Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Dziedzictwa Planety Lorien, czyli niecodzienna saga o kosmitach


Dziedzictwa Planety Lorien jest to saga opowiadająca o przybyłych na Ziemię uciekinierach z nieistniejącej w naszym układzie słonecznym planety - Lorien. Na początku poznajemy Johna i jego opiekuna, Henriego, którzy uciekają od jednego miejsca do drugiego po całych Stanach Zjednoczonych przed inną rasą kosmitów, którzy opanowali ich planetę. Opowieść o wojnie, o pokonywaniu własnych słabości, o miłości, która poddana jest wielu próbom. Książki zawierają wiele ciekawych wątków, kilku naprawdę fajnych bohaterów oraz historię Lorien i jej mieszkańców.


Dziedzictwa Planety Lorien zaczęłam czytać po obejrzeniu filmu "Jestem Numerem Cztery". Tak mnie zaciekawił, a końcówka już w ogóle kompletnie zwaliła z nóg, że po prostu musiałam dowiedzieć się, co się dalej wydarzy. I tak od jednej części do drugiej, aż jestem właśnie w trakcie czytania piątej części.

Denerwuje mnie to, że niektóre wprowadzenia do historii znajdują się w dodatkowo wydanych książkach tzw. "Zaginionych Kartotekach", które nie są wydane wszystkie w Polsce. Jedynie kilka z nich jest profesjonalnie przetłumaczonych i wydanych w formie książek. Trochę to denerwuje, kiedy zaczyna się czytać kolejną część i czasem jest coś, jakiś drobny szczególik, jakaś drobna wzmianka, co ni jak pasuje. A okaże się, że jeżeli przeczyta się kartoteki odpowiednio w czasie, wszystko ułoży się w logiczną całość i ma się obraz całej sytuacji. Te historie w kartotekach są chyba tak stworzone, by nie zaburzały wątków w głównych książkach, ale, kiedy przeczyta się wszystko po kolei, to nie czuje się takiej pustki. Wtedy wszystko jest dopowiedziane. A ja jako wymagający i bardzo wczytujący się w historię czytelnik, lubię mieć wszystko po kolei wytłumaczone.

Nie potrafię wybrać części, która najbardziej wyróżniałaby się spośród reszty. Każda czymś mnie zachwyciła, czymś zasmuciła, rozweseliła. Chyba każda miała taki moment, gdzie mówię "Boże, już więcej tego nie czytam!". Ale wracam, bo to jest silniejsze ode mnie. I tak oto właśnie kończę ostatnią wydaną część "Zemstę Siódmej". I w niej również nie mogę się przemóc i skończyć tylko że z innego powodu. Bo wiem, że jeżeli przeczytam to będę musiała długo czekać na koleją część. A jeżeli jeszcze poprzedniej nie skończyłam, to zawsze mogę do niej spokojnie wrócić i kawałek przeczytać i delektować się słowami. Głupie, prawda?


Bardzo przypadła mi ta seria do gustu. Pojawiło się kilkoro ciekawych postaci, m.in. Sam, który może a początku wydawał się nieco szurnięty i nieogarnięty, ale z czasem okazał się lojalnym przyjacielem i synem. To on miał zabawne momenty i był naprawdę uroczy (zwłaszcza, jeżeli chodziło o Szóstą). Również Ella i Dziewiąty (a już zwłaszcza razem) zostali wykreowani ciekawie. Co prawda, Dziewiąty miał tak wkurzający charakter, że po pięciu minutach chciało mu się przywalić patelnią w łeb, ale miał to coś i po prostu trzeba było mu później wszystko wybaczyć.

Z reszty postaci, irytowała mnie miejscami Sara oraz sama ich miłość. Mieli po te piętnaście lat, a czasami zachowywali się jakby mieli po trzydzieści. Trochę to nierealne, choć może Loryjczycy, którzy podobno zakochiwali się raz na całe życie, tak właśnie mieli.

Okazuje się, że brakuje mi postaci, których bym nie lubiła od początku do końca. Oczywiście jest Setracus Ra, ale on, jako zły charakter, z definicji jest ten, którego się nie lubi (choć ja przez pewne wydarzenia nie znoszę go jeszcze bardziej; nie chcę spojlerować, ale jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć, pytajcie). Nawet Piątego lubię, ponieważ wiem, dlaczego zrobił to, co zrobił. Chciał się ratować i to trochę nieszlachetne, ale kto powiedział, że każdy musi zachowywać się jak John i wszystkich ratować? Spodobała mi się jego postać, ponieważ trochę nieszczęśliwa, samotna, wprowadziła chaosu w szeregach Gard. Oprócz nich są jeszcze pewne osoby, które krótko są złe, ale później przechodzą na dobrą stronę (zdecydowanie za dużo ich, choć bez nich Loryjczycy nic by nie zdziałali).

Najsmutniejsze momenty? To jasne, że zaliczam do nich wszystkie śmierci, a było ich niemało. Najbardziej wstrząsnęła mną jedna śmierć, która była całkiem niepotrzebna i która w sumie stała się przez przypadek. Najbardziej zapamiętałam historię śmierci Cepana Ósmego, kiedy kobieta, w której był zakochany, wydała ich Mogadorczykom. Bliscy podobno krzywdzą najbardziej, prawda?

Książki trzymają w napięciu, jest mnóstwo ciekawych wydarzeń, ale i zwykłego życia, dzięki czemu nie jest to tylko opowieść o kosmitach, ale również o nastolatkach. Oprócz galaktycznej wojny, mają problemy z prawem, z zaaklimatyzowaniem się w nowej szkole czy miejscu, do którego akurat przybyli. Nieporozumienia z opiekunami są na porządku dziennym. Wydają się tacy, jak my. Jedyne, co ich odróżnia to pochodzenie i Dziedzictwa podarowane im od samej planety. Każdy z nich ma coś innego, choć, jak się później okazuje, niezupełnie jest to prawda. Mówiono, że będą gotowi do walki, kiedy każdy z nich zdobędzie Dziedzictwo, które wspomoże go w walce. I takim sposobem, każdy z Gardów posiadał kilka darów.

Dużo by jeszcze opowiadać, więc może zostawię Was z tymi informacjami. Jeżeli macie jakieś pytania, walcie śmiało. A może chcielibyście szczegółową recenzję każdej po kolei książki z serii? Albo jakiejś innej? Chętnie podejmę się wyzwania. Właśnie rozpoczęłam ferie, więc mam chwilkę ;)

A Wy? Przeczytaliście Dziedzictwa? A może oglądaliście film? Albo zamierzacie? Naprawdę polecam tym, którzy lubią klimaty fantasy i kosmiczne. Pojawia się w książce mnóstwo ciekawych wątków i przygód. Walka dobra ze złem - niby powszechny temat, ale uważam, że warto sięgnąć po książki nawet dla zwykłej przyjemności.

Ps. W mojej skromnej kolekcji brakuje kilku kartotek i trzeciej części "Droga Dziewiątego". Dlatego nie ma ich na zdjęciach ;) 

sobota, 11 kwietnia 2015

Fakt autentyczny,

czyli jak szybko stracić najlepsze przyjaciółki. 

Od bardzo dawna zastanawiałam się, jak ukazać postacie Chloe i Wendy w tym opowiadaniu. Bo historia ta okazała się odbiegać od wątku ich przyjaźni z Mayą (i bardzo dobrze, bo nie o to mi chodziło), ale wydaje mi się, że pewne sprawy potrzebują wyjaśnienia; czuję, że powinnam coś do tego dopowiedzieć. Odrębnego rozdziału nie chciałabym tworzyć, dlatego postanowiłam napisać króciutkie miniaturki, które, mam nadzieję, postawią w odpowiednim świetle przyjaźń dziewcząt i to, dlaczego stało się tak a nie inaczej.

A do stworzenia jednej z nich, zainspirowała mnie rozmowa z jedną dziewczyną, nie wiem, czy się pomylę, jeżeli powiem, że moją byłą przyjaciółką. Dzięki niej zauważyłam, dlaczego tak silna więź może tak nagle zniknąć. A może tej silnej więzi wcale nie było?

Zapraszam serdecznie do przeczytania miniaturek! ;)


Strach się bać! 


   Maya siedziała w pokoju i przeglądała zdjęcia, których miała mnóstwo na laptopie. Za oknem hulał chłodny wiatr, do tego od kilku minut padał ulewny deszcz. Atmosfera na dworze sprzyjała humorowi, jaki udzielił się dziewczynie. Blondynce wzięło się na wspomnienia. W jej głowie co rusz pojawiały się różne scenki, każda związana z innym wydarzeniem, które zostało uwiecznione na fotografii.
    Jedno zdjęcie szczególnie lubiła. Nie pamiętała, kiedy dokładnie zostało zrobione, ale wydawało jej się, że mogło to być w zeszłe wakacje lub jeszcze pod koniec roku szkolnego. Zawsze uwielbiały się wygłupiać, stroić śmieszne miny, zakładać na siebie to, w co normalnie by się nie ubrały. Robiły ostry makijaż, czasami przesadzony i tańczyły się, wygłupiały i uwieczniały te chwile na zdjęciach.
    Wspominając tamte czasy, jej myśli wybiegły do Wendy. Zaczęła zastanawiać się, co robiła koleżanka, jak się czuła, co chodziło jej po głowie. Pragnęła ją o to wszystko wypytać niemal od razu, lecz gdy sięgnęła po telefon, zamarła. Przeoczyła jeden mały szczegół. Przyjaciółka się do niej nie odzywała, pewnie nie chciała mieć już z nią nic wspólnego. Zawiedziona i smutna powróciła do przeglądania zdjęć lecz z o wiele mniejszą pasją niż wcześniej.
    Nie skupiała już tak wielkiej uwagi na tym, co widziała na monitorze laptopa. Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby jakoś inaczej pokierowała sprawą z dziewczynami. Czy byłoby tak, jak dawniej? Jak kiedyś? Czy chciała do tego wrócić?
    Zdecydowanie na wszystkie pytania odpowiedziała wielkie "NIE". Nic nigdy nie jest takie samo po pewnych wydarzeniach. I wiedziała, że i tym razem reguła sprawdziłaby się. Każde doświadczenie zmienia człowieka.
    Zdawała sobie również sprawę, że nie pragnęła tego, co było kiedyś. Owszem, chciałaby się dogadywać z Wen i Chloe, ale do tej pory tak wspaniale nie układało jej się z Shanem i Adamem oraz z resztą jej klasy. Uwielbiała te kontakty i nie zamieniłaby je na nic w świecie. Za bardzo czuła się w końcu zrozumiana i akceptowana.
    Mimo wszystko brakowało jej rozmów, zwłaszcza z Wen, z którą to potrafiły przegadać całe noce o wszystkim. To ona zawsze była przy niej, gdy ta potrzebowała wsparcia w związku z chłopcami. I teraz, gdy Maya miała dylemat, dziewczyny nie było przy niej. Czuła nieodpartą chęć opisania tego, co jej leży na sercu. Włączyła więc program do pisania w laptopie i zaczęła pisać to, co chciałaby powiedzieć Wendy.

