Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malfoy Manor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malfoy Manor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

~45~


   Malcolm z uśmiechem na ustach powędrował do swojego gabinetu. Przeszedł dobrze mu znaną drogę, którą co dzień pokonywał kilka razy. Teraz, po tych kilku latach, znalazłby drogę nawet bez spoglądania przed siebie. Znał doskonale każdy mebel stojący po bokach, wiedział, że w pewnym miejscu podłoga stała się strasznie śliska, więc musiał tam zwolnić, a kiedy wychodził zza zakrętu, uważał, by nie wejść w stojącą za nim zbroję, za którą niemal zawsze czaili się strażnicy.
    Wszedł do biura, niosąc w zamkniętej dłoni upragniony skarb. Tak długo o niego zabiegał, że już niemalże stracił nadzieję na zyskanie go. A jednak cierpliwość opłacała się. Dostał to, czego chciał. I to za jaką cenę? Niemalże niedostrzegalną. Co prawda musiał zainwestować w nowe szyby oraz drzwi po ataku Zakonu jak i zwerbować i przeszkolić nowych strażników, lecz to nie miało dla niego znaczenia. Najważniejsze było to, że Elessar w końcu należał do niego!
    Usiadł na wysokim, obitym czerwonym materiałem fotelu. Z szuflady biurka wyciągnął kwadratowe pudełko w środku wysłane bladoróżową tkaniną. Z uwielbieniem i niemałą czcią położył wisiorek w zagłębieniu. Znów uśmiechnął się sam do siebie i zatarł ręce. Czas na wykorzystanie jego mocy!
    Wyciągnął przed siebie prawą dłoń. Palcami lewej ręki sięgnął do niej, z zamiarem wykorzystania swojego pierścienia. Kiedy dotknął skóry, nie spodziewał się, że jego ulubionej błyskotki ta mnie będzie.

