miały pretekst, by jechać na kolejne zakupy - uśmiechnęła się Maya.
    - Oo tak! Zdecydowanie musimy się na nie wybrać! I Josh razem z nami! Tak tak, kochaniutki, będziesz odpokutowywał swoje winy jako tragarz i szofer. Gdy tylko Maya wróci! Właśnie, kiedy wracasz? - zaciekawiła się Alyss. Maya podliczyła szybko kolejne dni wycieczki. Nie wiedziała kiedy, straciła poczucie czasu. Czyżby minęło już tyle dni? Kiedy? Gdzie? Jeszcze raz wykonała rachunek. Tak, wszystko się zgadzało. - Za cztery dni.
    - To dobrze! Stęskniłam się, wiesz? Powinnam się na ciebie obrazić, bo obiecałaś dzwonić, a jak na razie to to jest twój pierwszy raz! Ale nie będę taka. Doskonale rozumiem, że masz inne zajęcia, na pewno ciekawsze - zaśmiała się pod nosem.
    - Muszę ci przypomnieć, że Maya nie jest taka jak ty - odezwał się Josh.
    - Och, proszę cię! Chyba tylko chory na umyśle nie bawiłby się na takiej wycieczce!
    "Ach, no tak, bo ja jestem chora na umyśle. Dlatego się nie potrafię bawić i cieszyć. Taak, to zdecydowanie o to chodziło." - westchnęła Maya.
    - Wiecie co, powinnam kończyć. Muszę jeszcze zadzwonić do mamy, a obiecałam kolegom, że wpadnę do nich i w coś zagramy. Jeśli znajdę czas to się jeszcze odezwę. Jeśli nie, to widzimy się za cztery dni. Pa! Kocham was!
    - My ciebie też! Cześć! - rozłączyła się. Odetchnęła głęboko. Jak dobrze było usłyszeć ich roześmiane głosy, te nad wyraz normalne problemy! Tak bardzo chciała mieć podobne rozterki! Jednak nie takie życie jej było pisane. Wzięła jeszcze jeden głęboki wdech i wybrała numer mamy. Spodziewała się tej samej bury, może nawet gorszej, co od Josha. Jednak nie. Jej rodzicielka przywitała się grzecznie po czym stwierdziła, że nie ma do niej żalu, że się nie odzywała. Po to przecież wyjechała. By cieszyć się wolnością. Maya zaśmiała się gorzko.
    - Wolnością powiadasz? No to posłuchaj, co mam ci do powiedzenia. - I opowiedziała jej wszystko. O porwaniu, o torturowaniu. Nie wspominała o kłótni z przyjaciółkami. Na to jeszcze przyjdzie pora. Teraz najważniejsze były inne pytania. - Więc jak, wiesz, kim są Strażniczki? I czy mają coś wspólnego z moim naszyjnikiem? Bo tylko tyle zdołałam wywnioskować. Zawsze powtarzałaś, bym strzegła go jak oka w głowie.
    - Tak - szepnęła.
    - To dlaczego mi nic o nich nie powiedziałaś? - wyrzuciła jej Maya.
    - Bo byłaś jeszcze za młoda! Naprawdę chcesz znać prawdę?
    - Jeszcze się pytasz? Oczywiście, że tak. Skoro mam za to coś zginąć, to chyba powinnam wiedzieć, ile warta byłaby moja śmierć. Czy w ogóle warto ginąć za taką małą rzecz.
    - Nie ocenia się rzeczy po pozorach! - upomniała ją mama. - I co ty wygadujesz? Nie umrzesz!
    - Tak? To ciekawe, bo już raz otarłam się o śmierć przez ten naszyjnik! Powiesz mi wreszcie, dlaczego jest taki ważny?
    - Tak, ale jeśli stoisz, to lepiej usiądź. I proszę, nie przerywaj mi, bo to długa historia i nie chcę niczego pominąć. Szkoda tylko, że musisz dowiedzieć się w ten sposób...