   "Hej, przepraszam, że o tak późnej porze, ale mam dzisiaj taki wieczór przemyśleń i po prostu musiałam. 
    Nie wiem, czy zauważyła, ale się od siebie oddaliłyśmy. I to bardzo. Już nie jest tak, jak kiedyś. Obie się zmieniłyśmy. Tak dawno ze sobą nie rozmawiałyśmy... Coś się popsuło. Zaczęłam zastanawiać się nad przeszłością, nad tym, co było, co schrzaniłam. Nie mam pojęcia, kto w naszej relacji zawinił - zapewne wina leży gdzieś pośrodku, jak zwykle. Ale to przecież nie o to chodzi, by zwalać teraz na siebie nawzajem winę. Nie po to też piszę. Chciałabym Tobie, tak samo jak sobie same, przypomnieć, jak to było kiedyś. 
    Pamiętasz, jak było na początku? Zawsze mnie do wszystkiego motywowałaś, trwałaś i wspierałaś nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy popełniałam błędy. Zawsze we mnie wierzyłaś jak nikt inny. Dopełnialiście się z Alyss i Joshem. Mogłyśmy przegadać cały dzień a i tak miałybyśmy jeszcze mnóstwo tematów. Dzięki Tobie wiele się nauczyłam... I gdzie to wszystko? tak nagle zniknęło? 
    Nie mam pojęcia, w którym momencie tak naprawdę coś się zaczęło dziać. Pamiętam, że zaczęłaś interesować się Japonią i jak się cieszyłyśmy, że każda z nas ma jakieś państwo, które zwiedzi, jak będzie dorosła. Doskonale to pamiętam, a ty? 
    Potem przerzuciłaś się na Koreę a z czasem dołączyła do Ciebie Chloe. I wkrótce już w waszym towarzystwie czułam się niepotrzebna, niechciana. Jakbym komuś przeszkadzała... Więc zaczęłam więcej czasu spędzać z dziewczynami... a czasami wolałam być po prostu sama. 
    Ale ja spoglądam na to z mojej perspektywy, ty możesz mieć inne zdanie, chętnie dowiedziałabym się, jakie stanowisko zajęłabyś w tej sprawie. 
    To prawda, że czasami nie reagowałam na wyciągniętą dłoń, ale taka już jestem. Nie chciałam was zamartwiać, zepsuć dobrej zabawy, powiedzieć okrutnej prawdy, że czuję się odtrącona. Poza tym naprawdę nie potrafię rozmawiać o swoich uczuciach. Niewielu powiedziałam prawdę. Z pozoru może wydaję się otwartą dziewczyną, ale tak naprawdę rzadko i niechętnie przyznaję się, jak jest w rzeczywistości. A rzeczywistość jest szara i smutna. 
    Zdawałam sobie również sprawę, że nie widziałaś, że coś się działo. Może nie chciałaś widzieć. Nigdy wprost nie powiedziałaś mi, co ci się w moim zachowaniu nie podoba. Chyba nawet nie starałaś się ze mną szczerze pogadać, Teraz może jest już za późno. Wiedz jednak, że nie zapomniałam o Tobie. Prawie codziennie przed zaśnięciem zastanawiam się, co u Ciebie słychać, wiedząc, że gdybym napisała to odpisałabyś mi tylko to, co robisz aktualnie. A ja jestem ciekawa całego Twojego życia. Wszystkich uczuć. Mogłabyś mi godzinami opowiadać, a mnie by to nie znudziło, bo naprawdę ciekawi mnie, co u Ciebie. Ale nie napisałam też wcześniej do Ciebie, bo się bałam. Może tego, że mi nie odpiszesz, nadal będąc na mnie zła. Nie zniosłabym chyba, gdybyś jednak odpisała i zaczęła opowiadać o tych swoich koreańskich zespołach. Bo ja czuję do nich ogromny żal, bo, nie wiedząc, kogo obwiniać za nasz urwany kontakt, obwiniałam je. 
    Teraz już mi nie zależy. Po prostu się stęskniłam, tak najnaturalniej w świecie. A gdy słyszę od Diany, że o czymś tam pisałyście, przypomina mi się, że Ty zawsze miałaś dla mnie mało czasu... Nigdy długo nie pisałyśmy, nie rozmawiałyśmy, gdy nie byłyśmy blisko siebie.
    Myślisz czasami o mnie? Czy można być przyjaciółmi, mimo tego, że się z kimś w ogóle nie gada? Nie wie się, co u drugiej osoby? czy to ma jakiś sens, że ja Ci teraz wszystko opowiem? Nie mam zielonego pojęcia... Czy warto? 
    Chciałam Cię jedynie przeprosić za wszystkie błędy, które popełniłam. Tylko tyle..."

    Obiecała sobie, że nie uroni już ani jednej łzy. Niestety, nie dotrzymała obietnicy. Pisząc tę wiadomość zapłakała nie raz, nie dwa. Tak strasznie tęskniła za kimś, kto okazał się być niewart miłości, jaką go obdarzyła. Już nie łudziła się, że coś diametralnie się w ich stosunku zmieni. Musiałby się stać cud, żeby dziewczyny nagle schowały dumę do kieszeni i przyznały, że jednak czasami nie zauważały, że Maya po prostu nie lubi słuchać o tylko ich problemach, że nie interesują jej dylematy związane z kpopwymi zespołami. Że nie czuła się wśród nich już jak wśród najlepszych, niezastąpionych psiapsiółek. Jak się okazało, znalazły się inne osoby, które doceniły oddanie blondynki. I tylko ta myśl podtrzymywała ją na duchu.


Bo czasem trzeba odpłacić pięknym za nadobne


   Maya, jak chyba każdy prowadzący własnego bloga, miała swoje wzloty i upadki. Często dotyczyły po prostu braku motywacji do napisania kolejnej notki, czasami w ogóle nie było na nią pomysłu. W takich chwilach ważne jest, by mieć kogoś przy sobie, kto podniesie cię z dołka, powie, że masz dla kogo pisać i że nie możesz się poddać. W większości wypadkach są to czytelnicy bloga, odwiedzający, którzy swoimi komentarzami czy nawet samymi wyświetleniami, wspierają blogerkę.
    Przychodzi jednak taka chwila w życiu człowieka, że przyjaciel okazuje się niezbędny.
    I to właśnie spotkało dziewczynę. Zimny, ponury dzień. Nie ma się wtedy na nic ochoty a już zwłaszcza na pisanie; takie pisanie, które można by było pokazać na stronie. Martwiła się również ciągłym spadkiem statystyk. Nie wiedziała, dlaczego tak się działo, więc napisała do Chloe, która miała już jako takie pojęcie w blogowaniu, ponieważ miała o kilka miesięcy dłuższy staż niż Maya.
    - Hej, mam do ciebie pytanie - zaczęła ostrożnie swoją wiadomość. - Czy czytasz moje wpisy na stronce? - zapytała. Zastanawiała się nad tym już od dłuższego czasu - odkąd przestała komentować, choć zwykle to robiła po przeczytaniu notki. Czekała chwilę na odpowiedź, coraz bardziej się denerwując.
    - Wiesz, mam teraz tyle na głowie, że chyba nie znajdę czasu, żeby zajrzeć i przeczytać - przeczytała blondynka. Zaraz potem pojawiło się kolejne zdanie. - Oczywiście bardzo mi się podoba, jest super, opowiadanie bardzo wciąga i jest mega intrygujące, ale cóż...
    - Taa, jasne. Ile razy ja to już czytałam ostatnimi czasy... - odparła. Zrobiło jej się strasznie przykro. Maya starała się jak mogła, by zawsze zajrzeć na bloga przyjaciółki, by zostawić choć kilka dobrych słów, zachęcających do dalszej pracy.
    - Powinnaś prowadzić go dalej, jestem przekonana, że dasz radę - zapewniła.
    - Ja tak, ale po co, skoro i tak nikogo to nie interesuje? Po prostu przestało się podobać i tyle - westchnęła ciężko.
    - Jak mogło się przestać podobać? Oszalałaś? Opowiadanie jest cudowne!
    - Gdyby ci się naprawdę podobało, zostałabyś - stwierdziła zrezygnowana.
    - Przecież mówię ci, że nie mam czasu! - Maya aż za dobrze potrafiła sobie wyobrazić, jak dziewczyna krzyczy te słowa, minę temu towarzyszącą, wyrzut w głosie, który zawsze wzbudzał w blondynce poczucie winy, nieważne co by zrobiła. Wkurzyła się na nią. Za ten ton, który wyczuła w odpowiedzi, za to, że koleżanka jakby się od niej odwróciła. Postarała się jednak opanować, bo wiedziała, że złością niczego nie ugra. Poza tym chciała tylko wiedzieć, czy Chloe będzie odwiedzać jej bloga. A na to się nie zanosiło.
    - Wiesz, ja po prostu mam gorszy dzień - próbowała załagodzić sytuację. - Wydaje mi się, że ludziom przestało zależeć, mają gdzieś czy będę prowadziła bloga czy nie. I chciałam się tylko dowiedzieć, czy jest sens. Bo jeśli już twoja najlepsza przyjaciółka, która zawsze czytała wpisy na stronce, przestaje nagle się pojawiać, znaczy, że coś musi być na rzeczy. Ja tylko... myślałam, że mi w jakiś sposób pomożesz, coś doradzisz, może wesprzesz jakoś - postawiła sprawę jasno. Bardzo zależało jej na opinii Chloe na ten temat. Może akurat udałoby jej się coś wymyślić. Ale ona nadal była obrażona za to, że, być może Maya powiedziała wcześniej prawdę, trafiając w czuły punkt szatynki.
    - A dlaczego miałabym ci pomagać? Ty nie byłaś przy mnie, gdy ja potrzebowałam wsparcia. Tylko Alexsis ze mną była wiedziała, że coś się działo. Tylko ona wspierała mnie w najgorszym okresie mojego życia blogowego - zarzuciła jej. Maya osłupiała. Wpatrywała się w słowa, które pojawiały się na ekranie laptopa z niedowierzaniem i smutkiem. Ona, jej przyjaciółka chciała ją tak zranić, mówiąc, że jej nie pomagała? Pragnęła wypisać jej całą listę rzeczy, które dla niej zrobiła, ale nie miała siły udowadniać, że rzeczywistość przedstawiała się inaczej. Już dostrzegła, że dziewczyna nie chciała widzieć innego punktu widzenia, że pragnęła mieć w tej sprawie rację. Zamiast więc wypominać jej te słowa, uderzyła z innej strony.
    - To powiedz mi, skąd Alexisi wiedziała, kiedy cię pocieszyć? I dlaczego ja o tym nie wiedziałam? Ja znam odpowiedź. - Nie czekała, aż Chloe odpisze. - Nie powiedziałaś mi, że potrzebujesz pomocy, zawsze starałaś się być samowystarczalna i taka pewna siebie. Ale czasami się tak po prostu nie da. To smutne, że znalazłaś oparcie w jakiejś dziewczynie, której w życiu na oczy nie widziałaś i z którą prawdopodobnie za rok nie będziesz miała kontaktu. Ale może było ci tak łatwiej, wygadać się osobie, której nie znasz. Tylko teraz nie zarzucaj mi, że nie chciałam ci pomóc, bo gdybyś tylko okazała chwilę słabości, wiedziałabym, że mnie potrzebujesz i trwałabym przy tobie. Ale ty wolałaś ją ode mnie. Więc nie miej pretensji. Ja natomiast mam żal do ciebie, bo co to za przyjaźń, w której jedna osoba zwraca się o pomoc do drugiej i ta druga mówi ci, że cię nie wesprze, bo ty wcześniej również jej nie pomogłeś? A gdzie bezinteresowna pomoc? Takie coś, co jest w prawdziwej przyjaźni? - zapytała, ledwo hamując napływające do oczu łzy. Miała dosyć. Dosyć całego życia, dosyć tej chorej relacji z Chloe, dosyć wszystkiego. Więc nie czekając na odpowiedź, wyłączyła laptopa. Czuła jak serce mocno jej bije. Próbowała nad nim zapanować, ale nie potrafiła.
    Do późna w noc analizowała każde przeczytane słowo. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że Chloe ją tak potraktowała. Wydawało jej się, że zawsze mogła na nią liczyć. Myliła się jednak. I jak każda pomyłka, strasznie bolało.