    Adam zasnął na kilka godzin. Gdy w końcu znaleźli się w domu pastwa Shay, radości nie było końca. Rodzice chłopaka cały czas dziękowali Zakonowi i ściskali swojego syna. Pani Moon cała zapłakana nie potrafiła uwierzyć, że nic mu się nie stało, że dotarł do niej cały i zdrowy choć nadal wymęczony. Gospodyni niemal od razu po posiłku zagoniła go do łóżka. Zajął sypialnię, w której ostatnią noc spędził Josh. Maya oraz Shane odprowadzili przyjaciela i pomogli położyć się na łóżku. Kiedy już chcieli wyjść z pokoju, zatrzymał ich słabym głosem.
    - Zostańcie.
    - Powinieneś odpocząć - zaprotestowała Maya.
    - Nie zasnę, dopóki z kimś nie porozmawiam - szepnął. Usiedli więc na skraju łóżka i czekali. Adam nie spieszył się, lecz nie próbowali go poganiać. Maya doskonale pamiętała, jak czuła się po wizycie u Malcolma i co tam przeżyła. Nie widziała potrzeby, by ponaglać chłopaka, zwłaszcza, że to on chciał się z nimi wszystkim podzielić. Cieszyła się, że Shane okazał się równie cierpliwy i nie odezwał się ani słowem.
    Jakiś czas siedział, spoglądając przed siebie. Potem wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
    - To było okropne - westchnął po czym znów zamilkł.
    - Jak się tam w ogóle dostałeś? - zapytała nieśmiało.
    - Tych dwóch, którzy stali obok Malcolma przed dworem... Ogłuszyli mnie, uderzając mnie w tył głowy czymś naprawdę ciężkim. Nie pamiętam niczego, co działo się dalej. Obudziłem się w ciemnej, zimnej piwnicy za kratami na starym materacu. Przykryto mnie jakąś imitacją koca a obok leżała szklanka lodowatej wody. Potem zaczęło się piekło. - Wzdrygnął się, wspominając, co wydarzyło się dalej. - Kiedy strażnicy zauważyli, że się ocknąłem, od razu poinformowali o tym Malcolma. Z tępym bólem głowy zostałem zawleczony na górę do wielkiej sali przed jakąś radę, czy coś w tym stylu. Próbowałem stawiać opór, oczywiście, że tak. Nie darowałbym sobie, gdybym tego nie zrobił. Strażnicy jednak poradzili sobie ze mną w mgnieniu oka. Ich było czterech, ja jeden. Chyba domyślacie się, jak to się zakończyło...
    Pokiwali głowami, choć Adam wcale tego nie oczekiwał. Nawet na nich nie patrzył. Aż do tamtej pory. Gdy przestał mówić, spojrzał głęboko w oczy Mayi. Dostrzegła przerażenie, które widziała w swoich oczach jeszcze długo po tym, jak wróciła do swoich. Ten ból i bezradność...
    - Wiem, co wtedy u niego przeszłaś... - szepnął łamiącym się głosem. - Przykro mi, że musiałaś przechodzić to samo...
    - Nie pleć bzdur! - zaoponowała. - To ty znalazłeś się tam przeze mnie i to ja powinnam cię teraz przepraszać a nie ty mnie! Ja tam byłam pół dnia, ty kilka. Nie ma co nas do siebie porównywać! Próbuję sobie wyobrazić, co przeszedłeś, ale nie potrafię, bo wiem, że to co ja wtedy przeżyłam to był dopiero mały wstęp. Później miało się rozpocząć przedstawienie, lecz na szczęście nie dokonało się...
    - Już nikogo nie skrzywdzi - zapewnił z nowy błyskiem w oku.
    - Nadal ma pierścień i na pewno nie zawaha się go użyć - zauważyła ze smutkiem, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
    - Nie ma - usłyszała głos Adama przepełniony dumą i swojego rodzaju radością. Drżącą dłonią sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął pierścień. Pokazał go pozostałe dwójce, którzy siedzieli zdumieni. - Ukradłem go ostatkiem sił wczoraj, po ostatnim przesłuchaniu. Ściągnął go, choć nigdy dotąd tego nie robił. Zdziwiło mnie to, wydawało mi się, że nigdy się z nim nie rozstaje. Rozmasowywał palec, kiedy kazał strażom mnie zabrać. Skorzystałem z okazji i chwyciłem go ze stołu w ostatniej chwili. Nawet nie zauważył. Chyba był już tym wszystkim zmęczony.
    - To pierścień Barahira! - szepnęła zachwycona Maya. Chłopcy spojrzeli na nią zaskoczeni.
    - Skąd to niby wiesz? - zapytali oboje naraz.
    - Wy naprawdę niczego nie czytacie - westchnęła przeciągle. - Kiedy szukałam informacji o dziedzicu Elessaru, znalazłam też wzmiankę o tym pierścieniu. Zapamiętałam go, bo wiedziałam, że posiadła go Malcolm, choć nie powinien, bo tak naprawdę to ty go powinieneś nosić - powiedziała, wskazując Shane'a.
    - Jak to ja? - zdziwił się jeszcze bardziej.
    - To twoje dziedzictwo. Tak samo jak Elessar - wyjaśniła.
    - Czekaj! To on jest potomkiem jakiegoś tam króla sprzed wieków? - zawołał zachwycony tą wiadomością Adam, siadając na łóżku. - Stary, zawsze wiedziałem, że nie jesteś normalny!
    - Masz, weź, załóż go a przekonasz się - zaproponowała, wyciągając ozdobę na otwartej ręce w kierunku blondyna. Chłopak ostrożnie chwycił go i obrócił kilka razy w dłoni, oglądając go dokładnie. Następnie wsunął go na palec. Gdy to zrobił, poczuł prąd przepływający przez jego ciało. Dreszcze rozchodziły się od klejnotu aż po sam kręgosłup. Spojrzał na Mayę, która uśmiechnęła się do niego. Ona również to poczuła. I już wiedziała, z kim miała do czynienia.
    - To naprawdę ja - szepnął zaintrygowany. W końcu uwierzył w swoje prawdziwe pochodzenie.
    - Przepraszam, że zachowywałem się jak dupek - odezwał się nagle Adam. Maya i Shane zwrócili się znów ku niemu. - Jesteście moimi przyjaciółmi a ja... Cóż, moje zachowanie ostatnio nie było przyjacielskie, choć obiecuję, że wkrótce się to zmieni. A może teraz łaskawie powiecie mi, dlaczego oddaliście Elessar Malcolmowi, co?

~~~*~~~*~~~*~~~

    Powoli zbliżamy się do końca opowiadania, więc jeśli ktoś jest zainteresowany moją twórczością, zapraszam na nowego bloga ;) Polowanie na magię! :) Z chęcią usłyszę Waszą opinię na jego temat. Pojawiły się już dwa krótkie rozdziały :) A tymczasem do zobaczenia ;)

piątek, 26 czerwca 2015

~44~


    Pół nocy przegadali, by cały plan dopiąć na ostatni guzik. Oboje zgodzili się, że lepiej, by nikt inny nie wiedział, co zamierzają zrobić. Oznajmili im tylko, że chcą oddać Elessar. Co prawda każdy, kto wiedział, jak ważny jest dla całego świata, sprzeciwiał się temu. Jednak Maya przekonała ich, że wie, co robi,  by jej choć w tej sprawie zaufali. Jej i Joshowi. Niechętnie wszyscy zebrani stwierdzili, że nie mają innego wyboru, jak zawierzyć im życie.
    Mama Mayi, najbardziej sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia, podeszła na sam koniec zebrania do swojej córki i odciągnęła ją na bok.
    - Jesteś pewna, że ten chłopak znaczy dla ciebie więcej niż Elessar? - zapytała. - Że jest wart takiego poświęcenia?
    - Mamo! - zawołała oburzona. - Nie możesz mnie stawiać w takiej sytuacji. Dobrze wiesz, że Adam to mój przyjaciel. Oddałabym życie, by móc go ratować. A Elessar... Wiem, ile znaczy i nie zamierzam go tak łatwo stracić... Po prostu mi ufaj, mamo.
    Kobieta przytuliła mocno blondynkę i pocałowała delikatnie w czoło.
    - Obiecaj, że będziesz ostrożna!
    - Zawsze, mamo. Zawsze.
    Rada nie pozwoliła wziąć jej udziału w wyprawie, więc pożegnały się i wróciła do swojego domu. Josh natomiast został dopuszczony, na osobistą prośbę Mayi, do eskapady, więc mógł zostać. Pani Shay przydzieliła mu pokój, który sąsiadował z pokojem blondynki, więc po zakończeniu narad razem udali się na górę. Stanęli na korytarzu i spoglądali sobie w oczy w wątłym świetle lampy.
    - Boisz się? - zapytała cicho. Josh, zaskoczony, uniósł do góry brwi i uśmiechnął się lekko.
    - Trochę - przyznał.
    - Czego? - Chciała wiedzieć.
    - Najbardziej chyba tego, że mój plan nie wypali albo, że nas zaatakują, zanim powiemy pierwsze słowo, które pozwoliłoby nam na rozmowę z Malcolmem. A ty?
    - Że stracę was wszystkich - szepnęła i przytuliła się do niego. Doskonale wiedziała, do czego zdolny był Malcolm. Mógł zrobić niemalże wszystko. Nie miał skrupułów. Robił wszystko, by osiągnąć swój zamierzony cel. A jego celem był Elessar.
    "Po trupach do celu." - Zaśmiała się gorzko w myślach. Miała nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie.

    Maya obudziła się przed budzikiem. Spała z trzy godziny, ale nie czuła się zmęczona. Wręcz przeciwnie, była gotowa do działania.
Maya
    W kuchni spotkała już jedzącego śniadanie Josha oraz pół żywego Shane'a, który próbował obudzić się mocną kawą. Po upływie kolejnych kilkunastu minut zjawili się już wszyscy, którzy brali udział w wyprawie. Oprócz nich mieli jechać mama Shane'a i kilku innych członków Zakonu, których blondynka nigdy w życiu nie widziała na oczy. Uzbrojeni w urządzenia, dzięki którym mogli się bez problemu komunikować, powsiadali do trzech aut. Do pierwszego załadowali się Josh, Maya i Shane a kierował jakiś nieznany jej członek Zakonu. Do kolejnych dwóch wsiedli wszyscy, których Maya nie znała oraz matka blondyna. Na dany im znak, ruszyli.
    Ich samochód jechał w środku, jakby pod eskortą pozostałych dwóch. Maya nie pamiętała, jaką drogę obrali jej porywcze, ponieważ przez przyciemnione szyby niczego nie widziała, ale wydawało jej się, że podróż trwała kilka godzin. Zastanawiała się teraz, czy siedziba Malcolma znajduje się gdzieś daleko od nich. Zgadywała, że tak. Wokół dworu widziała las i gęste zarośla, a czegoś takiego w ich okolicy nie było.
    Czując narastające przerażenie, starała się przestać myśleć choć na chwilę o czyhającym na nich niebezpieczeństwie. Skupiła uwagę na rozciągającym się dokoła pięknym widoku, który z każdym metrem zmieniał się. Za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiały się drzewa, coś ściskało ją w środku. Bała się, że już dotarli na miejsce, a ona nie była nadal gotowa na to spotkanie. Nie potrafiła wolno oddychać, momentami w ogóle brakowało jej tchu i myślała, że za chwilę się udławi. Serce biło jej jak oszalałe a dłonie zaczęły się pocić. Denerwowała się, mimo, że nie zaprzątała sobie myśli Gwardią.
    Shane siedział obok blondynki i spoglądał na nią co jakiś czas. Chciał coś powiedzieć, ale nie do końca wiedział co. Bał się, bo tuż przed nim znajdował się jej najlepszy przyjaciel, który wiedział o niej wszystko, nie chciał więc wyjść na głupka, palnąć jakąś gafę. I niby co miał powiedzieć? Pocieszyć? Zapytać, jak się czuje? To nie miałoby sensu. Więc zrobił najzwyklejszą rzecz na świecie - chwycił ją za rękę i uścisnął ją, dając jej tym samym do zrozumienia, że jest z nią. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Widząc całą sytuację  w lusterku, Josh już wiedział, że tych dwoje ma się ku sobie.
    Podróż okazała się wystarczająco długa, by ich dostatecznie wyczerpać. Gdy w końcu się zatrzymali, Mayę bolały plecy a kiedy się rozciągnęła, słyszała chrupnięcia w stawach. Rozejrzała się dokoła. Nic się nie zmieniło. Wielki dwór, górujący nad całą resztą otoczony gęstymi zaroślami, masywna brama i podjazd wyłożony płytami i kamieniami.
    Nie miała pojęcia, czego się spodziewała, ale widok tylu osób, zaskoczył ją. Wyglądali jak komitet powitalny. Z bronią skierowaną w ich stronę oraz zacieśniającym się kręgiem uzbrojonych gwardzistów. W tłumie nie dostrzegła Malcolma, ale kiedy pani Shay poprosiła o rozmowę z nim, pojawił się na schodach swojej twierdzy, mając u boku Nate'a i Toma. Wzdrygnęła się, przypominając sobie każdy sen z ich udziałem.
    - Proszę, proszę! Kogo my tu mamy? - Malcolm mówił cicho, ale i tak rozumiała każde jego słowo, mimo tak wielkiej odległości, która ich dzieliła. Powoli schodził w dół a za nim jego strażnicy oraz jedna zakapturzona postać, której sylwetka wyglądała znajomo. Intuicja podpowiadała jej, że doskonale zna tę postać, lecz nie potrafiła jej zidentyfikować. - Maya, kochana, stęskniłem się za tobą! - pożalił się tak naturalnie, że uwierzyłaby to. W innych okolicznościach uwierzyłaby we wszystko, cokolwiek by powiedział takim tonem. - Tak dawno się nie widzieliśmy! - Wyraził swój żal. Stał już u podnóża schodów. Maya i reszta jej towarzystwa zostali zmuszeni to tego, by zbliżyć się do niego, ponieważ krąg wokół nich robił się coraz mniejszy. Strażnicy stojący za nimi przysuwali się coraz bliżej. - Przyjechaliście odebrać Adama, prawda? - zapytał. Zabrzmiało to, jakby chłopak był małym dzieckiem na wakacjach, które się gdzieś zgubiło i teraz zmartwieni rodzice przyjeżdżają do ludzi, u których przebywał.
    - Gdzie on jest? - zawołała, stając naprzeciwko niego. Musiała unieść głowę do góry, ponieważ Malcolm był naprawdę dobrze zbudowany i niezwykle wysoki. W jego oczach dostrzegła błysk wrodzonej skłonności do bycia złym.
    - Nie tak szybko, skarbie. - Zaśmiał się. - Najpierw pokaż mi Elessar, Chcę mieć pewność, że mnie nie oszukasz.
    Maya niechętnie zdjęła wisiorek z szyi i, trzymając łańcuszek w zaciśniętej pięści, pokazała go mężczyźnie. Jak zahipnotyzowany, pochylił się ku niemu. Wyciągnął do niego rękę, chcąc go dotknąć, lecz blondynka zareagowała błyskawicznie. Zabrała mu sprzed nosa naszyjnik i schowała za plecami. Była pewna, że na razie będzie tam bezpieczny, ponieważ czuła ciepło bijące od ciał Shane'a i Josha, którzy stali tuż za nią.
    - Nie tak szybko - powtórzyła jego słowa, uśmiechając się. Cały strach nagle wyparował. Wreszcie poczuła się na miejscu, wiedziała, co robi, widziała cel, jaki jej przyświecał. Ryzykowała wiele, ale inaczej się nie dało, była tego świadoma. Odprężona i z błąkającym się uśmiechem na ustach, prowadziła z Malcolmem rozmowę. - Najpierw rozkaż swoim, by przyprowadzili tu Adama. Chcę wiedzieć, że nic mu nie zrobiłeś - zawahała się, choć miała nadzieję, że tego nie dostrzegł. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wypróbował na chłopaku działanie swojego pierścienia. Podając warunki, chodziło jej raczej o to, że musiała go zobaczyć, musiała wiedzieć, że żyje, że ma dla kogo ryzykować.
    Mężczyzna machnął niedbale ręką. Dwóch strażników zniknęło w dworze, by po jakimś czasie pojawić się z ledwo idącym między nimi Adamem. Powłóczył nogami, czasami ludzie Gwardii go ciągnęli, lecz starał się iść ostatkiem swoich sił. Od razu dostrzegła jak bardzo wymizerniał. Zatkała usta dłonią, by nie westchnąć głośno z przerażenia. Zapadnięte oczy wpatrywały się w ziemię a gdy na chwilę podniósł wzrok, ujrzała w nim czysty strach. Przypomniała sobie, jak ona wszystko przeżywała po jednym dniu spędzonym w ich siedzibie. Chłopak siedział tu już niemal tydzień.
    Wychudł, był brudny, poszarpany. Na ubraniu i włosach dostrzegła zakrzepłe ślady krwi. Opuchnięte wargi domagały się zwilżenia czystą wodą, a włosy niemal pragnęły, by zbliżył się do nich grzebień. łzy stanęły w oczach Mayi, widząc jego postać, tak bardzo jej znaną, a jednak całkiem odmienioną. W pierwszym odruchu chciała pobiec i przytulić go, pomóc mu iść. W ostatniej chwili Josh przytrzymał ją, łapiąc ją w pasie ramionami.
    - Nie możesz - szepnął jej do ucha. Pokiwała głową, rozumiejąc, co miał na myśli. - Jeszcze nie teraz.
    - Jesteś potworem, Malcolm - powiedziała, przełykając łzy i ból. Strażnicy zostawili Adama chwiejącego się na nogach pod eskortą Nate'a i Toma. Chłopcy nie pomogli mu jednak, kiedy upadł. Patrzyli na niego niemal drwiąco, z wyższością. - Kiedyś mi za to zapłacisz - warknęła.