~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej :) Macie wcześniej, bo tak. Długo musieliście na ten czekać, więc mogę trochę wcześniej dodać. Szkoda tylko, że jest coraz mnie wyświetleń i komentarzy. No nic, ale po dzisiejszej chemii i fizyce nic mnie już nie zdołuje ;p
    Nie wydaje Wam się czasami, że Maya ma jakieś dziwne huśtawki nastroju? :D Bo mnie to się zdaje co najmniej dziwne :D No ale to jest taka bohaterka, której szybko nie ujarzmię, dlatego za wszystkie niestosowne ustępstwa od normy przepraszam. No i koniecznie komentujcie. Może macie jakieś sugestie do tego, co miałoby się wydarzyć? :) Bo bardzo lubię czytać Wasze pomysły nawet jeśli miałabym ich nie użyć, ale może akurat, któryś mi się spodoba? :)
    Ściskam Was mocno!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

~10~


    Drzwi za nimi zatrzasnęły się. Na sekundę, może dwie nastała ciemność, jednak po chwili pochodnie rozbłysły migoczącym, czerwonawym światłem, oświetlając długi korytarz bez okien. A przynajmniej tak wydawało się dziewczynie na początku, ale gdy oczy przyzwyczaiły się do nikłego światła, zauważyła wysokie, wąskie okna, nie przepuszczające promieni słonecznych. Maya rozejrzała się dyskretnie. Szli cały czas prosto; za sobą zostawili sporych rozmiarów wrota, których pilnowała straż. Korytarz był wysoki na jakieś pięć metrów. Podłoga została wyłożona marmurem, a ściany wyglądały tak, jakby ktoś wyciosał je w kamieniu. Wszystko było tam czarne, a jedynymi odgłosami, jakie rejestrowała Maya to stukot butów i szept rozmowy mężczyzny, który jechał z blondynką autem z tym bladym kościotrupem zwanym Barloc'iem.
    Maya nie zauważyła żadnych drzwi po bokach. Był tylko korytarz z jednej strony otoczony zimną, kamienną ścianą, a z drugiej wysokimi, brudnymi oknami. Cały czas popychana, niemal wleczona siłą przez swoich oprawców, miała serdecznie dość tego miejsca. Palce stóp, jak i łokcie, za które trzymali ją mężczyźni, bolały ją niemiłosiernie.
    Po dwudziestu minutach marszu stanęli przed wykonanymi z ciemnego drewna drzwiami. Dziewczyna próbowała unormować swój oddech, ale za bardzo się bała. Z bijącym głośno i szybko sercem, wpatrywała się w brązowe wrota, do których właśnie zapukano.
Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, ukazując na podłodze smugę białawego światła. Barloc pchnął je mocniej.
    Gdy weszli do środka, blondynka nie mogła się nadziwić temu, jak bardzo to pomieszczenie różniło się od korytarza, którym tutaj doszli. Podłoga była drewniana, wypolerowana na błysk, a na ścianach wisiało mnóstwo fresków i obrazów. Pod sufitem, na długim i grubym łańcuchu wisiał ogromny żyrandol, wykonany ze szkła, który oświetlał pokój. Pośrodku, jako jedyny mebel w tym pomieszczeniu, stał sporych rozmiarów, drewniany stół, przy którym siedziało siedem osób.
    To właśnie tam poprowadzono Mayę. Chciała znów stanąć o własnych siłach, z godnością spojrzeć tym dziwnym postaciom w oczy, lecz nie było jej to dane. Mężczyźni z premedytacją popchnęli ją w kierunku stołu. Dziewczyna upadła, rozdzierając sobie przy tym nogę. Rana ciągnęła się praktycznie przez całą piszczel. Skrzywiła się i syknęła z bólu. Łzy napłynęły jej do oczu, lecz nie pozwoliła im wypłynąć na policzki.
    Ktoś zacmokał zniesmaczony.
    - Chłopcy, nie możecie być tak nieuprzejmi dla naszego gościa - usłyszała cichy, przesycony jadem głos. - Xavier, proszę, pomóż jej wstać.
    Poczuła, jak czyjeś zimne ręce pomagają jej podnieść się z podłogi. Gdy już stała, szybko wyrwała się z ramion Xaviera, który okazał się być tym samym chłopakiem, który pomógł jej utrzymać równowagę na podjeździe.
Malcolm - ten w czapce
    Stała praktycznie tylko na lewej nodze, bo prawa ją strasznie bolała. Czuła jak spływa po niej krew. To nie było miłe uczucie. Na razie jednak nie przejmowała się tym. Jedyne czego pragnęła to wydostanie się z tego okropnego domu.
    Dziewczyna spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę. Był młody.
Evanlyn
Miał krótkie, blond włosy, zielone oczy i jednodniowy zarost. Prosty nos marszczył, jakby czuł coś nieprzyjemnego.Usta wykrzywił w drwiącym uśmiechu. Ubrany był w białą koszulę z kołnierzem, ciemne, jeansowe, przetarte spodnie i czerwone trampki. Na plecach opadała mu czarna peleryna, którą zawiązał pod szyją. Płaszcz sięgał do samej ziemi. Uwagę Mayi przykuł jednak sporych rozmiarów pierścień na jego prawej dłoni. W jego centralnej części znajdowały się głowy dwóch węży, których splecione ciała formowały pierścień. Widząc, że dziewczyna zainteresowała się tą błyskotką, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
    - Na pewno jesteś ciekawa, dlaczego cię tu zaprosiłem - powiedział, siadając przy jednym z krótszych boków stołu.