    Chciałam jeszcze na koniec zaznaczyć, że tytuł posta specjalnie napisałam z ogromnym błędem :D Ale tak właśnie miało być ;) Mam nadzieję, że się Wam podobało. Mam pomysł jeszcze na kilka takich krótkich scenek (zdradzę, że może pojawi się Gwardia oraz wymyśliłam małą akcję znad morza ;)) Ale to pojawi się później, między którymiś rozdziałami ;)
    Jestem ciekawa Waszych opinii, więc śmiało piszcie, co myślicie o obu scenkach :)

czwartek, 2 kwietnia 2015

~39~


    We wtorek rano Tom i Nate wstali bardzo wcześnie. Wynajmowali mały pokoik w mieście niedaleko szkoły, do której chodziła Maya. Nie musieliby się spieszyć, gdyby nie poranny trening, który wszedł im w nawyk. Ćwiczyli codziennie, nieważne, czy było ciepło czy zimno, czy padało. Przywykli do fizycznego wysiłku i gdyby teraz z wygody go zaprzestali, ich ciała nie poradziłyby sobie przy wznowieniu treningu pod czujnym okiem Gundara.
    Chłopcy zdawali sobie z tego sprawy, więc jeszcze przed siódmą wyszli pobiegać. Bardzo dobrze im się ćwiczyło, ponieważ, dopiero co obudzone słońce, nie prażyło jeszcze tak mocno. Delikatny wiatr szumiał między zielonymi gałęziami drzew. Życie na ulicach powoli zaczęło ożywać. Ludzie, nie spiesząc się, szykowali się do pracy, dzieci wstawały do szkoły.
    Wróciwszy do mieszkania, wzięli prysznic i zjedli przyszykowane na szybko śniadanie i posprzątali sypialnie. Pozostawianie czystości po sobie również weszło im w krew, będąc uczniami Gwardii. Później obaj usiedli przy stole i jeszcze raz dokładnie przeanalizowali wszystkie fakty.
Diana
    Po pierwsze: nie byli mile widziani pod szkołą blondynki, choć nadal musieli jakoś mieć z nią kontakt. Po drugie: zdawali sobie sprawę, że Malcolm im nie ufał, więc wysłał za nimi ogon. Po trzecie: nie byli zachwyceni tym, że ktoś patrzył im na ręce, gdy wykonywali tak ważne zadanie. Mogło to się źle skończyć. Mieli jednak nadzieję, że jak zwykle dopisze im łut szczęścia. Choć maleńki.
    Na koniec powtórzyli wszystkie działania, które już wcześniej ustalili. Nate chciał mieć pewność, że jego brat już niczego nie zepsuje. Przebrali się w normalne ciuchy, by móc wtopić się w tłum i wyszli. Dochodziło południe, gdy zjawili się pod szkołą. Właśnie zaczynała się przerwa obiadowa, więc wokół szkoły zaległo się od uczniów, chcących te pół godziny spędzić na słońcu. Wśród nich chłopcy dostrzegli także Mayę wraz z Alex i Dianą. Uśmiechnięte od ucha do ucha, szły w stronę wolnej ławki niedaleko parkingu, na którym stali Nate i Tom. Niosły ze sobą drugie śniadanie, które zamierzały spokojnie zjeść w cieniu drzewa.
Maya
    Tom przyglądał się z uwagą dziewczynie, podczas gdy jego brat stał tyłem do niej. Udawali, że zawzięcie o czymś rozmawiali, lecz to była tylko przykrywka. Tak naprawdę przysłuchiwali się każdemu słowu, które padłyby z jej ust, analizowali i zapamiętywali każdy gest, by móc później wyciągnąć odpowiednie wnioski.

    Dziewczyny, całkowicie pochłonięte rozmową, nie zauważyły, że ktoś je podglądał. Siedziały do nich bokiem i ani myślały spojrzeć w stronę parkingu. Miały ważniejsze rzeczy do obgadania.
    - I jak, Adam odzywał się do ciebie ostatnio? - zapytała niepewnie Alex. Maya pokręciła głową smutno. Odkąd się rozstali, chłopak odpowiadał jedynie na jej "cześć" powiedziane w autobusie lub na korytarzu. Nawet nie spoglądał w jej stronę, gdy siedzieli obok siebie na lekcjach. Wiedziała, że było mu ciężko, sam to przecież przyznał, że potrzebuje czasu. Ale nie miała pojęcia, że to aż tyle zajmie! Bardzo chciała, by było, jak kiedyś. Żeby Ad nie chodził już taki smutny, by ją na każdym kroku rozśmieszał a nie doprowadzał do łez. Nie chciała go stracić, w końcu był jej przyjacielem, wiele mu zawdzięczała. A teraz, w trudnym dla niego okresie, nie potrafiła mu pomóc. Czuła się z tym nieswojo, bo przywykła do pomocy swoim przyjaciołom. A w tej sprawie nie mogła zrobić nic, kompletnie nic.
    - Rozmawiałam z nim ostatnio, tak jak mnie prosiłaś - zagadnęła po chwili Alex.
    - I co? - ożywiła się od razu Maya.
    - Twierdził, że jest w porządku. I wydawało mi się, że już naprawdę jest na dobrej drodze do tego, by w końcu się do ciebie odezwać, by odrzucić dumę na bok i znów zwrócić się do swoich znajomych. A zwłaszcza do ciebie i Shane'a. Gdy mu to wypomniałam, prychnął i stwierdził, że nie chce Shane'a widzieć na oczy, bo nadal jest zazdrosny. Zdziwiło mnie to, że się do tego przyznał. Dostrzegłam, że nie jest już tym, kim kiedyś był. Stał się dojrzalszy. Coś go zmieniło. I tu chyba nie tylko chodzi o tą relację miedzy wami. To chyba coś poważniejszego. Pewnie ty wiesz, bo to zaczęło się jeszcze zanim zerwaliście... - Alex spojrzała na Mayę, uważnie przypatrując się, jak zareaguje. Dziewczyna w jednej chwili spięła się, rozumiejąc, co mogło mieć wpływ na zmianę w zachowaniu Adama. Już po chwili jednak spróbowała udawać, że nie ma pojęcia, o co mogłoby chodzić. Alex jednak nie była głupia, nie dała się zwieść. - Rozumiem, że nie możesz mi powiedzieć, więc chociaż nie kłam. - Uśmiechnęła się serdecznie. Pokiwała tylko delikatnie głową, zgadzając się z koleżanką.