    - Elessar, albo twój przyjaciel umrze. - Uśmiechnął się. Dostrzegła, że zakapturzona postać wyłowiła spod peleryny łuk i teraz celowała w leżącą postać Adama. Maya wyciągnęła powoli rękę zza pleców. Ruszający się delikatnie wisiorek hipnotyzował swoim zielonym kolorem. Dziewczyna uniosła ramię, a gdy Malcolm wysunął dłoń co przodu, upuściła na nią swój największy skarb. Malcolm nie posiadał się z radości. Uśmiechał się szaleńczo, ściskając w pięści zielony naszyjnik. Zachwyceni członkowie Gwardii zaczęli się schodzić do niego, opuszczając broń oraz tracąc czujność. Korzystając z okazji, Shane i Josh podnieśli Adama z ziemi i zanieśli do auta, gdzie położyli go między blondynem a Mayą. Potem z zawrotną prędkością popędzili do domu.
    - Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał cichym, ledwie dosłyszalnym głosem Ad. Serce ścisnęło się Mayi w piersi, słysząc jego słaby głos.
    - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz -zapewniła go. - Malcolm nam za to wszystko zapłaci, już ja tego dopilnuje - odgroziła się.
   - Dlaczego oddałaś Elessar? - Adam odezwał się znów, jakby nie słyszał tego, co powiedziała przed chwilą Maya. Zaniepokojona, przejechała dłonią po jego włosach, próbując go uspokoić. Po chwili jego ciało się odprężyło, choć jeszcze kilka razy zadał to samo pytanie, na które Maya nie potrafiła odpowiedzieć.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Hej, przyznam szczerze, że pierwszy raz od dłuższego czasu dobrze pisało mi się to opowiadanie ;) Sama nie wiem, jak wyszło, ocenę pozostawiam Wam, ale chyba jest dobrze ;)

sobota, 25 kwietnia 2015

~40~

Maya

    Pod koniec tygodnia nieco się ochłodziło. Słońce tylko od czasu do czasu wyglądało zza deszczowych, ciężkich chmur a zimny wiatr dął nieustannie, rozwiewając włosy i porywając kapelusze z głów. Liście zerwane z drzew, wirowały w powietrzu, tworząc widowiskowe pokazy.
    W piątek od rana siąpiło. Maya, przyzwyczajona do upalnych dni, zmuszona została do wygrzebania z szafy cieplejszych ciuchów, których u Shane'a nie posiadała zbyt wielu.
    Pogoda sprawiła, że każdy bez wyjątku miał gorszy humor. Shane jakby wstał lewą nogą' odkąd tylko pojawił się w kuchni na śniadanie, odburkiwał coś pod nosem, gdy ktoś się do niego odezwał. Nawet zwykle uśmiechniętą blondynkę dopadła tego dnia chandra. Nic jej się nie chciało, a już zwłaszcza wstać do szkoły. Zmusiła się jednak do tego, tak samo jak Shane'a, który co chwila pomrukiwał, że nie ma już po co wychodzić z domu. Dziewczyna siłą zawlokła go do autobusu a potem odprowadziła pod klasę jak przedszkolaka.
    - Widzimy się później! - zastrzegła i odeszła, zostawiając chłopaka z przyjaciółmi.
    Idąc do sali, w której odbywała się jej pierwsza lekcja, przypadkiem natknęła się na Adama i Marka. Obaj wracali z szatni, dyskutując o czymś zawzięcie. Gdy tylko zobaczyli dziewczynę, zamilkli. Adam przez sekundę patrzył jej prosto w oczy a następnie spuścił wzrok i wpatrywał się w niesioną reklamówkę.
    - Hej, Maya! - przywitał się wesoło Mark. - Właśnie gadaliśmy o tym, że powinniśmy na wuefie zagrać na dworze w siatkówkę, dziewczyny na chłopaków. Co ty o tym myślisz? - zapytał. Blondynka przeniosła swoje spojrzenie z bruneta na niego.
    - Tak, to dobry pomysł - poparła. - Słuchaj, zostawiłbyś nas samych? Chciałabym pogadać z Adamem - poprosiła. Mark, od razu wyczuwając sytuację, odszedł, zerkając jeszcze dyskretnie na przyjaciela. Adam znów patrzył na Mayę, zaskoczony jej prośbą. Nie odezwał się jednak ani słowem, dopóki Mark ich nie opuścił. - Co tam? - zadała pierwsze pytanie, jakie jej wpadło do głowy. Co prawda od dłuższego czasu planowała tą rozmowę, ale gdy przyszło co do czego, to nie wiedziała, od czego zacząć.
    - Dobrze - odpowiedział. Wyczuła w jego głosie napięcie. - Słuchaj, ja naprawdę chciałbym...
    - Wiem - przerwała mu. - Po prostu mi ciebie brakuje - przyznała ze smutkiem. - Nie mogę przyzwyczaić się do tego, że ciebie już nie ma przy mnie. To takie dziwne, ty też tak masz?
    Przytaknął niepewnie głową. Nie miał pojęcia ani co zrobić, ani co powiedzieć. Stali tak po prostu na korytarzu i wpatrywali się w siebie. Oboje wiedzieli, że to, co między nimi było, w jakiejś części zepsuło ich dawną relację i już nigdy nie poczują się w swoim towarzystwie tak jak kiedyś. Wierzyli jednak, że mimo wszystko, uda im się pozostać przyjaciółmi. Starali się, próbowali. Ale co z tego wyniknie?
    - Zastanawiałam się, czy to, co powiedziałeś Alex to prawda? - wypaplała po chwili.
    Zawahał się. Zauważyła to doskonale. Obserwowała go przez cały czas, by właśnie takie coś zobaczyć. Po chwili dopiero pokiwał głową.
    - Nie powinienem zachowywać się jak dzieciak - przyznał. - Czas dorosnąć. Nie udało się, trudno. Żyjmy dalej. Wiem, że będzie trudno, ale może się uda - powiedział, spoglądając jej głęboko w oczy. Zobaczyła w nich smutek, ale też pewnego rodzaju dojrzałość, o której mówiła przyjaciółka. - A co tam... u was? - zapytał ostrożnie. Zaskoczyło ją to pytanie, więc nie od razu odpowiedziała. Musiała sobie najpierw uzmysłowić, o kogo chodziło chłopakowi.
    - U mnie i Shane'a? - chciała się upewnić. Gdy skinął głową, kontynuowała. - Chyba okej. Uważam - odważyła się - że powinieneś porozmawiać też z Shanem. To w końcu twój przyjaciel, na pewno się o ciebie martwi.
    - Powiedział ci to? - zapytał z niemałym zaskoczeniem.
    - Nie, tak właściwie to nie gadaliśmy o tobie dawno, ale jestem pewna, że przykro mu, że się do niego nie odzywasz. Może... Skoro z nami jest już okej, to może też z nim...?
    Adam zamyślił się. Na czole, pod delikatnie opadającymi na nie niemal czarnymi włosami, pojawiła się mała zmarszczka. Miała ochotę odgarnąć niesforne kosmyki z jego twarzy, ale, z wiadomych powodów, nie zrobiła tego.
    - Spróbuję. Spróbuję, ale niczego nie obiecuję - powiedział cicho, spojrzał na nią ostatni raz i, nie mówiąc już nic, odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając ją samą z głową pełną kotłujących się myśli.

    - Dlaczego nie chcesz powiedzieć o tym incydencie mojej mamie? - zapytał ją po raz setny. Maya westchnęła. Tłumaczyła mu już wiele razy, ale postanowiła zrobić to jeszcze jeden.
    - To nie było nic poważnego. Po prostu mieli mnie sprawdzić. Tak naprawdę nic o mnie nie wiedzą - zapewniła, próbując uśmiechnąć się bardziej wiarygodnie. - Nawet nie mają pewności, że jestem Strażniczką. Poza tym to już się nie powtórzy. Teraz będę o wiele bardziej ostrożniejsza.
    Siedzieli w kuchni i kończyli jeść obiad. Od jednego do drugiego, Shane znów zaczął drażliwy dla niej temat. Nie chciała kolejny raz tego wałkować, próbowała zapomnieć, ale nie potrafiła. Było to zbyt świeże, zbyt realne wydawało się zagrożenie, by je zignorować.
    - I obiecujesz, że nigdzie nie będziesz chodziła sama? - zapytał. Pokiwała tylko głową. Właśnie taki był jej plan. Wierzyła, że gdy będzie otoczona mnóstwem ludzi, nic jej nie zrobią. Chciała również w jakiś sposób uspokoić Shane'a. Naprawdę się o nią martwił i doceniała to, ale tę partię powinna rozegrać sama.
    - Rozwaga i ostrożność to moje drugie imię, nie pamiętasz? - zawołała ze śmiechem, próbując rozładować atmosferę.
    - Ja nie żartuję - odezwał się poważnie.
    - Ja też nie - westchnęła zrezygnowana. - Wiem, że masz jak najlepsze intencje, ale nie możesz mnie przed wszystkim obronić albo wszystko za mnie zrobić. Pewne sprawy powinnam załatwić sama.
    Spojrzał na nią ze smutkiem. Odczuł to niemal jak odtrącenie. Nie potrzebowała jego pomocy...
    Widząc jego minę, dziewczyna od razu zrehabilitowała się.
    - Oczywiście, gdy już pozałatwiam strażnickie sprawy, przyjdzie czas na Gwardię i tutaj mam nadzieję, będę mogła liczyć na twoją pomoc?
    - Jasne - odparł niemal od razu. Spojrzał na nią uważnie, delikatnie się uśmiechając.
    - To fajnie. - Odetchnęła niemalże z ulgą. Dobrze było wiedzieć, że miała na kim polegać. - Powinnam już iść - powiedziała po chwili milczenia.
    - Na pewno nie potrzebujesz pomocy? - chciał się upewnić. Maya pokręciła z uśmiechem głową.
    - Ale gdy tylko się coś zmieni, ty jako pierwszy się o tym dowiesz - zapewniła. - A teraz idź już, podobno miałeś spotkać się z chłopakami. Nie chcę, żebyś przeze mnie się spóźnił - ponagliła go.
    - Do zobaczenia! - zawołał, znikając za drzwiami wejściowymi. Maya spoglądała w tamtym kierunku jeszcze kilka dobrych minut. Upewniwszy się, że chłopak na pewno odszedł, powędrowała na górę.

    Jak co piątek wyruszyli do domu Gundara, by zdać sprawozdanie z poczynań, pochwalić się sukcesami albo zebrać burę za źle wykonane zadanie. Obawiali się tej wizyty. Zastanawiali się, czy szpieg Malcolma doniósł już mu o ich niepowodzeniu wtedy, pod szkołą, kiedy ich nakryto. Mieli nadzieję, że nie zdążył się z nim skontaktować.
    Droga zajęła im kilka godzin. Przez większość czasu nie odzywali się do siebie. Siedzieli cicho - Nate całkowicie skupiony na jeździe, Tom słuchając muzyki płynącej ze słuchawek, które miał na uszach. Obaj w przeciwsłonecznych okularach, poważni, nawet na siebie nie spojrzeli.
    Wysiadając z auta przed domem, Tom poczuł, jak po jego plecach przebiegają dreszcze. Zerknął w stronę brata, który nie dał po sobie poznać, że się czegoś obawia. Chłopak jednak znał go za dobrze i za długo, by nie wyczuć napięcia, które owładnęło jego ciałem. Podążył za nim niczym cień.
    Weszli do zimnego korytarza. Drzwi zamknęły się za nimi, odcinając ich od reszty świata. Skierowali się od razu do gabinetu Malcolma, jednak go tam nie zastali. Zdziwieni, powędrowali dalej. Weszli do swojego pokoju, lecz tam również nie zastali Xaviera. Postanowili więc odwiedzić bibliotekę.
    Wśród miliona zbiorów ksiąg i zwojów odnaleźli w końcu Gundara i ich współlokatora. Dopiero od nich dowiedzieli się, że przywódca wyjechał na kilka dni. Niemalże odetchnęli z ulgą. Zdawali sobie sprawę, że skoro nie ma Malcolma, bezpośrednio podlegali Gundarowi. Rozsiedli się więc naprzeciwko niego przy długim stole.
    - Jak przypuszczam, przyjechaliście zdać raport? - upewnił się starzec. Nate skinął głową. - A więc słucham.
    Niechętnie opowiedzieli mu o ich wpadce. Dodali jednak, że dzięki temu Maya ujawniła się i mają pewność, że jest Strażniczką. Przez czas trwania opowieści na twarzy nauczyciela pojawiały się różne emocje - od zdziwienia, przez złość, smutek, zdenerwowanie czy zawód. Na koniec jednak na jego usta wypłynął uśmiech. - A jednak to ona - szepnął. - Nie pomyliłem się! - odparł zadowolony. Spojrzał w oczy najpierw jednego, następnie drugiego z braci. - Ale wy postąpiliście źle, ujawniając się tak szybko.
    - Ale co to zmienia? Przecież i tak już wie o Gwardii? Przesłuchiwaliście ją. Co to zmieni, że wie o nas? - chciał wiedzieć Nate.
    - A chociażby to, że teraz nie będziecie mogli się bezpiecznie obok niej kręcić - odparł wkurzony. - A powinniśmy mieć przy niej kogoś, komu możemy zaufać. Kogoś młodego, kto mógłby wtopić się w tłum. Ale wy już będziecie dla niej zbyt rozpoznawalni - westchnął. - Jednak to nie ja powinienem zdecydować o tym, czy was oddelegować od tego zadania. Ta decyzja należy do Malcolma. A że go nie ma, wydaje mi się, że możecie jeszcze wrócić i z daleka jej pilnować. Może akurat nikomu się nie poskarżyła. Czy coś jeszcze jest, co macie do powiedzenia? - Przyjrzał im się uważnie. Wyglądali na zdenerwowanych i spiętych, ale gdy tylko usłyszeli, że mogą wrócić, odprężyli się.
    - Skończył nam się proszek - odezwał się ostrożnie, konspiracyjnie Tom.
    - A przydałaby nam się jeszcze jedna porcja - zauważył Nate. Xavier przysłuchiwał się tej rozmowie uważnie. Do tej pory rozumiał niemal wszystko, znał sprawę Mayi, może nie ze szczegółami, ale nie był również zielony. Jednak gdy rozmowa zboczyła na temat tajemniczego proszku, zgłupiał całkowicie.
    - O jakim proszku mówicie? - zapytał ostrożnie, spoglądając to na swoich kolegów to na Gundara.
    - Chłopcy dostali ode mnie unikatową rzecz. Cerussa. Niezwykle rzadka i niespotykana substancja. Bardzo trudna do przyrządzenia. Sprawia, że wchodzisz do snu wybranej osoby i kierujesz nim. Czasami można przenieść daną osobę do miejsca, w którym się chce, żeby była, czasami tylko po prostu śledzimy i ingerujemy wydarzenia w snach.
    - A my dzięki temu straszyliśmy Mayę. Rozmawialiśmy z nią jakiś czas temu - dopowiedział Tom.
    - Kazałem wam tego używać w najgorszym wypadku. To nie jest zabawka. Wspominałem wam też o skutkach ubocznych zbyt częstego używania proszku - odparł surowo. Młodszy z braci wzdrygnął się na wspomnienie tamtej rozmowy. Na starszym nie zrobiło to jednak większego wrażenia. - Nie dostaniecie już więcej. Niewiele mi tego zostało a do przyrządzenia kolejnej są potrzebne specyficzne warunki atmosferyczne, które nie powtórzą się przez kilka kolejnych lat - wyjaśnił.
    Nate nastroszył się jeszcze bardziej. Nie powiedział nic, ale z jego miny Gundar spokojnie mógł wywnioskować, że był niezadowolony odpowiedzią.
    - Powinniście już wracać - zasugerował nauczyciel. - Nie możecie jechać po nocy, to niebezpieczne, więc lepiej, żebyście przed północą byli już w mieście.
    Tom pokiwał posłusznie głową. Pociągnął za rękę swojego brata i razem wyszli z biblioteki. Nate już na korytarzu wyszarpnął ramię z uścisku Toma.
    - Sam sobie poradzę. Nie musisz mnie prowadzić - warknął do niego. Tom podniósł dłonie w geście poddania się. Co więcej mógłby zrobić?

    Maya jak zwykle, siedząc w bibliotece, wyciągnęła parę pozycji, które ją zainteresowały. Rozłożyła się na stoliku i zaczęła przeglądać je po kolei. Z nowym zapałem kartkowała pierwszą książkę. Nie znalazła w niej nic ciekawego, więc sięgnęła po drugą. W momencie, gdy ją podniosła, wypadła z niej pojedyncza kartka i sfrunęła na podłogę. Schyliła się, by ją podnieść. Rozłożyła ją a stole i przybliżyła do niej lampę, by więcej widzieć. Zaskoczona odkryciem, nie potrafiła uwierzyć w to, co znalazła. Oczywiście to nic związanego z jej snami, ale również ważnego! Uradowana, zaczęła czytać napisany staroangielskim językiem tekst. Nie wszystko zrozumiała, więc postanowiła zorganizować sobie słownik archaizmów. Przeszukała bibliotekę wzdłuż i wszerz nim odnalazła mały słowniczek ze starymi wyrazami, których od dawna nikt nie używał.
    Złożoną kartkę i słownik przemyciła do swojego pokoju pod bluzką. Gdy się już w nim znalazła, znów na nią spojrzała. Tytuł, napisany w esperanto zrozumiała doskonale, mimo, że nigdy nie uczyła się tego języka. "Heredanto Elesar" - tak brzmiał tytuł. Z bijącym sercem i uśmiechem na ustach, zabrała się do rozszyfrowania tej części tekstu, z której kompletnie nic nie zrozumiała.