    Po jego prawej stronie zasiadała wysoka, młoda kobieta o długich, czarnych, kręconych włosach i prawie czarnych oczach. Jej blada cera całkowicie nie pasowała do koloru jej włosów i oczu, ale nie wyglądała przez to brzydziej. Wręcz przeciwnie. Przynosiło to jej pewien urok. Również miała na sobie czarną pelerynę, a pod nią czerwoną, opinającą jej biust suknię i czarne buty na obcasie. Po lewej stronie mężczyzny, a tyłem do Mayi siedziała jakaś postać, której dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować, bo miała na głowie szeroki kaptur. Reszcie zebranych nie przyjrzała się dokładniej. Zapamiętała jedynie, że siedział tam jeden siwy staruszek, jedna kobieta koło czterdziestki i dwóch chłopaków w jej wieku.
Will
    - Dziękuję chłopcy, możecie odejść - zwrócił się do mężczyzn, którzy ją tu przyprowadzili. Zostali tylko Barloc i ten wytatuowany jegomość z siedzenia pasażera. - Barlocu, Yannicku, dołączcie, proszę, do nas - wskazał na wolne miejsca przy stole. Uśmiechnął się, spoglądając na dziewczynę. Nagle przybrał zdziwiony i nieco zawstydzony wyraz twarzy, ale Maya doskonale wiedziałam, że to tylko gra. - Ale gdzież moje maniery? Nawet się nie przedstawiłem - przypomniało mu się. - Nazywam się Malcolm - skłonił się płytko. Właściwie tylko skinął głową. - Barloca i Yannicka już znasz - wskazał mężczyzn. - Po mojej prawej zasiada Evanlyn, dalej mamy Gundara, Nate'a, Toma, Willa
i och, wybacz, damy powinienem przedstawić na początku! Cass, moja droga, siedziałaś tak cicho, że zupełnie o tobie zapomniałem! - zawołał oburzony.
    - Nic się nie stało, panie - bąknęła pod nosem, spuszczając wzrok na blat stołu.
    - A to - wskazał na blondynkę - jest Maya. Maya, Maya, Maya... - westchnął.- Zapewne młodziutka, niedoświadczona Strażniczka, czyż nie?
    - Nic nie wiem o żadnych Strażniczkach! - Mimo strachu zdołała wydusić z siebie prawdę.
    - Czy mama nie nauczyła cie, że nie powinno się okłamywać ludzi? - zapytał uprzejmym głosem, obchodząc ją dokoła. Nawet nie zauważyła, kiedy wstał. Próbowała nie stracić go z oczu, ale każdy gwałtowny ruch ją bolał. - Widziałem, że zaciekawił cię mój pierścień - zaczął z innej beczki, stając przodem do niej i patrząc w swoją dłoń. Palcami lewej ręki obracał pierścień, jakby chciał go zbadać z każdej strony bardzo dokładnie. - Ma bardzo interesujące zastosowania. Dzięki niemu potrafię, na przykład, przywołać strażników, którzy są w kompletnie innej części domu. Mogę sprawić, że nóż przyleci do mojej wyciągniętej ręki - podniósł dłoń, patrząc prosto w oczy Mayi.
    W ciągu sekundy przyleciał do niego ostry jak brzytwa nóż. Malcolm od niechcenia złapał go w wyciągniętą rękę. Maya z trudem powstrzymała się od krzyku. Bała się jak nigdy dotąd. Mężczyzna z tak groźną bronią wyglądał jakby się dobrze bawił.
    - Radziłbym współpracować. Nawet nie wyobrażasz sobie, co to cudeńko potrafi - zrobił chwilową pauzę, zapewne dla lepszego efektu. - A więc, co wiesz o Strażniczkach i Zakonie? - zapytał jeszcze raz.
    - Już mówiłam, że nic nie wiem! - szepnęła przez zaciśnięte gardło. Tak bardzo chciała znać odpowiedź na pytania Malcolma!
    - Panie, uważam, że powinieneś pozwolić mnie to zrobić - odezwała się Evanlyn.
    - A niby dlaczegóż to? - zdziwił się. - Sądzisz, że nie dam sobie rady z tą smarkulą?