    Maya tego dnia skończyła lekcje wyjątkowo wcześniej. Postanowiła poczekać na Shane'a, który po zajęciach poszedł na trening. Obiecali sobie rano, że razem zrobią zakupy, o które poprosiłą ich pani Shay.
   Wyszła samotnie ze szkoły, kierując się na ławkę, na której jadła wraz z koleżankami drugie śniadanie. Usiadł na ławce, która pogrążona była jeszcze w cieniu wysokiego drzewa. Wyciągnęła z torby książkę. Zaczęła ją ostatnio czytać i tak ją zainteresowała, że nie mogła się od niej oderwać.
    Nie dokończyła nawet rozdziału, gdy poczuła, że ktoś się do niej zbliżał. Podniosła wzrok i zobaczyła dwóch chłopców zmierzających w jej stronę. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Obaj byli wysocy i niezwykle chudzi, ale jednocześnie silni. Jeden z nich palił papierosa, choć na terenie przy szkole nie wolno tego robić. Serce zabiło jej szybciej, gdy rozpoznała w nich swoich oprawców ze snów.
    - No, no, no, kogo my tu mamy! - zawołał Nate, siadając obok niej. - Dawno się nie widzieliśmy! Stęskniliśmy się za tobą, prawda? - zwrócił się do brata, nie odrywając od niej wzroku.
    - Jasne, strasznie brakowało mi widoku tej przerażonej twarzyczki. - Zaśmiał się.
    - Czego ode mnie chcecie? - szepnęła, przełykając narastającą w gardle gule.
    - Tego co zawsze. Oddaj nam Elessar a już nigdy w życiu nas nie zobaczysz.
    - Dla dobra twojego i wszystkich bliskich radziłbym ci to załatwić z nami od razu - zasugerował cicho Tom. - Malcolm powoli nudzi się tą grą w kotka i myszkę. I jeżeli nam nie dasz Elessaru, sam złoży ci wizytę. Albo raczej ty jemu, lecz od razu mogę ci zaświadczyć, że nie będzie to nic miłego. Chyba pamiętasz wasze ostatnie spotkanie? - Przyjrzał jej się uważnie, pochylając się delikatnie w jej kierunku.
    Maya mimowolnie zadrżała. Nie musieli jej przypominać tych strasznych dla niej chwil w domu Gwardii. Najgorsze sceny nadal pojawiały się w jej koszmarach, przywołując paraliżujący strach, z którym nic nie potrafiła zrobić.
    Chłopcy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że gdy ktoś raz spotkał Malcolma, nigdy już o nim nie zapomni. Wiedzieli, że miał ogromny wpływ na ludzi, bardzo zły wpływ, lecz dzięki temu załatwiał wiele spraw, które mogłyby się wydawać beznadziejne. Tym razem było jednak trochę inaczej. Przywódcy nigdy na niczym nie zależało tak bardzo jak na Elessarze. Nigdy również nie spotkał się z takimi silnymi osobami jak Maya czy matka Shane'a. To zadanie z niewykonalnego od początku, stawało się z każdą chwilą coraz bardziej tragiczne. Lecz nikt nie mógł się poddać.
    Dokładnie przyglądali się jej reakcji, więc upewnili się, że dokładnie pamiętała, co wydarzyło się w siedzibie Gwardii. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
    - Dajcie  mi święty spokój! - spróbowała krzyknąć, ale z jej ściśniętego gardła wydobył się tylko delikatny szept.
    - Damy, damy, gdy tylko załatwimy tę sprawę - zapewnił Nate. - To jak będzie, będziesz mądra i oddasz nam Elessar teraz, czy jednak chcesz się ponownie spotkać z Malcolmem? A może pragniesz, by poznał twoich przyjaciół? - zapytał. Przerażona dziewczyna spojrzała na niego. Do oczu cisnęły się jej łzy, lecz postanowiła sobie, że nie da im tej satysfakcji i nie podda się. Nie mogła. Musiała za wszelką cenę chronić naszyjnik. Przymknęła na chwilę powieki, by pozbyć się niechcianych łez a później spojrzała najpierw na jednego a następnie na drugiego z nich.
    - Niczego wam nie dam, a waszemu panu możecie powiedzieć, że się go nie boję! - zawołała opanowanym już głosem. - Mam gdzieś jego i jego zachcianki. Zostałam stworzona po to, by chronić Elessar i nie myślcie sobie, że go tak łatwo dam jakimś dwóm zwyrodniałym, przerośniętym chłystkom! Niedoczekanie! - prychnęła, wstała, szarpiąc za torbę i chciała odejść, lecz Tom zatrzymał ją. Chwycił mocno za jej nadgarstek a następnie odwrócił w swoją stronę. Próbowała wyswobodzić rękę z jego dłoni, lecz był dla niej zbyt silny. Warknęła tylko z bezsilności i spojrzała wrogo w oczy napastnika.
    - Nie masz prawa nas obrażać! - syknął Nate, podchodząc wolno do niej. Zatrzymał się milimetry od niej. Był zdecydowanie wyższy, więc Maya, chcąc spojrzeć mu w twarz, musiała zadrzeć głowę do góry. - Muszę ci jednak podziękować - powiedział cicho, pochylając się tak, że niemal musnął ustami jej ucho. - W końcu przyznałaś się, że jesteś Strażniczką. - Zaśmiał się. Dopiero wtedy dotarło do niej, co takiego się stało. Szantażując nią, nie mieli pewności, kim właściwie była w tym całym zamieszaniu. Dopiero jej słowa utwierdziły ich w przekonaniu, że dobrze robili, że natrafili na właściwą osobę. Przerażona zdawała sobie sprawę, że to już koniec tajemnic. Już wszyscy będą wiedzieli, skończy się beztroskie życie, które do tej pory wiodła.
    Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, tylko nad tym, by jak najszybciej stamtąd uciec, kopnęła, nadal pochylającego się nad nią Nate'a między nogi. Chłopak zachwiał się i odszedł kilka kroków do tyłu. Chwyt Toma na jej nadgarstku zelżał na chwilę, więc wyrwała rękę i puściła się biegiem w stronę szkoły, mając nadzieję, że tam znajdzie kogoś, kto jej pomoże.
    Niestety, nie doceniła chłopców. Wyszkoleni pod okiem Gundara, umieli szybko zareagować. W sekundę później już ruszyli za nią w pościg. Maya co prawa biegała codziennie, ale od niedawna, natomiast bracia ćwiczyli od najmłodszych lat. Byli wysportowani i niezwykle szybcy. Złapali dziewczynę jeszcze zanim dobiegła do końca chodnika. Tom zamknął ją w swoich ramionach, stojąc za nią. Nate z furią w oczach przechodził się tuż przed nią. Bała się go. W końcu uderzyła go dosyć boleśnie, miał prawo się wściekać. Nie miała pojęcia, co zamierzali jej zrobić, ale wiedziała, że nie czekało ją nic dobrego.
    W końcu, gdy starszy z nich stanął i blondynka z bijącym sercem oczekiwała najgorszego, stało się coś, czego w życiu by się nie spodziewała. Usłyszała głośny krzyk za jej plecami. Chłopcy jak jeden mąż odwrócili się. Ona również chciała zobaczyć, kto się zjawił, lecz mocny uścisk Toma jej to uniemożliwił. Tylko po głosie poznała, że wołał mężczyzna.
    - A co tu się dzieje? - zapytał, gdy był już bliżej. - Wy nie chodzicie do naszej szkoły, prawda? Już, puśćcie ją! - rozkazał. Maya poczuła, jak Tom zabiera od niej łapy. Zachwiała się delikatnie, lecz nauczyciel pomógł zachować jej równowagę. - Już ja się z wami rozprawię! - pogroził uciekającym. - Nic ci się nie stało? - zapytał, gdy blondynka z jego pomocą usiadła na ławce. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, w głowie jej szumiało. Mimo szoku, jakiego doznała, poczuła ciężar Elessaru. Resztką sił skupiła się na tym, by go nie dotknąć i nie zdemaskować się przed nowym belfrem uczącym wychowania fizycznego.
    - Nic mi nie jest. Dziękuję. - Spojrzała na niego nieufnie. Na jego ustach gościł uśmiech, lecz ciemne oczy wydawały się jej puste. Nie miała pojęcia, co o nim myśleć. Intuicja podpowiadała jej, żeby mu nie ufać. Z drugiej strony jednak ją uratował, więc może nie do końca był zły?
    - Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział. Maya chciała coś dodać, ale podbiegł do nich Shane, który właśnie skończył trening.
    - Co się stało? - zapytał nie mało przestraszony widząc przyjaciółkę w takim stanie.
    - Długo by opowiadać. - Machnęła ręką dziewczyna. - Chodźmy lepiej do domu. Później ci wszystko wyjaśnię - obiecała, pociągając chłopaka za sobą.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, jeszcze raz was strasznie przepraszam za takie opóźnienie, ale w weekend tak mnie palec bolał, że ledwo co pisałam :/ Wczoraj prawie dokończyłam rozdział, ale mi się coś zacięło i pół tego, co miałam napisane mi się usunęło i musiałam dzisiaj od połowy pisać jeszcze raz. Ale na szczęście już jest okej, palec jeszcze boli, ale już nie tak dokuczliwie no i laptop się odbraził :D
    Dzisiaj się dzieje, mam nadzieję, że choć trochę zrekompensuje wam to, że rozdział nie pojawił się na czas ;) Piszcie, co o nim myślicie, jestem straaasznie ciekawa waszego zdania! <3

sobota, 17 stycznia 2015

~34~


    Kolejny dzień zapowiadał się zgoła inaczej, niż wcześniejszy. Niebo zakryły ciemne chmury, z których rano delikatnie siąpiło. Słońce, które towarzyszyło wszystkim przez ostatnie kilka tygodni, skryło się i ani na moment nie chciało się pokazać.
     Maya siedziała w autobusie i spoglądała na pogrążone w deszczu miasto. Widziała spieszących pieszych z parasolami, którzy uciekali przed rozchlapującą się wodą z kałuż, gdy przejechał obok nich jakiś samochód. Po szybie szybko spływały kropelki wody, ścigając się w nieoficjalnym wyścigu.
    Kolejny dzień, w którym Adam się do niej nie odezwał. Miała dosyć jego zachowania i postanowiła z nim porozmawiać, gdy tylko znajdą chwilę. A takiej chwili nie było aż do przerwy na lunch, kiedy to dopadła chłopaka, gdy szedł samotnie na stołówkę.
    - Poczekaj! - zawołała za nim. Brunet stanął, by Maya mogła się z nim zrównać i potem razem ruszyli w stronę jadalni. - Chciałabym z tobą porozmawiać.
    - Okej. - Wzruszył ramionami. - O czym?
    - O twoim zachowaniu - przyznała. Adam uniósł brwi, widocznie nierozumiejąc tematu. - Och, nie udawaj! - żachnęła się. - Doskonale wiesz, o co mi chodzi. Zachowujesz się jak dzieciak, odkąd dowiedziałeś się, że ten głupi znak jakoś łączy mnie z Shanem.
    Przystanął na chwilę, spojrzał jej głęboko w oczy. Zauważyła w nich odrobinę bólu, który chłopak starał się za wszelką cenę ukryć. Ale Maya znała go za dobrze, by tego nie zauważyć.
    Przyglądał jej się chwilę, po czym pociągnął dziewczynę za sobą, prowadząc ją w ustronne miejsce. Wiedział, że tak łatwo nie pozbędzie się Mayi, mówiąc jej byle co. Poza tym zasługiwała na prawdę. Ona go nigdy nie okłamywała. Więc powinien z nią szczerze porozmawiać, przyznać się.
    Zatrzymali się na końcu korytarza obok drzwi prowadzących do gabinetu szkolnego pedagoga. O tej porze wszyscy uczniowie znajdowali się lub jeszcze zmierzali do stołówki, więc w tej części szkoły było niewielu ich niewielu. Maya oparła się o zimny parapet. Zerknęła na Adama, który spacerował od jednej ściany do drugiej, zbierając myśli. Uważnie patrzył w podłogę, jakby ta miała mu coś doradzić. Dziewczyna odczekała chwilę, lecz nie mogąc się doczekać tego, aż Ad pierwszy się odezwie, zagaiła.
    - Więc, powiesz mi, dlaczego się tak zachowujesz? - zapytała ostrożnie, cały czas wodząc za nim wzrokiem. Zatrzymał się po chwili jakiś metr przed nią. Zachowywał się, jakby chciał podejść bliżej, ale coś mu w tym przeszkadzało.
    - Jest mi trudno - przyznał. - Niby twierdzisz, że przeznaczenie nic dla ciebie nie znaczy, że to ty podejmujesz decyzje, z kim zamierzasz się spotykać a z kim nie, ale ja wiem swoje. Zdaję sobie sprawy, że prędzej czy później zorientujesz się, że to Shane'a tak naprawdę kochasz. Rozmawiałem o tym z moją siostrą. Doradziła mi, bym się nie mieszał, bo i tak  będzie, jak miało być. Nikt tego nie zmieni - zamilkł na moment. Maya pomyślała, że powinna się jakoś odezwać, ale kompletnie nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Adam zaskoczył ją tak dorosłym podejściem do sprawy. Nie spodziewała się takich słów. Widząc, że dziewczyna nie wie, co powiedzieć, Adam znów się odezwał. - Ja po prostu nie mam siły rywalizować z przeznaczeniem. Zwłaszcza, że wiem, że i tak przegrałbym tę walkę.
    - Czy to znaczy, że... - Mayi nie chciały prześć te słowa przez gardło. Spojrzała przerażonym spojrzeniem w jego brązowe oczy pełne smutku. Pokiwał głową.
    - Przykro mi - powiedział szczerze. - Lepiej będzie, jak zostaniemy przyjaciółmi, choć nie wiem, czy dam radę. Bardzo mi na tobie zależy - wyznał.
    - Mi na tobie też - szepnęła.
    - Wiem. - Uśmiechnął się słabo. - Przepraszam, ale kiedyś zobaczysz, że tak będzie najlepiej.
    I odszedł. Tak po prostu ją zostawił pośrodku korytarza, naprawdę zdezorientowaną, smutną, wystraszoną. Stała tak jakiś czas, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Potem zorientowała się, że powinna iść coś zjeść, bo jeśli tego nie zrobi, będzie głodna. Ruszyła wiec chwiejnym krokiem naprzód.
    Gdy weszła do jadalni, rozejrzała się dokoła, szukając tego jedynego, którego chciała teraz zobaczyć. Był tam. Siedział ze zwieszoną głową przy stoliku razem z Shanem, Kevinem i resztą. Podniósł na nią wzrok, jakby wyczuł, że znajdowała się w tym samym pomieszczeniu co on. Od razu jednak wrócił spojrzeniem do blatu stołu.
Alex
    Idąc przez stołówkę, zauważyła Alex, która pomachała do niej. Maya ucieszyła się, bo koleżanka zaprosiła ją do jej stolika, gdzie siedziały już dziewczyny z jej klasy - Maggie i Jessie. Przywitała się z nimi cicho, po czym zaczęła jeść swoje drugie śniadanie. Jednocześnie przysłuchiwały się rozmowie, którą prowadziły dziewczyny. A dotyczyła ona nowego nauczyciela, który przyszedł na zastępstwo. Zaciekawiona blondynka spojrzała na koleżanki.
    - A co się stało z Wodzem? - zainteresowała się. Wodzu to przezwisko nadane lata temu ich nauczycielowi wychowania fizycznego.
    - Miał wypadek, był parę dni w szpitalu, ale mówią, że to nic poważnego. Zdziwiło nas to, że tak od razu znaleźli kogoś nowego, zwłaszcza, że nic nie wskazuje na to, by Wodzu zrezygnował z dalszego uczenia.
    - Jaki jest? - zapytała.
    - Nieziemsko przystojny! - zawołała ze śmiechem Margaret. - Jest bardzo wysportowany.
    - Zapomniałaś, że jest młody - dodała Jessie.
    - No tak - przyznała Alex. - Na imię ma Will, tak każe do siebie mówić.
    - Okej. - Uśmiechnęła się Maya. - A na zajęciach? Jest wymagający? Co robiliście?
    - Na pierwszej lekcji, kiedy się już przedstawił, graliśmy w siatkówkę. Potem na następnej lekcji biegaliśmy a później robiliśmy różne takie ćwiczenia. Nie było najgorzej - odpowiedziała Alex. - Zresztą, przekonasz się dzisiaj już po przerwie. A tak a propos, ćwiczysz?
    - Nie, mam zwolnienie do końca tygodnia. Zapomniałaś? Przecież jeszcze nie tak dawno byłam chora - powiedziała.