~~~*~~~*~~~*~~~

    Heej, jak tam Wam mija cieplutki weekendzik? Kolejny będzie taaaaki długaśny!! <3 do środy nie chodzić do szkoły - bezcenne *,* Dziękuję maturzystom, którzy piszą testy! *,* No i już życzę Wam wszystkim powodzenia! :)
    Jak tam rozdział? Piszcie, co o nim sądzicie ;) Czy Was w którymś momencie zaskoczyłam, czy może wręcz przeciwnie? No i zapraszam wszystkich, którzy jeszcze nie zapoznali się z miniaturką na poprzednią notkę "Fakt autentyczny" ;)

środa, 19 marca 2014

~14~


    Wstał słoneczny poranek. Dzień jak co dzień. Przynajmniej dla podopiecznych Gundara. Gdy tylko w całym dworze rozbrzmiał ten jakże irytujący odgłos dzwonów, oznajmiających, że pora już wstawać, w cichym dotychczas domu, zawrzało. Najgłośniej było oczywiście na parterze, bo to tam znajdowała się kuchnia i jadalnia, ale i sypialnie straży, czy pomniejszych sług. Warta strzegąca nocą drzwi zmieniła się wraz z nadejściem świtu, więc przy wejściu stali wypoczęci, młodzi żołnierze. Kucharki krzątały się od stołu do szafek, przygotowując śniadanie. Pierwsze ranne ptaszki wychodziły na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
    Xavier przeciągnął się sennie na łóżku. Kołdra zsunęła mu się z nóg na podłogę, gdy wykonywał ten gwałtowny ruch. Jego łóżko nie było specjalnie szerokie, więc pościel miała prawo spaść. Mruknął coś pod nosem, otwierając oczy. Co zobaczył?
Dość sporych rozmiarów pokój, który dzielił z Natem i Tomem. Jego łóżko stało w rogu, jak najdalej od wszystkiego - od okna, od drzwi, od pozostałych posłań. Tuż przy wezgłowiu stała półka a na niej mnóstwo książek, kilka płyt, parę osobistych rzeczy. Na ścianach poprzyklejał plakaty. Wisiało również sporo małych półek, na których stały kolejne podręczniki, jego małe trofea z zawodów sportowych. Na najniższej półce, tuż za ogromnym tomiszczem trzymał mały scyzoryk, który dostał od ojca na czternaste urodziny. Przez cały dzień nożyk towarzyszył swojemu właścicielowi, leżąc w kieszeni jego spodni, lecz gdy nadchodziła noc, lądował nad łóżkiem. Gdy Xavier czuł się naprawdę źle, chował scyzoryk pod poduszkę, by mieć broń jak najbliżej siebie.
    Na tym kończył się jego mały kącik w pokoju. Dalej stała wspólna, wielkich rozmiarów, drewniana szafa, która była jakby granicą między dwoma światami, ponieważ dalsza część pokoju wyglądała zupełnie inaczej. Łóżko Nate'a stało pod oknem, przez które do pokoju wpadały promienie słoneczne. Wokół nie było widać żadnych osobistych rzeczy właściciela. Tylko granatowy plecak wystawał spod łóżka. Xavier czasami zastanawiał się, czy jego kolega naprawdę nie posiadał żadnych pamiątek, czy tylko chciał za wszelką cenę odciąć się od przeszłości.
    Ścian nie zdobiły obrazy ani plakaty, po półkach zostały tylko haczyki. Na szafce nocnej, tuż obok lampki, leżała pognieciona biała koszulka, którą nosił wczoraj Nate.
    Przy drzwiach swoje królestwo miał Tom. Niewiele się różniło od części jego brata. Całkowite minimum rzeczy, żadnych pamiątek. Tylko łóżko i komoda, odgradzająca łóżka braci.
    Na środku podłogi leżał miękki dywan, a na nim dwie nieduże torby, należące do jego współlokatorów. Xavier przypomniał sobie, że już dzisiaj jego przyjaciele znów wyruszają w kolejną misję. Westchnął cicho. Mimo, że nie byli jacyś wielce wylewni, śmieszni, czy przyjacielscy, to zawsze mu ich brakowało. Gdy siedzieli w domu to przynajmniej miał się do kogo odezwać, mógł z nimi poćwiczyć. Poranne biegi i nauka stawały się o wiele milsze, gdy było ich więcej. A niestety, w Gwardii, a przynajmniej w tym domu, nie mógł liczyć na lepsze towarzystwo w jego wieku. Znajdowali się tutaj tylko oni. Evanlyn czasami uczyła się z nimi, ale zazwyczaj wybierała na naukę takie godziny, by nikt jej nie przeszkadzał. I miała do tego pełne prawo. Jako córka jednego z najbardziej wpływowych członków Gwardii musiała mieć zapewnione odpowiednie warunki. Chłopakowi zdawała się chłodna jak lód. Jedyny plus tego, że tutaj była to dobre posiłki, bo gdyby kucharki się nie postarały już ona wzięłaby je w obroty! Czasami, gdy miała dobry humor i jednak siadała z nimi do nauki, była bardzo przydatna. Wiedziała często więcej na temat jakiegoś sporu między krajami niż Gundar. Może dlatego, że oglądała dużo telewizji? Xavier nie mógł pojąć, jak ona znajdowała czas na siedzenie przed telewizorem! On ciągle musiał coś robić.
    "Może to kolejny przywilej?" - pomyślał.
    Pokręcił głową zrezygnowany. Wstał, wygrzebał z szafy znoszony dres i udał się do łazienki. Nie znosił porannych treningów. Chociaż był szybki, nie lubił biegać. Chociaż dobrze władał bronią, nie lubił walczyć. Jedyne na co wyczekiwał z utęsknieniem to wspinaczka. Gdy był mały ciągle uciekał przed ojcem i chował się wśród najwyższych gałęzi drzew. A ten rodzaj zajęć nie pojawiał się zbyt często w ich życiu.
    Już całkowicie ubrany i umyty, zszedł schodami na dół. Swoje pokoje mieli na najwyższych piętrach budynku. Korytarze były tam bardziej przytulne niż te niżej. Dostawało się tam więcej światła, ściany pokryte drewnem, lub pomalowane na różne odcienie niebieskiego zdawały się być mniej ponure. Już od dwóch lat codziennie schodził tymi schodami na dół, lecz nadal nie mógł się przyzwyczaić do tych dużych zmian. W pewnym momencie kolorowe ściany ustępowały miejsca szaremu kamieniowi, drewniana podłoga, często pokryta puszystym dywanem, przechodziła w marmury. Okna nie przepuszczały tyle światła co te na górze. Do tego te ponure obrazy, wiszące wzdłuż niekończących się korytarzy!
    Zajrzał ukradkiem do kuchni, zabrał z lodówki zimną butelkę wody i wyszedł na dwór. Po drodze nie spotkał nikogo, kto by się bardziej liczył od niego. Tylko z daleka zobaczył Willa, który już zaczął swój poranny trening.
    Gundar i Malcolm wpoili mu wiele zasad i reguł, obowiązujących go jako członka Gwardii. Bieganie, nauka, ćwiczenia z bronią - to tylko kropla w całym morzu dziwnych obowiązków. Miał świadomość, że sam nie znał jeszcze wielu niepisanych praw, które obowiązywały w tym domu, choć mieszkał tu już prawie dwa lata. Na szczęście łatwo dostosowywał się do jakichkolwiek zmian. Więc każdy dzień zaczynał od rozgrzewki. Potem kilkukilometrowy bieg wokół posiadłości. Wolał biec w grupie, ale wiedział, że chłopaki mieli dużo ważniejszych spraw na głowie. A Evanlyn nie biegała tak wcześnie. A jeśli nawet, to nie była odpowiednia dla niego towarzyszka. Wychowany wśród mężczyzn, stronił od wszelkich kontaktów z płcią przeciwną. Evanlyn traktował tylko i wyłącznie jako koleżankę, lecz i tak starał się jej unikać. Gdyby choć przez chwilę pobyli razem, nie wiedziałby jak się zachować. Pewnie spanikowałby i uciekł.
    Wykonał kilka ćwiczeń. Zginał się, prostował, rozgrzewał wszystkie partie ciała po kolei. Gdy skończył robienie przysiadów, ruszył. Przez cały bieg nie myślał wiele. Starał się odpocząć, cieszyć się zimnym wiatrem, który rozwiewał jego rozpiętą do połowy bluzę i włosy.
    Kiedy w końcu się zatrzymał, ciężko dyszał. Pochylił się do przodu, oparł dłonie na kolanach i głośno wciągał powietrze przez nos. Udało mu się szybko unormować oddech. Pociągnął kilka łyków wody z butelki. Zbliżając się do domu, usłyszał głośne rozmowy i śmiech. Domyślił się, że śniadanie za chwilę miało się rozpocząć, co oznaczało, że na wzięcie prysznica i przebranie w czyste ciuchy zostało mu zaledwie kilka minut. Jeśli nie mniej. Popędził więc co sił po schodach na górę, minął zaciekawionych strażników. Przebiegając obok wejścia do jadalni, zerknął na stół. Na szczęście jeszcze wszyscy nie zasiedli.
    Znalazłszy się w pokoju, dopadł szafy, wyciągnął z niej błękitny podkoszulek z nadrukiem i jeansowe spodenki. Migiem przeszedł do łazienki, zrzucił przepocone ubranie i wziął zimny prysznic. W biegu założył nowe ciuchy i znów popędził w dół jak na złamanie karku.
    Do jadalni dotarł jeszcze przed Malcolmem, co graniczyło  z cudem. Usiadł obok Toma, próbując unormować swój oddech i przeczesując wilgotne włosy ręką.
    - Ile dzisiaj kilometrów przebiegłeś? - zapytał Gundar niby od niechcenia. Codziennie zadawał im to samo pytanie, by sprawdzić, czy robią jakieś postępy.
    - Dziewięć - wydyszał Xavier, patrząc prosto w szare oczy nauczyciela. Mężczyzna pokiwał z uznaniem głową. Nic nie powiedział, ale chłopak wiedział, że starzec jest z niego dumny. Od kilku tygodni próbował przebiec ten sam dystans bez większych komplikacji lecz bezskutecznie. Dopiero dzisiaj udało mu się nie odpuścić, nie zemdleć, czy nie rzęzić jak stary autobus. Co prawda był zmęczony, ale można to zakwalifikować do tego dobrego zmęczenia, zdrowego, które towarzyszy  wszystkim sportowcom.
    Podano do stołu, gdy tylko zjawił się Malcolm. Jak zwykle prezentował się nienagannie. Powitał wszystkich serdecznie, życząc każdemu smacznego posiłku. Niektórzy odpowiedzieli mu tym samym, inni tylko się uśmiechnęli. Byli i tacy, którzy w ogóle nie podnieśli głowy znad swojego talerza.
    Xavier od razu rzucił się na jedzenie. Całe to bieganie wzmagało u niego apetyt. Mógłby zjeść konia z kopytami! Musiały mu jednak wystarczyć gotowane jajka, kanapki z pomidorem, serem żółtym i szynką oraz herbata.
    Po obfitym posiłku pożegnał się z Tomem i Natem. Stał przed wejściem, patrząc jak wsiadają do samochodu i odjeżdżają spod dworu. Westchnął cicho. Poczuł się taki samotny!
    "Weź się w garść!" - nakazał sobie w myślach.
    Odwrócił się więc szybko na pięcie i wszedł do domu. Wspiął się po schodach na górę, otworzył drzwi do swojego pokoju i sięgnął na półkę po zeszyt od angielskiego. Miał do napisania strasznie trudne wypracowanie, które powinien oddać Gundarowi już jutro, a jeszcze wcale go nie zaczął. Otworzył zeszyt na zadanym temacie, przeczytał go kilkakrotnie, lecz nic z tego ani nie zrozumiał, ani nie zapamiętał. Myślami błądził gdzieś zupełnie indziej.
    "Ciekawe jak by to było wypełniać jakąś ważną misję dla Gwardii..." - zastanawiał się. Przed oczami stanęła mu scena, w której musiałby gonić jakiegoś wysokiego mężczyznę. Tuż za nim biegliby jego koledzy, podziwiając go za to, że tak szybko się porusza.
    - Przynajmniej nie musiałbym pisać tego durnego wypracowania - mruknął pod nosem. Podniósł jednak długopis i zaczął bazgrać pierwsze zdania. Po chwili zorientował się, że bez pomocy książek z biblioteki jednak sobie nie poradzi. Wstał, zabrał swoje rzeczy i wyszedł z pokoju.
    Drogę do biblioteki znał na pamięć. Bardzo często w niej przesiadywał. Nie tylko dlatego, że to właśnie tam odbywały się lekcje. Lubił tam siadywać wieczorami i patrzeć na gwiazdy przez szklany dach. Miejsce to wydawało się nocą magiczne. Wokół panowała błoga cisza. Był tylko on, książki i ciemne niebo.
   Gdy tylko otworzył drzwi, dotarł do niego ten znajomy zapach starych woluminów i poczuł się jak w domu. Westchnął z lubością, wciągając głośno powietrze. Przymknął na chwilę powieki. Powoli podszedł do stolika, rozłożył na nim swoje rzeczy i zabrał się do szukania potrzebnych mu książek. Przejeżdżał palcem wskazującym po grzbietach różnych tomów, czytając pod nosem ich tytuły. Żaden go nie zainteresował.
    Dopiero przy trzecim z kolei regale znalazł to, czego szukał. Uśmiechnął się triumfalnie, wziął książkę z półki i zasiadł przy biurku.
    Pisanie wypracowania, znajdowanie nowych źródeł, sporządzanie notatek - wszystko to zajęło mu mnóstwo czasu. Z biblioteki mógł wyjść przed drugą, w sam raz na obiad. Po drodze do jadalni wstąpił do pokoju, zostawił tam swoje zeszyty i książki i udał się na dół. Już na schodach czuł zapach przygotowywanych potraw. Uwielbiał tutejszą kuchnię. Jedzenie przypominało mu czasy, w których to mieszkał kilka miesięcy z babcią, tuż po śmierci matki. Jego babka była specyficzną osobą. Dbała o jego wychowanie, wykształcenie, o to, by zdrowo się odżywiał, ale z drugiej była surowa, wymagająca, często wybuchała z byle powodu i chyba podkochiwała się w Gundarze, ponieważ mówiła o nim z taką lubością!
    Zasiadł do stołu, a wraz z nim Evanlyn, Gundar, Will i paru innych członków Gwardii, którzy akurat stacjonowali w tym domu. Brakowało tylko Malcolma, ale bez niego nie mogli rozpoczynać. Takie było niepisane prawo. A tak chciał zasmakować tej smakowicie pachnącej zupy!
     Po chwili pojawiła się jedna ze służek, ubrana w granatową spódnicę i białą bluzkę. W pasie miała przepasany fartuszek i oznajmiła:
    - Pan Malcolm kazał przekazać, że nie pojawi się na posiłku. Pragnie was wszystkich serdecznie przeprosić i życzyć smacznego.
    Obecni w jadalni od razu się rozchmurzyli, zaczęli ze sobą rozmawiać, podając między sobą półmiski z jedzeniem. Xavier zabrał się najpierw za pieczarkową, potem za drugie danie, którego nazwy nawet nie znał. Smakowało jak zwykle wyśmienicie, choć nie wiedział, co jadł. Miał zamiar nasycić się do pełna, lecz sięgając po dokładkę, uświadomił sobie, że czeka go niedługo trening. A trening z pełnym brzuchem to nie za dobry pomysł. Odstawił więc talerz z mięsem na miejsce, wypił do końca sok. Podziękował, wstał od stołu i wyszedł.
    Po chwili znów znalazł się w swoim pokoju. Niestety, nie miał czasu, by posiedzieć tam choć odrobinę dłużej, ponieważ piętnaście minut później zaczynały się zajęcia z Gundarem. W biegu chwycił swoje dokończone wypracowanie, książkę i długopis. Gdy znalazł się w bibliotece, czekała go niespodzianka. Przy stoliku, przy którym zwykle się uczyli, siedziała znudzona Evanlyn. Opierała głowę na dłoni, kartkując leżącą w pobliżu książkę. Zerknęła przelotnie na zdziwionego chłopaka, po czym znów przewróciła stronę podręcznika. Na sobie miała czarną bokserkę i kolorową spódniczkę oraz ciemne baletki.
Evanlyn
    - Cześć - rzucił cicho w jej stronę, modląc się w duchu, by nauczyciel szybko do nich dołączył. Zwykle się nie spóźniał. Czasami nawet przychodził przed czasem, by przyszykować niezbędne na lekcję materiały. Okazało się jednak, że ten dzień to wyjątek. Gundar bowiem przyszedł znacznie później niżby wypadało. Xavier cieszyłby się z tego, gdyby tylko towarzyszyli mu Nate i Tom. Na pewno znaleźliby jakiś sposób na nudę. Siedział jednak z Evanlyn, a na nią bał się nawet spojrzeć, by przypadkiem jej nie urazić, czy jeszcze bardziej zniechęcić do siebie.
    Gdy w końcu nauczyciel raczył się pojawić na lekcji, był w  tak szampańskim humorze, że omówił im pokrótce przebieg jakiejś mało ważnej bitwy i wypuścił ich szybciej z zajęć. Nieprzyzwyczajony do tego Xavier, nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. W końcu spoczęło na tym, że poszedł do sali treningowej, by się rozgrzać. Przebiegł parę razy wzdłuż boiska, zrobił kilkanaście przysiadów, pompek, czy pajacyków. Założył rękawice bokserskie i zaczął uderzać w worek przywieszony do sufitu. Czasami kopnął go z całej siły, a worek odskakiwał od niego, by po chwili wrócić na swoje miejsce.
    Był już mocno spocony, gdy przyszedł trener. Pochwalił go za tak rzetelną pracę, nim przeszli do prawdziwych ćwiczeń. Pozorowany atak to coś, czego Xavier nigdy nie mógł zrozumieć. Niby teorie znał doskonale, ale gorzej z praktyką. Zawsze szło coś źle. A to nie tak postawił stopy, a to nie tak położył rękę na ramieniu przeciwnika. Nigdy nie miał dostatecznie czasu na lekcji, by to doszlifować, potrenować z kimś, kto wytłumaczyłby mu jak nie popełniać tych błędów, ponieważ było ich trzech i trener musiał zwracać uwagę na wszystkich, nie tylko na niego. Dziś nadarzała się więc doskonała okazja do tego, by poprosić o pomoc trenera. Oczywiście nie wprost. Wysoki mężczyzna o wiecznym grymasie na twarzy nigdy by się nie zgodził, gdyby Xavier podszedł do niego i zapytał:
    - Proszę pana, mógłby mi pan to pokazać?
    On nie był tym typem. U niego trzeba było się najpierw skompromitować, pokazać, czego się nie umie, a dopiero potem liczyć na pomoc. Gdyby nie chodziło tu o dobre stopnie, chłopak nie zniżyłby się do takiego poziomu. Ale teraz nie miał innego wyjścia. Kiedy stanęli na macie i trener rzucił się na niego, tylko lekko się opierając, pozwolił mężczyźnie powalić się na ziemię. Spojrzał na niego zdezorientowany. Po chwili z twarzy trenera można było odczytać złość i zawód. Cierpliwie jednak zaczął tłumaczyć Xavierowi co i jak. I znów go zaatakował. Tym razem poradził sobie wręcz doskonale, więc zamienili się rolami. I kolejny raz chłopak dał się pokonać. Nie zdążył mrugnąć i już leżał plecami na macie, a na brzuchu czuł delikatny nacisk buta instruktora. Mężczyzna westchnął cicho i przeszedł do tłumaczenia krok po kroku, co Xavier powinien zrobić, jakie błędy wykonał. Następna próba okazała się lepsza od poprzedniej, ale i nie perfekcyjna. Źle ustawił stopy, przez co cały atak diabli wzięli.
    Ćwiczyli tak przez kolejne półtorej godziny. Mięli tylko jedną przerwę dziesięciominutową, by napić się wody i skorzystać z łazienki. Po treningu Xavier udał się od razu pod prysznic. Włosy lepiły mu się do czoła od potu, tak samo jak mokra koszulka do pleców. W łazience niezdarnie ściągnął z siebie ubranie, które nadawało się tylko do prania i wszedł pod prysznic. Zimne kropelki wody zadziałały kojąco na jego rozgrzane ciało.
    Znalazłszy się znów w pokoju, padł na łóżko i nie wstawał z niego przez dobre dziesięć minut. Potem zorientował się, że niedługo odbędzie się kolacja, więc zszedł powoli na dół. Po posiłku miał czas tylko na odrobienie zadanego przez Gundara zadania. Na nic więcej.
    I tak spędzał każdy kolejny dzień już od dwóch lat. Ale o dziwo nic go nie nudziło. Może czasem nudne wykłady na temat starożytności, ale nic nie jest doskonałe, prawda?

~~~*~~~*~~~*~~~

    Witajcie moi kochani! Mam nadzieję, że nie będziecie narzekać na długość tego rozdziału. Miałam opisać cały dzień w Gwardii, ale gdy już skończyłam szczegółowe opisywanie poranka to myślałam, że mogłabym już zakończyć rozdział. No ale wydawało mi się to takie dziwne, by go rozbijać, więc macie jeden dłuższy. Mam nadzieję, że niczego nie pomieszałam.
    Jak tam po Pierwszym Dniu Wiosny? Wagary czy jednak szkoła? U nas nie opłaca się iść na wagary, bo w szkole są organizowane różne konkursy, prezentacje, skecze. I jest fajnie! :)

Ogłoszenie wyników ankiety!!

"Którego z bohaterów lubicie najbardziej?"

1. miejsce - Maya Reed - 16 głosów
2. miejsce - Shane Shay - 13 głosów
3. miejsce - Adam Moon - 11 głosów
4. miejsce - Chloe Wolf - 6 głosów
5. miejsce - Wendy White, Diana Porter, Josh Krosney, Kevin McCall - po trzy głosy
6. miejsce - Abby Blue - 2 głosy
7. miejsce - Mike Greene - 1 głos

    Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie, a było Was 20! ;*
    Zapraszam do odwiedzenia nowej zakładki "O Blogu!", gdzie są opisane poszczególne opowiadania z tego bloga. Możecie w komentarzach mnie pytać o co tylko chcecie - jaki mam kolor oczu, co lubię, czy co aktualnie leży na moim biurku, nie wiem, jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć, śmiało piszcie komentarze pod najnowszymi postami lub w tej zakładce ;p Chcielibyście się dowiedzieć czegoś o mnie lub o opowiadaniu? Zapraszam do zadawania pytań! :) Tak samo jeśli chodzi o jakieś uwagi czy sugestie dotyczące bloga.
    Do kolejnego!
Zuza ♥

sobota, 8 lutego 2014

~11~


    Wstał piękny, słoneczny poranek. Promienie słoneczne próbowały przedostać się przez zasłony, przez co na pościeli Chloe pojawiły się czerwonawe prążki światła.
    Coś gwałtownie wyrwało dziewczynę ze snu. Otworzyła zaspane oczy, przetarła je pięścią i rozejrzała się po zagraconym pokoju. Łóżko obok, tam gdzie powinna leżeć Maya, było puste. Reszta przyjaciółek jeszcze smacznie drzemała, choć nie miało to trwać długo.
    Chloe dopiero po chwili zorientowała się, co ją obudziło. A był to dość głośny szum, dobiegający z łazienki. Gdy ustał, brunetka usłyszała pociąganie nosem i wydmuchiwanie go. Dziewczyna dodała dwa do dwóch i wyszło jej, że Maya płakała, biorąc prysznic. Dziewczyna nie przejęła się tym za bardzo. Odkąd wrócili z wycieczki do miasta, Maya płakała, choć starała się, by nikt tego nie widział. Chloe westchnęła, odsuwając kołdrę i spuszczając nogi na podłogę. Podreptała do okna i odsłoniła je. Do pokoju wpadło złote światło poranka. Uchyliła okno, by letni wiatr wleciał do pomieszczenia, przynosząc ze sobą zapach kwitnących kwiatów. Wciągnęła głośno powietrze, rozkoszując się jego zapachem. Uśmiechnęła się do szyby, przymykając na moment powieki.
Maya
    Odwróciła się, gdy usłyszała, że drzwi trzasnęły. Ujrzała chudą Mayę z tym pustym wyrazem twarzy, który towarzyszył jej przez ostatnie cztery dni. Chloe wolała już, by przyjaciółka krzyczała, rzucała różnymi przedmiotami, zarzucała im, że są złymi koleżankami. Wtedy chociaż wiedziałaby, dlaczego się do niej nie odzywała. Może postarałaby się coś zmienić. Ale nic nie wiedziała. Żadna złość, żadne zdenerwowanie, smutek czy rozżalenie nie emanowało od niej. Była po prostu pustka. Wobec niewiedzy człowiek jest bezsilny. I tak się właśnie czuła.
    Nic nie mówiąc, nie zaszczycając brunetki choćby jednym spojrzeniem, zaczęła wkładać starannie złożoną piżamę do szafy. Chloe nie wydawało się, by blondynka miała do niej jakiś żal. Intuicja podpowiadała jej, że to zachowanie przyjaciółki niekoniecznie może mieć coś wspólnego z nią i z jej postępowaniem. Bo Maya unikała wzroku wszystkich, nie odzywała się do nikogo, chyba że musiała. Nawet Shane'a i Adama starała się unikać, ale nie udawało jej się. Co wieczór któryś z chłopców - jeśli nie obaj - siadywali w ich pokoju i próbowali zachęcić blondynkę do rozmowy. Chole nie widziała, by im się to udało choć raz.
    Obojętność koleżanki irytowała jednak Chloe. Mimo tego wszystkiego czuła, że nic złego jej nie zrobiła i nie powinna ot tak jej unikać. Nie wiedziała, jakie myśli kryła ta blond główka. Nie miała pojęcia, co czuła Maya. Bo to, że nie okazywała uczuć, nie znaczyło, że nie czuła nic! Może to i dobrze, że Chloe nie potrafiła zajrzeć do myśli blondynki. Dziewczyna tylko niepotrzebne by się wystraszyła.
    Trzask zamykanych drzwi obudził pozostałe dziewczyny. Nie były zadowolone, że przerwano im sen. Kto by był, gdyby spał tylko cztery godziny?
    Marudząc, Diana wyczołgała się spod kołdry w tym samym momencie, gdy Chloe weszła do łazienki, a Maya zniknęła na korytarzu. Drzwi za nią zatrzasnęły się z powodu przeciągu, bo w ich pokoju okno było uchylone. Z żalem patrzyła w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała przyjaciółka. Tak bardzo pragnęła pomóc Mayi i pogodzić ją z dziewczynami, ale do nich nic nie docierało.Do tego nie mogła porozmawiać z Mayą i nie wiedziała dokładnie, co ją trapiło. Z bólem serca patrzyła na to, jak cierpiała. Nikt jakoś nie potrafił jej pomóc.
    - Sama musi chcieć się wyżalić. My możemy tylko czekać - powiedział jej Shane, gdy z nim rozmawiała. I czekała. Bardzo cierpliwie, choć serce jej się krajało.
    "Jak to jest, że człowiek nie boi się krwawych horrorów, a tak martwi o swoją przyjaciółkę?"
    Co noc Diana słyszała szloch w ich wspólnej łazience, ale już nie starała się dowiedzieć, o co chodziło. Pierwszej nocy po zaginięciu Mayi, Diana podeszła do drzwi, zapukała i szepnęła:
    - Jakby co, to wiesz, do mnie zawsze możesz przyjść.
    Nic jej nie odpowiedziała, ale wiedziała, że usłyszała i że zrozumiała. Miała przynajmniej taką nadzieję.
    Oderwała wzrok od drzwi, gdy Wendy pomachała jej dłonią przed oczami.
    - Co ci jest? - spytała z wyrzutem. - Gadałam do ciebie jakieś pięć minut, a ty nic.
    - Przepraszam, zamyśliłam się - zmieszała się Diana. - O czym mówiłaś? - spytała bez większego zainteresowania.
    - O czym tak myślałaś? I dlaczego patrzyłaś się tak w te drzwi? - zadawała pytania jak jakiś detektyw. Do tego przeszywała ją swoim podejrzliwym spojrzeniem.
    - Aleś ty ciekawska - zaśmiała się. - Zastanawiałam się, w co się ubrać - wzruszyła ramionami. - Włączyłabyś jakąś muzykę. Strasznie cicho się zrobiło. Poza tym muszę się do końca obudzić.
    Wendy włączyła muzykę - oczywiście koreańsko-japońskie coś, co dziewczyny uwielbiały. Szybko im się humor poprawił, lecz blondynka nadal pamiętała zamykające się z takim chłodem drzwi.
    "Jakbyśmy dla niej nic nie znaczyły" - syknęła. - "Skoro uważa, że nie jesteśmy warte jej przyjaźni, to niech sama nam to powie prosto w twarz."
    Uważała bowiem, że skoro to Maya jej coś zarzuciła i ze się do nich nie odzywała, to nie jej problem. Że nie musi nic robić, bo to Maya odtrąciła jej przyjaźń. Nie przemawiały do niej słowa Diany.
    "Że może to my nie mamy racji?" - prychnęła. - "To ona się od nas odwróciła, nie tłumacząc nic! A tak właściwie, to czemu ja od rana zawracam sobie nią głowę?"
    Nie myślała już później o przyjaciółce. Podśpiewywała słowa swojej ulubionej piosenki, wybierając ciuchy, które miała założyć. Gdy Chloe wyszła z łazienki, jej miejsce zajęła Diana, a brunetka dołączyła do uśmiechniętej od ucha do ucha Wendy.

    Adison stała na korytarzu i właśnie kończyła rozmowę telefoniczną ze swoją siostrą, gdy z pokoju obok wyszła Maya. Nie trzymała drzwi, lecz one jakimś cudem zamknęły się. Dziewczyna była blada, głowę trzymała nisko i patrzyła w podłogę. Adison przypominała wrak człowieka. Zawsze porównywała Mayę do siebie. Teraz prychnęła pod nosem. Już nie miała do kogo. Jeden rzut oka wystarczył, by do Adison powróciło poczucie wartości. Zawsze zazdrościła dziewczynie wzrostu. Adis była dość niska i miała krótkie nogi. Maya natomiast odwrotnie; długie nogi jak u modelki i wzrost jak u siatkarki. Teraz to się nie zmieniło, ale wyglądała inaczej. Już nie tak ładnie, by Adison mogła jej czegokolwiek zazdrościć. Włosy nie lśniły jej jak zwykle. Związała je w luźnego koka. Natomiast świeżo umyte włosy Ad spływały falami po jej ramionach. Ich makijaż również się różnił. Maya podkręciła tylko rzęsy czarnym tuszem. Adison miała delikatny, lecz idealny makijaż. Stała wyprostowana i niemal z wyższością patrzyła na koleżankę.
    "Teraz nie jest atrakcyjna dla chłopaków." - uśmiechnęła się.
    W tym samym momencie z pokoju wyszedł Shane. Adison uśmiechnęła się szeroko i pomachała do niego, ale chłopak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Podszedł do Mayi i zagadnął ją. Nic nie odpowiedziała. Ledwie, prawie niezauważalnie skinęła głową. Przeszli korytarzem, nie zwracając uwagi na osłupiałą Adison.
    "Co ona ma, czego ja nie mam?" - zapytała samą siebie, lecz nie umiała sobie odpowiedzieć.
    Mimo wszystko przywołała na twarz uśmiech, odgarniając włosy do tyłu nonszalanckim gestem i odwróciła się, by z gracją wejść do pokoju.

    W wielkim dworze wrzało. Ludzie nadal dochodzili do siebie po zamachu Zakonu na siedzibę Gwardii Malcolma. Przywódca wrócił właśnie z obchodu. Wielu jego ludzi poniosło dotkliwe obrażenia, ale na szczęście zmarło tylko dwóch i to kilka godzin po walce, na skutek zadanych ran.
    Dotkliwe dla niego było to, że nie byli w stanie pełnić swoich obowiązków. Pięciu ludzi nadal nie odzyskało przytomności. Wielu straciło mnóstwo krwi. Reszta to tylko potłuczenia, kilka złamań, parę przebitych nożami części ciała i mnóstwo siniaków. Nawet on oberwał jakimś odłamkiem szkła, gdy wychodził z sali. Całe lewe przedramię miał owinięte bandażem.
    Ale nie o rany ani szkody się wściekał. Ludzie w końcu wyzdrowieją, a jak nie to zastąpi ich innymi. Wyważone drzwi się naprawi, a w okna wstawi się nowe szyby. Bolało go to, że jego ludzie zawiedli. Byli fatalni! Najgorsi z najgorszych! Nie wypełnili powierzonej im misji.
   - Twierdziliście, że Zakon nie wie, kim jest nowa Strażniczka! - ryknął, podchodząc do stołu. Ciskał błyskawicami z oczu we wszystko w pomieszczeniu.
    - Bo tak było, panie - ktoś odważył się odezwać. Siedział najdalej od Malcolma, wyglądał na najstarszego z ich grupy; siwizna pokryła jego niegdyś jasnobrązowe włosy. - Jeszcze tydzień temu nie mięli żadnych informacji o Mayi. Sam sprawdzałem. Potem kazałeś mi się zająć...
    - Nie do ciebie mam o to pretensje, Gundarze! - machnął zniecierpliwiony ręką. - To te smarki popsuły cały plan! - wyciągnął palec w stronę dwóch skulonych chłopaków. - Czy wy nie macie oczu?! Wokół Mai aż roi się od Zakonu! Nie widzieliście tych znaków, o których się uczyliście! Jej dwóch najlepszych przyjaciół ma takie! Jeden z nich jest synem zastępcy Zakonu! Nic dziwnego, że o wszystkim wiedzieli!
    - Przepraszam, panie, ale skąd wiesz, że są z nią ludzie z Zakonu? - spytała Evanlyn takim głosem, jakby była zła na Malcolma, że jej wcześniej tego nie powiedział.
    - Na szczęście, oprócz tych dwóch głupków mam jeszcze innych ludzi i to na całym świecie. Donieśli mi, że na tej wycieczce są członkowie Zakonu. Może jeszcze nie wyszkoleni, ale myślę, że w razie czego zdążyliby powiadomić rodziny, jak to się stało parę dni temu. - Uspokoił się nieco. Myśl o jego wiernych sługach, którzy go jeszcze nigdy nie zawiedli, sprawiła, że się niemal uśmiechnął. Nie mógł się jednak długo tym nacieszyć, bo Barloc wtrącił swoje trzy grosze.
    - Co zatem robimy, panie?
    - Musimy czekać, aż sprawa nieco przycichnie. Potem znów zaczniemy wszystko od początku. Tym razem nam się uda.
    - Panie... - szepnął Nate, lecz w wielkiej, prawie pustej sali zabrzmiał niemal jak krzyk.
    - Jeszcze masz czelność się do mnie odzywać? - warknął, podchodząc bliżej chłopaka. - Jak śmiesz, po tym, co zrobiłeś? - krzyknął i uderzył go otwartą dłonią w policzek. Plaśnięcie rozniosło się echem po sali, w której zaległa grobowa cisza.
    Chłopak, którego głowę odrzuciło nieco w bok, spojrzał na Malcolma ze złością. Przemówił jednak opanowanym głosem.
    - Chciałem tylko powiedzieć, że razem z bratem naprawimy błąd. Nadal będziemy śledzić Mayę, od czasu do czasu przypominając jej o sobie. Daj nam tylko drugą szansę. Pokażemy ci, że jesteśmy godni tego, by być w twoich szeregach.
    Malcolma zdziwiły nieco słowa chłopaka.
    "Jeszcze będą z niego ludzie. Jest twardy. Nie załamał się po moim ciosie. To dobrze o nim świadczy." - pomyślał, choć nie dał po sobie poznać, jak dumny jest ze swojego kuzyna.
    - A więc niech będzie. Możecie wrócić do powierzonego wam zadania. Ale pamiętajcie - jeden fałszywy ruch, jedna pomyłka i już po was! Jasne?
    Pokiwali ochoczo głowami. Iskierka nadziei zapłonęła w oczach Toma.
    - Zebranie zakończone. Rozejść się! Will, zostań jeszcze na chwilę.
    Gdy wszyscy wyszli i drzwi za nimi zamknęły się, zakapturzona postać podeszła do Malcolma.
    - Tak, panie?
    - Miej na nich oko - mruknął. - Chcę, żeby tym razem wszystko poszło zgodnie z planem. Tylko się nie ujawniaj! - zastrzegł po chwili. - Z resztą, tobie chyba nie trzeba tego tłumaczyć?
    - Tak, panie - skłonił się i zniknął za drzwiami. Malcolm został sam w wielkiej sali.