    - Och nie, oczywiście, że nie. Po prostu pomyślałam, że może jako kobieta... Szybciej bym z niej coś wydusiła. - Im dalej brnęła w wyjaśnienia, tym bardziej traciła wiarę w siebie. Na koniec skuliła się na krześle, co było do niej niepodobne. Starała się nigdy nie okazywać słabości.
    Wiedziała, że przesadziła, a wybuch Malcolma tylko to potwierdził.
    - Śmiesz twierdzić, że poradziłabyś sobie lepiej ode mnie? - aż kipiał ze złości. Wypluwał słowa tak szybko, że Maya ledwo mogła go zrozumieć.
    - Nie panie, oczywiście, że nie!
    - Zejść mi z oczu! Wszyscy! - ryknął na pozostałych, wymachując ręką, która dzierżyła nóż.
    - Tak, panie - szeptali wszyscy po kolei, kłaniając się jak najniżej. Malcolm wziął kilka głębszych wdechów.
    - Wiesz, moja droga, mój pierścień ma jeszcze jedną właściwość; potrafi wydobyć z człowieka najbardziej straszne dla niego rzeczy. Przed nim nic się nie ukryje. Niekoniecznie lubię z tego korzystać. Za dużo przy tym krzyku, ale cóż, nie pozostawiasz mi wyboru.
    Delikatnie, niby od niechcenia, przesunął dłonią w powietrzu między jego twarzą, a twarzą Mayi.
    Dziewczyna znalazła się w dziwnym świecie. Z zewnątrz wydawać by się mogło, że straciła wzrok. Spojrzenie utkwione miała w czymś przed sobą, ale tego nie widziała. Bielmo zasnuło jej błękitne tęczówki. Widziała za to rzeczy, które pokazywał jej pierścień. A były to straszne rzeczy! Ciało mamy całe we krwi. Potem Jsoh, który ją zostawia, mówiąc jaka to ona jest naiwna i głupia. Maya tak bardzo pragnęła tego nie widzieć. Ale nawet, gdy przymykała powieki, obraz zostawał. Nie chciała płakać, ale łzy same ją zapiekły.
    Potem usłyszała pisk. Pisk Abby. Przerażonej, zdezorientowanej, niewinnej. Nawet nie zorientowała się, że sama również krzyknęła.
    - Co wiesz o Strażniczkach... - nie dokończył pytania, bo Maya mu brutalnie przerwała.
    - Nic nie wiem! Gdybym wiedziała, to bym ci powiedziała! - krzyczała, szlochając i spazmatycznie łapiąc oddech.
    Poczuła na szyi coś ostrego i zimnego. Wiedziała, że mężczyzna przystawił jej nóż do gardła. Nie trzeba było być nie wiadomo jakim geniuszem, by to zgadnąć. Łzy leciały jej ciurkiem po bladych ze strachu policzkach.
    Przed oczami widziała tylko ciemność. Zawsze bała się mroku. Bała się, że kiedyś oślepnie, że już nie zobaczy światła, mamy, młodego, Josha. Albo że kiedyś obudzi się w trumnie pogrążona w egipskich ciemnościach i nikt nie będzie potrafił jej pomóc, bo będą myśleli, że nie żyje.
    Zaczęła wrzeszczeć, szarpać się, wyrywać. Malcolm uśmiechnął się. Wiedział, że wygraną ma już w kieszeni.
    Nie przewidział jednej, drobnej rzeczy. Tego, że ktoś będzie próbował Mayi pomóc.
    Prawie wszyscy członkowie Zakonu wpadli przez drzwi, wywarzając je. Jakaś kobieta podbiegła do porzuconej przez Malcolma Mayi. Przytuliła mocno szlochającą dziewczynę, która odzyskała wzrok, lecz nadal nie otwierała oczu. Kobieta pomogła jej wstać i zaprowadziła do auta, gdzie dziewczyna zapadła w mrok. Ciemność nie do przebicia...
    Maya obudziła się, szlochając. Bardziej wyczuła niż słyszała, że krzyczała. Rozejrzała się dokoła. Przez załzawione oczy zauważyła, że w pokoju nie było ciemno, choć do zachodu słońca zostało parę minut.
    Leżała na łóżku w swoim pokoju w hotelu, przykryta kołdrą i ubrana w bluzę Adama.
Głowa bolała ją niemiłosiernie, noga rwała bólem nie do zniesienia. Delikatnie odciągnęła kołdrę na bok i zauważyła gruby bandaż na piszczeli. Jęknęła, wycierając rękawem mokre policzki. Wzięła głęboki oddech.