    Pod koniec przerwy dziewczyny poszły do szatni. Tam przebrały się w swoje stroje na wychowanie fizyczne i, gdy zadzwonił dzwonek, stanęły przed drzwiami, prowadzącymi do sali gimnastycznej, gdzie znajdowali się już chłopcy z ich klasy. Maya nie miała pojęcia, jak zachowywać się w obecności Adama. Czy powinna się z nim przywitać, czy może raczej w ogóle na niego nie patrzeć?
    Nie musieli długo czekać. Nim upłynęły dwie minuty z magazynku sportowego wyszedł wysoki, młody mężczyzna. Miał brązowe włosy, które sterczały mu na wszystkie strony, jednodniowy zarost, który przykrył żuchwę. Swoimi brązowymi, mądrymi oczami rozejrzał się po twarzach zebranych. Zauważywszy Mayę, jakaś dziwna iskierka zabłyszczała mu w oczach. Gdy dziewczyna to dostrzegła, wystraszyła się. Nie było to miłe spojrzenie, choć z pozoru mogło się takie wydawać. Patrzył na nią przenikliwie, jakby chciał dosięgnąć jej myśli.
    Co dziwniejsze, Maya poczuła nagle, że jej naszyjnik staje się naprawdę ciężki i gorący. Zdziwiła się, bo bardzo rzadko coś takiego się działo. Tylko, gdy w pobliżu znajdował się ktoś zły. Ktoś, kto chciałby zabrać Elessar i użyć go dla własnych celów.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej. Tak, wiem, rozdział króciutki, ale tak właśnie chciałam go zakończyć. Poza tym, nie wiedziałabym, co jeszcze mogłabym w nim opisać. Ostatnio rozpisałam sobie wszystkie rozdziały aż do epilogu i w tym było właśnie tylko to. Sądziłam, że zajmie mi to trochę więcej notki, ale wydaje mi się, że tak też może być.
    Co o nim sądzicie? Co myślicie o zachowaniu Adama? A co o nowym nauczycielu? Macie jakieś sugestie, pytania, albo może podejrzewacie, co będzie działo się dalej? Jestem ciekawa waszych pomysłów ;)
    Kiedy zaczynacie ferie? A może ktoś z Was już ma wolne? ^^ Ja zaczynam z początkiem lutego, czyli jeszcze trochę czasu :)
    Pozdrawiam serdecznie!

sobota, 22 listopada 2014

~30~


    Mayę przeszył dziwny dreszcz. Złapała się lewego przedramienia, które nagle ją zapiekło. Ten sam gest uczynił Shane, tyle że złapał się za własne ramię. I wtedy dziewczyna zrozumiała. Kręcąc głową, spojrzała w nieco wystraszone jeszcze oczy blondyna.
     - Nie, nie, nie! - zawołała szybko. Chciała, by chłopak też zaprzeczył, ale ten nie potrafił. Nie mógł skłamać. Kiwnął tylko głową. - Wiedziałeś o tym? - naskoczyła na niego.
    - Nie, oczywiście, że nie. Na początku, jasne, miałem przeczucie, że to jest trochę dziwne, ale wmówiłem sobie, że to tylko przypadek, a tobie naprawdę została taka dziwna blizna po skaleczeniu. Dopiero dzisiaj podczas obiadu zobaczyłem, że nasze znaki są identyczne. Nie do końca rozumiałem, co to miałoby oznaczać dla nas, ale poczułem, że to coś ważnego.
    Nie powiedział najistotniejszego - że w momencie, gdy zobaczył znamię przyjaciółki, zrozumiał, że są sobie bliscy, może nie stworzeni dla siebie, jak twierdziła jego mama, ale czuł, że Maya była ważna w jego życiu. Nie chciał jej tego powiedzieć, by bardziej dziewczyny nie wystraszyć. Już w tamtej chwili wyglądała na nieźle wkurzoną i smutną jednocześnie. Coś jednak w jej oczach podpowiadało Shane'owi, że nie może jednak wszystkiego od razu przekreślać. Bo tęczówki Mayi w pewnym momencie na ułamek sekundy zabłyszczały, gdy dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Spojrzenie jej złagodniało i choć jej mina i słowa wyrażały coś innego, to oczy wiedziały swoje.
    - Może mi ktoś wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi? - zapytała ponownie mama Shane'a.
    - To proste - rzucił z przekąsem Adam. - Shane chce odbić mi dziewczynę! - warknął w stronę chłopaka.
    - Stary, pogięło cię? Nikt ci nie chce niczego odbijać. To po pierwsze. Po drugie chyba Mayi zdanie też się liczy w tym wszystkim. A skoro wybrała ciebie, to ja nie mam w tym nic do gadania. Więc zejdź ze mnie w końcu. Ja naprawdę chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Poza tym, nie mam w zwyczaju zarywać do dziewczyny mojego kumpla. Znasz mnie tyle lat, powinieneś się już ogarnąć.
    - Możecie jaśniej? - wtrąciła się pani Shay, powoli tracą cierpliwość.
    - Maya ma taki sam znak na lewym przedramieniu co ja - powiedział niemal szeptem Shane. Jego mama wciągnęła głośno powietrze. Wyciągnęła w stronę Mayi swoją rękę, by ta podała jej swoją. Dziewczyna z ociąganiem pokazała jej czarną ósemkę.
    - Wiecie, co oznacza ten symbol? - zapytała kobieta. Młodzi pokręcili przecząco głowami. - To znak nieskończoności. W Zakonie oznacza rodzinę przywódców, pierwszy klan, który założył całą tę organizację. Dla mnie to oznacza tylko jedno. - Spojrzała wymownie najpierw na swojego syna, potem na Mayę.
    - Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, w to, że coś oprócz nas samych może kierować naszym życiem. A nawet jeśli jakaś taka siła istnieje, to na pewno daje nam jakieś pole, na którym my sami możemy podejmować decyzje. To nie może być tak, że ta i ta osoba jest komuś przeznaczona i z nią musi się pobrać, z nią musi mieć dzieci, z nią musi spędzić resztę swojego życia. Musimy mieć w tej kwestii jakiś wybór. Przecież ludzie powinni się kochać, gdy chcą wziąć ślub, gdy chcą być razem. Nikt nas do tego nie może zmusić. A teraz wszyscy nagle mi wmawiacie, że przez jakieś małe coś na mojej ręce muszę być z Shanem. Nawet jeśli go nie kocham? To jakiś absurd! - zwołała, wstając od stołu. - Przepraszam, ale muszę stąd odejść. - Po czym wyszła z salonu. Zgromadzeni wokół stołu słyszeli jej kroki na schodach, które po chwili ucichły.
    - W takim razie ja też już pójdę. To chyba już koniec naszego uroczego spotkania - odezwał się Adam, również wstając od stołu. I on w mgnieniu oka zniknął z salonu.
    Kobieta spojrzała na swojego syna. Zauważyła w jego oczach ból. Nie do końca wiedziała, czy związany był z tym, że jego najlepszy przyjaciel posądził go o coś tak głupiego, czy o to, że kochał inną dziewczynę i właśnie dowiedział się, że przeznaczona mu była inna, czy raczej dlatego, że zakochał się w Mayi, która przed chwilą powiedziała, że ona nic do niego nie czuje.
    Położyła mu rękę na ramieniu, chcąc dodać mu otuchy. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Nie była w takich sprawach dobra. A nawet, gdyby umiała prowadzić rozmowę z synem, nie wiedziałaby, co w tej sprawie powiedzieć. Trudno jest znaleźć odpowiednie słowa, gdy nie wie się, czego powinny dotyczyć.
    - Jeszcze się wszystko ułoży, zobaczysz - rzekła wreszcie. Ścisnęła mocniej ramię chłopaka. - Jeśli chciałbyś pogadać... - nie dokończyła. Nagle poczuła się jakoś dziwnie zmęczona i stara. Miała tylko nadzieję, że syn zrozumiał, co chciała powiedzieć.
    Shane został sam. Nie wiedział dlaczego, ale nie potrafił usiedzieć w salonie, więc i on go opuścił. Udał się do ogrodu. Położył na trawie, w cieniu rozłożystych drzew i pnących się winorośli. Zamknął oczy, próbując skupić myśli.
    Prawda była taka. Maya bardzo mu się podobała. W głębi duszy czuł, że on dziewczynie również nie jest obojętny, lecz nie miał pojęcia, dlaczego blondynka nadal się oszukuje, twierdząc, że nic do niego nie czuje. Może nie chciała zranić Adama. Może, może może... Za dużo było niewiadomych, by wiedzieć coś na pewno w tej sprawie.