~~~*~~~*~~~*~~~

Hej :) Od razu muszę powiedzieć, że nigdy nie lubiłam i nie umiałam pisać o czyichś uczuciach tak wprost. Dlatego ten rozdział jest taki, a nie inny. To jego chyba czwarta wersja, a i tak jest coś, co wydaje mi się, że powinnam zmienić, ale do końca nie wiem co. Chciałam pokazać Mayę z perspektywy innych uczestników wycieczki. Byłby dłuższy, ale pewna jego część kompletnie tu nie pasowała, dlatego ją wywaliłam.
Dobrze widać zielony napis? Bo jeśli nie to mogę zmienić na inny kolor.
Trzymajcie się
Zuza ♥

poniedziałek, 27 stycznia 2014

~10~


    Drzwi za nimi zatrzasnęły się. Na sekundę, może dwie nastała ciemność, jednak po chwili pochodnie rozbłysły migoczącym, czerwonawym światłem, oświetlając długi korytarz bez okien. A przynajmniej tak wydawało się dziewczynie na początku, ale gdy oczy przyzwyczaiły się do nikłego światła, zauważyła wysokie, wąskie okna, nie przepuszczające promieni słonecznych. Maya rozejrzała się dyskretnie. Szli cały czas prosto; za sobą zostawili sporych rozmiarów wrota, których pilnowała straż. Korytarz był wysoki na jakieś pięć metrów. Podłoga została wyłożona marmurem, a ściany wyglądały tak, jakby ktoś wyciosał je w kamieniu. Wszystko było tam czarne, a jedynymi odgłosami, jakie rejestrowała Maya to stukot butów i szept rozmowy mężczyzny, który jechał z blondynką autem z tym bladym kościotrupem zwanym Barloc'iem.
    Maya nie zauważyła żadnych drzwi po bokach. Był tylko korytarz z jednej strony otoczony zimną, kamienną ścianą, a z drugiej wysokimi, brudnymi oknami. Cały czas popychana, niemal wleczona siłą przez swoich oprawców, miała serdecznie dość tego miejsca. Palce stóp, jak i łokcie, za które trzymali ją mężczyźni, bolały ją niemiłosiernie.
    Po dwudziestu minutach marszu stanęli przed wykonanymi z ciemnego drewna drzwiami. Dziewczyna próbowała unormować swój oddech, ale za bardzo się bała. Z bijącym głośno i szybko sercem, wpatrywała się w brązowe wrota, do których właśnie zapukano.
Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, ukazując na podłodze smugę białawego światła. Barloc pchnął je mocniej.
    Gdy weszli do środka, blondynka nie mogła się nadziwić temu, jak bardzo to pomieszczenie różniło się od korytarza, którym tutaj doszli. Podłoga była drewniana, wypolerowana na błysk, a na ścianach wisiało mnóstwo fresków i obrazów. Pod sufitem, na długim i grubym łańcuchu wisiał ogromny żyrandol, wykonany ze szkła, który oświetlał pokój. Pośrodku, jako jedyny mebel w tym pomieszczeniu, stał sporych rozmiarów, drewniany stół, przy którym siedziało siedem osób.
    To właśnie tam poprowadzono Mayę. Chciała znów stanąć o własnych siłach, z godnością spojrzeć tym dziwnym postaciom w oczy, lecz nie było jej to dane. Mężczyźni z premedytacją popchnęli ją w kierunku stołu. Dziewczyna upadła, rozdzierając sobie przy tym nogę. Rana ciągnęła się praktycznie przez całą piszczel. Skrzywiła się i syknęła z bólu. Łzy napłynęły jej do oczu, lecz nie pozwoliła im wypłynąć na policzki.
    Ktoś zacmokał zniesmaczony.
    - Chłopcy, nie możecie być tak nieuprzejmi dla naszego gościa - usłyszała cichy, przesycony jadem głos. - Xavier, proszę, pomóż jej wstać.
    Poczuła, jak czyjeś zimne ręce pomagają jej podnieść się z podłogi. Gdy już stała, szybko wyrwała się z ramion Xaviera, który okazał się być tym samym chłopakiem, który pomógł jej utrzymać równowagę na podjeździe.
Malcolm - ten w czapce
    Stała praktycznie tylko na lewej nodze, bo prawa ją strasznie bolała. Czuła jak spływa po niej krew. To nie było miłe uczucie. Na razie jednak nie przejmowała się tym. Jedyne czego pragnęła to wydostanie się z tego okropnego domu.
    Dziewczyna spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę. Był młody.
Evanlyn
Miał krótkie, blond włosy, zielone oczy i jednodniowy zarost. Prosty nos marszczył, jakby czuł coś nieprzyjemnego.Usta wykrzywił w drwiącym uśmiechu. Ubrany był w białą koszulę z kołnierzem, ciemne, jeansowe, przetarte spodnie i czerwone trampki. Na plecach opadała mu czarna peleryna, którą zawiązał pod szyją. Płaszcz sięgał do samej ziemi. Uwagę Mayi przykuł jednak sporych rozmiarów pierścień na jego prawej dłoni. W jego centralnej części znajdowały się głowy dwóch węży, których splecione ciała formowały pierścień. Widząc, że dziewczyna zainteresowała się tą błyskotką, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
    - Na pewno jesteś ciekawa, dlaczego cię tu zaprosiłem - powiedział, siadając przy jednym z krótszych boków stołu.
    Po jego prawej stronie zasiadała wysoka, młoda kobieta o długich, czarnych, kręconych włosach i prawie czarnych oczach. Jej blada cera całkowicie nie pasowała do koloru jej włosów i oczu, ale nie wyglądała przez to brzydziej. Wręcz przeciwnie. Przynosiło to jej pewien urok. Również miała na sobie czarną pelerynę, a pod nią czerwoną, opinającą jej biust suknię i czarne buty na obcasie. Po lewej stronie mężczyzny, a tyłem do Mayi siedziała jakaś postać, której dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować, bo miała na głowie szeroki kaptur. Reszcie zebranych nie przyjrzała się dokładniej. Zapamiętała jedynie, że siedział tam jeden siwy staruszek, jedna kobieta koło czterdziestki i dwóch chłopaków w jej wieku.
Will
    - Dziękuję chłopcy, możecie odejść - zwrócił się do mężczyzn, którzy ją tu przyprowadzili. Zostali tylko Barloc i ten wytatuowany jegomość z siedzenia pasażera. - Barlocu, Yannicku, dołączcie, proszę, do nas - wskazał na wolne miejsca przy stole. Uśmiechnął się, spoglądając na dziewczynę. Nagle przybrał zdziwiony i nieco zawstydzony wyraz twarzy, ale Maya doskonale wiedziałam, że to tylko gra. - Ale gdzież moje maniery? Nawet się nie przedstawiłem - przypomniało mu się. - Nazywam się Malcolm - skłonił się płytko. Właściwie tylko skinął głową. - Barloca i Yannicka już znasz - wskazał mężczyzn. - Po mojej prawej zasiada Evanlyn, dalej mamy Gundara, Nate'a, Toma, Willa
i och, wybacz, damy powinienem przedstawić na początku! Cass, moja droga, siedziałaś tak cicho, że zupełnie o tobie zapomniałem! - zawołał oburzony.
    - Nic się nie stało, panie - bąknęła pod nosem, spuszczając wzrok na blat stołu.
    - A to - wskazał na blondynkę - jest Maya. Maya, Maya, Maya... - westchnął.- Zapewne młodziutka, niedoświadczona Strażniczka, czyż nie?
    - Nic nie wiem o żadnych Strażniczkach! - Mimo strachu zdołała wydusić z siebie prawdę.
    - Czy mama nie nauczyła cie, że nie powinno się okłamywać ludzi? - zapytał uprzejmym głosem, obchodząc ją dokoła. Nawet nie zauważyła, kiedy wstał. Próbowała nie stracić go z oczu, ale każdy gwałtowny ruch ją bolał. - Widziałem, że zaciekawił cię mój pierścień - zaczął z innej beczki, stając przodem do niej i patrząc w swoją dłoń. Palcami lewej ręki obracał pierścień, jakby chciał go zbadać z każdej strony bardzo dokładnie. - Ma bardzo interesujące zastosowania. Dzięki niemu potrafię, na przykład, przywołać strażników, którzy są w kompletnie innej części domu. Mogę sprawić, że nóż przyleci do mojej wyciągniętej ręki - podniósł dłoń, patrząc prosto w oczy Mayi.
    W ciągu sekundy przyleciał do niego ostry jak brzytwa nóż. Malcolm od niechcenia złapał go w wyciągniętą rękę. Maya z trudem powstrzymała się od krzyku. Bała się jak nigdy dotąd. Mężczyzna z tak groźną bronią wyglądał jakby się dobrze bawił.
    - Radziłbym współpracować. Nawet nie wyobrażasz sobie, co to cudeńko potrafi - zrobił chwilową pauzę, zapewne dla lepszego efektu. - A więc, co wiesz o Strażniczkach i Zakonie? - zapytał jeszcze raz.
    - Już mówiłam, że nic nie wiem! - szepnęła przez zaciśnięte gardło. Tak bardzo chciała znać odpowiedź na pytania Malcolma!
    - Panie, uważam, że powinieneś pozwolić mnie to zrobić - odezwała się Evanlyn.
    - A niby dlaczegóż to? - zdziwił się. - Sądzisz, że nie dam sobie rady z tą smarkulą?
    - Och nie, oczywiście, że nie. Po prostu pomyślałam, że może jako kobieta... Szybciej bym z niej coś wydusiła. - Im dalej brnęła w wyjaśnienia, tym bardziej traciła wiarę w siebie. Na koniec skuliła się na krześle, co było do niej niepodobne. Starała się nigdy nie okazywać słabości.
    Wiedziała, że przesadziła, a wybuch Malcolma tylko to potwierdził.
    - Śmiesz twierdzić, że poradziłabyś sobie lepiej ode mnie? - aż kipiał ze złości. Wypluwał słowa tak szybko, że Maya ledwo mogła go zrozumieć.
    - Nie panie, oczywiście, że nie!
    - Zejść mi z oczu! Wszyscy! - ryknął na pozostałych, wymachując ręką, która dzierżyła nóż.
    - Tak, panie - szeptali wszyscy po kolei, kłaniając się jak najniżej. Malcolm wziął kilka głębszych wdechów.
    - Wiesz, moja droga, mój pierścień ma jeszcze jedną właściwość; potrafi wydobyć z człowieka najbardziej straszne dla niego rzeczy. Przed nim nic się nie ukryje. Niekoniecznie lubię z tego korzystać. Za dużo przy tym krzyku, ale cóż, nie pozostawiasz mi wyboru.
    Delikatnie, niby od niechcenia, przesunął dłonią w powietrzu między jego twarzą, a twarzą Mayi.
    Dziewczyna znalazła się w dziwnym świecie. Z zewnątrz wydawać by się mogło, że straciła wzrok. Spojrzenie utkwione miała w czymś przed sobą, ale tego nie widziała. Bielmo zasnuło jej błękitne tęczówki. Widziała za to rzeczy, które pokazywał jej pierścień. A były to straszne rzeczy! Ciało mamy całe we krwi. Potem Jsoh, który ją zostawia, mówiąc jaka to ona jest naiwna i głupia. Maya tak bardzo pragnęła tego nie widzieć. Ale nawet, gdy przymykała powieki, obraz zostawał. Nie chciała płakać, ale łzy same ją zapiekły.
    Potem usłyszała pisk. Pisk Abby. Przerażonej, zdezorientowanej, niewinnej. Nawet nie zorientowała się, że sama również krzyknęła.
    - Co wiesz o Strażniczkach... - nie dokończył pytania, bo Maya mu brutalnie przerwała.
    - Nic nie wiem! Gdybym wiedziała, to bym ci powiedziała! - krzyczała, szlochając i spazmatycznie łapiąc oddech.
    Poczuła na szyi coś ostrego i zimnego. Wiedziała, że mężczyzna przystawił jej nóż do gardła. Nie trzeba było być nie wiadomo jakim geniuszem, by to zgadnąć. Łzy leciały jej ciurkiem po bladych ze strachu policzkach.
    Przed oczami widziała tylko ciemność. Zawsze bała się mroku. Bała się, że kiedyś oślepnie, że już nie zobaczy światła, mamy, młodego, Josha. Albo że kiedyś obudzi się w trumnie pogrążona w egipskich ciemnościach i nikt nie będzie potrafił jej pomóc, bo będą myśleli, że nie żyje.
    Zaczęła wrzeszczeć, szarpać się, wyrywać. Malcolm uśmiechnął się. Wiedział, że wygraną ma już w kieszeni.
    Nie przewidział jednej, drobnej rzeczy. Tego, że ktoś będzie próbował Mayi pomóc.
    Prawie wszyscy członkowie Zakonu wpadli przez drzwi, wywarzając je. Jakaś kobieta podbiegła do porzuconej przez Malcolma Mayi. Przytuliła mocno szlochającą dziewczynę, która odzyskała wzrok, lecz nadal nie otwierała oczu. Kobieta pomogła jej wstać i zaprowadziła do auta, gdzie dziewczyna zapadła w mrok. Ciemność nie do przebicia...
    Maya obudziła się, szlochając. Bardziej wyczuła niż słyszała, że krzyczała. Rozejrzała się dokoła. Przez załzawione oczy zauważyła, że w pokoju nie było ciemno, choć do zachodu słońca zostało parę minut.
    Leżała na łóżku w swoim pokoju w hotelu, przykryta kołdrą i ubrana w bluzę Adama.
Głowa bolała ją niemiłosiernie, noga rwała bólem nie do zniesienia. Delikatnie odciągnęła kołdrę na bok i zauważyła gruby bandaż na piszczeli. Jęknęła, wycierając rękawem mokre policzki. Wzięła głęboki oddech.
    "Już wszystko jest ok" - powtarzała sobie aż do znudzenia.
    Wstała i cudem dotarła do łazienki. Spojrzała w lustro. To, co w nim zobaczyła, przestraszyło ją. Puste oczy, wymalowany strach na twarzy, zadrapania na szyi. Włosy miała potargane, cały makijaż rozmazany, a nad dekoltem można było zauważyć kropelki zaschniętej krwi. Przeczesała włosy palcami, ochlapała twarz zimną wodą z kranu. Na niewiele się to zdało.
    Maya zarejestrowała również sińce na łokciach i opatrunek na ramieniu. Dziewczyna musiała chwilę pomyśleć, nim zorientowała się, skąd ten bandaż pochodzi. A został jej po ostatniej wizycie lekarza, gdy zemdlała na korytarzu. Ściągnęła szybko opatrunek, by zobaczyć, co z raną. O dziwo, skaleczenie zniknęło! Na jego miejscu blondynka zobaczyła dziwną, czarną ósemkę podobną do tatuażu. Nie przejęła się tym jednak za bardzo. Nie to się dla niej liczyło w tamtej chwili.
    "Może jeszcze śnię" - pomyślała i pokuśtykała do pokoju. Dziewczyn nie było. - "Ciekawe czy w ogóle się mną przejęły." - zaszydziła.
    Usiadła na łóżku, miętoląc w dłoniach rękaw za długiej bluzy. Zastanawiała się, co się stało i jak trafiła do tego pokoju. Miała tyle luk w pamięci! Nie lubiła tego! Musiała się jak najszybciej wszystkiego dowiedzieć. Tylko jak?
    Rozejrzała się po pokoju, jakby odpowiedź miała się sama w nim pojawić. I w pewnym sensie tak się stało. Bo do pokoju wszedł Adam, a tuż za nim Shane. Obaj ze zmartwionymi minami. Gdy zauważyli, że Maya nie śpi, ucieszyli się niezmiernie i szybko podeszli bliżej.
    - Jak się czujesz? - zapytał Shane, siadając na końcu łóżka.
    - Bywało lepiej - wycharczała przez suche gardło.
    - Humorek dopisuje? - chciał ją rozbawić Ad.
    - Nie za bardzo - szepnęła, chrząkając co chwilę, by pozbyć się chrypki. - Gdzie dziewczyny? - zapytała, widząc zmieszaną minę bruneta.
    - Na stołówce. Przespałaś kolację. Jeśli chcesz to.... - nawijał Adam.
    - Nie jestem głodna - przerwała mu. - Ale skoro ci się chce, to może mógłbyś mi przynieść herbatę, co?
    - Jasne, za chwilę wracam. - I już go nie było.
    W pokoju zapadła cisza.
    - Chciałem... Czy.... - jąkał się Shane, próbując o coś Mayę zapytać.
    - Przepraszam, ale na razie nie mam ochoty rozmawiać o tym, co się stało. Najpierw muszę to wszystko sobie poukładać, wyjaśnić pewne sprawy. Na przykład to, jak się tu znalazłam? Pamiętam, jak przez mgłę, że siedzieliśmy w autobusie...