    "Już wszystko jest ok" - powtarzała sobie aż do znudzenia.
    Wstała i cudem dotarła do łazienki. Spojrzała w lustro. To, co w nim zobaczyła, przestraszyło ją. Puste oczy, wymalowany strach na twarzy, zadrapania na szyi. Włosy miała potargane, cały makijaż rozmazany, a nad dekoltem można było zauważyć kropelki zaschniętej krwi. Przeczesała włosy palcami, ochlapała twarz zimną wodą z kranu. Na niewiele się to zdało.
    Maya zarejestrowała również sińce na łokciach i opatrunek na ramieniu. Dziewczyna musiała chwilę pomyśleć, nim zorientowała się, skąd ten bandaż pochodzi. A został jej po ostatniej wizycie lekarza, gdy zemdlała na korytarzu. Ściągnęła szybko opatrunek, by zobaczyć, co z raną. O dziwo, skaleczenie zniknęło! Na jego miejscu blondynka zobaczyła dziwną, czarną ósemkę podobną do tatuażu. Nie przejęła się tym jednak za bardzo. Nie to się dla niej liczyło w tamtej chwili.
    "Może jeszcze śnię" - pomyślała i pokuśtykała do pokoju. Dziewczyn nie było. - "Ciekawe czy w ogóle się mną przejęły." - zaszydziła.
    Usiadła na łóżku, miętoląc w dłoniach rękaw za długiej bluzy. Zastanawiała się, co się stało i jak trafiła do tego pokoju. Miała tyle luk w pamięci! Nie lubiła tego! Musiała się jak najszybciej wszystkiego dowiedzieć. Tylko jak?
    Rozejrzała się po pokoju, jakby odpowiedź miała się sama w nim pojawić. I w pewnym sensie tak się stało. Bo do pokoju wszedł Adam, a tuż za nim Shane. Obaj ze zmartwionymi minami. Gdy zauważyli, że Maya nie śpi, ucieszyli się niezmiernie i szybko podeszli bliżej.
    - Jak się czujesz? - zapytał Shane, siadając na końcu łóżka.
    - Bywało lepiej - wycharczała przez suche gardło.
    - Humorek dopisuje? - chciał ją rozbawić Ad.
    - Nie za bardzo - szepnęła, chrząkając co chwilę, by pozbyć się chrypki. - Gdzie dziewczyny? - zapytała, widząc zmieszaną minę bruneta.
    - Na stołówce. Przespałaś kolację. Jeśli chcesz to.... - nawijał Adam.
    - Nie jestem głodna - przerwała mu. - Ale skoro ci się chce, to może mógłbyś mi przynieść herbatę, co?
    - Jasne, za chwilę wracam. - I już go nie było.
    W pokoju zapadła cisza.
    - Chciałem... Czy.... - jąkał się Shane, próbując o coś Mayę zapytać.
    - Przepraszam, ale na razie nie mam ochoty rozmawiać o tym, co się stało. Najpierw muszę to wszystko sobie poukładać, wyjaśnić pewne sprawy. Na przykład to, jak się tu znalazłam? Pamiętam, jak przez mgłę, że siedzieliśmy w autobusie...
    - Przynieśliśmy cię tutaj - wzruszył ramionami. - Opatrzyliśmy nogę i położyliśmy. Tyle.
    - Dziękuję - uśmiechnęła się smutno, spoglądając niepewnie na chłopaka.
    - Powinnaś zadzwonić do mamy - zauważył.
    - Zadzwonię - zapewniła. - Tylko jeszcze nie teraz - szepnęła. Patrzyła przez okno, za którym słońce skryło się już za horyzontem.

~~~*~~~*~~~

Hej ;p Po pierwsze chciałam tylko powiedzieć, że z tych wszystkich tutaj najważniejszy będzie w dalszej części Malcolm. Co do reszty nie wiem, ale jakby co, będę tłumaczyć, bo wiem, że jest tu sporo bohaterów. Ale jak zauważyliście nie wszyscy co są w zakładce "Występują" są na jakimś głównym miejscu w tym opowiadaniu. Dodałam ich tam, bo uważałam, że będzie wam łatwiej sprawdzić coś w zakładce aniżeli szukać po całym opowiadaniu. Dlatego tam jest PRAWIE cała ich wycieczka - są jeszcze chyba 4 osoby nie będące na wycieczce.
Chciałam jeszcze tylko podziękować Mirandzie za nominację - zawsze o tym zapominałam, a to było już daaawno temu :) Dziękuję Ci ;*
Do napisania
Zuza ;*
Mrs Black bajkowe-szablony