    Maya wparowała do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Sama do końca nie wiedziała, dlaczego aż tak bardzo się zdenerwowała. Przecież nikt nie miał wpływu na to, że jakieś tam znamię pojawiło się na jej ręce i związało ją z Shanem jakimś pradawnym zwyczajem. Mimo to czuła się oszukana.
    Do tej pory myślała, że naprawdę kocha Adama. Że mogą stworzyć jakiś poważny związek z przyszłością. Dzisiaj dowiedziała się, że przeznaczenie naszykowało dla niej inną ścieżkę, krzyżując plany wszystkim, nie tylko jej. Poczuła, że Shane jest jej równie bliski. Nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości, bo nienawidziła, gdy nie miała pełnej kontroli nad swoim życiem. I dopóki się z tym nie pogodzi, nie dotrze do niej najbardziej oczywista rzecz na świecie - że w Adamie tylko się zadurzyła, że nie byłaby z nim szczęśliwa na dłuższą metę. Że to przy Shanie czuła się bezpiecznie, uwielbiała z nim spędzać czas, śmiać się z nim. Ale i te złe chwile przy blondynie stawały się lepsze.
    Nagle przypomniała sobie, jak Shane szybko zareagował, gdy dziewczyna obudziła się w nocy po tym, jak Gwardia ją porwała. Wtedy miała zły sen, straszny. Ale gdy chłopak przyszedł do niej i ją przytulił, poczuła się lepiej. Dużo lepiej. Wspomnienie tamtej chwili zawładnęło nią na chwilę. Ale tylko na chwilę, bo potem przypomniała sobie, że ona przecież wybrała Adama. Shane'a wybrało dla niej przeznaczenie, a ona nie chciała mieć z tą siłą nic do czynienia. Potrząsnęła głową, by pozbyć się tego wspomnienia sprzed oczu.
    Potrzebowała tlenu, potrzebowała świeżego powietrza, bo nagle poczuła, jak jej klaustrofobia wraca. Stwierdziła, że nie wytrzyma dłużej w czterech ścianach. Powinna wszystko przemyśleć, będąc bliżej natury, która zawsze pomagała jej podjąć właściwą decyzję. Zbiegła więc po schodach i wyszła na zewnątrz. Nogi same zaprowadziły ją do ogrodu.
    Na początku nie zauważyła leżącego w cieniu chłopaka. Gdy się już zorientowała, że nie jest sama, było za późno, by się wycofać. Shane ją również zobaczył. Już zamierzała zrobić krok w tył, lecz chłopak wstał szybko z ziemi.
    - Nie odchodź - poprosił. Więc została. - Wiem, że jesteś na mnie zła - zaczął, gdy oboje usiedli pod drzewem. Dziewczyna starała się trzymać od niego na dystans. - Ale musisz wiedzieć, że nikt nie miał na to wpływu. Jesteś mądrą dziewczyną, więc powinnaś to zrozumieć. Ja sam... Nie chciałem dzielić się z tobą moimi spostrzeżeniami, bo wiedziałem, jak byś zareagowała. Wystraszyłaś się. Nie chciałem, byś poczuła, że wywieram na tobie jakąś presję, że nie masz w tej kwestii nic do gadania. Jest mi przykro, że tak to się wszystko potoczyło. - Spojrzał jej prosto w oczy. Była spokojna. Niemal się uśmiechnęła do niego. Ale nie. Gniew nadal brał górę nad innymi emocjami. - Chciałbym ci jakoś pokazać, że przeznaczenie nie musi oznaczać dla ciebie nieszczęścia. Wszystkie pary, które są dzięki niemu związane wiodą wspaniałe życie. Po prostu ty jesteś uprzedzona i tyle. I bardzo dobrze cię rozumiem. Chcesz decydować sama za siebie. Ale to, że jesteśmy sobie przeznaczeni nie oznacza braku wyboru. Masz wybór. Możesz zdecydować. Czy być ze mną czy z Adamem, a może jeszcze z kimś innym. Przeznaczenie jakby proponuje nam, ułatwia decyzję. Pokazuje, przy czyim boku możemy być tak naprawdę szczęśliwi. Przynajmniej ja to tak rozumiem. I chciałbym, żebyś choć na chwilę spojrzała tak samo jak ja na tę sytuację.
    Podczas jego monologu ich twarze zbliżały się powoli do siebie. Nieświadomie przysunęli swoje ciała bliżej siebie. Maya słuchała go uważnie, zastanawiając się, czy chłopak może mieć racje. Stwierdziła, że może po części. Starała się zobaczyć całą sytuację z jego perspektywy, ale jakoś nie potrafiła się dostatecznie skupić. Może dlatego, że pełne usta blondyna były coraz bliżej jej warg?
    Ich pocałunek był krótki, ale przepełniony uczuciami. Różnił się od tych z Adamem. Tamte zdawały się być niewinne, w tym czuła pasję, z jaką blondyn ją całował. Jakby chciał pokazać, że zależy mu na Mayi. Bardzo jej się podobał, więc uśmiechnęła się mimowolnie.
    Oderwawszy się od siebie, nie odsunęli się. Nadal siedzieli milimetry od siebie. Shane przyglądał się dziewczynie uważnie. Nie potrafił jednak odczytać z jej twarzy wiele emocji. Nadal nie wiedział, co sądziła o tym, o czym jej powiedział przed pocałunkiem. Czy zgadzając się na pocałunek i oddając mu go, zrozumiała, że myliła się co do ich przeznaczenia?
    - Przepraszam - odezwała się, przerywając milczenie.
    - Za co? - zdziwił się Shane.
    - Po prostu przepraszam. Ja nie mogę być z tobą, nie mogę cię całować, bo mam chłopaka! - krzyknęła zrozpaczona.
    - W każdej chwili możesz z nim zerwać - zauważył.
    - I złamać mu serce? Nie chcę go zranić - chlipnęła.
    - W końcu będziesz musiała wybrać - stwierdził, wzruszając ramionami.
    - Wiem! - zawołała. - Ale to nie jest takie proste, jak się wam wszystkim wydaje!
    - To jest proste - powiedział. - Po prostu musisz zaufać intuicji. Wsłuchaj się w to, co dyktuje ci serce, a wybierzesz mądrze.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heeej! :) I jak, podoba Wam się rozdział? jeśli macie jakieś pytania, zażalenia, skargi, coś się nie zgadza, piszcie śmiało. Jestem tylko człowiekiem i też mogę się pomylić.
    Pozdrawiam serdecznie!
Zuza <3

sobota, 8 lutego 2014

~11~


    Wstał piękny, słoneczny poranek. Promienie słoneczne próbowały przedostać się przez zasłony, przez co na pościeli Chloe pojawiły się czerwonawe prążki światła.
    Coś gwałtownie wyrwało dziewczynę ze snu. Otworzyła zaspane oczy, przetarła je pięścią i rozejrzała się po zagraconym pokoju. Łóżko obok, tam gdzie powinna leżeć Maya, było puste. Reszta przyjaciółek jeszcze smacznie drzemała, choć nie miało to trwać długo.
    Chloe dopiero po chwili zorientowała się, co ją obudziło. A był to dość głośny szum, dobiegający z łazienki. Gdy ustał, brunetka usłyszała pociąganie nosem i wydmuchiwanie go. Dziewczyna dodała dwa do dwóch i wyszło jej, że Maya płakała, biorąc prysznic. Dziewczyna nie przejęła się tym za bardzo. Odkąd wrócili z wycieczki do miasta, Maya płakała, choć starała się, by nikt tego nie widział. Chloe westchnęła, odsuwając kołdrę i spuszczając nogi na podłogę. Podreptała do okna i odsłoniła je. Do pokoju wpadło złote światło poranka. Uchyliła okno, by letni wiatr wleciał do pomieszczenia, przynosząc ze sobą zapach kwitnących kwiatów. Wciągnęła głośno powietrze, rozkoszując się jego zapachem. Uśmiechnęła się do szyby, przymykając na moment powieki.
Maya
    Odwróciła się, gdy usłyszała, że drzwi trzasnęły. Ujrzała chudą Mayę z tym pustym wyrazem twarzy, który towarzyszył jej przez ostatnie cztery dni. Chloe wolała już, by przyjaciółka krzyczała, rzucała różnymi przedmiotami, zarzucała im, że są złymi koleżankami. Wtedy chociaż wiedziałaby, dlaczego się do niej nie odzywała. Może postarałaby się coś zmienić. Ale nic nie wiedziała. Żadna złość, żadne zdenerwowanie, smutek czy rozżalenie nie emanowało od niej. Była po prostu pustka. Wobec niewiedzy człowiek jest bezsilny. I tak się właśnie czuła.
    Nic nie mówiąc, nie zaszczycając brunetki choćby jednym spojrzeniem, zaczęła wkładać starannie złożoną piżamę do szafy. Chloe nie wydawało się, by blondynka miała do niej jakiś żal. Intuicja podpowiadała jej, że to zachowanie przyjaciółki niekoniecznie może mieć coś wspólnego z nią i z jej postępowaniem. Bo Maya unikała wzroku wszystkich, nie odzywała się do nikogo, chyba że musiała. Nawet Shane'a i Adama starała się unikać, ale nie udawało jej się. Co wieczór któryś z chłopców - jeśli nie obaj - siadywali w ich pokoju i próbowali zachęcić blondynkę do rozmowy. Chole nie widziała, by im się to udało choć raz.
    Obojętność koleżanki irytowała jednak Chloe. Mimo tego wszystkiego czuła, że nic złego jej nie zrobiła i nie powinna ot tak jej unikać. Nie wiedziała, jakie myśli kryła ta blond główka. Nie miała pojęcia, co czuła Maya. Bo to, że nie okazywała uczuć, nie znaczyło, że nie czuła nic! Może to i dobrze, że Chloe nie potrafiła zajrzeć do myśli blondynki. Dziewczyna tylko niepotrzebne by się wystraszyła.
    Trzask zamykanych drzwi obudził pozostałe dziewczyny. Nie były zadowolone, że przerwano im sen. Kto by był, gdyby spał tylko cztery godziny?
    Marudząc, Diana wyczołgała się spod kołdry w tym samym momencie, gdy Chloe weszła do łazienki, a Maya zniknęła na korytarzu. Drzwi za nią zatrzasnęły się z powodu przeciągu, bo w ich pokoju okno było uchylone. Z żalem patrzyła w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała przyjaciółka. Tak bardzo pragnęła pomóc Mayi i pogodzić ją z dziewczynami, ale do nich nic nie docierało.Do tego nie mogła porozmawiać z Mayą i nie wiedziała dokładnie, co ją trapiło. Z bólem serca patrzyła na to, jak cierpiała. Nikt jakoś nie potrafił jej pomóc.
    - Sama musi chcieć się wyżalić. My możemy tylko czekać - powiedział jej Shane, gdy z nim rozmawiała. I czekała. Bardzo cierpliwie, choć serce jej się krajało.
    "Jak to jest, że człowiek nie boi się krwawych horrorów, a tak martwi o swoją przyjaciółkę?"
    Co noc Diana słyszała szloch w ich wspólnej łazience, ale już nie starała się dowiedzieć, o co chodziło. Pierwszej nocy po zaginięciu Mayi, Diana podeszła do drzwi, zapukała i szepnęła:
    - Jakby co, to wiesz, do mnie zawsze możesz przyjść.
    Nic jej nie odpowiedziała, ale wiedziała, że usłyszała i że zrozumiała. Miała przynajmniej taką nadzieję.
    Oderwała wzrok od drzwi, gdy Wendy pomachała jej dłonią przed oczami.
    - Co ci jest? - spytała z wyrzutem. - Gadałam do ciebie jakieś pięć minut, a ty nic.
    - Przepraszam, zamyśliłam się - zmieszała się Diana. - O czym mówiłaś? - spytała bez większego zainteresowania.
    - O czym tak myślałaś? I dlaczego patrzyłaś się tak w te drzwi? - zadawała pytania jak jakiś detektyw. Do tego przeszywała ją swoim podejrzliwym spojrzeniem.
    - Aleś ty ciekawska - zaśmiała się. - Zastanawiałam się, w co się ubrać - wzruszyła ramionami. - Włączyłabyś jakąś muzykę. Strasznie cicho się zrobiło. Poza tym muszę się do końca obudzić.
    Wendy włączyła muzykę - oczywiście koreańsko-japońskie coś, co dziewczyny uwielbiały. Szybko im się humor poprawił, lecz blondynka nadal pamiętała zamykające się z takim chłodem drzwi.
    "Jakbyśmy dla niej nic nie znaczyły" - syknęła. - "Skoro uważa, że nie jesteśmy warte jej przyjaźni, to niech sama nam to powie prosto w twarz."
    Uważała bowiem, że skoro to Maya jej coś zarzuciła i ze się do nich nie odzywała, to nie jej problem. Że nie musi nic robić, bo to Maya odtrąciła jej przyjaźń. Nie przemawiały do niej słowa Diany.
    "Że może to my nie mamy racji?" - prychnęła. - "To ona się od nas odwróciła, nie tłumacząc nic! A tak właściwie, to czemu ja od rana zawracam sobie nią głowę?"
    Nie myślała już później o przyjaciółce. Podśpiewywała słowa swojej ulubionej piosenki, wybierając ciuchy, które miała założyć. Gdy Chloe wyszła z łazienki, jej miejsce zajęła Diana, a brunetka dołączyła do uśmiechniętej od ucha do ucha Wendy.