    - Przynieśliśmy cię tutaj - wzruszył ramionami. - Opatrzyliśmy nogę i położyliśmy. Tyle.
    - Dziękuję - uśmiechnęła się smutno, spoglądając niepewnie na chłopaka.
    - Powinnaś zadzwonić do mamy - zauważył.
    - Zadzwonię - zapewniła. - Tylko jeszcze nie teraz - szepnęła. Patrzyła przez okno, za którym słońce skryło się już za horyzontem.

~~~*~~~*~~~

Hej ;p Po pierwsze chciałam tylko powiedzieć, że z tych wszystkich tutaj najważniejszy będzie w dalszej części Malcolm. Co do reszty nie wiem, ale jakby co, będę tłumaczyć, bo wiem, że jest tu sporo bohaterów. Ale jak zauważyliście nie wszyscy co są w zakładce "Występują" są na jakimś głównym miejscu w tym opowiadaniu. Dodałam ich tam, bo uważałam, że będzie wam łatwiej sprawdzić coś w zakładce aniżeli szukać po całym opowiadaniu. Dlatego tam jest PRAWIE cała ich wycieczka - są jeszcze chyba 4 osoby nie będące na wycieczce.
Chciałam jeszcze tylko podziękować Mirandzie za nominację - zawsze o tym zapominałam, a to było już daaawno temu :) Dziękuję Ci ;*
Do napisania
Zuza ;*

czwartek, 2 stycznia 2014

~8~


    Maya spacerowała z Adamem, Shanem i Kevinem po placu. Po godzinie zwiedzania znaleźli restaurację, w której postanowili coś zjeść, bo marsz wzmógł ich apetyt. To właśnie tam dołączyli do nich Mark i Jacob - wysoki, ciemnowłosy harcerz, kolega blondynki z klasy. Każdy z ich szóstki zamówił sobie danie z menu, które mu najbardziej odpowiadało. Gdy czekali, rozmawiali na przeróżne tematy, opowiadali żarty, których było niezliczenie wiele, a każdy następny śmieszniejszy od poprzedniego.
    Dopiero, gdy zaczęli jeść, Maya miała chwilę, by rozejrzeć się po pomieszczeniu. Była to nieduża sala z kilkunastoma stolikami, w większości zajętymi, pięcioma dużymi oknami od sufitu aż po podłogę i barem, za którym znajdowało się wejście do kuchni. Restauracja urządzona została w ciepłych kolorach, głównie dominowała tu czerwień, przeplatana ze złotem.  Drewniane stoliki, wygodne krzesła - wszystko to sprawiało, że restauracja wydawała się przytulna i cicha. I jedzenie było pyszne.
    Gdy już najedli się do syta, zapłacili za posiłek i wyszli, by w gorącym słońcu przebyć resztę drogi. Chłopcy szli nieco z przodu, pogrążeni w głośnej dyskusji na temat ostatniego meczu siatkówki. Nie przeszkadzało jej to. Wręcz przeciwnie. Wreszcie miała czas, by bliżej przyjrzeć się architekturze tego miejsca, wystawom sklepowym, czy ludziom, przechodzącym obok.
    Zafascynowana, odłączyła się na chwilę od grupy, by pooglądać rysunki, które malował, siedzący na schodach, artysta. Był to mężczyzna o długich, sięgających ramion blond włosach, lekko przyprószonych siwizną. Uśmiechał się do każdego człowieka. To właśnie przez to w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki. Był niski, szczupły, ale umięśniony. Mądre, zielone oczy uważnie obserwowały blondynkę, gdy ta przyglądała się jego obrazom. Niektóre przedstawiały miasto, które widziała. Wysokie budynki, ludzie, przechodzący ulicami, którzy zmęczeni zwiedzaniem, dokarmiali gołębie przy tabliczce, która kategorycznie tego zabraniała. Uśmiechnęła się, widząc małą dziewczynkę, taplającą się w wodzie fontanny. Obrazy narysowane były ze wszystkimi szczegółami, jakimi są napisy na pomniku, czy rzeźbienia na kolumnach kamienic - bardzo małe, ledwo dostrzegalne gołym okiem, a jednak widać, że tam są.
    Z tej odległości widziała Shane'a, sprzeczającego się o coś z Adamem. Już miała do nich podejść, bo zauważyła, że znacznie się od siebie oddalili, gdy nagle, z piskiem opon, zagrodziło jej drogę niskie, lecz długie, granatowe auto z przyciemnionymi szybami. Tylne drzwi otworzyły się i usłyszała zduszony czymś głos.
    - Wsiadaj! - rozkazał. Osłupiała dziewczyna nie wykonała polecenia. Gdy rozkaz ponowiono, a ona nie wsiadła, długie ręce, na których były rękawiczki, wciągnęły ją do środka.
    W samochodzie było duszno i śmierdziało papierosami. Nie widziała twarzy, ale po prostu wiedziała, że obok niej siedział mężczyzna. W aucie unosił się zapach tanich, męskich perfum. Rozejrzała się dokoła. Oprócz błyszczących, niebieskich oczu i zarysu zarośniętej szczęki gdzieś po jej lewej stronie, nie widziała nic konkretnego.
    Nie wiedziała, ile czasu upłynęło. Siedziała, wpatrując się w ciemność przed sobą. Dopiero po jakimś czasie otrząsnęła się z szoku, w jaki wpadła po tym, jak wsiadła do auta. Dotarło do niej, że została porwana. Zalała ją fala paniki.
    "Co robić? Co robić?" - myślała gorączkowo.
    Próbowała dosięgnąć ręką telefonu, który spoczywał w kieszeni i niespostrzeżenie się z kimś skontaktować. Na jej nieszczęście, siedzący obok niej facet, zauważył, co robi. Powstrzymał ją, kładąc swoją ogromną, twardą łapę na jej dłoni.
    - Lepiej, żebyś już więcej niczego nie kombinowała - warknął. - Tak będzie lepiej i dla ciebie, i dla nas. - Miał niski, nieco gburowaty głos.
    - Czy można się dowiedzieć, dokąd wy mnie do jasnej cholery zabieracie? - odzyskała głos. Strząsnęła obrzydliwą rękę tego typa ze swojej.
    - Można - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Ale dowiesz się dopiero, gdy dojedziemy na miejsce. Nie jestem upoważniony, by z tobą o tym rozmawiać.
    - Och, czyli wykonujesz tylko brudną robotę? - stwierdziła zbyt uprzejmym głosem. Mężczyzna warknął. Ot, uderzyła w kruche ego faceta, bo jak powszechnie wiadomo, nikt nie lubi, gdy się go wykorzystuje, a już zwłaszcza mężczyźni.
    - Laleczko, nie bądź taka pewna siebie - odezwał się facet, siedzący na miejscu pasażera. Gdy dziewczyna tam spojrzała, jeden jedyny raz przez przednią szybę zauważyła światła miasta.
    Mężczyzna odwrócił się w jej stronę i Maya, w świetle deski rozdzielczej, ujrzała dwudziestopięcioletniego faceta z wytatuowanymi ramionami. Na nos założył okulary-pilotki, a czarne włosy obficie wyżelował. Usta wyciągną w grymasie ni to uśmiechu ni bólu. W innych okolicznościach mógłby uchodzić za ładnego. Teraz odpychał swoim zapachem dymu i jeszcze czegoś, lecz Maya nie potrafiła tego zidentyfikować.
    - Bo co? - odpyskowała. Nie miała pojęcia, skąd u niej ten nagły przypływ odwagi. Nigdy nawet nie starała się udowodnić, że się czegoś nie boi, bo strach ją przeważnie paraliżował.
    "Może to wszystko przez duży przypływ adrenaliny?" - starała się wytłumaczyć sama przed sobą.
    - Wolisz nie wiedzieć - uciął, głosem nieznoszącym sprzeciwu facet, siedzący z przodu. Dziewczyna umilkła.
Oparła się o fotel, choć było jej dość niewygodnie. Przyciśnięta do drzwi, czuła, że klamka wbija jej się w bok. Mimo tego, nie przesunęła się w lewą stronę. Za bardzo się brzydziła właściciela gburowatego głosu.
    Nie wiedziała, ile jechali, ale gdy w końcu auto się zatrzymało, Mayę bolały wszystkie kości. Z ulgą przyjęła to, że drzwi otworzyły się i ktoś wyciągnął ją ze środka. Ponieważ przez pewien czas siedziała w bezruchu, zachwiała się. Dopóki nie utrzymała równowagi, młody mężczyzna o, z pozoru, miłym i nie niebezpiecznym wyglądzie twarzy, obejmował ją w talii. Dawało mu to jakąś satysfakcję, której dziewczyna nie mogła zrozumieć. Facet, który w samochodzie siedział obok niej, wysiadł i warknął na chłopaka. Ten szybko puścił Mayę i odsunął się od nich. Bał się.
    "Tylko dlaczego? W końcu chyba należeli do jednego gangu. A może ten mężczyzna był aż tak niebezpieczny, że nawet jego ludzie się go bali?"
    Blondynka rozejrzała się dokoła. Stała na długim, wybrukowanym podjeździe, przed ogromną rezydencją. Gdy dziewczyna na nią spojrzała od razu skojarzyła jej się z Malfoy Manor.
Ogromny pałac zbudowany z ciemnego kamienia. Dziewczyna musiała odchylić głowę do tyłu, by ujrzeć strzeliste wieżyczki, półokrągłe okiennice i szary dach. Wokół placu rosło mnóstwo drzew i krzewów, które nadawały temu miejscu mroczny i tajemniczy charakter. Wielgachny gmach rzucał cień na cały podjazd i część czarnej, wysokiej, masywnej bramy. Mimo tego, że dzień był ciepły, po plecach dziewczyny przebiegły nieprzyjemne dreszcze. Ciekawość i zainteresowanie, które towarzyszyły Mayi, odkąd wysiadła z auta, przerodziły się w strach i przerażenie, gdy zdała sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znalazła. Tam była zdana na łaskę i niełaskę tych... bandziorów? Bo nie uszło jej uwadze, że mężczyźni wyglądali i pachnieli jak niedoszli więźniowie. Nikt jej tam nie pomoże. Była całkiem sama.
    Czuła się osaczona przez facetów, choć najbliższy stał dobrych parę metrów od niej. Szybko oszacowała swoje szanse. Uciec jej się nie uda. Ochroniarzy było zbyt wielu, by dała sobie z nimi radę w pojedynkę. Poza tym nie wiedziała, gdzie przebywali. A na pewno byli daleko za miastem, bo jechali dość długo i mogli przekroczyć granicę dawno temu. Westchnęła cichutko i zwiesiła ramiona. Nie pozostało jej nic innego, jak pozostanie tam na miejscu. Dowie się, co od niej chcą i może wtedy uda się jej coś wymyślić? Miała taką nadzieję.
    Tymczasem z dworu wyszedł wysoki, blady mężczyzna o długich, poplątanych, jasnych włosach. Jego szare oczy z zainteresowaniem omiotły całe towarzystwo. Na chwilę swoją uwagę zwrócił na Mayę.
    - Wszyscy już na was czekają - wysyczał. Innego określenia na to, jak wypowiedział te słowa nie można znaleźć. Jego cienkie usta najwyraźniej nie potrafiły się bardziej otworzyć, by móc powiedzieć to zdanie wyraźniej.
    Maya mogłaby przysiąc, że wydawał się uradowany, widząc ją wśród zebranych przed gmachem. Dwoje mężczyzn, którzy jechali z nią autem, podeszło do niej. Wzięli ją pod boki i ruszyli ku zamczysku w nieznane.
    Serce blondynki zabiło w gardle. Do czego to wszystko doprowadzi? Nie miała pojęcia, ale coś jej podpowiadało, że niedługo się dowie.

    Telefon rozdzwonił się w kieszeni spodenek Shane'a. Wyciągnął go szybko, przerywając na chwilę kłótnie z Adamem o to, który samochód jest lepszy. Spojrzał na wyświetlacz i, zdziwiony tym, kto do niego dzwoni, odebrał.
    - Halo?! - odezwał się.
    - Shane, jest z tobą Maya? - usłyszał zmartwiony, kobiecy głos.
    - Co? - zdziwił się, słysząc imię blondynki z ust swojej matki. Przecież nigdy o niej nie wspominał. Przynajmniej nie w jej obecności.
    - Czy Maya jest z tobą? To bardzo ważne! - krzyknęła, co jej się rzadko zdarzało, więc chłopak usłuchał. Rozejrzał się wokół, pewny tego, że dziewczyna ogląda jedną z wystaw w sklepie z biżuterią za nimi. Jednak jej nie było ani tam, ani nigdzie indziej. Spytał o nią Adama, ale on również nie wiedział, gdzie blondynka się podziała. Słysząc to, matka Shane'a zaklęła cicho. Gdzieś w tle usłyszał czyjeś krzyki.
    - Mamo? Co się dzieje? - zapytał, bojąc się odpowiedzi.
    - Słuchaj mnie teraz uważnie. Zakon dostał właśnie informację, że Maya wyjechała z miasta. Myśleliśmy, że to jakiś błąd, ale jeśli jej z wami nie ma... Tylko nikomu o tym nie mówcie! Postaramy się, by Maya za godzinę siedziała z wami w autobusie. Sami też jej nie szukajcie. Wystarczy nam jedna nieświadoma zagrożenia osoba...
    - Jak to nieświadoma zagrożenia? Mamo! Jeśli chcesz, byśmy współpracowali, to chyba należą nam się jakieś wyjaśnienia! - zażądał. Adam, który stał najbliżej, nadstawił ucho. Mama Shane'a westchnęła głośno. Nie chciała ich angażować w tak poważne sprawy, ale skoro chodziło o ich przyjaciółkę....
- Ale tylko ty i Adam. Nikt więcej nie może się dowiedzieć! - zastrzegła. Chłopak zgodził się. Szybko spławił pozostałych i razem z Adamem ruszył, by znaleźć jakieś w miarę ustronne miejsce. Przeszli tylko kawałek, mijając po drodze chłopaka, jadącego na deskorolce.
    Gdy usiedli pod schodami, prowadzącymi do wysokiej kamiennicy, kobieta zaczęła im wszystko tłumaczyć. Szybko, ale tak, by zrozumieli. Nie mięli czasu, by powtarzać historię.
    - No więc tak. Pamiętasz, mówiliśmy ci z ojcem o naszej działalności w Zakonie. Powstał on kilkanaście wieków temu i od tamtej pory w ich szeregach są te same rodziny co na początku. Między innymi nasza i twoja Adamie - chłopak chciał o coś zapytać, lecz Shane go uciszył. - Istniejemy po to, by pomagać Strażniczkom w ich misji pilnowania Elessaru. Chronimy je i choć wiedzą, że istniejemy, to personalnie nas nie znają. Legenda głosi, że dowiedzą się, kim jesteśmy, dopiero wtedy, gdy powróci prawowity właściciel Elessaru. Tak, Strażniczki nie są właścicielkami Elessaru - uprzedziła pytanie chłopców. - Nie wiemy też, kiedy on przybędzie ani czym właściwie jest Elessar. Ale jesteśmy prawie pewni, że Maya jest nową Strażniczką. Przykro mi, że dowiadujecie się w ten sposób. Zwykle mówimy dzieciom o ich przynależności do Zakonu, gdy kończą siedemnaście lat - zamilkła na moment. - Na razie to chyba tyle. Nie mogę wam zdradzić wszystkiego, to niezgodne z prawem.
    - Powiedziałaś, że Mayi grozi niebezpieczeństwo. Jakie?Kto miałby jej coś zrobić?
    - Dla równowagi świata istnieje dobro i zło. Dlatego, by zrównoważyć dobroć działania Zakonu, powołano inne zgromadzenie, by przeszkodził nam w naszej misji. Oni chcą Elessar tylko dla siebie i zrobią wszystko, by go zdobyć.
    - Dlaczego ten Elessar jest dla nich tak ważny?
    - Bo Według legendy ten, kto go posiądzie, otrzyma niewyobrażalną władzę i moc. Oni chcą rządzić. Pewnie całym światem, ale zaczną od USA. A teraz chłopcy musicie mi wybaczyć, ale powinnam kończyć. Nie martwcie się, znajdziemy ją całą i zdrową. Obiecuję. I proszę, nie narażajcie się na niebezpieczeństwo. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś wam się stało - rozłączyła się, zanim chłopcy otworzyli usta, by się wtrącić. Tyle pytań tworzyło im się w głowach. Na przykład, co mają robić, gdyby jednak Maya nie wróciła?
    "Nie, nie mogę tak myśleć. Ona wróci i nic jej nie będzie" 
Spojrzeli na siebie, wiedząc, że w ich głowach rodził się ten sam plan.
Uśmiechnęli się do siebie i ruszyli wzdłuż ulicy.