    Adison stała na korytarzu i właśnie kończyła rozmowę telefoniczną ze swoją siostrą, gdy z pokoju obok wyszła Maya. Nie trzymała drzwi, lecz one jakimś cudem zamknęły się. Dziewczyna była blada, głowę trzymała nisko i patrzyła w podłogę. Adison przypominała wrak człowieka. Zawsze porównywała Mayę do siebie. Teraz prychnęła pod nosem. Już nie miała do kogo. Jeden rzut oka wystarczył, by do Adison powróciło poczucie wartości. Zawsze zazdrościła dziewczynie wzrostu. Adis była dość niska i miała krótkie nogi. Maya natomiast odwrotnie; długie nogi jak u modelki i wzrost jak u siatkarki. Teraz to się nie zmieniło, ale wyglądała inaczej. Już nie tak ładnie, by Adison mogła jej czegokolwiek zazdrościć. Włosy nie lśniły jej jak zwykle. Związała je w luźnego koka. Natomiast świeżo umyte włosy Ad spływały falami po jej ramionach. Ich makijaż również się różnił. Maya podkręciła tylko rzęsy czarnym tuszem. Adison miała delikatny, lecz idealny makijaż. Stała wyprostowana i niemal z wyższością patrzyła na koleżankę.
    "Teraz nie jest atrakcyjna dla chłopaków." - uśmiechnęła się.
    W tym samym momencie z pokoju wyszedł Shane. Adison uśmiechnęła się szeroko i pomachała do niego, ale chłopak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Podszedł do Mayi i zagadnął ją. Nic nie odpowiedziała. Ledwie, prawie niezauważalnie skinęła głową. Przeszli korytarzem, nie zwracając uwagi na osłupiałą Adison.
    "Co ona ma, czego ja nie mam?" - zapytała samą siebie, lecz nie umiała sobie odpowiedzieć.
    Mimo wszystko przywołała na twarz uśmiech, odgarniając włosy do tyłu nonszalanckim gestem i odwróciła się, by z gracją wejść do pokoju.