~~~*~~~*~~~*~~~

Hej :) Ostatnio krucho z komentarzami i nie wiem, co o tym myśleć ;(
Po prawej macie ankietę. Wiem, że nie wszystkich bohaterów tam wymieniłam, ale myślę, że reszty nie poznaliście tak bardzo lub wgl jeszcze ich w opowiadaniu nie było i nie macie jak ich porównywać, oceniać itp.
Poza tym miałabym do Was prośbę. Jak zauważyliście, nie podałam nazwy tego zgrupowania tych "złych". A powód jest jeden. Nie wiem, która nazwa jest odpowiednia. Bo myślałam nad "Gwardią Nieśmiertelnych" - ale to brzmi jakby to miały być Wampiry, a to na pewno nie będą Wampy. Lub jak Zombie, jak to Marchewa powiedziała. W każdym razie ona zaproponowała mi "Gwardię Ciemności" jeśli się nie mylę. Uważam, że jest lepsza od tej mojej propozycji, ale to mi brzmi jakby tylko leżało obok tej właściwej nazwy, a nią nie było. Niestety nie potrafię wymyślić innych. I tu prośba do Was. Gdybyście mieli jakąś konkretną nazwę, to proszę, poratujcie mnie, bo już kompletnie nie wiem!
A w ogóle, to jak Wam minęły święta? Co tam znaleźliście pod choinką? A jak po Sylwestrze? U mnie wszystko ok. Święta spędziłam na niańczeniu dwóch dwuletnich kuzynek, ale nie narzekam, bo lubię się z nimi bawić. A w Sylwka było mnóstwo śmiechu i dobrej muzyki. No i nieprzespana noc. Wczoraj mnie tak głowa bolała, że ja Cię nie mogę... :)
Uch, ale się rozpisałam! No nic, kończę :) Do napisania! I pamiętajcie o ankiecie i mojej prośbie!
Zuza♥
Mrs Black bajkowe-szablony