    W wielkim dworze wrzało. Ludzie nadal dochodzili do siebie po zamachu Zakonu na siedzibę Gwardii Malcolma. Przywódca wrócił właśnie z obchodu. Wielu jego ludzi poniosło dotkliwe obrażenia, ale na szczęście zmarło tylko dwóch i to kilka godzin po walce, na skutek zadanych ran.
    Dotkliwe dla niego było to, że nie byli w stanie pełnić swoich obowiązków. Pięciu ludzi nadal nie odzyskało przytomności. Wielu straciło mnóstwo krwi. Reszta to tylko potłuczenia, kilka złamań, parę przebitych nożami części ciała i mnóstwo siniaków. Nawet on oberwał jakimś odłamkiem szkła, gdy wychodził z sali. Całe lewe przedramię miał owinięte bandażem.
    Ale nie o rany ani szkody się wściekał. Ludzie w końcu wyzdrowieją, a jak nie to zastąpi ich innymi. Wyważone drzwi się naprawi, a w okna wstawi się nowe szyby. Bolało go to, że jego ludzie zawiedli. Byli fatalni! Najgorsi z najgorszych! Nie wypełnili powierzonej im misji.
   - Twierdziliście, że Zakon nie wie, kim jest nowa Strażniczka! - ryknął, podchodząc do stołu. Ciskał błyskawicami z oczu we wszystko w pomieszczeniu.
    - Bo tak było, panie - ktoś odważył się odezwać. Siedział najdalej od Malcolma, wyglądał na najstarszego z ich grupy; siwizna pokryła jego niegdyś jasnobrązowe włosy. - Jeszcze tydzień temu nie mięli żadnych informacji o Mayi. Sam sprawdzałem. Potem kazałeś mi się zająć...
    - Nie do ciebie mam o to pretensje, Gundarze! - machnął zniecierpliwiony ręką. - To te smarki popsuły cały plan! - wyciągnął palec w stronę dwóch skulonych chłopaków. - Czy wy nie macie oczu?! Wokół Mai aż roi się od Zakonu! Nie widzieliście tych znaków, o których się uczyliście! Jej dwóch najlepszych przyjaciół ma takie! Jeden z nich jest synem zastępcy Zakonu! Nic dziwnego, że o wszystkim wiedzieli!
    - Przepraszam, panie, ale skąd wiesz, że są z nią ludzie z Zakonu? - spytała Evanlyn takim głosem, jakby była zła na Malcolma, że jej wcześniej tego nie powiedział.
    - Na szczęście, oprócz tych dwóch głupków mam jeszcze innych ludzi i to na całym świecie. Donieśli mi, że na tej wycieczce są członkowie Zakonu. Może jeszcze nie wyszkoleni, ale myślę, że w razie czego zdążyliby powiadomić rodziny, jak to się stało parę dni temu. - Uspokoił się nieco. Myśl o jego wiernych sługach, którzy go jeszcze nigdy nie zawiedli, sprawiła, że się niemal uśmiechnął. Nie mógł się jednak długo tym nacieszyć, bo Barloc wtrącił swoje trzy grosze.
    - Co zatem robimy, panie?
    - Musimy czekać, aż sprawa nieco przycichnie. Potem znów zaczniemy wszystko od początku. Tym razem nam się uda.
    - Panie... - szepnął Nate, lecz w wielkiej, prawie pustej sali zabrzmiał niemal jak krzyk.
    - Jeszcze masz czelność się do mnie odzywać? - warknął, podchodząc bliżej chłopaka. - Jak śmiesz, po tym, co zrobiłeś? - krzyknął i uderzył go otwartą dłonią w policzek. Plaśnięcie rozniosło się echem po sali, w której zaległa grobowa cisza.
    Chłopak, którego głowę odrzuciło nieco w bok, spojrzał na Malcolma ze złością. Przemówił jednak opanowanym głosem.
    - Chciałem tylko powiedzieć, że razem z bratem naprawimy błąd. Nadal będziemy śledzić Mayę, od czasu do czasu przypominając jej o sobie. Daj nam tylko drugą szansę. Pokażemy ci, że jesteśmy godni tego, by być w twoich szeregach.
    Malcolma zdziwiły nieco słowa chłopaka.
    "Jeszcze będą z niego ludzie. Jest twardy. Nie załamał się po moim ciosie. To dobrze o nim świadczy." - pomyślał, choć nie dał po sobie poznać, jak dumny jest ze swojego kuzyna.
    - A więc niech będzie. Możecie wrócić do powierzonego wam zadania. Ale pamiętajcie - jeden fałszywy ruch, jedna pomyłka i już po was! Jasne?
    Pokiwali ochoczo głowami. Iskierka nadziei zapłonęła w oczach Toma.
    - Zebranie zakończone. Rozejść się! Will, zostań jeszcze na chwilę.
    Gdy wszyscy wyszli i drzwi za nimi zamknęły się, zakapturzona postać podeszła do Malcolma.
    - Tak, panie?
    - Miej na nich oko - mruknął. - Chcę, żeby tym razem wszystko poszło zgodnie z planem. Tylko się nie ujawniaj! - zastrzegł po chwili. - Z resztą, tobie chyba nie trzeba tego tłumaczyć?
    - Tak, panie - skłonił się i zniknął za drzwiami. Malcolm został sam w wielkiej sali.

~~~*~~~*~~~*~~~

Hej :) Od razu muszę powiedzieć, że nigdy nie lubiłam i nie umiałam pisać o czyichś uczuciach tak wprost. Dlatego ten rozdział jest taki, a nie inny. To jego chyba czwarta wersja, a i tak jest coś, co wydaje mi się, że powinnam zmienić, ale do końca nie wiem co. Chciałam pokazać Mayę z perspektywy innych uczestników wycieczki. Byłby dłuższy, ale pewna jego część kompletnie tu nie pasowała, dlatego ją wywaliłam.
Dobrze widać zielony napis? Bo jeśli nie to mogę zmienić na inny kolor.
Trzymajcie się
Zuza ♥

niedziela, 29 września 2013

Love is blindness (fourth)

*

Nie wiem co mnie obudziło, ale cokolwiek to było, przeklinałam to później tysiąckrotnie.
- Witak królewno - rzekł Zayn, wpatrując się w punkt nad moim ramieniem i całując mnie w czoło.
Nie tyle całując, co dotykając go wargami.
- Cześć Zayn - uśmiechnęłam się.
Tak dobrze czułam się w jego ramionach. Może to paradoksalne, ale czułam się bezpiecznie. Inni woleli z nim się nie spotykać, nie narazić się na jego gniew. Był dilerem, handlarzem bronią, groźnym gangsterem, a ja czułam się przy nim jakbym miała swój własny azyl.
Spojrzałam w jego oczy. Ujrzałam w nich to to zwykle. Chłód i bezdenną głębię. Zasmuciłam się. Jeszcze tak niedawno parzył na mnie z czułością, miłością, pożądaniem, zachwytem. Mimo to ciągle trwaliśmy wtuleni w siebie jakbyśmy stanowili jedno. Głaskał mnie maniachalnie dłonią po plecach.
- Coś się stało? - spytałam.
- Nie, skąd - odparł.
- Na pewno?
Potem szczerze znienawidziłam siebie za wypowiedzenie tego słowa.
- Ależ oczywiście, że wszystko jest w porządku - wybuchnął. - Gang Brown'a wybija naszych jak kaczki, Will przepadł gdzieś bez śladu, a jeszcze teraz przespałem się z dziewczyną, której nie powinienem nawet dotknąć, poza tym to nic się nie stało - odparł ironicznie.
Poczułam jak drżę po tak gwałtownym wybuchu.
- Przepraszam - westchnął i pocałował mnie w czubek głowy.
- Ale dlaczego nie wolno ci mnie dotykać? - spytałam.
- Taka jest zasada. - starannie dobierał słowa. - Wspólników nie łączy nic więcej niż przyjaźń. Poza tym gdyby Trevor się dowiedział...
- Ale on przecież nie żyje - odparłam.
- No tak - potwierdził szybko.
Jak dla mnie za szybko. Czy on coś przede mną ukrywa?
Usiadł na łóżku spuszczając nogi na podłogę. Oparł łokcie na kolanach zwieszając dłonie w dół.
- Lepiej będzie jak zapomnimy o tym co się tu wydarzyło zeszłej nocy. Gdy rozprawimy się z gangiem Brown'a we wtorek, rozdzielimy się. Wynajmę ci mieszkanie z dala od mojego. Będziesz mogła spokojnie zacząć żyć od nowa - oznajmił, wstał i wyszedł z pokoju odpalając fajkę i nawet na mnie nie patrząc.
Tylko co jeśli ja nie chcę układać sobie życia od nowa? Przecież jestem spadkobierczynią "firmy" ojca. Siedzę w tym tak jak Zayn. A poza tym ja kocham tego dupka!
Zachciało mi się ryczeć. Czy ja zawsze muszę sobie tak wszystko komplikować?
Nagle poczułam w gardle ostatni posiłek. Pognałam do łazienki, by ukłonić się sedesowi. "No i mamy skutki picia wódki" powiedziałam sama do siebie.  Gdy już byłam w stanie nie puścić pawia, gdy się podniosę, postanowiłam się ubrać. Czarne spodnie, czarna bokserka i koszula w kratę, na nogi wciągnęłam czarne buty. Umyłam zęby i wytuszowałam rzęsy po czym rozczesałam włosy i udałam się do pokoju. Usiadłam na łóżku i patrzyłam się tępo w okno obracając w palcach nieśmiertelnik. Niedługo potem wrócił Malik.
- Zbieraj się. Idziemy. Mamy wiele spraw do załatwienia.
Nic nie powiedziałam. Wstałam ociężale z materaca i udałam się za nim.

*

Następny tydzień wyglądał podobnie. Ciągłe zebrania, na które zabierał mnie bądź też nie Zayn. Omawialiśmy różne wersje napadu. Malik jednego razu przedstawił mi jakiegoś swojego kumpla Nathana, który uczył mnie jak posługiwać się bronią. Uczono mnie też sztuk walki.Zapomniałam też dodać, że ciągle miałam wymioty.  Zwykle z samego rana lub późnym wieczorem. W końcu bojąc się o swoje zdrowie ubrałam się i wyszłam do lekarza. Zayn był akurat na zebraniu, na które mnie nie zabrał. On też z resztą zauważył, że coś ze mną nie tak. Zbywałam go, że to przemęczenie. nie wiem czy uwierzył.
Długa kolejka do gabinetu lekarskiego. Tak przynajmniej mi się zdawało, gdy weszłam do przychodni. Okazało się, że całe to zgrupowanie jest tu w całkiem innym celu. Każdy z obecnych tutaj przyszedł tylko na szczepienie, które wykonywała pielęgniarka w swoim gabinecie. Gabinet lekarski był wolny. Zapukałam, a gdy usłyszałam "Proszę", nacisnęłam klamkę i znalazłam się w środku.

*

Gdy usłyszałam diagnozę, myślałam, że po prostu się przewrócę.
Jestem w ciąży. Ojcem dziecka na sto procent jest Zayn. Z nikim innym przecież nie spałam. Mało brakowało, a bym się rozpłakała. Lekarka napisała mi skierowanie do ginekologa na jutro rano.
Wyszłam z gabinetu z dodatkowym zmartwieniem na barkach. Czy mam mu powiedzieć? Jak zareaguje? Tysiąc pytań i milion wizji wirowało w mojej głowie. Co ja teraz zrobię? Mam dopiero 18 lat!
Do końca dnia siedziałam oszołomiona (coś było innego ale nie mogę się rozczytać) i nic się nie odzywałam. Ledwo przytomna robiłam to co kazał mi Malik. Każde spojrzenie na niego sprawiało mi ból. Powstrzymywałam się ze wszystkich sił żeby tylko się nie rozpłakać.
Wieczorem gdy siedziałam z podkulonymi nogami na łóżku, Zayn nie wytrzymał.
- Co się dzieje do jasnej cholery? - ryknął.
Wzdrygnęłam się gwałtownie.
- Nic. To przez tą jutrzejszą akcję - w sumie nie bardzo minęłam się z prawdą.
Tego też się bałam.
- Wszystko się uda - zapewnił. - A potem wszystko będzie po staremu. Będziemy mieli spokój.
"Nie będzie po staremu. Tu się mylisz". Kiwnęłam głową i dalej siedziałam smętnie patrzą się we własne kolana.
- Co ci znowu jest? - krzyknął wkurzony,
- Nic - odparłam.
- Jak to nic? - złapał mnie za nadgarstki i zmusił do patrzenia na siebie. - Przecież widzę! Na oczy mi jeszcze nie padło. Gadaj, ale już! - zażądał patrząc stalowym wzrokiem prosto w moje oczy.
Westchnęłam. No cóż...
- Mam pytanie, ale to tylko tak sobie i ciągle się zastanawiam jakbyś na nie odpowiedział. - zaczęłam.
- Zapytaj to się dowiesz - poluźnił uścisk ciągle patrząc mi w oczy.
- Chciałbyś mieć dzieci?
Popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Ty tak na serio? - spytał.
- Tylko się pytam - odparłam.
- Szczerze mówiąc nie jestem najlepszym kandydatem na ojca. Pomyśl logicznie. Diler, gangster, handlarz bronią. Czy tym zajmuje się normalny ojciec dziecka? - zapalił papierosa znów siadając na skraju łóżka i patrząc w okno z zamyśleniem.
- Ale ja się pytam czy ty chciałbyś mieć dzieci. Tak sam z siebie.
- Nie - odpowiedział. - Nie chcę mieć dzieci. A tak w ogóle to dlaczego pytasz? - spytał i zaciągnął się dymem.
- Bo... - zastanawiałam się czy powiedzieć mu prawdę.
- Bo...? - zachęcił.
- Jestem w ciąży. Z tobą - wyszeptałam.
Otworzył usta aż my wypadła fajka. Przydepnął ją butem i raptownie znalazł się obok mnie.
- Co ty pierdolisz? - spytał łapiąc mnie za nadgarstki.
- Jestem w ciąży, a ty jesteś ojcem - jęknęłam.
- Kłamiesz! - ryknął.
- Mówię prawdę! - wykrzyknęłam mu prosto w twarz.
- Kłamiesz, bo boisz się, że cię zostawię! Nie potrafisz żyć beze mnie, dlatego to wymyśliłaś, żeby mnie zatrzymać przy sobie! - krzyknął z furią w oczach.
- Rozumiem, że nie chcesz tego dziecka. Niczego od ciebie nie oczekuję. Chciałam byś wiedział. Sama siebie przecież nie zapłodniłam! - zawołałam ze łzami w oczach.
- Nie chcę tego bachora! - ryknął i wstał po czym uderzył pięścią w ścianę. - Ciebie też nie chcę! Nie kocham cię i nigdy nie kochałem!
- Nienawidzę cię! - wykrzyczałam do jego pleców, gdy zabrał dupę w troki i wyszedł trzaskając drzwiami tak mocno, że o mało nie wypadły z zawiasów.
Rozpłakałam się. Skąd ja wiedziałam, że tak będzie? Po co mu mówiłam? Chociaż i tak by się dowiedział...
Skuliłam się na łóżku w pozycji embrionalnej i płakałam, płakałam, płakałam. Aż w końcu zasnęłam.

*

Zayn nie wrócił na noc. Przynajmniej nie do łóżka. Może spał na kanapie? Taką miałam nadzieję. Nadzieja matką głupich,. ale każda matka swoje dzieci kocha. Gdy po cichu, na palcach podeszłam do drzwi i uchyliłam je, odetchnęłam z ulgą. Był tu. Spał na sofie przykryty kocem. Wyglądał tak niewinnie kiedy spał. Nie pomyślałabym, że jest takim bezdusznym człowiekiem. Usiadłam krzyżnie na ziemi tuż obok ściany i zagłębiłam się w myślach obracając w palcach nieśmiertelnik, wiszący na mojej szyi - podarunek tamtej pamiętnej nocy. Z resztą nie tylko to mi zostało dane. Co ja teraz mam zrobić? Nawet pracy nie znajdę, a na Zayn'a nie mam co liczyć. Sam przecież mi to powiedział. Może nie dosłownie, ale ostatnie zdanie jakie do mnie wypowiedział, zbyt dobitnie dało mi do zrozumienia, że będę samotną matką. Może lepiej byłoby gdybym tu nie przychodziła i nie pytała Johna o nic? Wtedy byłabym tylko już martwa, a teraz jestem w ciąży z kimś, kto mnie nie kocha, nie chce tego dziecka i jest  kompletnym sukinsynem.
Wyrwałam sić z osłupienia. Przecież ja mam wizytę u ginekologa! Ubrałam czarne spodnie, czarną bluzkę i skórzaną czarną kurtkę. Założyłam znienawidzone buty, które teraz wydawały się nie takie złe. Pociągnęłam rzęsy maskarą i rozczesałam włosy. Tak naszykowana po cichutku wyszłam z domu żeby tylko nie obudzić Zayn'a. Zamaszystym krokiem przemierzałam ulice miasteczka aż w końcu dotarłam do celu mojej podróży. Przeszły mnie ciarki. Dlaczego wizyta u lekarza przyprawia mnie o zawrót głowy? Uregulowałam oddech i pewnie weszłam do środka. Wewnątrz nie było nikogo poza drobną kobieciną w małej recepcji.. Podeszłam do kontuaru. Kobieta podniosła na mnie wzrok znad swoich okularów.
- Dzień dobry - powiedziałam i przestraszyłam się echa, które rozniosło się po pomieszczeniu. - Ja do doktor Gryffin. Zostałam tu skierowana przez doktor Clue - podałam jej świstek, który dostałam wczoraj od lekarza.
Ta przyjrzała mu się dokładnie po czym przywołała na twarz życzliwy uśmiech i rzekła:
- Chodź za mną kochaniutka, zaprowadzę cię - wyszła zza lady i powędrowała korytarzem, a ja podreptałam za nią.
Zapukała do drzwi po lewo, gdy usłyszała "Proszę" otworzyła drzwi i powiedziała:
- Pacjentka do pani.


***

Witam was kochani czytelnicy. Dziękuję ogromnie za te 16 komentarzy, które się ukazały pod poprzednimi trzema częściami tej krótkiej historii oraz całe 110 wyświetleń. Jesteście kochani! A wracając... Jest to przedostatni rozdział tego opowiadania (blog będzie jednak dalej prowadzony przez Zuzkę.M) w przyszłym tygodniu ostatni rozdział tego opowiadania. No to chyba na tyle. Pozdrowionka. Wasza
~Marchewa~
Mrs Black bajkowe-szablony